Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

D jak Disney. Piękna i Bestia (2017)

rinoasin

Nie miałam w planach seansu tego filmu w kinie, zamierzałam poczekać na DVD i obejrzeć go w oryginalnej wersji dźwiękowej bez koszmarnie dekoncentrującego dubbingu. Jednak zbieg okoliczności zdecydował inaczej – miałam czas, kino było rzut beretem, a osoba towarzysząca wolała Piękną i Bestię od Ghost in the Shell. I w taki oto sposób wylądowałam w sali kinowej, obejrzałam najnowszą wersję klasycznej baśni a po wyjściu z seansu chciałam powtórki… animacji z 1991, której remake do pięt niestety nie dorasta.

BeautyandtheBeast2017aftercreditshq

(Uwaga! Recenzja będzie bardzo spoilerowa!!!)

Disney zaczyna szaleć jeśli chodzi o przerabianie swoich klasycznych bajek i sama nie wiem co o tym myśleć. Początkowo temat wydawał się ciekawy, wręcz obiecujący, bo dawał szansę na przedstawienie historii z innej, świeżej strony. Dzięki takiemu podejściu nowy Kopciuszek był niesamowicie sympatyczną historyjką, bo zamiast koncentrować się na rezolutnych myszkach wolał przedstawić relację tytułowej bohaterki z księciem i to w połączeniu z znakomitą chemią pomiędzy bohaterami dało wspaniały efekt. Jeszcze lepiej wypadła Księga Dżungli, która miała to, czego animowana wersja nie miała – fabułę. No i piękna oprawę wizualną, oczywiście. Z Piękną i Bestią był taki problem, że scenariusz wersji z 1991 był tak dobry, że w moim odczuciu nie postarzał się nawet o dzień i nie potrzebował żadnych zmian. Twórcy najwyraźniej uznali to samo, bo odtworzyli klasyczny film praktycznie scena po scenie decydując się na małe, kosmetyczne zmiany. To powinien być klucz do sukcesu, prawda? Niestety, nie był.

Podejrzewam, że gdybym nie była zaznajomiona z odsłoną z 1991 pewnie nie byłabym tak ostra wobec tego filmu, wtedy może nawet by mi się spodobał, kto wie? Ktoś mądry pewnie uzna, że nie powinnam patrzeć na nowszy film przez pryzmat starszego i to byłoby bardzo rozsądnym posunięciem, gdyby nie fakt, że wersja 2017 w żaden sposób nie próbuje odciąć się od swojego poprzednika paskudnie na nim żerując. I dobra, odtworzenie znanych widzom scen byłoby jeszcze do zniesienia gdyby zrobiono to z miłością i szacunkiem dla oryginału, tymczasem tutaj cały film przypominał mi uczniaka, który nauczył się na pamięć wierszyka i wyklepał go z pamięci nie rozumiejąc nawet jednego zdania, które wypowiedział. Całość gnała więc przed siebie, nie dając widzowi chwili wytchnienia i nawet przez chwilę nie pozwalając na uwierzenie w uczucie łączące Bestię i Bellę. Najbardziej zbolały mnie dwie sceny, tak pięknie ukazane w filmie animowanym, a tak spartaczone w filmie. Pierwszą z nich była decyzja pięknej o pomocy Bestii, gdy ten zemdlał po walce z wilkami. W bajce na twarzy Belli widać było wewnętrzną walkę i stopniowe uświadomienie sobie, że jeśli odejdzie, Bestia umrze. W filmie tymczasem bohaterka wyglądała tak jakby ktoś ją do tej pomocy zmusił. Podoba sytuacja była z Bestią gdy ten nakazał ukochanej udać się do ojca. W filmie animowanym perfekcyjnie ukazano, jak bardzo bohaterowi trudno przyszło podjecie tej decyzji, w wersji aktorskiej wyglądało to tak jakby gość wreszcie znalazł doskonały pretekst by pozbyć się niechcianej współlokatorki. A chwilę potem wyśpiewywał jak to Bellę bardzo kocha. To wyglądało jak parodia najgorszego sortu i oglądało z przykrością.

Na szczęście, nieco lepiej jest ze zmianami wprowadzonymi do filmu. Pomysł, by klątwa wymazała księcia oraz jego dwór z pamięci poddanych był dla mnie udany i dodawał całości dramatycznego tonu (mąż pani Potts zapomniał o niej i swoim synu i wiódł normalne życie w wiosce Belli). Spodobał mi się też zamek niszczejący wraz z rozwojem klątwy oraz służba stopniowo zamieniająca się w prawdziwe meble. Miło było też zobaczyć Bestię potrafiącego czytać, scena z odświeżonej wersji filmu animowanego w której Bella uczyła go składać literty była przeraźliwie bzdurna i cieszę się, że tutaj zrezygnowano z tego wątku. Spodobała też mi zmiana Mauricego, przemienionego z szalonego naukowca w troskliwego ojca skrywającego przed ukochaną córką bolesną tajemnicę. Więź pomiędzy nim a Bellą była doskonale przedstawiona i gdy dziewczyna decydowała się zniewolić w zamian, było to dla widza w pełni zrozumiałe. Niestety, nie wszystkie zmiany przebiegły równie dobrze. Postanowiono bowiem by czarodziejka odpowiadająca za przemienienie księcia w bestię mieszkała w wiosce Belli pod przebraniem szalonej wieśniaczki. I ok., w porządku, niech sobie robi z życiem co jej się żywnie podoba, jej sprawa. Tylko w filmie mieliśmy scenę, gdy Gaston potraktował ją naprawdę paskudnie i co czarodziejka z tym fantem zrobiła? Ano, nic. Książę musiał za podobną zniewagę porosnąć sierścią, Gaston nie, bo ma immunitet od scenarzystów. Dziwny był też wątek matki Belli. Uznano, że dobrym pomysłem będzie by Maurice skrywał przed córką wielką tajemnicę dotyczącą rodzicielki dziewczyny. A tym wielkim sekretem było to, że… kobieta umarła na dżumę. Nie zaćpała się na śmierć, nie poszła w tany z innym, tylko umarła. No wstrząsające, jakby Bella się o tym dowiedziała, to by ją skrzywiło do końca życia, bez dwóch zdań! Traumatycznymi przeżyciami postanowiono również obdarować Bestię, którego ojciec najprawdopodobniej znęcał się nad nim. Piszę „najprawdopodobniej” bo w filmie skaczą dookoła tego tematu na palcach, wyraźnie bojąc się bardziej go poruszyć. Nawet scena, w której możemy zobaczyć księcia za dzieciaka i jego tatę jedyne co nam pokazywała to to, że mężczyzna nie pozwalał synowi fałszować nad łóżkiem chorej matki. No straszne, cóż za tyran z tego ojca był! Na sam koniec zostawiłam sobie wątek LGBTQ, o którym było bardzo głośno, choć w filmie było go tyle, co kot napłakał. I w sumie szkoda, bo bardzo mi się podobał, LeFou niespodziewanie skradł mi seans, nigdy się nie spodziewałam, że oglądanie Josha Gada sprawi mi tyle przyjemności, a tu proszę, niespodzianka!

No właśnie, przejdźmy do aktorów. Dużo decyzji castingowych to strzał w dziesiątkę. Wspomniany wyżej Josh Gad był wyśmienity, szczególnie w parze z Lukiem Evansem, który brylował jako Gaston aż miło. Kevin Kline sprawdził się doskonale w roli troskliwego ojca, a służba Bestii była dobrana perfekcyjnie i aż szkoda, że przez większą część filmu nie mogliśmy zobaczyć ich twarzy. Dan Stevens jako Bestia był w porządku, design jego postaci był nieco nijaki, ale tutaj akurat żal trzeba mieć do ludzi od efektów specjalnych a nie do aktora, który dawał z siebie wszystko. Inna sprawa z Emmą Watson, która pasowała do całości jak pięść do nosa, niestety. Od początku nie podobało mi się jej obsadzenie w roli mojej ukochanej księżniczki, ale postanowiłam odsunąć od siebie uprzedzenia i dać jej szansę. Liczyłam na to, że się przyjemnie rozczaruję i niestety, zawiodłam się. Emma do tego filmu po prostu nie pasowała. Miała za współczesną urodę a przy Danie Stevensie wyglądała jak młodsza siostra i oglądanie ich pocałunku było naprawdę creepy. Nie pomagał też fakt, że pomiędzy tą dwójką nie było żadnej chemii i nawet w jednym momencie, nawet przez sekundę nie uwierzyłam w uczucie ich łączące. Dodatkowo aktorka przez cały film wyglądała tak, jakby ktoś zaciągnął ją na plan siłą i zmusił do gry. Cały czas miała tę samą naburmuszoną minę, a gdy już się uśmiechała to wyglądała autentycznie przerażająco, dawno już tak nieszczerego uśmiechu nie widziałam. Mam nadzieję, że nigdy mi się w nocy nie przyśni, strach nawet o tym myśleć, brr.

Jeśli czymś film nadrabia, to zdecydowanie stroną wizualną, bo ta wyglądała zjawiskowo. Lokacje zostały zaprezentowane przepięknie, szczególnie zamek Bestii robił niesamowite wrażenie zachwycając i niepokojąc jednocześnie. Odtworzenie klasycznych piosenek takich jak Gaston czy Be our guest wypadło doskonale i trudno było mi się nie uśmiechnąć słysząc odświeżone wersje utworów z dzieciństwa (Disney odkupił grzechy za zeszmacenie Be our guest w Descendants). Także kostiumy były bardzo ładne, choć zasmuciło mnie, że pamiętna żółta sukienka wypadła tutaj tak nijako. A przecież każdy kto myśli o Belli zawsze myśli o niej w tej właśnie kiecce! Oj, szkoda!

Nowa wersja Pięknej i Bestii nie jest filmem tragicznym, ale w porównaniu z animacją z 1991 wypada po prostu nijako. Brakuje chemii pomiędzy głównymi bohaterami, fabuła nie jest płynna, a magii w tym wszystkim z lupą szukać. Ode mnie 5-ka, Disneyowi proponuję, by przekładał na język filmowy tylko te animacje, które potrzebują retellingu, pozostałe lepiej zostawić w spokoju… Że co? Król Lew jest następny? Ojej…

Ragnarok nadchodzi, fan pada z zachwytu

rinoasin

Na dziś miałam w planach inną notkę, ale nowy zwiastun Thora zadebiutował w sieci i jest taki cudowny, że muszę o nim napisać, no muszę! Cudeńko do obejrzenia tutaj, moje zachwyty poniżej.

Clipboard0121

- Thor dotychczasowo nie miał szczęścia do filmów. Co prawda, mi się Mroczny Świat podobał, ale jestem w stanie zrozumieć dlaczego reszcie świata do gustu nie przypadł. Ragnarok zapowiada się na zdecydowanie najlepszą część, szaloną, pokręconą i świeżą. Owszem, można się czepiać, że całość za bardzo przypomina Strażników Galaktyki ale nie zapominajmy, że reżyserem jest Taika Waititi, a on złych filmów nie robi i nie przyjmuję do wiadomości, że to będzie jego pierwsza wpadka.

- Nie wiem jakim przeciwnikiem będzie Hela, ale muszę to napisać: Cate Blanchett wygląda olśniewająco i nawet jeśli jej bohaterka będzie źle napisana to widz i tak będzie mieć problem z oderwaniem od niej wzroku. A scena z Mjölnirem mocna!

- Oooo, Loki odzyskał swoje rogi! A Thor uskrzydlony hełm! Głupoty, a cieszą.

- Chris Hemsworth w krótkich włosach wygląda jak żywcem wyrwany z serialu Spartacus i zważywszy na to, że film będzie się skupiać na gladiatorach jest to idealny look.

- Led Zeppelin! Immigrant Song! Piękne!

- Wygląda na to, że potyczka z Helą odbędzie się na Ziemi. Miejmy nadzieję, że to jedyna scena mająca miejsce na naszej planecie, to w końcu Thor, chcę zobaczyć nowe lokacje i świeże, odmienne postacie.

- A skoro o postaciach mowa, to nie jestem pewna co do Jeffa Goldbluma w obsadzie, ale Marvel ma nosa co do wybierania aktorów więc pewnie niepotrzebnie się niepokoję. Reszta na szczęście wygląda pięknie, szczególnie Tessa Thompson. Mam tylko nadzieję, że jej romans z Thorem będzie mieć w sobie więcej życia niż nieszczęsna relacja z Jane, fuj.

- Wow, kiedy Heimdall miał czas by zapuścić tak długie włosy? Swoją drogą, to trzymajmy kciuki za więcej Idrisa Elby na ekranie, jego nigdy za wiele.

Z tegorocznych filmów Marvela to właśnie na Ragnarok czekam najbardziej. Podoba mi się ten campowy klimat wzięty żywcem z filmów z lat 80-tych, podoba mi się antagonistka, podoba mi się fakt, że może w pewnym stopniu dostaniemy wreszcie bardziej osobistą historię bez kolejnego ratowania świata i całej reszty. Miło będzie zobaczyć Hulka po przerwie, razem z Thorem mają potencjał na cudowny duet. Jestem też ciekawa jak zostanie tutaj poprowadzona relacja protagonisty z Lokim. To był najmocniejszy element poprzednich filmów i miejmy nadzieję, że nie zostanie zatracony w tej odsłonie. W sumie to jedyna moja obawa względem Ragnaroku, reszta na szczęście wygląda wspaniale i mogę z czystym sumieniem napisać, że jaram się jak pochodnia na myśl o seansie tego filmu. Byle do października.

I jeszcze jeden i jeszcze raz (po raz piąty)

rinoasin

Z roku na roku coraz trudniej tworzy mi się te urodzinowe notki. No bo ile można publikować teksty w stylu: „Ło rajuśku, wciąż tu jestem!”? Ano, jestem i planuję zostać. Doskonale znam swój słomiany zapał i skoro wytrwałam przy Neonie pół dekady to powinnam przestać się dziwić i uznać, że pisanie notek na stale weszło mi w krew. Oczywiście, nie piszę tak często ja dawniej, wręcz podziwiam samą siebie sprzed paru lat gdy nie dość, że tworzyłam teksty co dwa dni to dodatkowo recenzowałam nie tylko filmy ale każde seriale, ich premiery oraz finały. 

Tak, kiedyś to mi się chciało! (To zdanie proszę przeczytać głosem zrzędliwej staruszki:).

No dobra, teraz też mi się chce, tyle, że czasu zdecydowanie mniej, niestety. Postaram się jednak by w tym roku notki powstawały przynajmniej dwa razy w tygodniu. Czy wyjdzie, to się okaże, ale spróbować zawsze można, co nie? Planuję zakończyć cykl Dona Blutha i powrócić do D jak Disney, ale tym razem skupię się na dziełach Pixara. Straszne sequele będą okazjonalnie powracać gdy dostanę nagłego ataku masochizmu bo takie o dziwo mi się zdarzają. Poza tym będę kontynuować analizy POPów, a także recenzje Stevena Universe i Adventure Time (nadrobię zaległe odcinki przed powrotem serialu, obiecuję!). Co do filmów to na pewno zrecenzuję nadchodzące tytuły od MCU i DCEU i inne filmy, które przypadną mi do gustu lub wręcz przeciwnie – będą tak złe aż recenzja sama się będzie pisać. I tyle w kwestii planów, nie lubię dzielić skóry na niedźwiedziu, często na tym źle wychodzę. W każdym razie będę pisać i tyle:)

Na sam koniec pragnę podziękować Wam z całego serca za zaglądanie tutaj. Wasza obecność motywuje mnie do dalszego pisania i narzekania na łamach bloga;). Dzięki za kolejne dwanaście miesięcy zaufania, to naprawdę wiele dla mnie znaczy! Całuski i do kolejnej notki.  

13 powodów

rinoasin

To, że seriale Netflixa najczęściej prezentują wysoki poziom wiedzą chyba już wszyscy. Najnowszy tytuł platformy czyli 13 reasons why w niczym od tej teorii nie odstępuje. Co więcej, jest tak dobry, że seans całego sezonu składającego się z 13 epizodów zajął mi dwa dni i pozostawił mnie wstrząśniętą tym, co zobaczyłam. I dlatego już na wstępie piszę – obejrzyjcie, naprawdę warto. Jeśli jednak wciąż nie jesteście pewni, poznajcie moje 13 powodów, dla których warto ten tytuł obejrzeć. Spoilery ograniczę do minimum by nie psuć Wam zabawy podczas seansu, sama kolejność jest podana przypadkowo, uporządkowanie ich od najmniej znaczących do najbardziej przerosłoby mnie, musicie mi to wybaczyć.

Clipboard0120

1. Historia

Clay odnajduje na progu swego domu pudełko z kasetami magnetofonowymi i z zaskoczeniem odkrywa, że zostały na nich nagrane zwierzenia jego przyjaciółki Hannah, która nie tak dawno popełniła samobójstwo. Dziewczyna podaje 13 powodów, które skłoniły ją do odebrania sobie życia, a on okazuje się jednym z nich… Brzmi intrygująco prawda? I tak właśnie jest, narracja poprowadzona została dwutorowo – mamy flashbacki obrazujące problemy z jakimi zmagała się Hannah za życia oraz współczesność ukazującą reperkusje śmierci dziewczyny, a czasami niestety ich brak. Twórcy powoli i rozsądnie odsłaniają kolejne karty, przez co serial nawet przez chwilę nie przestaje intrygować i ciekawić. Tak właśnie powinno wyglądać Pretty Little Liars gdyby trafiło w odpowiednie ręce i nie zostało przemielone w popkulturową telenowelę dla mało wymagającego odbiorcy.

2. Cały sezon za jednym zamachem

To Netflix, więc całość można obejrzeć w jeden dzień lub rozsądnie racjonować odcinki. To wszystko zależy od upodobań i silnej wolni widza, najważniejsze jest jednak, że nie musimy czekać tydzień na kolejny odcinek, co w przypadku 13 powodów byłoby niezwykle frustrujące.

3. Zamknięta opowieść

Serial zadebiutował parę dni temu i za wcześnie by mówić o drugim sezonie, ale mam nadzieję, że taki nie zostanie zamówiony. Całość bowiem tworzy sprawną całość, której dalsze wałkowanie zrobiłoby historii tylko dużą krzywdę. Owszem, parę wątków zostało otwarte, ale w moim odczuciu najlepiej je takimi pozostawić i pozwolić widzowi na własną interpretację tego, co było dalej.

4. Muzyka

Ścieżka dźwiękowa w tym serialu jest niesamowita! Każdy odcinek to jednocześnie kilka doskonałych piosenek, które jednocześnie doskonale pasują do fabuły i wręcz ją uzupełniają. Nie zdziwcie się, gdy po zakończonym epizodzie będziecie sprawdzać daną piosenkę by dodać ją do listy swoich ulubionych, mi się to zdarzyło parę razy.

5. Klimat

Serial ma niesamowity klimat, trudny do porównania, ale gdybym musiała to zrobić, to w moim odczuciu przypomina mix książek Johna Greena z grą Life is Strange. Tak jak te dzieła opowiada o młodych, zagubionych ludziach stawiających swoje pierwsze kroki w dorosłość i zmagających się z trudami życia codziennego. Dodatkowo, choć akcja dzieje się współcześnie, to nad wszystkimi odcinkami unosił się duch lat 90-tych. Może to te kasety magnetofonowe, a może coś czego nie potrafię określić. W każdym razie ogląda się to cudownie.

6. Dla osób nastoletnich jak i dorosłych

Seriale skupiające się na nastolatkach dość często dostają łatkę guilty pleasure i choć próbują poruszać ważniejsze tematy, wypadają na tym polu słabo, przez co starszy widz szybko znudzi się ich oglądaniem. W przypadku 13 reasons why fabuła trafi zarówno do mniej i jak bardziej doświadczonych życiowo osób. Głównie dlatego, że problemy Hannah nie były specjalnie wybujałe, przez przejęcie się jej losem przychodziło widzowi z łatwością. Jak dla mnie to najlepszy serial młodzieżowy dla wszystkich od czasów brytyjskich Skins .

7. Aktorzy

Poza portretującym głównego bohatera Dylanem Minnette reszta obsady składa się z nieopatrzonych i świeżych twarzy, doskonale odnajdujących się w swoich rolach. Szczególne brawa należą się Katherine Langford wcielającej się w rolę Hannah. Ponoć początkowo w rolę dziewczyny planowano obsadzić Selenę Gomez i dzięki boru, że tego nie zrobiono, bo znana twarz zdystansowałaby widza. Tymczasem oglądając naturalną Langford czasami czułam się tak, jakbym oglądała zwyczajną dziewczynę zmagającą się z okrutnym światem i wręcz czułam się winna, że nie jestem w stanie jej pomóc.

8. Główni bohaterowie

Powód odrobinę powiązany z powyższym, bo gdyby aktorzy zostali źle dobrani, historia nie angażowałaby tak bardzo. Ale nawet najlepszy aktor nic nie zdziała, jeśli jego postać zostanie źle napisana. Na szczęście, Hannah i Clay przez cały sezon dawali się lubić i, co najważniejsze, nie byli idealni. Oboje popełniali błędy mniejsze i większe, twórcy nie zamierzali z nich robić świętych. Dzięki temu właśnie bardzo łatwo było z nimi sympatyzować i przejmować ich losami. Bardzo często zdarza się także, że gdy galeria bohaterów jest duża, protagoniści wypadają przy pozostałych nudno i nijako. Tutaj na szczęście tak nie było i duet był prawdziwą duszą serialu.

9. Bez dłużyzn

Spotkałam się z opiniami, że serial jest przeciągnięty i autentycznie się z nimi nie zgadzam. Co więcej, uważam, że mniejsza ilość odcinków odebrałaby siłę historii. Twórcy bowiem bardzo rozsądnie rozłożyli główne wątki fabularne i wiedzieli, kiedy dać widzowi odrobinę wytchnienia a kiedy uderzyć w niego z całą mocą. Dodatkowo, nie ma w tej historii zbędnych scen, wszystko ma swoje logiczne uzasadnienie w historii, pogłębiając bohaterów lub podpowiadając widzom co będzie dalej.

10. Nie takie oczywiste stereotypy

Tak jak w każdym serialu młodzieżowym także i tutaj pojawiają się klasyczne tropy – mamy cheerleaderki, sportowców, gothkę, ułożoną Azjatkę, wyalienowanego fotografa i tym podobne persony. Jednak pomimo znajomych schematów postacie potrafią zaskoczyć widza, zrobić coś, czego się po nich nie spodziewaliśmy (nie zawsze w pozytywny sposób, niestety). Można powiedzieć, że twórcy wybierają znane klisze, a potem przerabiają je na swoją modłę, dzięki czemu opowieść zachowuje potrzebny powiew świeżości.  

11. Przyjemność z oglądania

Choć w drugiej połowie serial zaczyna wytaczać ciężkie działa fabularne, to wiąż ogląda się go znakomicie. Widz nie czuje zmęczenia i emocjonalnego wyprania po seansie odcinka. Owszem, czasami będzie ciężko, w końcu to tytuł skupiający się na dziewczynie, która popełniła samobójstwo, ale jednocześnie nie na tyle, by widz potrzebował kilkudniowej przerwy na odzyskanie humoru i chęci do dalszego oglądania.

12. O tym, co Nas kształtuje

13 powodów doskonale pokazuje jakie czynniki wpływają na młodych ludzi i ucieka od ogranego zwalania wszystkiego na rodziców. Owszem, matki i ojcowie też mają duży wpływ na bohaterów serialu, ale równie duży mają na nich ich rówieśnicy oraz nauczyciele. Nie dostajemy więc tutaj oczywistych odpowiedzi, musimy sami wyciągnąć wnioski z seansu.

13. Gorzki rachunek sumienia

Kłamałam we wstępie pisząc, że kolejność powodów będzie przypadkowa, bo ten najważniejszy zostawiłam na koniec. Bowiem serial zmusił mnie do przemyślenia tego, jaką osobą jestem wobec innych i ile razy zraniłam kogoś świadomie lub nieświadomie. To było naprawdę trudne, ale jakże ważne. Często mówimy lub robimy rzeczy bez uprzedniego zastanowienia się nad tym, czy ktoś przez to ucierpi. A czasem nawet najmniejsza z pozoru drobnostka może być dla drugiej osoby bolesnym ciosem. I to właśnie jest największą mocą 13 powodów – uczy empatii, tak potrzebnej w dzisiejszych czasach zarówno wśród młodych jak i dorosłych.

I to moje 13 powodów, dla których warto obejrzeć najnowszy tytuł Netflixa. Co prawda, było ich więcej, ale chcę pozostawić Wam parę wniosków do wyciągnięcia podczas seansu. Mam nadzieję, że go nie pożałujecie.

My Funko POP! vol. 21

rinoasin

Po poważnym Heisenbergu czas na zdecydowanie sympatyczniejszą postać. Oto Roszpunka.

36a

Aż trudno mi w to teraz uwierzyć, ale był czas, kiedy miałam powyżej uszu bajek Disneya i uważałam wręcz, że ten się skończył. Pierwszym tytułem po długim czasie jaki zdecydowałam się obejrzeć był Piorun, który spodobał mi się, ale nie na tyle by ponownie uwierzyć w magię wytwórni. To stało się po premierze Zaplątanych, którzy z miejsca podbili moje serce i do dnia dzisiejszego są w moim odczuciu jednym z lepszych dzieł Disneya. No ale jak tu się nie zachwycić, skoro nie dość, że tytuł powracał do księżniczkowej tradycji, to jeszcze robił to w naprawdę wybornym stylu. W Zaplątanych wszystko grało – historia, bohaterowie, czarny charakter, muzyka, animacja… wszystko, ale to wszystko było na wysokim poziomie. I tylko szkoda, że animacja nie zdobyła takiej popularności jak chociażby wiele zawdzięczające Zaplątanym Frozen. Ostatnimi czasy Roszpunka powróciła w serialu animowanym, ale ten na tę chwilę ten nie zainteresował mnie do tego stopnia, by poświęcić mu chwilę na seans. W każdym razie jednak to doskonała okazja, by zerknąć jak Funko ukazało długowłosą (do czasu) księżniczkę Disneya.

 139231

 Gdy POP Roszpunki został zapowiedziany, byłam zaciekawiona jak twórcy poradzą sobie z przedstawieniem fryzury bohaterki w figurowej wersji. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że to nic wielkiego, tylko długie włosy. I niby tak, ale jak to ładnie wyrzeźbić? Początkowo obstawiałam, że włosy zostaną splecione w warkocz, ale zdecydowano się na trudniejszą drogę* i niech mnie, jak to imponująco wygląda! Choć włosy nie ciągną się za figurką to mimo to wydają się odpowiednio długie i masywne. Podoba mi się szczególnie ich zebranie u stóp księżniczki, to genialny w swojej prostocie pomysł, brawa!

325

Jeśli chodzi o ubiór to zdecydowano się oczywiście na prostą różowo – fioletową sukienkę i bose stopy. Bałam się nieco drobnych elementów na ubraniu, szczególnie rzemyka, które można z łatwością spaprać przy nakładaniu farby ale niespodzianka, całość została wymalowana dokładnie i bez większych wpadek. Jeśli już muszę się czegoś doczepić to tego nieszczęsnego pędzla w dłoni księżniczki. Czy naprawdę nie dało się go wyrzeźbić ładniej? Wystarczyłoby zrobić parę nacięć, by główka wyglądała jak zrobiona z włosia. Oczywiście, jeśli ktoś jest z animacją zapoznany, domyśli się, że to pędzel, ale osoba z Zaplątanymi nie zaznajomiona może mieć trudność w zgadnięciu co u licha księżniczka trzyma w dłoni.

423

 Drobne, kobiece POPy mają najczęściej dołączone podstawki pomagające utrzymać równowagę. W przypadku Roszpunki była ona jednak zbędna, bo włosy są idealnym stabilizatorem. I dobrze, bo moja figurka jest nieco krzywa i choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, to pod odpowiednim kątem można zauważyć, że jej stopy są cofnięte w porównaniu do reszty ciała. Hym, może chce tańczyć do Smooth Criminal?

520

Bardzo, ale to bardzo uroczym dodatkiem do księżniczki jest gratisowa figurka Pascala. Niby nic wielkiego, ale bardzo sympatycznie ze strony Funko, że zamiast zdecydować się na osobą sprzedaż kameleona, dołączono go do Roszpunki. Do twarzy mu z POPową przemianą, a w duecie z bohaterką wyglądają doskonale.

6137985

To naprawdę udany POP. Na pierwszy rzut oka wydaje się prosty, ale gdy człowiek przyjrzy się samym włosom księżniczki będzie pod wrażeniem dokładności i pomysłowości w rzeźbieniu. Miło także stwierdzić, że farba została nałożona bardzo starannie i bez większych wpadek, a dodatek w postaci Pascala autentycznie podbił moje serce. Jeśli jesteście fanami Zaplątanych to POP dla Was, polecam.

*choć Roszpunka z warkoczem też powstała w późniejszym terminie.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci