Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Między nami, tytanami

rinoasin

Drugi sezon Attack on titan za Nami. Po ochłonięciu zdecydowałam się napisać parę słów na temat minionych dwunastu odcinków. Spoilerów będzie więcej niż trochę, więc jeśli planujecie zapoznać się z tym tytułem, nie czytajcie bo szkoda sobie psuć zabawy z oglądania. Bo ta, pomimo paru wad, była przednia.

ak4

Za oglądanie Attack... wzięłam się głównie dlatego, że zaintrygowały mnie często wrzucane na 9gaga obrazki i memy związane z tym tytułem. Co prawda, swoją fazę anime mam już dawno za sobą, ale jeśli tytuł zapowiada się naprawdę interesująco, jestem gotowa dać mu szansę. Tytani na szczęście nie zawiedli i poza naprawdę obiecującym punktem wyjściowym okazali się mieć także barwnych bohaterów, przemyślany świat przedstawiony oraz masę, ale to masę, emocji. Pierwszy sezon wciągnęłam hurtem a potem rozpoczęłam oczekiwania na drugi. Ten niestety nie nadchodził, więc ukojenie znalazłam w mangach ale to był krótkotrwały efekt. Widzicie, nie przepadam za czytaniem na urządzeniach elektronicznych, jestem w stanie przeczytać książkę na tablecie lub komórce ale zdecydowanie bardziej wolę czuć papier pod palcami. Z komiksami i mangami to skrzywienie się pogłębia, nie wiem dlaczego, ale oglądanie obrazków na ekranie nie daje mi takiej radochy i tyle. Z tego też powodu zamiast znaleźć wersję elektroniczną wszystkich dostępnych tomów Attack… i nadrobić, zaczęłam kupować tomiki od JPFu. Zważywszy jednak na to, jak rzadko te wychodziły, ich kupowanie nie weszło mi w nawyk i w pewnym momencie swoje kolekcjonowanie przerwałam, co śmieszne, zatrzymując się na tym samym etapie historii na którym zakończył się pierwszy sezon. I w taki oto sposób o Tytanach nieco zapomniałam i gdy wreszcie potwierdzono premierę nowej odsłony nie ekscytowałam się specjalnie, było mi to obojętne. Och, w jakim błędzie byłam!

Praktycznie z miejsca przypomniano mi, co tak bardzo urzekło mnie w pierwszej odsłonie historii – tajemnice zaczęły się mnożyć, na horyzoncie pojawił się nowy, zagadkowy przeciwnik, bohaterowie nie zawsze okazywali się tym, za kogo ich braliśmy, a sceny akcji autentycznie elektryzowały. No i oczywiście są tytani, prawdziwe gwiazdy serii. To już drugi sezon i powinnam się do nich przyzwyczaić, tak jak do widoku zombiaków w The Walking Dead, ale nie jestem w stanie. Pewnie dlatego, że w przypadku potencjalnego spotkania z żywym trupem miałabym jakieś tam szanse na przeżycie, natomiast gdyby na mojej drodze stanął tytan z miejsca mogłabym zacząć żegnać się ze światem. To w połączeniu z ich groteskowo – przerażającym fizys daje naprawdę piorunujący efekt, który działał na mnie za każdym razem. Pozostaje się tylko cieszyć, że żaden tytan jeszcze mi się nie przyśnił, to byłby jeden z gorszych koszmarów w moim życiu.

Swoją przygodę z serialami zaczęłam ponad 10 lat temu razem z Prison Break, Gotowymi na wszystko i Zagubionymi. Ten ostatni urzekł mnie wtedy najbardziej. Uwielbiałam ten pełen zagadek świat, który niepokoił i fascynował jednocześnie. Niestety, gdzieś w okolicach trzeciego sezonu okazało się, że twórcy nie kwapią się do udzielenia widzowi odpowiedzi na przynajmniej niektóre z zadanych przez siebie pytań i tylko mnożą kolejne. W ostatecznym rozrachunku widz musiał zdać się na swoją inwencję twórczą i dopowiedzieć sobie to, czego scenarzyści nie zrobili. Dlaczego o tym wspominam? A dlatego, że Attack... też lubi zagadki i niedopowiedzenia co doskonale się sprawdza w trakcie seansu ale jednocześnie wzbudza skojarzenia z Zagubionymi właśnie i wznieca obawę, że i tutaj pod koniec będziemy musieli zgadywać o co tak naprawdę twórcom chodziło. Cóż, może jeszcze za wcześnie na takie wyrokowanie ale odnoszę wrażenie, że w tym przypadku tak nie będzie. Co prawda wciąż przykładowo nie wiemy do jakiej tajemnicy doprowadzi bohaterów klucz zawieszony na szyi Erena, ale znamy już tożsamość tytana kolosalnego oraz uzbrojonego i ta świadomość praktycznie rozsadziła mi mózg. Wiem, że wielu osobom sposób w jaki ta tajemnica została rozwiązana nie przypadł do gustu, ale ja do nich nie należę. Gdy w serialach bądź filmach czas na typowy big reveal to najczęściej widz jest w stanie go przewidzieć i się na niego przygotować. Tutaj tymczasem wzięto Nas z zaskoczenia. Scena gdy Reiner wyjawia Erenowi prawdę na temat siebie i Bertholdta a potem grzecznie prosi by ten poszedł z nimi była tak niespodziewana, iż początkowo sądziłam, że albo w tłumaczeniu był błąd albo przegapiłam jakąś scenę. I koniec końcem cofnęłam się o parę minut pewna, że coś mi umknęło. Okazało się, że to nie było żadne z powyższych, serial w najbardziej pokręcony sposób na świecie zdecydował się wyjawić widzom prawdę. Prawdę, która w sumie powinna być oczywista - w końcu Reiner z wyglądu przypominał tytana uzbrojonego, a podczas scen z walącą się wieża Bertholdt wyraźnie chciał sobie rozgryźć rękę. Tyle, że czasami najciemniej pod latarnia. Annie z pierwszego sezonu powinna mnie bardziej wyczulić na takie zagrywki, ale tak się nie stało. Może dlatego, że dziewczyna od początku budziła moja nieufność i gdy tylko tytan-kobieta pojawił się na horyzoncie, od razu wiedziałam kto nim jest. Tymczasem w przypadku tej dwójki mi to nie grało. Reiner w moim postrzeganiu był osiłkiem o złotym sercu. Tymczasem Bertholdt był redshirtem do ostrzału. Do tego stopnia byłam przekonana o jego rychłym zgodnie, że nawet nie próbowałam zapamiętać jego imienia. A tu proszę - niespodzianka! - ten niepozorny koleś okazał się kolosalnym tytanem. Zawsze sądziłam, że jego tożsamość poznamy gdzieś pod koniec historii i okaże się kimś wysoko postawionym (moim głównym podejrzanym był Pixis), a nie kimś dotychczasowo przemykającym w tle. Nie dziwota więc, że po wielkim odkryciu prawdy zbierałam szczękę z podłogi.

Odkrycie prawdy o Reinerze i Bertholdcie poza elementem szokowania widza pozwoliło także pogłębić te postacie. Ten pierwszy okazał się wypierać z umysłu prawdę o samym sobie, co było dość zaskakującym faktem, zważywszy na to, jak dotychczasowo był przedstawiany w historii. To, że Reiner postrzega siebie zarówno jako wojownika i żołnierza nadaje mu naprawdę tragicznego wymiaru i budzi też pytania, jakich argumentów użyto by zmusić go do podwójnej gry. Można się tylko domyślić, że na grzecznym zapytaniu się nie skończyło. W porównaniu do Reinera Bertholdt wciąż zachował zdrowy rozsądek, co w moim oczach czyni z niego jeszcze ciekawszą postać. Bo nie dość, że ten niepozorny gość zamienia się w kolosalnego tytana, to dodatkowo jest na tyle silny psychicznie, że pomimo życia w strachu zachował przytomność umysłu. Mam nadzieję, że w trzecim sezonie dowiemy się więcej na jego temat, bo ma szansę ewoluować w naprawdę ciekawą postać. A skoro o rozwoju postaci mowa, to daleką drogę przeszła Ymir, która z najbardziej denerwującej mnie bohaterki stała się moja ulubioną. Twarda i zdeterminowana by chronić Christę okazała się mieć drugie, wrażliwe oblicze. Jej backstory nie tylko przemyciło widzom masę ważnych informacji (na czele z tą, że tytanem można zostać po odpowiednim zastrzyku) ale także wyjaśniło jak Ymir stała się taka dziewczyną (hym, skoro 60 lat tułała się pod postacią tytana to czy wciąż mogę ją nazywać dziewczyną?) jaka znamy teraz. Scena, gdy po ponad pół wieku odzyskuje swoje prawdziwe ja była dla mnie wizualnie i emocjonalnie jedna z lepszych, o ile nie najlepszą w tym sezonie. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze relacja z Christą (lub Historią, co kto lubi, ja się jeszcze do nowego imienia nie przyzwyczaiłam), która jest tak samo toksyczna jak i fascynująca. To, że dziewczyny gotowe są iść za sobą w ogień nie zważając po której stronie barykady ten się znajduje jest zarówno piękne jak i przerażające. Ostatecznie pod koniec sezonu ich drogi rozdzieliły się i mam nadzieję, że wkrótce znowu się skrzyżują, bo tej dwójki nigdy za wiele.

Gdy dotychczas poboczne postacie dostały szansę, by i zabłysnąć, Eren i Mikasa praktycznie nie ruszyli się jeśli chodzi o rozwój postaci. Eren to wciąż ten w gorącej wodzie kąpany chłopak, który częściej robi niż myśli. Mikasa tymczasem poza rolą ochroniarza Erena w tym sezonie nie zrobiła nic więcej. I wiem, że z Mikasy wspaniały wojownik i obrońca, ale odnoszę wrażenie, że jej postać zaczyna grać na jednej nucie. Z milczącej acz fascynującej bohaterki zmieniła się w cień Erena łypiący złowrogo na każdego, kto będzie mieć odwagę zbliżyć się do chłopaka. Osobiście uważam, że każdy z Nas potrzebuje w życiu takiej Mikasy, ale to nie zmienia faktu, że tej przydałoby się rozwinięcie charakteru. Szczególnie, gdy porówna się ją do Armina, który z początkowo najbardziej zbędnej postaci stał się jedną z ciekawszych. To, że siłę zastępuje myśleniem i szybkim łączeniem faktów jest genialne w swojej prostocie. Gdy Eren rzuca się bez zastanowienia na wroga, Armin na początku się zastanowi nim uderzy. Najlepszym przykładem niech będzie fakt, z jaką łatwością wyprowadził z równowagi Bertholda korzystając z wiedzy opartej na swojej spostrzegawczości i przypuszczeniach. To sprawia, że Armin jest w moim odczuciu równie niebezpieczny co Mikasa. Ona dosłownie pozbawi wroga głowy, on tymczasem sprawi, że przeciwnik pozbawi się jej sam.

Wróćmy na chwilę do Erena i jego nowo nabytej umiejętności kontrolowania tytanów, która w finałowym odcinku może i uratowała dzień ale mnie nie zachwyciła. Odnoszę wrażenie, że to zdecydowanie za duży krok w przód dla Naszych bohaterów, którzy dotychczasowo mieli pod górkę. Co prawda, tylko jedna osoba jest w stanie rozkazywać morderczym olbrzymom i na tę chwilę nie mamy jeszcze pewności czy będzie w stanie to powtórzyć, ale jakoś mnie to razi. Pewnie dlatego, że Eren rośnie na takiego Gary’ego Stu, który deus ex machina otrzymuje nowe moce bez specjalnego starania się. Gdyby progres byłby dostrzegalny, nie drażniłoby mnie to tak strasznie, ale jak pisałam powyżej, w tym sezonie bohater nie rozwinął się w ogóle, przez co jego nowa moc zdecydowanie powinna trafić do kogoś innego. Oczywiście, to są moje spostrzeżenia na tę chwilę i mogą ulec zmianie. Doskonale pamiętam, jak nie podobało mi się, że Eren może zamieniać się w tytana i dopiero z czasem przekonałam się do tego pomysłu. Może w tym przypadku będzie podobnie, zobaczymy.

Bardzo bym chciała napisać, że ten sezon był idealny, ale nie jestem w stanie. Choć całość miała zaledwie dwanaście odcinków po dwadzieścia minut każdy, to i tak zdarzały się dłużyzny (retrospekcje ukazujące dzieciństwo Erena, Mikasy i Armina) i zapychacze (odcinek z Sashą!). Ta seria miała też mniejszy budżet niż pierwszy i niestety widać to było gołym okiem – komputerowe wstawki raziły po oczach, a statyczne plansze często używane w trakcie walk niezamierzenie śmieszyły. Jeśli chodzi o samą animację, to wciąż była na poziomie (wielkie brawa dla rysowników, którzy nadali średnim projektom postaci z mangi tyle charakteru), ale czasami bywała niechlujna, szczególnie gdy postać znajdowała się gdzieś w tle, jej twarz najczęściej przypominała jasną plamę z czarnymi kropkami w postaci oczu. Takie zagranie mogę znieść tylko w Adventure Time, tutaj raziło straszliwie, tym bardziej, że anime w moim odczuciu powinno dostać nagrodę za oczy swoich bohaterów, bo te są autentycznie przepiękne. Te wpadki jednak ginęły w lawinie emocji, jaka towarzyszyła mi w trakcie oglądania. Serio, nie przesadzam – gdyby ktoś nagrał moje reakcje podczas oglądania tej serii, zawierałyby one opady szczęki, gadanie do siebie i zakrywanie oczu. Filmy i seriale oglądam najczęściej statycznie, tutaj tymczasem moje ekspresje współgrały z tym co się działo na ekranie. A gdy Erwin stracił rękę krzyknęłam, to chyba pierwszy raz gdy wydałam z siebie głośniejszy dźwięk w trakcie oglądania czegokolwiek. To anime przeprało mi mózg i wcale mnie to nie złości.

Pozostaje zapytać – co dalej? Na trzecią odsłonę będziemy czekać krócej, bo do 2018 roku. Jak się dalej potoczy historia? Czytałam opinie, że będzie tylko lepiej… albo gorzej, zależy od gustu. Kusi mnie, żeby to sprawdzić i zapoznać się z mangami. Tyle, że wtedy nie będę w stanie emocjonować się w trakcie oglądania jak to dotychczas robiłam. Czy warto to utracić? Na szczęście, na znalezienie odpowiedzi na to pytanie mam rok.

Marvel LARPuje

rinoasin

W tym tygodniu nie mam czasu na dłuższą notkę, ale na blogasku cisza i pasuje coś napisać. Z odsieczą przybył Marvel z pierwszym oficjalnym zwiastunem do Inhumans. I jak trailerów seriali na Neonie nie omawiam, tu postanowiłam zrobić wyjątek, w końcu od czasu pojawienia się pierwszego oficjalnego zdjęcia o tytule wciąż jest głośno w sieci (choć podejrzewam, że twórcom nie o taki rozgłos chodziło). Ale nie uprzedzajmy faktów, zwiastun do zobaczenia tutaj, moje komentarze poniżej.

maxresdefault3

- Oto jak wygląda królestwo obcej cywilizacji - pustka i absolutny brak pomysłu. Serio, to prezentuje się tak, jakby tuż przed pierwszym klapsem okazało się, że ktoś zajumał lwią cześć scenografii a na nową brakło kasy, więc twórcy uznali, że będą kręcić bez mebli to może nikt się nie zorientuje. NIE WYSZŁO.

- Ale spoko, to nawet mogłoby się jeszcze obronić, gdyby użyto czegoś, by skontrastować wszechobecna pustkę. Czym najlepiej by to zrobić? Kolorami. Ale niestety, tych tutaj też tu brakuje. Wszystko jest szare lub białe i straszliwie sterylne. Hym, może Inhumans tak naprawdę mieszkają w szpitalu?

- Albo jeszcze inna teoria - to nie szpital, to jakaś dystopia, ewentualnie Dystrykt 13. To by tłumaczyło dlaczego wszyscy są tam ubrani na szaro. No chyba, że Maximus przemawia do jakiś robotników, bo naprawdę ciężko mi uwierzyć, że tak wyglądają mieszkańcy królestwa ukrytego na księżycu - przyodziani w podkoszulki z lumpeksu. Gdzie tu fantazyjne kostiumy?

- I co za tym idzie - gdzie tu Inhumans? Dlaczego wszyscy wyglądają tak zwyczajne? W Agentach S.H.I.E.L.D. mieliśmy gościa pozbawionego oczu lub kobietę z kolczastą głową, tutaj mamy dziewczynkę o pasemkach od linijki, pana z tatuażami na twarzy i mężczyznę o żółtej skórze. No szaleństwo! A, ten ostatni to chyba z Sin City uciekł, to jedyne racjonalne wyjaśnienie co robi w tym serialu, gdzie wszystko zostało polane wybielaczem.

- No dobrze, jest w tym wszystkim doza koloru, którą wnosi Medusa. I wiecie co? To daje jeszcze gorszy efekt, bo tak straszliwie rzuca się w oczy i nie pasuje do reszty ekipy, że trudno mi się nie śmiać na jej widok. W ogóle ta pani to taka dyskotekowa wersja Morticii z Rodziny Adamsów i to niestety brzmi lepiej niż wygląda.

- Początkowo nie podobała mi się wizja zasłania bohaterów na Ziemię, ale skoro Attilan wygląda tak biednie, to może nawet lepiej dla strony wizualnej. Szkoda tylko, że od strony fabularnej brzmi tak nudno, obstawiam że dostaniemy typowe fish out of water story, gdzie niedopasowani bohaterowie będą musieli się odnaleźć w innym, obcym świecie. Meh, wolę dworskie intrygi.

- Ale wiecie co? Piesek mi się podoba. Nie jest to może cud CGI ale mordkę ma na tle uroczą, że chce się go przytulić. No i poza tym to jedyny element w zwiastunie, który nie wygląda tak jakby miał kij w tyłku.

Podsumowując - to wygląda źle i tyle. Za sterami serialu stoi Scott Buck, który ma na swoim koncie chłodno przyjętego Iron Fista. Oczywiście, to mogła być wpadka przy pracy, ale nie nastraja optymizmem. Całość po prostu nie ma charakteru i ikry, sceny z trailera wyglądają jak nagrany przez kogoś LARP. I gdyby to faktycznie był LARP, robiłoby to wrażenie. Tyle, że to serial i to dodatkowo serial MCU, marki która przyzwyczaiła fanów do produktów zdecydowanie wyższej jakości. Oczywiście, jest malutka szansa, że to tylko zły dobór scen lub pomimo biedy wizualnej wybroni się historia, możemy trzymać za to kciuki. Niestety, na tę chwilę wygląda na to, że tylko kamery IMAXa niepotrzebnie poszły w ruch.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że i tak to obejrzę.

My Funko POP! vol. 23

rinoasin

Emocje związane z piątym sezonem Orange Is the New Black nieco już opadły (przynajmniej w moim przypadku) i fanom pozostaje nic innego jak oczekiwanie na kolejny sezon. Aby rozłąkę nieco osłodzić dziś główną gwiazdą odsłony mojego Funkowego cyklu będzie pierwsza okularnica Litchfield - Alex Vause.

233

Przyznaję się bez bicia – początkowo nie znosiłam Alex i miałam ochotę przewinąć każdą scenę w jakiej się pojawiała. Z czasem zaczęłam się do niej przyzwyczajać a gdzieś w okolicy trzeciego sezonu naprawdę ją polubiłam. Ujął mnie fakt, że bohaterka zaczęła sobie zdawać sprawę ze swoich błędów i zdecydowała się nie popełniać ich po raz drugi. W porównaniu do Piper, która z sezonu na sezonu zaczyna tracić zdrowy rozsądek i zachowywać się coraz bardziej nierozważnie progres Alex ogląda się naprawdę przyjemnie. Aż chce się jej kibicować.

141234

Gdy Funko ogłosiło, że powstaną POPy z Orange… byłam tym faktem nieco zaskoczona. Bo choć serial ma wiele charakterystycznych i barwnych postaci, które doskonale sprawdziłyby się w formie figurek to jednocześnie tytuł nie wydawał mi się na tyle popularny, by POPy okazały się sukcesem. I chyba miałam rację, bo serial drugiej fali wciąż się nie doczekał i to już chyba się nie stanie. Szkoda. Wracając jednak do pierwszej serii figurek, to gdy tylko ją zobaczyłam, to z miejsca wiedziałam, że Alex musi wylądować w mojej kolekcji. I dzięki uprzejmości przyjaciółki z Anglii to marzenie się spełniło.

327

Alex oczywiście została przedstawiona w klasycznym beżowym uniformie osadzonej, który niespecjalnie dawał twórcom szerokiego pola do popisu. Żeby jednak nudno nie było bohaterka została zaprezentowana w bardzo ładnej pozie z dłonią opartą na biodrze oraz lewą nogą wysuniętą lekko na przód. Niby nic, ale to jednocześnie bardzo pasuje mi do Alex. Tradycyjnie już na plus zaliczam detale, w tym przypadku tatuaż oraz identyfikator, bo jak doskonale wiadomo, mam hyzia na punkcie takich drobiazgów. Na minus nałożenie farby, która ścieka z rękawa na rękę Alex. Niby nic, ale razi.

522425
Skoro przy farbie jesteśmy, to przejdźmy do głowy POPa. I może zacznę od plusów – okulary są cudowne, oczy zostały wymalowane śliczne, a brwi (których niestety prawie nie widać) są idealną kopią brwi wcielającej się w Alex Laury Prepon. Na minus tymczasem nałożenie farby. Popatrzcie na czoło figurki, co za niechlujstwo! Czarna farba pozostawiła paskudne ciemne smugi, jakim cudem nikt tego nie zauważył? Jakby tego było mało, włosy po lewej stronie twarzy nie zostały wymalowane do końca i mają ciałowy kolor. Niestety, to nie wszystko – na zdjęciu prawie tego nie widać, ale w okolicach oczu Alex ma pełno maleńkich czarnych kropeczek, najprawdopodobniej odprysków z farby. Z czymś takim można sobie łatwo poradzić, wystarczy patyczek do czyszczenia uszu zamoczony w zmywaczu do paznokci. Niestety, w oczyszczeniu głowy POPa przeszkadzają mi okulary, przez które mogłabym najechać na oko Alex i je rozmazać, a tego nie chcę. Swoją drogą, to jaki jest sens w płaceniu za figurkę, którą potem trzeba poprawiać? Grr.

Mimo tych przykrych wpadek bardzo lubię tego POPa. Jest prosty, ale ma w sobie coś, co go wyróżnia. Polecam więc, z pewnymi zastrzeżeniami, ale polecam.

W MCU król jest tylko jeden

rinoasin

Pierwszy zwiastun Czarnej Pantery wziął mnie z zaskoczenia. Jak zazwyczaj słyszałam wcześniej plotki co do daty pierwszych zapowiedzi to tutaj niczym Jon Snow nie wiedziałam nic. I nawet lepiej, bo nie nastawiałam się i do oglądania podeszłam bez oczekiwań, za to z masą entuzjazmu. Najlepsze jest jednak to, że po obejrzeniu zajawki ten nie opadł nawet odrobinkę, wręcz przeciwnie - wzrósł dziesięciokrotnie. Jeśli jeszcze trailera nie widzieliście nadrobicie to koniecznie tutaj, a na moje głupie komentarze i ogólne spostrzeżenia, zapraszam poniżej.

BlackPanther57941707572b1

- Bilbo i Smeagol, spotkanie po latach. BA DUM TSS!

- Andy Serkis to doskonały i straszliwie niedoceniany aktor, to fakt. Autentycznie go uwielbiam, to też fakt. I mimo to całkowicie zapomniałam, że się kiedyś już w MCU pojawił. Po wysileniu pamięci przypomniało mi się, że bredził coś o mątwach (?), a potem stracił rękę... Cóż, po takim występie to faktycznie może uciec z pamięci.

- To krzak! Nie! To pies! Nie! To Czarna Pantera!!!

- Gdybym miała wybrać najlepiej wyglądający kostium bohatera MCU, Czarna Pantera wygrałaby w cuglach. Bohatera w pełnym rynsztunku widzieliśmy już w Civil War ale ja wciąż się nie napatrzyłam.

- Bez dwóch zdań, obsada w tym filmie jest doskonała. Choć z drugiej strony w MCU to już nihil novi. Miejmy nadzieję, że ekipa aktorska zostanie w pełni wykorzystana bo z tym juz u Marvela jest różnie (Elizabeth Debicki w Strażnikach Galaktyki vol. 2, Rachel McAdams w Doktorze Strange oraz, przede wszystkim, Christopher Eccleston w drugiej części Thora).

- Przez parę sekund na widok mamy T'Challi pomyślałam - O, Storm! - a potem uświadomiłam sobie, że to nie to uniwersum (oraz studio). No ale z drugiej strony gość jest Czarną Panterą, królem i ma ochronę składającą się z samych pięknych kobiet, gdyby jego mamą faktycznie byłaby Storm miałby zdecydowanie za dobrze.

- Michael B. Jordan! Jak dobrze, że Marvel daje szansę aktorom z Fantastycznych Czwórek! Chris Evans rolą Kapitana Ameryki zatarł nieprzyjemne wrażenie jakie pozostawił w pamięci fanów rolą Człowieka Pochodni. Oby drugi Johnny Storm miał tyle samo szczęścia. 

- W szybkim montażu udało mi się także wypatrzeć Daniela Kaluuyę, który zachwycił mnie ostatnio w Uciekaj!. Jego rola pewnie do dużych nie będzie należeć ale i tak mimo to się cieszę, to świetny aktor, niech pojawia się jak najczęściej.

- Jest też Forest Whitaker! I niech zgadnę… gra mentora głównego bohatera? :)

- Logo Marvela bardzo ładnie prezentuje się na czarnym tle.


Czas na chwilę szczerości - zaczynam się nudzić MCU. Nie, inaczej - odczuwam stopniowe zmęczenie materiału Uniwersum. Doktora Strange'a oglądało mi się dobrze za pierwszym razem głównie ze względu na niesamowitą oprawę wizualną oraz parę ciekawych pomysłów, ale za drugim podejściem byłam już znużona wtórnością historii. Strażnicy Galaktyki vol. 2 byli naprawdę zabawni, ale nie wnieśli do świata nic nowego (z tego powodu też na blogu wciąż nie pojawiła się recenzja, nie mam za bardzo o czym pisać), no może poza wspaniałym Yondu krzyczącym, że jest Mary Poppins. Nadchodzący Spider-man wygląda tylko w porządku, żaden ze zwiastunów nie wzbudził we mnie tak wielkich emocji by spisać je w postaci notki. Szansą na odświeżenie formatu są dla mnie Thor: Ragnarok oraz Czarna Pantera właśnie. Oba z innych powodów. W przypadku Thora chodzi głownie o reżysera, który dotychczasowo mnie nie zawiódł i sądzę, że w tym przypadku nie będzie wyjątku od reguły i dostanę doskonale napisaną, błyskotliwą historię. Pantera też ma zdolnego reżysera, który ma na swoim koncie świetnego Creeda i o ile nie dostaniemy przykrej powtórki z kariery Josha Tranka to o jakość filmu powinniśmy być spokojni. W tym przypadku jednak chodzi mi głównie o powiew świeżości w MCU. Wakanda to coś, czego jeszcze w Uniwersum nie widzieliśmy. Nowe lokacje, nowe zwyczaje oraz zupełnie inne dylematy z nimi związane bo w końcu T'Challa jest królem i jego problemy najprawdopodobniej będą się wiązać z ochroną swojego królestwa i ludzi. Na plus także to, że film nie będzie typowym origin story z uczeniem się nowych umiejętności na pierwszym planie. Obstawiam, że najwyżej dostaniemy jakieś retrospekcje z treningu co w zupełności wystarczy. Jednak z wszystkich nowości i świeżości związanych z filmem najbardziej liczę na zmianę tonu. Naprawdę nic nie mam do marvelowskich żartów tak mocno nienawidzonych przez większą część sieci. Świat jest w końcu smutnym miejscem, jeśli można na chwilę o tym zapomnieć i się zaśmiać, nie uważam tego za coś złego. Jednak żarciki do Pantery mi nie pasują. Film oczywiście, nie musi mieć kija w tyłku (to zostawmy BvS), ale nie musi też rzucać dowcipami na lewo i prawo. Warto zauważyć, że w zapowiedzi nie pojawiła się nawet jedna zabawna scena, klimat jest odmienny od tego co dotychczasowo dostawaliśmy od MCU i gdybym nie wiedziała, że to film uniwersum, to pewnie bym nie zgadła. I to na olbrzymi plus!
Podsumowując – czekam z wytęsknieniem, bo coś mi mówi, że będzie wspaniale.

Lars Head

rinoasin

A dziś między innymi o tym, czy zombie mogą być różowe. 

3241

Z Lars' Head jest dość kłopotliwa sprawa. Z jednej strony to udany odcinek, który ogląda się bardzo dobrze. Z drugiej jednak po dwóch doskonałych odsłonach wypada blado, całe dotychczasowe napięcie ulotniło się i nawet przez chwilę nie martwiłam się o bohaterów, byłam pewna, że sobie poradzą. Troszeczkę szkoda, że nie dostaliśmy przynajmniej jednego odcinka skupiającego się na Stevenie, Larsie i gemach zmagających się z nieustającym pościgiem. Wtedy końcowy powrót Stevena na Ziemię byłby bardziej satysfakcjonujący. Tak, tak, wiem, czepiam się :). Na szczęście, to jedyny większy zarzut jaki mam wobec odcinka. Całą resztę mogę spokojnie chwalić.

Na pochwałę zasługuje przede wszystkim zwieńczenie story arcu Larsa, który wreszcie przestał myśleć o sobie i heroicznie sam z siebie zaproponował innym możliwość ucieczki przez swoją głowę. Ta scena cieszyła mnie podwójnie, bo nie dość, że chłopak wreszcie dorobił się empatii to dodatkowo wyszło to naprawdę naturalnie. Ewolucja Larsa była dla mnie oczywista od jego porwania i obawiałam się, że wypadnie sztucznie, przez co tylko jeszcze mocniej znielubię tego bohatera. Tymczasem kupiłam jego poświęcenie, co więcej – byłam nim autentycznie wzruszona. To, że gemy zdecydowały się z nim pozostać także mnie zauroczyło. Liczę, że serial będzie często do nich wracać, bo mają szansę stworzyć doskonałą i przeuroczą paczkę.

Przejdźmy do wspomnianych różowych zombiaków i zmian jakie nastąpiły w Larsie. Wygląda na to, że łzy Stevena potrafią nie tylko leczyć ale także wskrzeszać i dopiero w takim przypadku zmienia się fizys pacjenta. Co za tym idzie, lew najprawdopodobniej też kiedyś powstał z martwych. Tutaj oczywiście muszę wspomnieć o teorii Pink Diamond = lew, której fanką nie jestem. Skoro Steven potrafił wskrzesić człowieka jest szansa, że Rose potrafiła złożyć na nowo zniszczony gem. Ale jak wytłumaczyć tutaj przemianę Diamentu w zwierzę? Czy to forma pokuty? A może dobrowolna próba ukrycia się przed Homeworldem? Wtedy musielibyśmy uznać, że Pink Diamond z jakiegoś powodu zdecydowała się porzucić swoją wysoką pozycję, co w sumie ma potencjał na ciekawy rozwój historii. Ja na tę chwilę jestem fanką teorii, że Rose wskrzesiła jednego ze swoich lwów bo go po prostu lubiła, czasami najprostsze rozwiązania się najlepsze.

Tak jak napisałam na wstępie - Lars' Head jest nieco gorsze od dwóch wcześniejszych odcinków, co nie zmienia faktu, że to wciąż doskonały epizod. Ode mnie 8-ka, niecierpliwie czekam na więcej.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci