Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

My Funko POP! vol. 28

rinoasin

Po dwóch notkach nieco eksperymentujących z formą dzisiejsza wraca na stare śmieci jednocześnie wciąż skupiając się na Grze o tron. Tym razem pod lupę trafił Littefinger.

143

Ach, mój ukochany krętacz! Szczególnie w książkach - tam początkowo nie zwracałam na niego specjalnej uwagi do czasu aż Martin zdecydował się na odsłonięcie niektórych kart Littefingera i te, nie będę ukrywać, zrobiły na mnie wrażenie. I choć doskonale zdaje sobie sprawę, że jego gra prędzej czy później doprowadzi go do zguby to nie jestem w stanie mu nie kibicować.
Z serialem jest trochę inaczej, niestety. Wciąż uwielbiam gościa, Aidan Gillen sportretował Petyra doskonale, tyle że jego bohater no... nie był tak sprytny jak ten w książkach. Scenarzyści niby próbowali sprzedać Nam tę sama postać, ale robili to straszliwie nieumiejętnie. Wywiezienie Sansy z stolicy nie zaskakiwało, bo Littefinger zaproponował jej to wcześniej, cała maskarada z farbowaniem włosów dziewczyny mijała się z celem bo Baelish rozpowiadał na lewo i prawo że to Sansa Stark, a końcowa próba skłócenia sióstr była straszliwie bzdurna (jak cały ten wątek). Śmierć Littefingera była dla mnie kwestią czasu, ale i tak boli mnie jak nieumiejętnie została rozegrana i jak bardzo zatracono w niej ducha jednej z moich ulubionych postaci. Bo grając w grę o tron (nie mogłam się oprzeć :)) Petyr musiał być świadomy, że dzień w dzień igra z ogniem i ten go może pewnego dnia pochłonąć. Stąd też ciężko mi uwierzyć, że błagałby o swoje życie szlochając, to pasuje mi do niego jak pięść do nosa. Prędzej uwierzyłabym w jego gratulacje Sansie z wygranej i dobrowolne pozwolenie na zabicie się. No, ale przynajmniej nie zrobiono z Petyra gwałciciela tak jak z innej mojej ulubionej postaci. To zawsze jakiś plus.

11325

Gdy Funko ogłosiło figurkę Littlefingera autentycznie dostałam kręćka na jej punkcie. Musiałam ją mieć do tego stopnia, że nawet napisałam do DystryktuZero z pytaniem czy można liczyć na Petyra w ich sklepie. Ludzie tam pracujący są naprawdę bardzo mili i grzecznie odpisali nawiedzonej fance, że POP się pojawi prędzej czy później i wystarczy poczekać. Czekałam więc i gdy w końcu upragniona figurka pojawiła się w asortymencie, kupiłam ją z miejsca. I choć w międzyczasie trochę się postarzała, to mimo to należy do jednych z moich ulubionych.

33

No dobra Littlefinger, przyznaj się – kto ci brwi ogolił? :D Na poważnie – to jedna z nielicznych figurek, której brak brwi jakoś mnie nie razi. Może to przez grzywkę, a może przez bródkę. No dobra, to na pewno przez bródkę. Człowiek na nią patrzy i z miejsca wie, że to Petyr. Podoba mi się niesamowicie, że górna część brody została wyrzeźbiona, a dolna namalowana. To bardzo ładnie odzwierciedla to, co serialowy Petyr miał na twarzy.

4352

Kolejną rzeczą, która mi się bardzo ale to bardzo podoba to poza w jakiej wyrzeźbiono bohatera. Niby nic wielkiego, ale kurcze, te złożone ręce tak strasznie mi do Littlefingera pasują! Człowiek patrzy na niego i z miejsca wie, że ten coś knuje. Brawo! Samo ubranie też zostało ładnie wyrzeźbione. Baelish nigdy nie nosił się w niezwykle ekstrawagancki sposób, więc twórcy nie mieli za dużego pola do popisu, ale mimo to wykorzystali cały potencjał jaki mieli. Tradycyjnie świetne są szczegóły – broszka pod szyją, sztylet u pasa i sakiewka. Szczególnie ta ostatnia jest cudowna, sama nie wiem dlaczego, ale strasznie mi się podoba.
Co do nałożenia farby to jest ona bardzo dobrze, ale nie idealnie. Na grzywce Littlefingera jest mała, ciemna kreska, która niby nie rzuca się w oczy, ale gdy już ją człowiek zobaczy, to nie jest w stanie jej odwidzieć. Broszka też mogłaby być lepiej wymalowana, bo choć została ładnie wyrzeźbiona to trzeba się lepiej przyjrzeć, by zorientować się, że przedstawia ptaka i nie jest tylko srebrną plamą na jaką wygląda na pierwszy rzut oka. Najbrzydziej wygląda jednak ręka Petyra – pomiędzy nią a rękawem jest szary odstęp, który wygląda wyjątkowo nieładnie i z daleka rzuca się w oczy. A fe!

I cóż mogę więcej napisać – lubię tego POPa. Doskonale uchwyca charakter Littlefingera i choć może nie porywa jeśli chodzi o detale to wciąż ma parę świetnych drobiazgów wartych uwagi. Jeśli jesteście fanami Petyra i uda się Wam znaleźć figurkę w przystępnej cenie (co ponoć jest obecnie nieco trudne), nie wahajcie się, Littlefinger będzie doskonałym dodatkiem do Waszej kolekcji.

PS1. Zrobiłam sobie listę mojej kolekcji na PopPriceGuide, możecie ją zobaczyć tutaj. Jak widać, jest tego trochę i obecnie wybieram figurkę do notki na chybił trafił, jeśli więc chcecie bym zrecenzowała konkretną, piszcie a na 100% wezmę to pod uwagę.

PS2. W przyszłym tygodniu wraca Don Bluth. Zapisuję to tutaj, bo jak nie zapiszę to nie będę mieć motywacji do sklecenia dłuższej notki;).

PS3. OMG, jutro wraca Bojack!

My Funko POP! vol. 27

rinoasin

Dziś będzie o kobiecych POPach. No i o kolejnej figurce z Gry o tron, tak przy okazji.

 181

Obecnie POPy przedstawiające bohaterki są czymś normalnym, to jeszcze parę lat temu bywało z tym... różnie. Funko podchodziło do sprawy w strasznie stereotypowy sposób - z jednej strony powstawały figurki księżniczek Disneya, z drugiej jednak, gdy film bądź serial, który posiadał wśród głównych postaci heroinę ale (zdaniem Funko) był skierowany do męskiej widowni, szansa na zobaczenie jej w postaci POPa spadła do zera. Koronnym przykładem niech będzie seria figurek z Avengers, która składała się z Kapitana Ameryki, Iron Mana, Hulka, Thora i Nicka Fury'ego... Tak, dobrze czytacie, ten ostatni dostał figurkę pomimo krótkiego czasu antenowego, Czarna Wdowa tymczasem została całkowicie pominięta. Trzy lata później sytuacja powtórzyła się przy Czasie Ultrona – swojego POPa dostał Vison, który na ekranie był zaledwie 8 minut, Natasha ponownie została olana. Nie spotkało się to pozytywnym odbiorem ze strony fanów i Wdowa ostatecznie POPa otrzymała. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że figurka robiona była na szybko, by uciszyć zdenerwowanych odbiorców. Czarna Wdowa z tej serii ma bowiem identyczną pozę jak POP Nebuli ze Strażników Galaktyki, ewidentnie użyto tej samej bazy, co jest dla mnie chyba jeszcze gorsze od braku figurki. Na szczęście, powstała jeszcze później Scarlett Witch została wyrzeźbiona starannie i patrząc na nią nie czuję się tak, jakby ktoś robił ją na odwal się.
Myślałby kto, że ta sytuacja czegoś Funko nauczyła, przykładowo linia figurek z Wojny Bohaterów zawierała aż trzy postacie kobiecie – Czarną Wdowę, Scarlett Witch oraz Sharon Carter. Fajnie? Oczywiście, że fajnie. Tylko, że potem była akcja z Preacherem. Dla tych, którzy serialu (bądź komiksu) nie znają krótkie streszczenie fabuły – tytuł opowiada o kaznodziei Jessem Custrze, który razem z byłą dziewczyną Tulip oraz wampirem Cassidym wyrusza na poszukiwanie boga. Akcja skupia się więc na trzech postaciach – dwóch mężczyznach i jednej kobiecie. Co więc zrobiło Funko? Stworzyło figurkę Jessego, Cassidy’ego i… Arseface’a, drugoplanowego chłopaczka posiadającego bardzo charakterystyczną twarz. Co z Tulip? Nie ma! Oburzenie w sieci było duże i Funko ogłosiło, że bohaterka się pojawi w późniejszym terminie. I fakt, pojawiła się. Jako wersja exclusive czyli trzeba było za nią zapłacić więcej niż za męskich bohaterów. Ech… wiecie co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? To miało miejsce zaledwie rok temu. O ile jeszcze akcje z figurką Czarnej Wdowy można nazwać czymś w stylu uczenia się na błędach, to ten przypadek jest paskudny i krzywdzący. Wiem, że to miałka sprawa, ale mimo wszystko jest częścią większej góry lodowej i w związku z tym nie powinna być ignorowana. Osobiście uwielbiam POPy przedstawiające kobiecie bohaterki, gdy zastanawiam się nad kupnem figurki i do wyboru mam postać męską i kobiecą, zawsze wybiorę tą drugą. Przynajmniej w taki sposób jestem w stanie pokazać, co sądzę o tym krzywdzącym podchodzeniu do żeńskich zabawek. Tutaj powinnam też przytoczyć historię Rey z Przebudzenia Mocy, ale chyba już za długo przynudzam, więc przechodzę do gwiazdy dzisiejszej notki czyli Sansy, którą kupiłam w ramach wspierania żeńskich figurek. No i poza tym, nigdy nie miałam nic do postaci, wręcz przeciwnie – od początku wydawała mi się mieć potencjał, ta irytująca otoczka jaką została owleczona nigdy mnie nie zrażała i proszę proszę, w finale siódmego sezonu pokazała pazury. Brawo, Sansa! No dobra, koniec wstępów, przejdźmy do POPa.

11224 

Figurka została wzorowana na scenie przemiany bohaterki, gdy przefarbowała swoje rude włosy i przywdziała sukienkę kosogłosa. Z jednej strony nie dziwię się, że wybrano właśnie ten moment na uwiecznienie go w formie POPa, ale z drugiej strony Sansa zawsze kojarzyć mi się będzie z pięknymi, rudymi włosami. Zmiana ich koloru sprawiła, że patrząc na figurkę trudno z miejsca skojarzyć ją z pierwowzorem. Niestety, to nie wszystkie problemy jakie mam z Sansą.

3242

Bo wybaczyłabym wszystko, gdyby jej włosy zostały ładnie wymalowanie. A jakie są, widać gołym okiem. Linia nad czołem nie dość, że jest poprowadzona za wysoko, to jest nierówna i wygląda tak jakby osoba ją malująca nie potrafiła opanować drżenia rąk i wyszło jak wyszło. Niestety, to nie koniec, bo u dołu twarzy jest jeszcze gorzej, cieliste fragmenty straszliwie rzucają się w oczy i tworzą niechlujną całość, grr.

51

Szkoda też, że nie pobawiono się kolorami przy sukience. Zdaję sobie sprawę, że ta była czarna, ale czerń też ma różne odcienie i te powinny zostać tutaj użyte. W moim odczuciu materiał sukienki powinien być odrobinę jaśniejszy a pióra ciemniejsze, dzięki temu całość wyglądałaby przejrzyściej. Niestety, ciało bohaterki wyrzeźbiono z jednego kawałka czarnego winylu i wszystko – materiał, pióra, wisior na szyi Sansy – zlewa się w jedno. Szkoda.

61

Jak zawsze chwalę rzeźbienia POPów, to tutaj muszę się poczepiać. Ale na początku pochwalę – bardzo podoba mi się poza, w jakiej bohaterka została przedstawiona. Niby nic wielkiego, ale te złożone dłonie wyglądają naprawdę ładnie i bardzo mi do Sansy pasują. Naszyjnik i piórka też prezentują się zacnie gdy się im człowiek dokładnie przyjrzy. Mniej imponująco wyglądają włosy, które bardziej przypominają mi makaron albo robaki niż włosy z prawdziwego zdarzenia. Ludzie z Funko potrafią naprawdę pięknie wyrzeźbić fryzury, które są szczegółowe i wyglądają naturalnie (jak na standardy POPa, oczywiście). Włosy Sansy takie nie są, one wyglądają źle, koniec kropka. Nie rozumiem też za bardzo, o co twórcy chodziło z tymi wzorami na spódnicy. Parę sekund zajęło mi wyguglowanie kiecki w całej okazałości by przekonać się, że żadnych listków (piórek?) na niej nie ma. To wygląda tak, jakby po skończeniu figurki ktoś uznał, że na dole jest za łyso, więc zdecydował się coś dodać i oto efekt końcowy tej wątpliwej kreatywności. A wystarczyłoby zrobić parę fałd na krańcu spódnicy…

Podsumowując, to nie jest najlepszy POP. Najlepsze słowo, które do niego idealnie pasuje to „niedopracowany”. Na szczęście, Gra o tron ma przed sobą jeszcze jeden sezon i miejmy nadzieję, że Funko zdecyduje się na kolejną serię figurek (straciłam rachubę, która to już będzie) i po cichu liczę na nową i lepszą panią Winterfell, koniecznie z pięknymi, rudymi włosami. Pozostaje tylko czekać.

My Funko POP! vol.26

rinoasin

Przedostatni sezon Gry o tron już za chwilę dobiegnie końca i uznałam, że to doskonała okazja na zaprezentowanie Wam moich POPów z serialem związanych. Pierwszeństwo ma figurka, którą darzę olbrzymim sentymentem. Dlaczego? Odpowiedź poniżej.

211

Pewnie tak jak większość z Was, o POPach dowiedziałam się za pośrednictwem Internetu. A dokładnie to wyszukiwarki zdjęć Google. Gdy szukałam zdjęć do blogerskich notek, figurki od czasu do czasu pojawiały się między nimi i choć wydawały mi się urocze, nigdy nie poświęciłam czasu na dokładniejsze zbadanie czym one są. Zmieniło się to od głupiej zachcianki posiadania geekowskiej maskotki, maskotki Lokiego dokładnie. Na Facebooku działała grupa tworząca na zamówienie takie cudeńka. Napisałam więc do nich z pytaniem, czy dałoby mi się takiego Lokiego stworzyć i jako wzór wysłałam zdjęcie jego POPa. Ostatecznie nic wtedy z tej maskotki nie wyszło bo odzew od drugiej strony był tak olewczy i nieprofesjonalny, że dałam sobie spokój (serio, w jakim świecie to klient musi ciągnąć za jezyk osobę, która chce wynająć? Po co takie osoby w ogóle biorą się za działalność, skoro wyraźnie tego nie lubią?). Lokiego jednak dalej chciałam i uznałam, że skoro nie mogę sobie sprawić maskotki w stylu POPa to czemu nie kupić oryginalnej figurki? Brzmiało fajnie, pytanie tylko gdzie takie cudo znaleźć? Tutaj na szczęście wujek Gugiel przybył z pomocą i chwilę później przeglądałam pokaźną listę POPów na Amazonie. Podobały mi się tak bardzo, że podzieliłam się wrażeniami z przyjaciółką i zachwycałyśmy się nimi razem. Niestety, w tym wszystkim był też minus, bo jak się okazało, koszt figurki wynosił prawie tyle samo co jej dostawa do Polski. To może nie wynosiło za dużo, ale to było tuż przed zakończeniem mojej umowy o pracę i nie byłam pewna czy ta zostanie przedłużona, więc z oczywistych powodów zdecydowałam się wstrzymać z zamówieniem.

Miesiąc później podpisałam upragniony papierek w pracy i wtedy wiedziałam, że co jak co, ale zasługuje na nagrodę (wyznaje zasadę, że nawet mały sukces to powód do świętowania ;) i POP doskonale się w tej roli sprawdzi. Loki był moim pierwszym wyborem, ale zdecydowałam się jeszcze raz przejrzeć ofertę Amazona przed podjęciem ostatecznej decyzji i poza bogiem psikusów moje oko przykuli Daryl Dixon oraz Daenerys Targaryen. Po dłuższej chwili zdecydowałam się na Matkę Smoków, wrzuciłam ją do koszyka, opłaciłam zamówienie i tak się zaczęło…

(Wiem, że tutaj zawsze znajduje się moja opinia o postaci, ale w tym przypadku taki wstęp wydawał mi się bardziej adekwatny. Co do samej Danki to lubię ją, choć nie jest moją ulubioną postacią z książek i serialu.)

1623

POP Daenerys to jeden z tych pierwszych, które posiadały drobniejszą i mniej toporną posturę, co w tym przypadku sprawdza się doskonale. To samo się tyczy brwi. Obecnie praktycznie wszystkie figurki mają brwi, ale jeszcze parę lat temu to nie było tak powszechne i cieszy, że obecnie to zostało zmienione, bo głupie kreski nad oczami potrafią dodać POPowi wiele charakteru i wizualnie mocniej zbliżyć go do pierwowzoru. Sądzę, że właśnie dlatego Funko zdecydowano się na obdarzenie pierwszej Daenerys brwiami, w końcu te należące do EmiliI Clarke są bardzo charakterystyczne i Matka Smoków ich pozbawiona nie byłaby taka sama.

31

Co do włosów to widać, że podjęto próby nadania im wymiaru. Co prawda, ograniczyły się one do wyżłobienia paru kresek ale lepsze to niż zostawienie płaskiej masy na głowie Danki. Bardzo ładnie prezentują się natomiast warkoczyki, a dodanie do nich rzemyków to naprawdę ładny detal.

41

Jeśli chodzi o ubranie, to może nie zapiera tchu w piersiach, ale i tak prezentuje się ładnie, gdyby popracować dłużej nad całością, byłoby nawet bardzo ładnie. Jest tu kilka udanych detali – porwana spódnica, pas na biodrach i marszczona góra topu. W porównaniu z nowszymi POPami to może nic wielkiego, ale wtedy robiło wrażenie.

Grzechem będzie nie wspomnieć o smoku, który jest naprawdę sympatycznym dodatkiem, ale oczywiście mam pewne „ale”. Po pierwsze – co to za kolory? Domyślam się, że to ma być Rhaegal, bo to on z trójki dzieci khaleesi jest zielony, ale nie miał czerwonych skrzydeł, więc po co ten dodatek? Po drugie – bardziej czepliwe – łuski, łuski, łuski dajcie! To smok, aż się prosi o wyrzeźbienie mu łusek na ciele, bez nich wygląda strasznie łyso. No ale jak wspominałam – wcześniejszy POP. Gdyby ta wersja figurki powstała dzisiaj, smoczkątko z pewnością miałoby łuski.

Na sam koniec zostawiłam sobie wpadki przy nakładaniu farby i… tych praktycznie nie ma. Jedyne co bardziej się rzuca w oczy to zgrubienie cielistej farby na brodzie POPa i trzeba się mocno wysilić, żeby to dostrzec. Reszta jest naprawdę ślicznie wymalowana i każda figurka od Funko powinna tak wyglądać. A, dodam jeszcze, że mojej Dance trochę farby starło się z nosa, ale to akurat moja wina, bo upuściłam ją podczas sesji w plenerze;). Z dziwniejszych rzeczy też warto odnotować fakt, że Daenerys ma w coś w głowie, co sprawia, że ta grzechocze (mózg?:D). To jedyny POP w mojej kolekcji, który może się czymś takim pochwalić, więc zdecydowałam się ten fakt odnotować dla potomności.

Bardzo lubię tego POPa. Wiem, że w ciągu ostatnich lat pojawiły się inne, ładniejsze POPowe wcielenia Daenerys, ale dla mnie to właśnie będzie zawsze tym najlepszym. W końcu to od tej figurki wszystko się zaczęło i moim fanowskim sercu będzie specjalne miejsce dla niej. Z tego oczywistego powodu polecam. 

Three Buckets

rinoasin

W tym odcinku zostaje rozwinięty i zakończony wątek rozpoczęty w Whispers. Jednak jego finał niespodziewanie rozpoczyna coś nowego, intrygującego. 

Beztytuu7

Zanim jednak przejdziemy do gdybań, zacznę od tego, że nie spodziewałam się konfrontacji na linii Frinn – Fern tak szybko. Adventure Time w końcu lubi zaczynać wątki i wracać do nich po dłuższej chwili. Tutaj tymczasem dostaliśmy ciąg dalszy zaledwie po jednym odcinku. Podejrzewam, że w ten sposób chciano w satysfakcjonujący sposób zakończyć serię pięciu odcinków wyświetlanych dzień po dniu. Bardzo możliwe jest także, że twórcy mają duże plany co do postaci debiutującej pod koniec epizodu i jej szybsze wprowadzenie do fabuły pozwoli im na lepsze poprowadzenie jej wątku. Jednak pośpiech był wyczuwalny w Three Buckets nie tylko jeśli chodzi o kontynuowanie wątku ale samo rozplanowanie scen. Całości brakowało chwili oddechu, szczególnie raziła mnie scena, gdy Finn praktycznie natychmiastowo wydostał się z więzienia w jakim umieścił go Fern. Przeskok z sceny do sceny był tak niezgrabny, że początkowo sądziłam, że to może się chłopakowi tylko wyobraża. Zabrakło mi sceny, gdy Finn w pełni uświadamia sobie, co uczynił mu zielony bliźniak. Zamiast tego mamy natychmiastową złość, bohater wyglądał na bardziej rozgniewanego faktem, że został zamknięty niż tym, iż został zdradzony. 

Na szczęście, sama walka została poprowadzona znacznie lepiej. Finn próbował przemówić Fernowi do rozumu, a ten… a ten był po prostu creepy, z tymi obcymi, żółtymi oczami, brrr. Koniec pojedynku mógł być tylko jeden, ale trudno było czuć radość widząc załamanego Finna samotnie wracającego do domu (jak dla mnie tym razem twórcy mogli sobie darować żart z BMO, nie pasował do całości). I w sumie na tym odcinek mógłby się skończyć, ale zamiast tego dostaliśmy jeszcze jedną scenę z tajemniczym czarodziejem. No dobra, nie wiem, czy to faktycznie czarodziej, ale jego ubiór na takiego wskazuje. Kim jest ta tajemnicza persona, na tę chwilę możemy zgadywać. Wizualnie przypomina nieco Martina i mówi o sobie „wujek”, więc może to kolejny krewny Finna? Oczywiście, jest też szansa, że słowo „wuj” nie jest dosłownym, a jedynie niepokojącym przydomkiem na przełamanie lodów. W każdym razie, pan raczej pozytywną postacią nie będzie i razem z Fernem (czy to dalej będzie Fern?) najprawdopodobniej napsują Naszym bohaterom mocno krwi. I fajnie, po zakończeniu wątku Litcha to właśnie trawiasta wersja Finna jest dla mnie przeciwnikiem, z którym pojedynek powinien zakończyć serial. Czy tak się stanie, zobaczymy za jakiś czas. 

Pomimo moich początkowych zarzutów nie uważam Three Buckets za zły odcinek. Jest więcej niż poprawny, ma parę udanych żartów (Jake jako fan wuwuzel mnie zachwycił) i ciekawy cliffhanger. Nic, tylko czekać co będzie dalej. Ode mnie 7-ka. 

Ps. Jak widać, w sierpniu nie miałam za dużo czasu na tworzenie notek. We wrześniu to powinno się zmienić, trzymajcie kciuki!    

Whispers

rinoasin

Do Krainy Ooo powrócił dawny wróg. I choć brzmi to strasznie, wcale nie był największym zagrożeniem odcinka.

Tak jak ostatnio Ketchup wyśmienicie sparował z sobą Marceline i BMO, tak Whispers w znakomitym stylu połączyło z sobą dwa wątki - Sweet P zmagającego się z Litchem oraz Ferna wciąż próbującego znaleźć miejsce na świecie. Te z pozoru niepasujące do siebie historie łączyło wspólne ogniwo – zaakceptowania samego siebie. Niestety, samorealizacja nie skończyła się dobrze w obu przypadkach. Ale od początku…

Litch prześladował Sweet P już od jakiegoś czasu i pytaniem było, kiedy szeptanie do ucha swojej niewinnej wersji go znudzi i postanowi przejąć ciało dzieciaka. Z jednej strony chciałam, by do tego doszło, bo Litch w moim mniemaniu to zdecydowanie najlepszy antagonista w historii Adventure Time i trochę nudno bez niego. Z drugiej jednak strony polubiłam uroczego Sweet P i nie chciałam, by spotkało go coś złego (a opętanie przez Litcha trudno zaliczyć do pozytywnych rzeczy). Ta sytuacja wydawała się nie mieć wyjścia, lecz twórcy tymczasem pięknie z niej wybrnęli prezentując odpowiedni finał dla antagonisty oraz satysfakcjonujący rozwój postaci Sweet P. Mały (psychicznie nie fizycznie:)) zaakceptował siebie i to dało mu siłę, by nie tylko zmierzyć się ze swoimi lękami ale także z nimi zwyciężyć. Oglądając to czułam się jak dumna ze swojej pociechy mama, brawo Sweet P! 

Umarł wróg, niech żyje wróg, można napisać. Nie byłam w stanie w pełni cieszyć się z pokonania Litcha, gdyż na drugim planie Fern wciąż zmagał się z samym sobą i nie zakończyło się to w dobry sposób. Recenzując  Do no harm zastanawiałam się, czy zielona wersja Finna pewnego dnia nie przeistoczy się w czarny charakter, ale po drodze traciłam przekonanie co do słuszności tej teorii. Nawet w trakcie oglądania Whispers byłam pewna, że Fern ostatecznie znajdzie coś, w czym jest dobry. Niestety, jego historia potoczyła się w nieco mniej optymistyczny sposób – Fern zaakceptował fakt, że Finnem nie jest, ale zamiast się z tym pogodzić, doszedł do wniosku, że jeśli prawdziwego Finna nie będzie, to on z łatwością go zastąpi. I brr, to było naprawdę niepokojące zakończenie odcinka. Aż się boję, jak ten wątek zostanie dalej rozwinięty. 

Whispers bardzo ładnie zakończyło jeden z ważniejszych wątków w historii Adventure Time jednocześnie rozpoczynając nowy. Takie prowadzenie historii ogląda się doskonale, mocna 8-ka ode mnie. I tylko szkoda, że już więcej Rona Perlmana nie usłyszymy! 

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci