Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Back to the Kindergarten

rinoasin

Odcinek kontynuuje wątek zapoczątkowany w Raising the Barn i jest utrzymany w podobnej, przygnębiającej tonacji. Na szczęście, pod koniec widać światełko w tunelu.

stevenuniversebacktothekindergarten

Odejście Lapis i utrata domu mocno wstrząsnęły światem Peridot, nie dziwota więc, że biedaczka nie jest w stanie się pozbierać i całe dnie przesiaduje w wannie / łóżku słuchając muzyki. Taki stan rzeczy nie do końca pasuje Amethyst, która razem ze Stevenem postanawia zabrać Peri na wycieczkę i zająć jej myśli czymś innym. Miejscem docelowym jest… Kindergarten. Cóż, jak dla mnie, to ostatnie miejsce, w które zabrałabym osobę potrzebującą pocieszenia, ale w tym przypadku Amethyst chce upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu – zająć Peridot oraz spojrzeć na miejsce swoich narodzin z zupełnie innej strony. Troszeczkę egoistyczne ale jednocześnie ładnie pokazujące, że Amethyst wreszcie akceptuje to, kim jest. Kindergarten dawniej przygnębiał i wręcz zawstydzał bohaterkę, teraz tego nie robi, bo połączyła go z innymi wspomnieniami. Podoba mi się, że na drugim tle ukazano Nam, jak bardzo Amethyst rozwinęła się na przestrzeni serialu, wolę coś takiego od nachalnego krzyczenia w twarz widza.

Co do samej Peridot, to łatwo było przewidzieć jak będą toczyć się jej losy w tym odcinku. Smutek, próba zajęcia głowy czymś innym, stopniowe zaangażowanie zamieniające się w rozczarowanie i wybuch złości. To katharsis, którego potrzebowała i choć pod koniec odcinka wciąż jest przygnębiona, wyraźnie widać, że najgorsze ma już za sobą. Brawo, Peri! Jedyne, do czego mogę się doczepić w tym wątku to fakt, że nie stanęła do walki z potworem. Jak dla mnie to miałoby zdecydowanie więcej sensu niż szybka akcja Smoky Quartz. A może po prostu chcę wreszcie zobaczyć na ubranku Peridot gwiazdkę. No dobra, nie będę się oszukiwać, ja nie chcę, ja bardzo chcę!

To był odcinek, który jednocześnie smucił i podnosił na duchu. Jak dobrze wiadomo, najciemniej jest tuż przed wschodem słońca i podoba mi się, że Steven Universe poruszył temat smutku po rozstaniu z kimś bliskim. Bo choć nie było się bez uproszczeń, to całość zachowała odpowiedni wydźwięk. Ode mnie 8-ka.

Wojnę bez końca czas zacząć!

rinoasin

Zwiastun Infinity War zadebiutował parę dni temu i od tego czasu bardzo chcę coś na ten temat napisać, ale wolnej chwili brak. Na szczęście, ta się w końcu znalazła i może nawet lepiej, bo ochłonęłam nieco z pierwszego szoku i uporządkowałam w głowie swoje przemyślenia. I zgadnijcie co? Teraz się z Wami nimi podzielę (hura?). Jeśli tailera jeszcze nie widzieliście, a bardzo chcecie, to możecie zobaczyć go tutaj. Obejrzany? To lecimy!

18mocgx1_p04kds

- I od razu z grubej rury – zniszczona planeta i smutny Tony Stark. To taka zagrywka, by każdy wiedział, że będzie POWAŻNIE!

- No proszę, mroczne proroctwo Bannera w Ragnaroku się nie ziściło i jednak nie został Hulkiem na wieki wieków. Wcale się takiego obrotu sprawy nie spodziewałam, wcale.

- Scarlet Witch i Vison razem. Hym, w Wojnie Cywilnej byli na etapie intensywnego obczajania się a tutaj już związek pełną gębą. I nie to, że mnie to smuci, bo im bardzo kibicuję, szkoda tylko że parę etapów w ich związku zostało pominięte. Bo jak nie przepadam za wątkami romantycznymi w Marvelu to tej parze bardzo kibicuję. Tym bardziej że mają ze sobą większą chemię niż Natasha i Bruce czyli para, której pojąć nie potrafię, nieważne jak się staram.

- Apropos Czarnej Wdowy – proszę jej oddać rude włosy, ten blond tak bardzo jej nie pasuje! Na pierwszej grafice promocyjnej nawet mi się podobał nowy look bohaterki, bo blond wydawał mi się platynowy. Tymczasem to taka sprana jajecznica, bleh. A swoją drogą jestem zachwycona logiką – przefarbuję włosy, to mnie nikt nie pozna. No kamuflaż doskonały, bez dwóch zdań.

- My spider sense is tingling! Awww!

- Loki wręcza Thanosowi tesseract. I teraz pytanie – czy robi to by ratować własną skórę czy jednak po to, by udobruchać tytana by ten pozwolił asgardczykom odejść? Zważywszy na to, że Thor napotka w filmie Strażników Galaktyki można się łatwo domyślić, że Thanos rozwali statek w drobny pył i Bóg Piorunów będzie sobie przez chwilę dryfować w przestrzeni kosmicznej. A to prowadzi do opcji pierwszej i nie ukrywajmy, to w stylu Lokiego. Z drugiej strony jednak miałam nadzieję, że po Ragnaroku zmądrzał choć odrobinę. Niestety, chyba tak dobrze nie będzie.

- Jest i Thanos! Przyznam bez bicia – początkowo bardzo uderzyła mnie zmiana jego wyglądu, z komiksowego na bardziej ludzki. Gdy jednak pierwszy szok minął, przekonałam się. Bo cholera, patrzcie z jaką pewnością siebie on wychodzi z tego portalu! Ja tak wyglądam tylko wtedy gdy wchodzę do sklepu w pierwszy dzień wypłaty! Podoba mi się też to, że nie ma czapki na głowie, tak jakby uznał, że przecież nawet się nie draśnie podczas inwazji Ziemi to co ma sobie dekiel ochraniać. Co do samego CGI to na tę chwilę jest ok, a zważywszy na to, że do premiery zostało jeszcze trochę, to liczę na to, że w maju Thanos będzie wyglądać pięknie. A nawet jeśli animacja pozostanie na takim poziomie jaka jest teraz to i tak wygląda stokrotnie lepiej od Steppenwolfa (i tutaj obiecuję notkę na temat Ligii Sprawiedliwości. Kiedyś będzie, może jutro, może za rok, ale na pewno będzie).

- Nie podoba mi się ta zbroja Spideya, ale jednocześnie ma sens by w trakcie walki nosił coś mocniejszego i bezpieczniejszego. W starym kostiumie pewnie ciocia May do walki go nie puści;).

- „...and get this man a shield!” – omg, piękne to!

- Ale i tak piękniejszy jest nowy look Kapitana Ameryki, no patrzę, patrzę i nie mogę się napatrzeć. Widzisz DC, broda i wąsy nie są straszne! Straszna jest natomiast górna warga zrobiona w CGI, brr!

- Spidey, nie!... Zaraz, co ja się przejmuję, druga część filmu o pajączku została już zamówiona więc nie ma bata, żeby ten umarł… Chyba, że tak rzeczywiście się stanie, a ten zostanie zastąpiony przez Milesa Moralesa, który w uniwersum Marvela przecież istnieje (został nawet wspominany imiennie w wyciętej scenie). Cholera, zaczynam się przejmować od nowa.

- Vision, nie! On nie ma zeklepanego solowego filmu i ma klejnot nieskończoności na czole, a to może oznaczać tylko jedno. Tylko czy gdyby faktycznie miał umrzeć, pokazywaliby to w zwiastunie? Na tym traci cały efekt WOW! podczas późniejszego seansu. Cóż, trzymajmy kciuki, by mu się jednak udało wyjść z tego cało.

- Strasznie ucieszyła mnie Okoye pędząca do walki z pozostałymi herosami. Wiążę z tą bohaterką wielkie nadzieje i mam nadzieję, że się nie zawiodę. Dajesz, kobieto, dajesz!

- Z tych wszystkich wspaniałości mniejszych i większych i tak największą wspaniałością jest spotkanie Thora ze Strażnikami. Grupka kosmicznych dziwaków dotychczas minimalnie łączyła się z pozostałymi filmami i widok ich spotykających jednego z Avengersów sprawia, że uśmiecham się jak szalona. O cudeńko!

Podsumowując – zacny trailer. Oby film był równie udany, choć moje obawy są duże – w filmie jest w cholerę postaci a to równa się równie dużej ilości wątków. A jak dobrze wiemy z BvS to znowu prowadzi do olbrzymiego bałaganu. Uspokaja nieco fakt, że na stołkach reżyserskich zasiadają bracia Russo, a za scenariusz odpowiadają panowie od dwóch wcześniejszych części Kapitana Ameryki. Hym, czyli jednak będzie dobrze? Oby! W każdym razie nie obrażę się na nieco poważniejszy ton (nie śmiertelnie poważny, ale poważniejszy) i masę emocji. I na śmierć. Uwielbiam tych bohaterów, ale serio, ktoś tu musi zginąć, bo w innym przypadku będzie nieco absurdalnie że wielki, szalony tytan przyszedł, zrobił zamieszanie i nikogo nie ubił. Na wszelki wypadek już szykuję chusteczki.

Ej, gdzie jest Ant-man?

Raising the Barn

rinoasin

A dopiero co przekonałam się do Lapis Lazuli, ech…

sunov10bomb_ep12

W sumie to zachowanie błękitki nie powinno mnie dziwić, bo jej pasywność była już kilka razy mocno zaakcentowana w serialu. Naiwnie jednak liczyłam na to, że może życie na Ziemi zmieniło Lapis, że przestanie kłaść uszy po sobie i stanie do boju razem z pozostałymi gemami. Niestety, nie dość, że wciąż woli uciekać przed swoimi traumami niż stawić im czoła, to dodatkowo decyduje za Peridot o ich wspólnej ucieczce. I to właśnie najbardziej podniosło mi ciśnienie podczas seansu odcinka, to stawianie przyjaciółki przed faktem dokonanym. Peri została tutaj potraktowana jak dziecko, które nie wie nic o świecie i o jego niebezpieczeństwach. Tyle, że ona przecież wie, co więcej – wie to z pierwszej ręki. I mimo to chce zostać niż uciekać z podkulonym ogonem.

No właśnie, Peridot. O ile Lapis nie rozwinęła się w ogóle, to Peri przeszła piękną ewolucję na przestrzeni serialu. Aż miło popatrzeć jak długą drogę przebyła – zaczęła jako antagonistka, potem była sojusznikiem mimo woli, następnie została mieszkanką Ziemi i pokochała ją do tego stopnia, że chce o nią walczyć nawet kosztem własnego życia. I rany, patrząc na Peridot w tym odcinku czułam się jak dumny rodzic obserwujący swoją pociechę. Z oczywistych powodów nie mogę tego samego napisać o Lapis.

Przyznaję się jednak, że naiwnie sądziłam, że może widząc opór swojej towarzyszki błękitka przemyśli swoje zachowanie i zrezygnuje z ucieczki. Albo chociaż wróci, gdy uświadomi sobie swoje egoistyczne zachowanie. Niestety, tak się nie stało. Lapis dała drapaka, zabrała Peridot dom i jeszcze złamała jej serce. A oglądanie smutnej Peri z miejsca zasmucało także i mnie. I właśnie przez to Lapis Lazuli będzie musiała mocno się nagimnastykować by ponownie zyskać w moich oczach. Na tę chwilę w moim osobistym rankingu gemów znajduje się gdzieś w okolicach Aquamarine. Czyli nisko, nawet bardzo.

To był naprawdę przygnębiający odcinek. Zachowanie Lapis, porzucona Peridot i Steven, który nie był w stanie pomóc obu przyjaciółkom – to wszystko łączyło się w naprawdę depresyjną acz udaną całość. Ode mnie mocna 8-ka.

 

Gemcation

rinoasin

Podczas oglądania Gemcation zaczęłam się poważnie zastanawiać - dlaczego nie zaczęliśmy bomby od tego właśnie odcinka?

stevenuniversegemcation

Bo przecież to miałoby o wieeeeele więcej sensu - Connie strzela focha, Steven przeżywa a gemy i Greg się martwią. Wiem, że Dewey wins zmienił status quo burmistrza ale dla mnie nie było to aż tak ważne by wystawić ten odcinek przed szereg. Trochę się czepiam, ale trudno tego nie robić, gdy ukochany serial wraca po długiej przerwie z średnim startem. Gdyby burmistrzowe roszady trafiły gdzieś w środek bomby to pewnie by mnie tak mocno nie raziły. Stało się jednak inaczej i lekki niesmak jednak jest. I tym samym zamykam temat Dewey wins i skupiam się na Gemcation bo to naprawdę udany odcinek, który oczywiście kradną klejnoty.

Zwiększony nacisk na bohaterki wypadł wybornie i jednocześnie uświadomił mi, że ostatnimi czasy gemów jakby mniej w serialu. I z jednej strony jest to uzasadnione, w końcu Steven dorasta i coraz śmielej wyfruwa spod ich skrzydeł. Z drugiej natomiast kończy się to spychaniem gemów na boczny tor i to akurat boli. Tym bardziej, że trio wciąż ma tak wiele do zaoferowania, zarówno pod względem komediowym jak i dramatycznym. Dobrym rozwiązaniem tego problemu byłoby od czasu do czasu poświęcenie odcinka w pełni bohaterkom i przedstawienie ich od nieco innej strony, gdy są na kolejnej misji bez Stevena u boku lub po prostu siedzą w domu i mają czas dla siebie. O ile mnie pamięć nie myli, dotychczas nie dostaliśmy jeszcze epizodu, w którym Steven nie występowałby w ogóle i choć bardzo chłopaka lubię, to nie ukrywam, przydałaby się Nam chwila oddechu od niego.

Fabularnie epizod został bardzo sprawnie skonstruowany, emanował ciepłem i miał parę wybornych żartów (z powracającym gagiem w postaci smsów od Ronaldo na czele. Ten bohater powinien zostać sprowadzony tylko i wyłącznie do drugiego a nawet trzeciego tła, tylko wtedy jest do zniesienia). Jednak zdecydowanie najciekawszym i najbardziej enigmatycznym elementem odcinka była scena z Perłą, gdy ta próbowała wyznać coś Stevenowi. Oczywiście (grr!) nie pozwolono jej wypowiedzieć na głos tego, co jej leżało na sercu, ale dla mnie oczywiste jest, że związane to było ze zniszczeniem Różowego Diamentu. Bo jeśli nie chodziło o to, to autentycznie nie mam pomysłu co tak mocno mogłoby krępować Pearl. Osobiście jestem fanką teorii, że to właśnie Perła a nie Rose stoi za śmiercią Diamentu i obstawiam, że chciała wyznać Stevenowi prawdę dotyczącą tego wydarzenia. Niestety, na odpowiedź czy to faktycznie prawda przyjdzie Nam jeszcze poczekać. Ech, CN powinno się zlitować nad fanami i puszczać Stevena regularnie, a nie wtedy kiedy pasuje.

Podsumowując, to był bardzo dobry odcinek. Gemy wypadły świetnie, żarty bawiły i nawet ten wydumany konflikt pomiędzy Stevenem a Connie nie raził tak strasznie. Ode mnie 8-ka.

 

Dewey wins

rinoasin

O matuchno, to była chyba najdłuższa przerwa w historii Stevena Universe. Zdecydowanie powinni tego zabronić, bo kto to widział tak się znęcać nad fanami? Przyznaje się, że w czasie hiatusu nie przeczytałam żadnego spoilera dotyczącego nadchodzących odcinków, nie obejrzałam też żadnego zwiastuna. Chciałam podejść do seansu na świeżo, by czerpać z niego radość w stu procentach. I przepełniona ekscytacją zasiadałam do oglądania pierwszego z pięciu nowych odcinków by odkryć, że po niebezpiecznych wojażach Stevena ten skupi się na... burmistrzu Deweyem?

maxresdefault4

No dobrze, nie jest to w pełni prawda, bo burmistrz służył to głównie za metaforę zachowania Stevena. Ale o tym za chwilę, przejdźmy więc do głównej osi fabuły tego epizodu czyli nieporozumienia na linii Steven - Connie. I... hym, ja rozumiem, że twórcy chcieli trochę namieszać w tym słodkim i odrobinę perfekcyjnym duecie, ale ja tego nie kupiłam. Pretensje Connie były dla mnie wyolbrzymione i wręcz nie na miejscu - jej przyjaciel dopiero co wrócił z podróży z której wrócić nie miał szans i jak zostaje przez nią powitany? Fochem. Tłumaczenie żalów też nie pomogło, dla mnie decyzja Stevena o poddaniu się była w pełni zrozumiała, gdyby natomiast wciągnął w to Connie, wyszedłby na kompletnego dupka, który w nosie ma życie przyjaciółki (nie wspominając o zmartwieniach jakie przysporzyłby jej rodzicom). Bo owszem, ta dwójka ma już za sobą parę walk i do tego radzi sobie w nich coraz lepiej, ale w tym przypadku trafiliby na teren wroga, który z miejsca by ich rozdzielił i o fuzji nie byłoby mowy. A nawet gdyby połączenie się udało to mogłoby się skończyć nawet gorzej, Diamenty najprawdopodobniej nie chciałby mieć ze Stevonnie styczności i niechybnie sakazałby ją zniszczyć.

Nope, nie kupuje tego focha ale jednocześnie nie potrafię być tutaj po stronie Stevena. W Mindful Education było podkreślone jak ważna jest komunikacja tej dwójki, tymczasem co Steven robi gdy widzi ze Connie jest na niego zła? Zajmuje się czymś innym, bo unikanie tematu jest lepsze od poruszenia go. I gdy młody ze smutkiem czekał na telefon od przyjaciółki niespecjalnie mu współczułam, sam na siebie sprowadził ten los.

Co do burmistrza Deweya i jego degradacji w monarchii Beach City to tak jak pisałam wyżej, ten wątek miał być metaforą zachowania Stevena wobec Connie i strasznie szkoda, że twórcy zdecydowali się na tak toporne rozwiązanie. Inną sprawą jest to, że po prostu nie znoszę politycznych wątków w serialach animowanych. To naprawdę rzadko kiedy się udaje, nie wyszło tutaj, swego czasu nie wyszło także w Gravity Falls. O wyborach trzeba umieć mówić, animacje tego nie potrafią bo strasznie wszystko uproszczają i koniec końcem wychodzi taki nudny, nieangażujący widza potworek. Autentycznie nie obchodziło mnie czy Dewey zachowa swoje stanowisko czy też nie. Ale skoro już je stracił to mam dla niego nową pracę – może zastąpić Larsa, to w sumie ma duży potencjał w sobie.

Nie będę ukrywać, nie na taki powrót Stevena liczyłam. Odcinek co prawda nie oglądało się źle, ale do zachwytów też mi daleko. Było nijako i miejmy nadzieję, że to był najgorszy odcinek z nowej bomby. Ode mnie 6-ka.

 

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci