Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Filmowe podsumowanie roku 2017 vol. 1

rinoasin

Notki na blogu nie pojawiają się ostatnimi czasy tak często jak się pojawiały i niestety raczej się nic w tej kwestii nie zmieni – praca razem z sytuacją rodzinną dają mi czasami tak mocno w kość, że gdy już mam chwilę wolnego czasu nie zawsze mam siłę na pisanie dłuższych notek. Stąd też na Neonie mniej recenzji, jeśli bardzo interesuje Was jak oceniłam dany film i czy go w ogóle obejrzałam, zawsze możecie zajrzeć na mój profil na FilmWebie, który w miarę regularnie wzbogaca się w nowe oceny. Jednak pomimo braku recenzji nie jestem w stanie sobie darować podsumowania roku, bo to moja świecka tradycja, która dostarcza mi dużo funu podczas tworzenia. Muszę przyznać, że po raz pierwszy podczas tworzenia zestawienia mocno zastanawiałam się, czy nie dodać czwartej kategorii – „Kategorii Filmów Takich Se”, do których mogłabym zaliczyć chociażby Ligę Sprawiedliwości czyli tytuł miły podczas oglądania, ale wciąż pełen wad. Ostatecznie darowałam sobie, ale może za dwanaście miesięcy zmienię zdanie, kto wie?
I tyle w ramach wstępu, tradycyjnie zaczynamy od najgorszych w moim odczuciu filmów zeszłego roku. Przypominam, że jeśli dany tytuł nie został poniżej wyróżniony, to albo go nie widziałam, albo uznałam, że nie był aż tak zły by zostać wymieniony. I przypominam - jeśli film NIE miał premiery w Polsce w ciągu zeszłego roku, nie będzie brany pod uwagę w zestawieniu. Gotowi? Zaczynamy!

Najgorsze filmy roku 2017
Tej kategorii chyba nie trzeba długo tłumaczyć – te filmy były złe i tyle.

Mumia

854037

Matuchno, to nie była żadna Mumia, to była Wielka Nieskończona Ekspozycja! Ten film nie ma fabuły, ten film nie ma przeciwnika, ten film nie ma bohaterów, tutaj wszystko służy budowie podwalin pod kolejne filmy z Mrocznego Uniwersum. To takie BvS tyle, że gorsze, bo BvS czasami było niezamierzenie śmieszne, a tutaj jest tylko żałośnie. Na szczęście, widzowie nie dali się nabrać i film okazał się olbrzymią porażką w Box Office. Miejmy nadzieję, że to nauczy filmowców, że filmowych uniwersów nie buduje się w jednym filmie bo te zamiast piąć się w górę zawalą się pod własnym ciężarem.

Ciemniejsza strona Greya

Miałam dzień wolny i nie wiedzieć czemu naszła mnie chęć obejrzenia tego filmu. Jakieś pięć minut później zaczęłam się zastanawiać dlaczego sobie to robię i co ze mną jest nie tak, że oglądam coś takiego. Sequel Greya powtarza wszystkie błędy pierwszej – scenariusz woła o pomstę do nieba, bohaterowie to papierowe kartki a emocji w tym zero. Na szczęście już za chwilę na zawsze pożegnamy się z Aną i Christianem, uff!

Mroczna Wieża

Bardzo lubię sagę Kinga i wciąż mnie boli na myśl o tym, co filmowcy z nią zrobili. I pal sześć, że nie była wierna książkom, to trudny do przeniesienia na ekran materiał, jak dla mnie to było zdecydowanie najlepsze rozwiązanie, tym bardziej, że zakończenie siódmego tomu dawało taką możliwość. Niestety, zamiast dostać duchowego następcę, dostaliśmy… sama nie wiem co. Gdyby nie to, że w filmie ciągle mówili o Mrocznej Wieży, nigdy nie skojarzyłabym tej historii z książkowym pierwowzorem. Zabrakło klimatu i ciekawych postaci, a desperackie wciskanie easter eggów z innych filmów na postawie prozy Kinga wcale nie pomogło. I tylko Idrisa Elby i Matthew McConaugheya szkoda!

Tulipanowa Gorączka

Jakie to było głupie! Serio, ten film trafił tutaj ze względu na zestaw scenariuszowych bzdur jakie zaserwował widzom w ciągu niecałych dwóch godzin. Najlepsze (najgorsze?) w tym wszystkim jest to, że całość zaprezentowana została z taką powagą, że podczas seansu trudno nie wybuchnąć śmiechem przynajmniej raz. I gdyby to był teatr telewizji, jeszcze można by przymknąć na to oko, ale to film z doskonałą aktorską obsadą, która nieświadomie wystawiła siebie na pośmiewisko. Aż przykro na to patrzeć.

Life

To chyba miał być Obcy na miarę Naszych czasów, ale zamiast tego wyszła wielka pomyłka. Główni bohaterowie zachowywali się przez lwią część seansu jak idioci, a ich przeciwnik zamiast strachu budził raczej uśmiech pełen politowania. Sam koniec był dla mnie obrazą dla inteligencji widza, paskudnym policzkiem w twarz wymierzonym tuż przed końcem tej męczarni. Szkoda tylko świetnej obsady, szczególnie Rebekki Ferguson, która pomimo talentu ciągle trafia na słabe filmy. A skoro o tych mowa…

Pierwszy Śnieg

snowman2

Boziuniu, jakie to było złe! Jak to się nie kleiło! Dawno już nie widziałam tak miernie zmontowanego filmu. Ponoć jakieś 20% scenariusza nie zostało nakręcone z pwodu braku czasu i to autentycznie widać. Niektóre sceny nic do fabuły nie wnoszą, rozwój postaci jest autentycznie zerowy a klimat, który powinien być gęsty i przytłaczający, tutaj nie istnieje. Miałam na to iść do kina ale ostatecznie wybrałam innym film i dzięki boru, bo za straconymi pieniędzmi płakałabym do dzisiaj.

Kingsman: Złoty krąg

Pierwsza część mi się nie podobała, druga też mi nie przypadła do gustu. O ile jednak w pierwowzorze widać było świeże pomysły, to tutaj mamy odgrzewanego, niestrawnego kotleta. Ani to śmieszne, ani odkrywcze. Wynudziłam się podczas oglądania strasznie i mam nadzieję, że trzecia część nie powstanie, bo ile można maglować wciąż to samo?

I tyle słabizn na dzisiaj. Następne w kolejce czekają rozczarowania, które pojawią się na blogu jeszcze w tym tygodniu. A raczej – zrobię wszystko, by się na nim pojawiły. Amen.

Kevin Party

rinoasin

Wątek obrażonej Connie wreszcie dobiegł końca, uff!

kevinparty1

Opowiem Wam historię. Był raz sobie chłopak z super włosami. Był popularny i cool (przynajmniej w swoim mniemaniu). Los sprawił, że na jego życiowej drodze stanął nieporadny dzieciak z burzą loków na głowie. Chłopak wziął go pod swoje skrzydła, dał masę życiowych rad i dzięki temu, nieświadomie, stał się lepszym człowiekiem… To było bardzo zdawkowe streszczenie Stranger Things, a co myśleliście? :D Trudno mi było jednak nie pomyśleć o wątku Steve’a i Dustina oglądając Kevina i Stevena. Jest jednak duża różnica - Steve z trochę bucowatego nastolatka przeistoczył się w jedną z najlepszych postaci w serialu (i mamę :D), głownie dlatego, że pomagał dzieciakom bezinteresownie. Tymczasem pomoc Kevina wynikała z chęci zysku. Po cichu liczyłam, że w trakcie instruowania Stevena coś w chłopaku się zmieni, że pod koniec będzie chciał pogodzić Stevena z Connie bo tak trzeba a nie po to, by ubarwić imprezę. Niestety, rozczarowałam się. Po cichu trzymam jednak kciuki za Kevina, może jeszcze zmądrzeje, kto tam wie? Warto jednak odnotować, że chyba pierwszy raz chłopak nie irytował mnie tak, jak w swoich poprzednich występach. Ronaldo może więc odetchnąć spokojnie, jego pozycja najgorszego mieszkańca Beach City jest niezagrożona.

Kevin Party było finałem wątku obrażonej Connie i dzięki boru, bo był przeraźliwie niestrawny i do tego wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Kocham Stevena Universe i zawsze staram się wybronić każdą decyzję twórców (choć najczęściej tego na szczęście nie trzeba robić), to tutaj nie zamierzam tego robić, bo każda chwila poświęcona skłóconemu duetowi ciągnęła mi się w nieskończoność. Tym bardziej, że jak to wspomniałam parę recenzji temu, Connie nie miała prawda się obrażać do tego stopnia, decyzja Stevena była jedną rozsądną jaką mógł podjąć w takiej sytuacji. Gdyby chociaż ten foch trwał jeden odcinek, byłby to do zniesienia. Tymczasem został on rozbity na całą bombę i zostawił po sobie okropny niesmak. Oby to był ostatni raz.

Pomimo powyższych narzekań odcinek oglądało mi się bardzo dobrze. Był taki… sympatyczny. Po raz pierwszy obecność Kevina mnie nie drażniła, do tego Steven wreszcie pogodził się z Connie (zapomniałabym wspomnieć o jej nowej fryzurce! Jest śliczna!), podobała mi się także nietypowa muzyka użyta w tym epizodzie. Całość oceniam na 7-kę, zobaczymy co Steven Universe zaprezentuje Nam w nowym roku, oby same udane opowieści.

Sadie Killer

rinoasin

Nic na to nie poradzę - słyszę Sadie, widzę Webby. I dotychczasowo mi to specjalnie nie przeszkadzało, zdarza się w świecie dubbingu. Po tym jednak odcinku sytuacja się zmieniła, bo oto oczyma wyobraźni zobaczyłam Webby śpiewająca o zadaniu mózgów. I to było naprawdę creepy!... Ale odstawmy żart na bok i skupmy się na Sadie Killer.

sadiekiller

Wszystkie dotychczasowe odcinki z bomby ukazywały reperkusje porwania Stevena oraz Larsa. Burmistrz stracił pracę, Connie się obraziła, Lapis dała nogę, Peridot została bez dachu nad głową, a Sadie... Sadie przepracowuje się na śmierć. Choć podejrzewam, że przed zniknięciem Larsa robiła w pracy tyle samo co po jego zniknięciu, tylko teraz musi to robić sama i stopniowo przekracza limit swoich wytrzymałości. Osobiście uważam, że separacja z chłopakiem wyjdzie jej tylko na dobre, bo ich relacja zawsze była dla mnie mega toksyczna i ku mojej wielkiej irytacji przedstawiana w raczej pozytywnym świetle. Po cichu liczę, że gdy Sadie zacznie spotykać się z innymi ludźmi przejrzy na oczy i nie da sobą pomiatać jak to było dotychczas.

A skoro o nowych znajomych Sadie mowa, to podobał mi się występ fajnych dzieciaków w tym odcinku. Strasznie lubię to trio, ale nie ukrywam, że dotychczasowo drażniło mnie ich protekcjonalne podejście do dziewczyny. W tym odcinku darowali sobie na szczęście przezwisko „ta od pączków” i wreszcie zwracają się do niej po imieniu. Ogólnie cała relacja została przedstawiona bardzo ładnie i z chęcią obejrzę dalsze przygody zespołu. No właśnie, czy tylko mi ten epizod zakończył się w połowie opowiadanej historii? Tyle czasu poświęcono Sadie, jej zagubieniu i rosnącym zmęczeniu, że końcowa puenta wzięła mnie z zaskoczenia i zostawiła z dużym niedosytem. Kto zastąpi Sadie, jak na rzucenie pracy zareagowała jej mama, jak się udał koncert – na te pytania nie otrzymamy odpowiedzi i szkoda. I nie do końca zarzut a raczej moje osobiste spostrzeżenie – Steven w tym odcinku był całkowicie zbędny, gdyby wciąć go z historii, ta wcale by tego nie odczuła. W sumie chciałabym odcinek skupiający się w pełni na Sadie i fajnych dzieciakach. To postacie, które ogląda się naprawdę dobrze i bez problemu byłyby w stanie unieść epizod. Hym, to kolejna recenzja, w której stwierdzam, że odsłona bez Stevena byłby fajna. To nie to, że mam dosyć bohatera, ale serial jest na takim etapie, że powinien nieco poeksperymentować z formą. Adventure Time miało już parę odcinków bez Finna i Jake’a i świat się nie zawalił. Co więcej, niektóre były naprawdę udane (jak chociażby Ketchup). Może na Stevena kiedyś też przyjdzie czas, zobaczymy.

Podsumowując, to był dobry odcinek. Nie idealny, ale dobry. Olbrzymi plus za rozwój postaci Sadie, które pod nieobecność Larsa rozwinęła skrzydła. Brawo! Ode mnie 7-ka.

Back to the Kindergarten

rinoasin

Odcinek kontynuuje wątek zapoczątkowany w Raising the Barn i jest utrzymany w podobnej, przygnębiającej tonacji. Na szczęście, pod koniec widać światełko w tunelu.

stevenuniversebacktothekindergarten

Odejście Lapis i utrata domu mocno wstrząsnęły światem Peridot, nie dziwota więc, że biedaczka nie jest w stanie się pozbierać i całe dnie przesiaduje w wannie / łóżku słuchając muzyki. Taki stan rzeczy nie do końca pasuje Amethyst, która razem ze Stevenem postanawia zabrać Peri na wycieczkę i zająć jej myśli czymś innym. Miejscem docelowym jest… Kindergarten. Cóż, jak dla mnie, to ostatnie miejsce, w które zabrałabym osobę potrzebującą pocieszenia, ale w tym przypadku Amethyst chce upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu – zająć Peridot oraz spojrzeć na miejsce swoich narodzin z zupełnie innej strony. Troszeczkę egoistyczne ale jednocześnie ładnie pokazujące, że Amethyst wreszcie akceptuje to, kim jest. Kindergarten dawniej przygnębiał i wręcz zawstydzał bohaterkę, teraz tego nie robi, bo połączyła go z innymi wspomnieniami. Podoba mi się, że na drugim tle ukazano Nam, jak bardzo Amethyst rozwinęła się na przestrzeni serialu, wolę coś takiego od nachalnego krzyczenia w twarz widza.

Co do samej Peridot, to łatwo było przewidzieć jak będą toczyć się jej losy w tym odcinku. Smutek, próba zajęcia głowy czymś innym, stopniowe zaangażowanie zamieniające się w rozczarowanie i wybuch złości. To katharsis, którego potrzebowała i choć pod koniec odcinka wciąż jest przygnębiona, wyraźnie widać, że najgorsze ma już za sobą. Brawo, Peri! Jedyne, do czego mogę się doczepić w tym wątku to fakt, że nie stanęła do walki z potworem. Jak dla mnie to miałoby zdecydowanie więcej sensu niż szybka akcja Smoky Quartz. A może po prostu chcę wreszcie zobaczyć na ubranku Peridot gwiazdkę. No dobra, nie będę się oszukiwać, ja nie chcę, ja bardzo chcę!

To był odcinek, który jednocześnie smucił i podnosił na duchu. Jak dobrze wiadomo, najciemniej jest tuż przed wschodem słońca i podoba mi się, że Steven Universe poruszył temat smutku po rozstaniu z kimś bliskim. Bo choć nie było się bez uproszczeń, to całość zachowała odpowiedni wydźwięk. Ode mnie 8-ka.

Wojnę bez końca czas zacząć!

rinoasin

Zwiastun Infinity War zadebiutował parę dni temu i od tego czasu bardzo chcę coś na ten temat napisać, ale wolnej chwili brak. Na szczęście, ta się w końcu znalazła i może nawet lepiej, bo ochłonęłam nieco z pierwszego szoku i uporządkowałam w głowie swoje przemyślenia. I zgadnijcie co? Teraz się z Wami nimi podzielę (hura?). Jeśli tailera jeszcze nie widzieliście, a bardzo chcecie, to możecie zobaczyć go tutaj. Obejrzany? To lecimy!

18mocgx1_p04kds

- I od razu z grubej rury – zniszczona planeta i smutny Tony Stark. To taka zagrywka, by każdy wiedział, że będzie POWAŻNIE!

- No proszę, mroczne proroctwo Bannera w Ragnaroku się nie ziściło i jednak nie został Hulkiem na wieki wieków. Wcale się takiego obrotu sprawy nie spodziewałam, wcale.

- Scarlet Witch i Vison razem. Hym, w Wojnie Cywilnej byli na etapie intensywnego obczajania się a tutaj już związek pełną gębą. I nie to, że mnie to smuci, bo im bardzo kibicuję, szkoda tylko że parę etapów w ich związku zostało pominięte. Bo jak nie przepadam za wątkami romantycznymi w Marvelu to tej parze bardzo kibicuję. Tym bardziej że mają ze sobą większą chemię niż Natasha i Bruce czyli para, której pojąć nie potrafię, nieważne jak się staram.

- Apropos Czarnej Wdowy – proszę jej oddać rude włosy, ten blond tak bardzo jej nie pasuje! Na pierwszej grafice promocyjnej nawet mi się podobał nowy look bohaterki, bo blond wydawał mi się platynowy. Tymczasem to taka sprana jajecznica, bleh. A swoją drogą jestem zachwycona logiką – przefarbuję włosy, to mnie nikt nie pozna. No kamuflaż doskonały, bez dwóch zdań.

- My spider sense is tingling! Awww!

- Loki wręcza Thanosowi tesseract. I teraz pytanie – czy robi to by ratować własną skórę czy jednak po to, by udobruchać tytana by ten pozwolił asgardczykom odejść? Zważywszy na to, że Thor napotka w filmie Strażników Galaktyki można się łatwo domyślić, że Thanos rozwali statek w drobny pył i Bóg Piorunów będzie sobie przez chwilę dryfować w przestrzeni kosmicznej. A to prowadzi do opcji pierwszej i nie ukrywajmy, to w stylu Lokiego. Z drugiej strony jednak miałam nadzieję, że po Ragnaroku zmądrzał choć odrobinę. Niestety, chyba tak dobrze nie będzie.

- Jest i Thanos! Przyznam bez bicia – początkowo bardzo uderzyła mnie zmiana jego wyglądu, z komiksowego na bardziej ludzki. Gdy jednak pierwszy szok minął, przekonałam się. Bo cholera, patrzcie z jaką pewnością siebie on wychodzi z tego portalu! Ja tak wyglądam tylko wtedy gdy wchodzę do sklepu w pierwszy dzień wypłaty! Podoba mi się też to, że nie ma czapki na głowie, tak jakby uznał, że przecież nawet się nie draśnie podczas inwazji Ziemi to co ma sobie dekiel ochraniać. Co do samego CGI to na tę chwilę jest ok, a zważywszy na to, że do premiery zostało jeszcze trochę, to liczę na to, że w maju Thanos będzie wyglądać pięknie. A nawet jeśli animacja pozostanie na takim poziomie jaka jest teraz to i tak wygląda stokrotnie lepiej od Steppenwolfa (i tutaj obiecuję notkę na temat Ligii Sprawiedliwości. Kiedyś będzie, może jutro, może za rok, ale na pewno będzie).

- Nie podoba mi się ta zbroja Spideya, ale jednocześnie ma sens by w trakcie walki nosił coś mocniejszego i bezpieczniejszego. W starym kostiumie pewnie ciocia May do walki go nie puści;).

- „...and get this man a shield!” – omg, piękne to!

- Ale i tak piękniejszy jest nowy look Kapitana Ameryki, no patrzę, patrzę i nie mogę się napatrzeć. Widzisz DC, broda i wąsy nie są straszne! Straszna jest natomiast górna warga zrobiona w CGI, brr!

- Spidey, nie!... Zaraz, co ja się przejmuję, druga część filmu o pajączku została już zamówiona więc nie ma bata, żeby ten umarł… Chyba, że tak rzeczywiście się stanie, a ten zostanie zastąpiony przez Milesa Moralesa, który w uniwersum Marvela przecież istnieje (został nawet wspominany imiennie w wyciętej scenie). Cholera, zaczynam się przejmować od nowa.

- Vision, nie! On nie ma zeklepanego solowego filmu i ma klejnot nieskończoności na czole, a to może oznaczać tylko jedno. Tylko czy gdyby faktycznie miał umrzeć, pokazywaliby to w zwiastunie? Na tym traci cały efekt WOW! podczas późniejszego seansu. Cóż, trzymajmy kciuki, by mu się jednak udało wyjść z tego cało.

- Strasznie ucieszyła mnie Okoye pędząca do walki z pozostałymi herosami. Wiążę z tą bohaterką wielkie nadzieje i mam nadzieję, że się nie zawiodę. Dajesz, kobieto, dajesz!

- Z tych wszystkich wspaniałości mniejszych i większych i tak największą wspaniałością jest spotkanie Thora ze Strażnikami. Grupka kosmicznych dziwaków dotychczas minimalnie łączyła się z pozostałymi filmami i widok ich spotykających jednego z Avengersów sprawia, że uśmiecham się jak szalona. O cudeńko!

Podsumowując – zacny trailer. Oby film był równie udany, choć moje obawy są duże – w filmie jest w cholerę postaci a to równa się równie dużej ilości wątków. A jak dobrze wiemy z BvS to znowu prowadzi do olbrzymiego bałaganu. Uspokaja nieco fakt, że na stołkach reżyserskich zasiadają bracia Russo, a za scenariusz odpowiadają panowie od dwóch wcześniejszych części Kapitana Ameryki. Hym, czyli jednak będzie dobrze? Oby! W każdym razie nie obrażę się na nieco poważniejszy ton (nie śmiertelnie poważny, ale poważniejszy) i masę emocji. I na śmierć. Uwielbiam tych bohaterów, ale serio, ktoś tu musi zginąć, bo w innym przypadku będzie nieco absurdalnie że wielki, szalony tytan przyszedł, zrobił zamieszanie i nikogo nie ubił. Na wszelki wypadek już szykuję chusteczki.

Ej, gdzie jest Ant-man?

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci