Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Lars of the Stars + Jungle Moon

rinoasin

Ostatnie podsumowanie filmowe będzie jutro, bo dwa najnowsze odcinki Stevena Universe były tak dobre, że grzechem byłoby zwlekanie z ich zrecenzowaniem. Bo jak startować w nowym roku z świeżymi epizodami, to tylko w taki sposób!

hqdefault1

Zacznijmy od Larsa, który zmienił stylówę na kapitana Harlocka i radzi sobie o wiele lepiej, niż ktokolwiek by sądził. Tzn. wiedziałam, że chłopak poradzi sobie razem z off-colorsami, ale nie spodziewałam się, że będzie to robić z takim… no, splendorem. Muszę przyznać, że początkowo byłam trochę zbita z tropu nowym Larsem, był za poważny, za bardzo opanowany, to nie był Lars jakiego znamy. I powinnam się z tego cieszyć, bo na tym etapie każdy dobrze wie, że nie przepadam specjalnie za chłopakiem. I w sumie cieszy, tyle, że jeśli taka zmiana przebiega poza ekranem i widz musi sobie ją dopowiadać, nie wypada to w moim odczuciu za dobrze. Na szczęście, okazało się, że pod płaszczykiem kosmicznego pirata wciąż kryje się ten egoistyczny i meczący Lars jakiego dobrze znamy. I to mnie autentycznie cieszy. Lars, zmieniaj się, ale powoli.

Connie tymczasem wreszcie dostała swoją kosmiczną przygodę, a moje rodzicielskie zapędy kwiliły na widok jej i Stevena próbujących przeżyć na obcej planecie. No dobra, przesadzam pisząc, że Stevonnie próbowała przeżyć, bo radziła sobie bardzo dobrze, wręcz znakomicie. Tylko nie było podkreślone, ile ta przygoda trwała, na pewno więcej niż jeden dzień. I na myśl o tym autentycznie martwiłam się o rodziców Connie martwiących się o córkę. Serio, na wstępie Lars of the Stars wystarczyłoby napomknąć o tym, że dziewczyna przekazała mamie bądź tacie, że będzie trenować u Stevena parę dni, to już by wyszło lepiej. Rodzice może zostaliby okłamani, ale przynajmniej nie zamartwialiby się o córkę… Bo zamartwiają się o nią, prawda?

Bla bla bla, dosyć przeciągania, przejdźmy do gwoździa programu czyli snu Stevonnie i bomby jaką zrzucił na widzów. W przeciągu trwania serialu Steven miał już parę ważnych dla fabuły snów, które były raczej przejrzyste i mało zagmatwane. Tymczasem ta senna mara wyglądała nieco inaczej i obstawiam, że działo się to ze względu na Connie, której podświadomość wymieszała się ze wspomnieniami Różowego Diamentu. To prosty a jednocześnie efektywny pomysł, szczególnie pod samo koniec, gdy po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć prawdziwe oblicze Pink Diamond. I muszę przyznać, że po początkowym szoku nadszedł czas na realizację pewnych rzeczy i wooow. Zawsze wydawało mi się, że Różowa była dobra… no, może nie dobra, ale bardziej empatyczna od pozostałych Diamentów. A tymczasem ona okazała się małym, rozkapryszonym bachorem. „Małym” może nawet dosłownie, bo we śnie jest maleńka przy Żółtym Diamencie, ale być może to też kwestia poczucia niższości i niedocenienia sprawiła, że percepcja jest postaci wyglądała tak, a nie inaczej. A może była mniejsza, bo była młodsza? Tutaj możemy spekulować, skupmy się więc na tym, co jest pewne – charakterku Różowej. Wygląda na to, że Pink żyła w cieniu pozostałych Diamentów i to musiało ją mocno irytować. Gdy w końcu dostała swoją pierwszą kolonię, zaczęła nią rządzić żelazną ręką by pokazać wszystkim, że należy jej się szacunek godny Diamentu. Takie coś nie mogło się skończyć dobrze i nie dziwota, że zakończyło się rebelią Rose. To świetne posunięcie scenariuszowe i mam nadzieję, że jego rozwinięcie będzie równie satysfakcjonujące.

Ten dyptyk podobał mi się o wiele bardziej niż cała bomba kończąca poprzedni rok. Były emocje, rozwój postaci, humor (Padparadscha jako najsłodszy Internet Explorer na świecie, selfie Perły z Yellow Diamond) i odkrywanie dotychczasowo zakrytych kart historii rebelii Rose Quartz czyli wszystko, co powinien mieć dobry odcinek Stevena Universe. Ode mnie zasłużona 9-ka.

Filmowe podsumowanie roku 2017 vol. 2

rinoasin

Czas, na drugą odsłonę mojego rocznego podsumowania. Tym razem przyszedł czas na filmowe rozczarowania. Nie przedłużając, lecimy!

Rozczarowania filmowe 2017

Tytuły tutaj przedstawione miały zadatki na bardzo dobre filmy, ale coś poszło nie tak i skończyło się na wielkim rozczarowaniu.

Personal Shopper

03personalshopper.w710.h473

Poprzedni film duetu Assayas - Stewart czyli Sils Maria podobał mi się niesamowicie, dlatego byłam ciekawa, co tym razem zaprezentują. I niestety, już tak dobrze nie było. Największym problemem Personal Shopper jest to, że sam nie wie, czym chce być – ani to horror, ani to dramat, ani obyczaj, ani thriller. Mieszanki gatunkowe potrafią być naprawdę udane, ale tutaj wyszła taka mdła i nieangażująca historia, że trudno było dotrwać do końca pomimo kolejnej dobrej roli Kristen Stewart. Może następnym razem będzie lepiej.

John Wick 2

Pierwsza część może nie odkrywała Ameryki, ale miała emocjonalny trzon, który angażował widza w trakcie seansu i dodatkowo doskonale łączył się z efektownymi scenami akcji. Niestety, część druga pomimo wciąż doskonałej choreografii scen walk nie wzbudziła we mnie już takich emocji. Co gorsza – nie wzbudziła żadnych emocji. Nie potrafiłam się przejmować dolami i niedolami Johna, choć bardzo chciałam. Dodatkowo końcówka wyraźnie tworząca podwaliny pod część trzecią była dla mnie idiotyczna i ostudziła moje zainteresowanie zwieńczeniem trylogii. A mogło być tak pięknie.

Lekarstwo na życie

Bezsprzecznie, film od strony wizualnej wygląda znakomicie. Przepiękne zdjęcia, dopieszczone ujęcia kamery, nic tylko siedzieć i się zachwycać. Niestety, fabuła nie współgra z resztą i o ile początkowo ciekawi, to z każdą kolejną sceną zaczyna tracić impet, by pod koniec wykoleić się na torach absurdu. Szkoda mi Dane’a DeHaana, bo to naprawdę dobry aktor, ale jakoś nie potrafi wybierać dobrych filmów dla siebie.

Piękna i Bestia

Nie mam nic do filmowych wersji klasyków Disneya, mam natomiast dużo do opowiadania ich na nowo praktycznie scena po scenie. Taka właśnie niestety jest Piękna i Bestia, w której jedyną oznaką oryginalności jest zmiana orientacji jednej z drugoplanowych postaci i dodanie nieciekawych wspomnień głównym bohaterom. Najgorsze jest jednak to, że film się sprzedał, co dla Disneya będzie znakiem, że takie kopiuj-wklej się podoba i będzie kosić mamonę na kolejnych tytułach, z Królem Lwem na czele. Już się boję.

Ghost in the Shell

ghost2017kuze

Podoba mi się, że reżyser odtworzył masę scen znanych z oryginału jednocześnie opowiadał osobną historię. Spodobał mi się dobór aktorów (nawet kontrowersyjna decyzja o obsadzeniu Scarlett Johansson w roli tytułowej), spodobał mi się świat przedstawiony, spodobał mi się Kuze (kurcze, jak ja tęsknie za Jimmym i Zakazanym Imperium!), podobał mi się basset i w sumie dużo mi się w trakcie seansu podobało. Niestety, film ma jedną, olbrzymią wadę – brak jakichkolwiek emocji. Pierwowzór ostatni raz widziałam z 15 lat temu, a mimo to wciąż doskonale pamiętam poszczególne sceny i wrażenie jakie na mnie wywarły. Tymczasem seans nowego Ducha płynie może i bezboleśnie ale jednocześnie bez jakichkolwiek wrażeń. I to akurat boli.

Na pokuszenie

Lubię takie filmy – ciężkość historii rozłożona na małą ilość postaci, powoli rosnące napięcie, które eskaluje pod koniec doprowadzając do tragedii. W 2016 roku tacy byli Nienasyceni, w 2017 roku liczyłam na Na pokuszenie i się przeliczyłam. Całość była straszliwie niemrawa i przewidywalna. Nie byłam w stanie polubić nawet jednej postaci w związku z czym moje zaangażowanie całością było niestety znikome. Plus? Aktorzy naprawdę dawali z siebie wszystko i tylko dzięki nim seans filmu upłynął mi bezboleśnie.

To przychodzi po zmroku

Dużo żółci wylało się na ten film w związku z mylną kampanią reklamową sugerującą horror, którym To przychodzi… ciężko nazwać. Mnie akurat to nie przeszkadzało, już dawno temu nauczyłam się nie wierzyć zwiastunom i ogólnie staram się ich oglądać jak najmniej, bo te często pokazują za dużo. Z tym filmem mam inny problem – on nie pokazuje nic nowego. Wszystkie decyzje bohaterów są z miejsca do przewidzenia, przez co trudno o ekscytację podczas oglądania. Poza tym, mam już autentycznie dosyć opowieści jak to po wielkim kataklizmie człowiek człowiekowi staje się wilkiem. Oddam nerkę za film, w którym po apokalipsie ludzie zaczną ze sobą współpracować. I rozmawiać na spokojnie, bo w tych wszystkich czarnych scenariuszach nigdy tego nie robią tylko krzyczą na siebie i z tego nigdy nic dobrego niestety nie wynika.

Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Śliczny film. I tyle. Całość jest strasznie dziecinna, bohaterowie są nudni, chemii pomiędzy nimi jak na lekarstwo, a najciekawiej z całego aktorskiego towarzystwa wypada… Rihanna. I kurcze, powinnam ten film za to nienawidzić, ale tak miło mi się go oglądało, te wszystkie stworki i kolorki, ten niekontrolowany kicz… no nie potrafię się na Valeriana długo złościć, nieważne jak bardzo bym chciała. I dlatego trafia do Rozczarowań a nie Najgorszych Filmów. Swoją drogą jestem ciekawa, czy za parę lat awansuje do rangi kultowego jak niegdyś Piąty Element. Predyspozycje są, ale czy to wystarczy – pożyjemy, zobaczymy.

Atomic Blonde

atomicblonde5120x2880charlizetheronhd5k20177167

John Wick 2 w wersji damskiej – dużo fajnych scen walki, emocji zero. Charlize Theron w głównej roli błyszczy w każdej sekundzie i autentycznie trudno oderwać od niej wzrok. Niestety, cała reszta już tak bardzo nie hipnotyzuje, a wręcz przeciwnie – męczy. Film ciągnął mi się straszliwie i gdy już wreszcie dobiegł z końca, czułam się tak jakby trwał dwa razy dłużej. A coś takiego w moim odczuciu za dobrze o Atomic Blonde nie świadczy. David Leitch, reżyser filmu właśnie pracuje nad sequelem Deadpoola i miejmy nadzieję, że poza efektownymi scenami akcji będzie w stanie wprowadzić do filmu nieco emocji, bo bez nich ani rusz.

Annabelle: Narodziny zła

Do połowy naprawdę udany i angażujący horror. Gdzieś w trakcie niestety traci rozpęd i zamiast straszyć, męczy i irytuje. Szkoda, w 2016 roku sequel Ouija udowodnił, że po słabym pierwowzorze można jednak stworzyć udany ciąg dalszy i liczyłam, że z Annabelle będzie podobnie. Niestety, rozczarowałam się srogo. Może trzecia część (o ile powstanie) wreszcie będzie udanym filmem?

Obcy: Przymierze

O masakra. Prometeusz nie jest dobrym filmem, ale przynajmniej miał na siebie pomysł, próbował być czymś nowym, nie tylko kalką Obcego. Tymczasem Przymierze próbuje połączyć Prometeusza z Obcym i wyszło takie wuj wie co, pełne bzdurnych scen i nieciekawych bohaterów. I tylko Michaela Fassbendera żal, bo to doskonały aktor, który marnuje się w takich paździerzach. Niech zmienia agenta i to szybko, bo przykro patrzeć jak sabotuje własną karierę. Michael, zbieraj Oscary, a nie Maliny!

I tyle moich rozczarowań, w niedzielę zbiór Najlepszych Filmów, a następnie – Steven Universe. Zapraszam!

Filmowe podsumowanie roku 2017 vol. 1

rinoasin

Notki na blogu nie pojawiają się ostatnimi czasy tak często jak się pojawiały i niestety raczej się nic w tej kwestii nie zmieni – praca razem z sytuacją rodzinną dają mi czasami tak mocno w kość, że gdy już mam chwilę wolnego czasu nie zawsze mam siłę na pisanie dłuższych notek. Stąd też na Neonie mniej recenzji, jeśli bardzo interesuje Was jak oceniłam dany film i czy go w ogóle obejrzałam, zawsze możecie zajrzeć na mój profil na FilmWebie, który w miarę regularnie wzbogaca się w nowe oceny. Jednak pomimo braku recenzji nie jestem w stanie sobie darować podsumowania roku, bo to moja świecka tradycja, która dostarcza mi dużo funu podczas tworzenia. Muszę przyznać, że po raz pierwszy podczas tworzenia zestawienia mocno zastanawiałam się, czy nie dodać czwartej kategorii – „Kategorii Filmów Takich Se”, do których mogłabym zaliczyć chociażby Ligę Sprawiedliwości czyli tytuł miły podczas oglądania, ale wciąż pełen wad. Ostatecznie darowałam sobie, ale może za dwanaście miesięcy zmienię zdanie, kto wie?
I tyle w ramach wstępu, tradycyjnie zaczynamy od najgorszych w moim odczuciu filmów zeszłego roku. Przypominam, że jeśli dany tytuł nie został poniżej wyróżniony, to albo go nie widziałam, albo uznałam, że nie był aż tak zły by zostać wymieniony. I przypominam - jeśli film NIE miał premiery w Polsce w ciągu zeszłego roku, nie będzie brany pod uwagę w zestawieniu. Gotowi? Zaczynamy!

Najgorsze filmy roku 2017
Tej kategorii chyba nie trzeba długo tłumaczyć – te filmy były złe i tyle.

Mumia

854037

Matuchno, to nie była żadna Mumia, to była Wielka Nieskończona Ekspozycja! Ten film nie ma fabuły, ten film nie ma przeciwnika, ten film nie ma bohaterów, tutaj wszystko służy budowie podwalin pod kolejne filmy z Mrocznego Uniwersum. To takie BvS tyle, że gorsze, bo BvS czasami było niezamierzenie śmieszne, a tutaj jest tylko żałośnie. Na szczęście, widzowie nie dali się nabrać i film okazał się olbrzymią porażką w Box Office. Miejmy nadzieję, że to nauczy filmowców, że filmowych uniwersów nie buduje się w jednym filmie bo te zamiast piąć się w górę zawalą się pod własnym ciężarem.

Ciemniejsza strona Greya

Miałam dzień wolny i nie wiedzieć czemu naszła mnie chęć obejrzenia tego filmu. Jakieś pięć minut później zaczęłam się zastanawiać dlaczego sobie to robię i co ze mną jest nie tak, że oglądam coś takiego. Sequel Greya powtarza wszystkie błędy pierwszej – scenariusz woła o pomstę do nieba, bohaterowie to papierowe kartki a emocji w tym zero. Na szczęście już za chwilę na zawsze pożegnamy się z Aną i Christianem, uff!

Mroczna Wieża

Bardzo lubię sagę Kinga i wciąż mnie boli na myśl o tym, co filmowcy z nią zrobili. I pal sześć, że nie była wierna książkom, to trudny do przeniesienia na ekran materiał, jak dla mnie to było zdecydowanie najlepsze rozwiązanie, tym bardziej, że zakończenie siódmego tomu dawało taką możliwość. Niestety, zamiast dostać duchowego następcę, dostaliśmy… sama nie wiem co. Gdyby nie to, że w filmie ciągle mówili o Mrocznej Wieży, nigdy nie skojarzyłabym tej historii z książkowym pierwowzorem. Zabrakło klimatu i ciekawych postaci, a desperackie wciskanie easter eggów z innych filmów na postawie prozy Kinga wcale nie pomogło. I tylko Idrisa Elby i Matthew McConaugheya szkoda!

Tulipanowa Gorączka

Jakie to było głupie! Serio, ten film trafił tutaj ze względu na zestaw scenariuszowych bzdur jakie zaserwował widzom w ciągu niecałych dwóch godzin. Najlepsze (najgorsze?) w tym wszystkim jest to, że całość zaprezentowana została z taką powagą, że podczas seansu trudno nie wybuchnąć śmiechem przynajmniej raz. I gdyby to był teatr telewizji, jeszcze można by przymknąć na to oko, ale to film z doskonałą aktorską obsadą, która nieświadomie wystawiła siebie na pośmiewisko. Aż przykro na to patrzeć.

Life

To chyba miał być Obcy na miarę Naszych czasów, ale zamiast tego wyszła wielka pomyłka. Główni bohaterowie zachowywali się przez lwią część seansu jak idioci, a ich przeciwnik zamiast strachu budził raczej uśmiech pełen politowania. Sam koniec był dla mnie obrazą dla inteligencji widza, paskudnym policzkiem w twarz wymierzonym tuż przed końcem tej męczarni. Szkoda tylko świetnej obsady, szczególnie Rebekki Ferguson, która pomimo talentu ciągle trafia na słabe filmy. A skoro o tych mowa…

Pierwszy Śnieg

snowman2

Boziuniu, jakie to było złe! Jak to się nie kleiło! Dawno już nie widziałam tak miernie zmontowanego filmu. Ponoć jakieś 20% scenariusza nie zostało nakręcone z pwodu braku czasu i to autentycznie widać. Niektóre sceny nic do fabuły nie wnoszą, rozwój postaci jest autentycznie zerowy a klimat, który powinien być gęsty i przytłaczający, tutaj nie istnieje. Miałam na to iść do kina ale ostatecznie wybrałam innym film i dzięki boru, bo za straconymi pieniędzmi płakałabym do dzisiaj.

Kingsman: Złoty krąg

Pierwsza część mi się nie podobała, druga też mi nie przypadła do gustu. O ile jednak w pierwowzorze widać było świeże pomysły, to tutaj mamy odgrzewanego, niestrawnego kotleta. Ani to śmieszne, ani odkrywcze. Wynudziłam się podczas oglądania strasznie i mam nadzieję, że trzecia część nie powstanie, bo ile można maglować wciąż to samo?

I tyle słabizn na dzisiaj. Następne w kolejce czekają rozczarowania, które pojawią się na blogu jeszcze w tym tygodniu. A raczej – zrobię wszystko, by się na nim pojawiły. Amen.

Kevin Party

rinoasin

Wątek obrażonej Connie wreszcie dobiegł końca, uff!

kevinparty1

Opowiem Wam historię. Był raz sobie chłopak z super włosami. Był popularny i cool (przynajmniej w swoim mniemaniu). Los sprawił, że na jego życiowej drodze stanął nieporadny dzieciak z burzą loków na głowie. Chłopak wziął go pod swoje skrzydła, dał masę życiowych rad i dzięki temu, nieświadomie, stał się lepszym człowiekiem… To było bardzo zdawkowe streszczenie Stranger Things, a co myśleliście? :D Trudno mi było jednak nie pomyśleć o wątku Steve’a i Dustina oglądając Kevina i Stevena. Jest jednak duża różnica - Steve z trochę bucowatego nastolatka przeistoczył się w jedną z najlepszych postaci w serialu (i mamę :D), głownie dlatego, że pomagał dzieciakom bezinteresownie. Tymczasem pomoc Kevina wynikała z chęci zysku. Po cichu liczyłam, że w trakcie instruowania Stevena coś w chłopaku się zmieni, że pod koniec będzie chciał pogodzić Stevena z Connie bo tak trzeba a nie po to, by ubarwić imprezę. Niestety, rozczarowałam się. Po cichu trzymam jednak kciuki za Kevina, może jeszcze zmądrzeje, kto tam wie? Warto jednak odnotować, że chyba pierwszy raz chłopak nie irytował mnie tak, jak w swoich poprzednich występach. Ronaldo może więc odetchnąć spokojnie, jego pozycja najgorszego mieszkańca Beach City jest niezagrożona.

Kevin Party było finałem wątku obrażonej Connie i dzięki boru, bo był przeraźliwie niestrawny i do tego wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Kocham Stevena Universe i zawsze staram się wybronić każdą decyzję twórców (choć najczęściej tego na szczęście nie trzeba robić), to tutaj nie zamierzam tego robić, bo każda chwila poświęcona skłóconemu duetowi ciągnęła mi się w nieskończoność. Tym bardziej, że jak to wspomniałam parę recenzji temu, Connie nie miała prawda się obrażać do tego stopnia, decyzja Stevena była jedną rozsądną jaką mógł podjąć w takiej sytuacji. Gdyby chociaż ten foch trwał jeden odcinek, byłby to do zniesienia. Tymczasem został on rozbity na całą bombę i zostawił po sobie okropny niesmak. Oby to był ostatni raz.

Pomimo powyższych narzekań odcinek oglądało mi się bardzo dobrze. Był taki… sympatyczny. Po raz pierwszy obecność Kevina mnie nie drażniła, do tego Steven wreszcie pogodził się z Connie (zapomniałabym wspomnieć o jej nowej fryzurce! Jest śliczna!), podobała mi się także nietypowa muzyka użyta w tym epizodzie. Całość oceniam na 7-kę, zobaczymy co Steven Universe zaprezentuje Nam w nowym roku, oby same udane opowieści.

Sadie Killer

rinoasin

Nic na to nie poradzę - słyszę Sadie, widzę Webby. I dotychczasowo mi to specjalnie nie przeszkadzało, zdarza się w świecie dubbingu. Po tym jednak odcinku sytuacja się zmieniła, bo oto oczyma wyobraźni zobaczyłam Webby śpiewająca o zadaniu mózgów. I to było naprawdę creepy!... Ale odstawmy żart na bok i skupmy się na Sadie Killer.

sadiekiller

Wszystkie dotychczasowe odcinki z bomby ukazywały reperkusje porwania Stevena oraz Larsa. Burmistrz stracił pracę, Connie się obraziła, Lapis dała nogę, Peridot została bez dachu nad głową, a Sadie... Sadie przepracowuje się na śmierć. Choć podejrzewam, że przed zniknięciem Larsa robiła w pracy tyle samo co po jego zniknięciu, tylko teraz musi to robić sama i stopniowo przekracza limit swoich wytrzymałości. Osobiście uważam, że separacja z chłopakiem wyjdzie jej tylko na dobre, bo ich relacja zawsze była dla mnie mega toksyczna i ku mojej wielkiej irytacji przedstawiana w raczej pozytywnym świetle. Po cichu liczę, że gdy Sadie zacznie spotykać się z innymi ludźmi przejrzy na oczy i nie da sobą pomiatać jak to było dotychczas.

A skoro o nowych znajomych Sadie mowa, to podobał mi się występ fajnych dzieciaków w tym odcinku. Strasznie lubię to trio, ale nie ukrywam, że dotychczasowo drażniło mnie ich protekcjonalne podejście do dziewczyny. W tym odcinku darowali sobie na szczęście przezwisko „ta od pączków” i wreszcie zwracają się do niej po imieniu. Ogólnie cała relacja została przedstawiona bardzo ładnie i z chęcią obejrzę dalsze przygody zespołu. No właśnie, czy tylko mi ten epizod zakończył się w połowie opowiadanej historii? Tyle czasu poświęcono Sadie, jej zagubieniu i rosnącym zmęczeniu, że końcowa puenta wzięła mnie z zaskoczenia i zostawiła z dużym niedosytem. Kto zastąpi Sadie, jak na rzucenie pracy zareagowała jej mama, jak się udał koncert – na te pytania nie otrzymamy odpowiedzi i szkoda. I nie do końca zarzut a raczej moje osobiste spostrzeżenie – Steven w tym odcinku był całkowicie zbędny, gdyby wciąć go z historii, ta wcale by tego nie odczuła. W sumie chciałabym odcinek skupiający się w pełni na Sadie i fajnych dzieciakach. To postacie, które ogląda się naprawdę dobrze i bez problemu byłyby w stanie unieść epizod. Hym, to kolejna recenzja, w której stwierdzam, że odsłona bez Stevena byłby fajna. To nie to, że mam dosyć bohatera, ale serial jest na takim etapie, że powinien nieco poeksperymentować z formą. Adventure Time miało już parę odcinków bez Finna i Jake’a i świat się nie zawalił. Co więcej, niektóre były naprawdę udane (jak chociażby Ketchup). Może na Stevena kiedyś też przyjdzie czas, zobaczymy.

Podsumowując, to był dobry odcinek. Nie idealny, ale dobry. Olbrzymi plus za rozwój postaci Sadie, które pod nieobecność Larsa rozwinęła skrzydła. Brawo! Ode mnie 7-ka.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci