Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Zwiastunowa Liga Sprawiedliwości po raz trzeci i ostatni

rinoasin

Parę dni temu byłam z siostrą w kinie na nowym Łowcy Androidów i w trakcie długaśnego bloku zwiastunów zgodnie stwierdziłyśmy, że obecne trailery pokazują zdecydowanie za dużo. Rozwinę tę myśl o to, że nie tylko pokazują za dużo, ale ich samych też jest zdecydowanie za wiele. Właśnie zadebiutowała trzecia i ostatnia zapowiedź Ligii Sprawiedliwości i naprawdę wszyscy mogliby się bez niej obejść, bo jeśli dwie dotychczasowe zajawki nie przekonały sceptyków, to ta też tego nie zrobi. Mi do szczęścia ten zwiastun też nie był potrzebny, ale skoro jest to podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami. Jeśli jeszcze go nie widzieliście, możecie to nadrobić tutaj. Gotowi? To lecimy!

11558_1.7

- Na początku mini-rant: no po kiego te mini-zwiastuny przed samym zwiastunem? Czy naprawdę to jest potrzebne? Mnie osobiście niesamowicie irytują i za każdym razem gdy je widzę, mam ochotę przerwać oglądanie.

- Kto zagląda na mój Instagram doskonale wie, że mam hyzia na punkcie zachodów słońca i ten otwierający zapowiedź bardzo mi się spodobał. Kiczowata acz śliczna kolorystyka. Stonowana, nie bije po oczach i nadaje klimatu. Szkoda tylko, że ten śliczny widoczek psuje Superman i jego dziewczyna.

- W sumie, jeśli cala rola Supka w filmie ograniczy się do retrospekcji i sennych wizji to jestem na tak, niech tylko nie wraca!

- Hym, czyli po śmierci Supermana świat zamienił się w Sin City, wszędzie zło, przemoc i inne straszności. Jakim cudem funkcjonował wcześniej, gdy heros nie był jeszcze aktywny? Oto jest pytanie! A, z nagłówka gazety wnioskuję, że Supek = nadzieja. Pozwólcie, że sobie parsknę.

- Hym, wygląda na to, że Steppenwolf pozazdrościł Sauronowi i stworzył sobie własną armię orków. Ależ owszem, czemu nie, Steppenwolfi też należy się!

- Amazonki! <3

- Mamy parę podwodnych scen i choć widać po nich CGI, to ten typ CGI, który absolutnie mi nie przeszkadza. Wygląda to ładnie i jeśli cały solowy film o Aquamanie tak będzie się prezentować to jestem kupiona.

-Tymczasem czerwone niebo oraz Cyborg prezentują ten typ CGI, który absolutnie mi przeszkadza. Na superbohatera psioczę w każdej notce zwiastunowej, więc powtarzać się nie będę, parę słów więcej na temat nieba. Sam koncept jest świetny, ale w praktyce wygląda strasznie, jak z taniej gry komputerowej. Wystarczyłoby odrobinę przytłumić ten szkarłat i już byłoby lepiej.

- Ogólnie, to te wszystkie fragmenty związane z tym krwistym niebem strasznie mi się nie podobają. To zaledwie króciutki zlepek scen, a ja już się zmęczyłam patrząc na to. Za dużo tego wszystkiego na ekranie, sama nie wiedziałam, gdzie skierować swój wzrok. Ktoś powinien twórcom puścić nowego Mad Maxa i pokazać, że sceny akcji mogą być wyborne i dziać na środku ekranu. Jak się uczyć, to od najlepszych.

- Wodner Women się uśmiecha, a moje serce się topi. Awww!

- Po ostatniej scenie stwierdzam, że Barry może być sercem filmu ale też może okazać się jego Jar Jarem. Cóż, miejmy nadzieję, że jednak to pierwsze.

Bardzo oszczędny ten zwiastun. Rozumiem, że po streszczeniu całego filmu w zapowiedzi BvS Warner Bros pojęło, że tak się trailerów nie robi i brawa im za to, lepiej późno niż wcale. Szkoda tylko, że to wszystko takie mdłe i bez emocji. Połowa filmiku to walka, a ja nawet przez chwilę nie poczułam się z tego powodu podekscytowana. Do tego to paskudne czerwone niebo. Wiem, że dotychczas wszyscy (łącznie ze mną) czepiali się mrocznej i wypranej z barw palety kolorystycznej filmów DCEU, ale w tym miejscu to wolałabym, żeby było nieco ciemniej, bo od tej czerwieni aż oczy bolą. A to przecież mniej niż dwie minuty, co będzie w kinie, aż strach pomyśleć. Na wszelki wypadek wezmę ze sobą okulary przeciwsłoneczne. Bo tak, do kina oczywiście pójdę nawet jeśli recenzje będą słabe, stęskniłam się za Dianą i chętnie zobaczę ją ponownie na dużym ekranie. Reszta ferajny w sumie też może być, no niech im będzie ;).

Son of Rap Bear

rinoasin

Wniosek z odcinka – nie podpisujemy umów, których wcześniej nie przeczytaliśmy! A jak już podpisaliśmy, szykujmy się na raperską walkę żeby to odkręcić. Yyy… że co?

son

Punkt wyjściowy odcinka jest jak widać absurdalny, ale z drugiej strony to Adventure Time, więc czemu ja się dziwię? Bardziej zaskakujące jest, że Phoebe nie spaliła umowy gdy zorientowała się, że padła ofiarą podstępu Toronto. Serio, ten był na wyciągnięcie ręki, wystarczyło posłać w jego stronę fireballa!... No ale wtedy nie byłoby epizodu, prawda? Fabuła opierała się na kliszy konkursu o wszystko albo nic, za którą osobiście nie przepadam ze względu na nieodłączną kiczowatość i przewidywalność. Te dwa elementy pojawiły się niestety także i tutaj, a ich urozmaiceniem było przedstawienie relacji FP i jej ojca.

Były władca Ognistego Królestwa znalazł swoje szczęście przy boku Bun Bun i wiewiórek, co jest naprawdę uroczym widokiem, ale nie idealnym. Król bowiem nie jest specjalnie świadomy z krzywdy jaką wyrządził swojej córce, woli cieszyć się teraźniejszością niż pomyśleć choć przez chwilę nad przeszłością. Rozgoryczenie Phoebe jest więc w pełni zrozumiałe, ale jednocześnie napędza jej rymy i pozwala wygrać. Księżniczka zwycięża dzięki zrozumieniu, że pojednanie się ojcem nie uczyni jej lepszą, ona już jest lepsza i nad tym góruje nad tytułowym Synem Rap Beara, który opiera swoją popularność o poczynania ojca. I to doprowadza go do porażki.

Ten odcinek był bardzo przyjemny pod względem muzycznym. Nie jestem wielką fanką rapu, ale wydaniu adventuretime’owym bardzo mi pasuje. Mniej natomiast pasował mi żart(?) z niszczycielskimi rymami. Gdyby jeszcze wybuchały tylko rzeczy dookoła Syna Rap Beara, faktycznie mogłabym uznać to za zabawne. Ale gdy misie tracą nogi a ciastka pękają, to już nie jest fajne a w cholerę niepokojące, nawet jak na standardy Adventure Time, brrr.

Ten odcinek był w porządku. Bardzo lubię Flame Princess i cieszę się z każdego jej występu, szczególnie z Finnem u boku. Jednak tutaj nie byłam w stanie w pełni się cieszyć z ich duetu przez użycie ogranej kliszy w roli motoru napędowego odcinka. Jeśli Wam nie przeszkadza oglądanie po raz kolejny zwycięstwa osoby, która początkowo była na przegranej pozycji, to odcinek dla Was. W innym przypadku możecie być nieco znudzeni. Ode mnie 6-ka.

Always BMO Closing

rinoasin

Po wspaniałym Ketchup nie powinno mnie to już dziwić, ale mim to o lekkie zaskoczenie jest. Wygląda bowiem na to, że BMO sprawdza się w duecie z każdym innym bohaterem Adventure Time. W Always… padło na Ice Kinga i jest to naprawdę urocze zestawienie.

Beztytuu8

Uroczy jest także sam pomysł na fabułę – konsola postanowiła zostać akwizytorem i wędrować po Ooo od domu do domu sprzedając różne rzeczy. A raczej „różne śmieci” bo ciężko uznać stare mleczaki Finna lub gałąź za przedmioty pożyteczne. I nie są, ale swoich nabywców mimo to znajdują. Oglądając biznes BMO nie potrafiłam się nie uśmiechać, bo przypomniało mi się jak za dzieciaka z koleżanką chciałyśmy sprzedawać nasze rysunki. O globie, miałyśmy ambicje… no dobra, koniec wspominek, wróćmy do epizodu. Punkt wyjściowy był udany, ale nie miałby takiej siły działania gdyby nie BMO i Ice King, którzy razem byli tak niewinni i pocieszni, aż grzało serce. I tylko szkoda, że nie dołączono do nich NEPTRa, byłby idealnym uzupełnieniem tej historii.

Ta cała słodka opowieść miała jednak swoje drugie, mroczniejsze oblicze. Widzowie już doskonale wiedzą, że tajemniczy wujaszek coś knuje w swojej kryjówce, reszta bohaterów żyje w nieświadomości i nie dostrzega zagrożenia kryjącego się pod nosem. A to wyraźnie rośnie w siłę – najlepszym dowodem na to jest plakat z zaginionym mieszkańcem Cukierkowego Królestwa powieszony na domku Tree Trunks. Ze Stevena Universe wiem, że takie plakaty w tle nic dobrego nie wróżą i w tym przypadku raczej inaczej nie będzie. Tym bardziej, że wujaszek knuje, oj knuje. Scena w jego kryjówce / laboratorium była naprawdę niepokojąca i choć niby wiedziałam, że BMO i Ice Kingowi nic złego się nie stanie, to i tak drżałam się o ich życie. Ale serio, co ten chłop kombinuje?

To nie był odcinek, który zmieni historię Adventure Time. Nie był też tak dobrze napisany jak The Wild Hunt, ale mimo to oglądało mi się go wyśmienicie. To taka mała urocza i nieszkodliwa opowiastka, która sprawdza się doskonale w formie poprawy humoru widza. Mocna 7-ka.

PS. Pomimo całej słodkości odcinka, tytułowa karta jest creepy w cholerę.

The Wild Hunt

rinoasin

Ooo, odcinek poświęcony Wiedźminowi, jak fajnie!... Nie? Oj, trudno, przejdźmy do recenzji.

we

Ostatnim razem widzieliśmy Finna, gdy po pokonaniu Ferna powrócił załamany do domku na drzewie. Ten smutek był oczywisty i uzasadniony, w końcu jego zielona wersja była dla bohatera czymś w rodzaju brata i powiernika. Owszem, chłopak ma w swoim życiu także Jake’a, który także się spełnia na tych polach, tyle że pies nie zawsze był w stanie w pełni zrozumieć Finna, a Fern tymczasem dzielił ze swoim bliźniakiem wspomnienia, przez co ich porozumienie było na zdecydowanie wyższym poziomie. Jednocześnie ten fakt był zapalnikiem zdrady trawiastego bohatera, więc można napisać, że początkowe zalety Ferna z czasem zamieniły się w wady i te doprowadziły go do zguby. Zguba ta nie miała też dobrego wpływu na Finna, który w The Wild Hunt musiał zmierzyć się nie tylko z olbrzymim potworem ale przede wszystkim z własnym sumieniem.

Nie będę dłużej przeciągać i od razu napiszę – strasznie mi się ten odcinek podobał. Niesamowicie lubię, gdy ważne wydarzenia odbijają się na psychice głównych bohaterów. Ba, ja wręcz tego oczekuję od swoich ulubionych tytułów i twórcy Adventure Time po raz kolejny udowodnili, że znajomość psychiki własnych bohaterów nie jest im obca. Tak samo było, gdy Finn zmagał się z depresją po spotkaniu ojca i utracie ręki. Tyle, że wtedy było to strasznie mroczne i przygnębiające. Do tego stopnia, że wielu fanów zaczęło mieć serialu dość (nie ja, ale jestem w stanie takich ludzi zrozumieć). Tym razem na szczęście ten poważny temat został przedstawiony w lżejszy i przystępniejszy sposób nie tracąc jednocześnie swojego impaktu. Do gustu przypadło mi wszystko związane z Grumbo*, potworem atakującym Bananowych Strażników. Twórcy bardzo ładnie lawirowali tutaj pomiędzy elementami niepokojącymi a śmiesznymi, już otwierająca scena z dwoma strażnikami kombinującymi jak się złapać za ręce bardzo ładnie miksowała to razem. Reszta odcinka była równie udana – było śmiesznie (PB wywracająca się na skórce gwardzisty, Finn mówiący falsetem po przypaleniu przyrodzenia) jak i strasznie (kryjówka Grumbo niepokoiła, ale to nic przy finałowej scenie). Jak dla mnie mix idealny.

Jakby wspaniałości było mało, do akcji powróciła Huntress Wizard, którą od czasu Flute Spell widywaliśmy tylko gdzieś w tle. A szkoda, bo to naprawdę wspaniała postać. Jej relacja z Finnem została przedstawiona wyśmienicie, trochę dziwnie pisać to o animowanych postaciach, ale i tak napiszę – ta dwójka ma cudowną chemię i oglądanie ich to prawdziwa przyjemność. Gdy ich wspólne polowanie na potwora zostało spuentowane pocałunkiem, wydałam z siebie głośne: „AWWW!” – a potem zaczęłam się śmiać, gdy biedny Finn zobaczył twarz Ferna zamiast twarzy czarodziejki. To było okrutne ale i szalenie zabawne jednocześnie.

Pod koniec odcinka powrócił też tajemniczy jegomość, którego pierwszy raz zobaczyliśmy w Three Buckets. W poprzedniej recenzji sądziłam, że może być bratem Martina, ale zmieniam zdanie. Gość ma wiedzę i umiejętności dorównujące Bubblegum i jest różowy (nie wiem jakim cudem tego wcześniej nie zauważyłam?), co wyraźnie wskazuje na to, że jeśli ma być czyimś wujkiem, to będzie wujkiem księżniczki. Wujkiem knującym coś bardzo, bardzo złego. Co dokładnie, dowiemy się pewnie wkrótce.

Powtórzę - The Wild Hunt to naprawdę udany odcinek Adventure Time. Wciąga, bawi i trochę niepokoi czyli robi to, co powinna robić każda przygoda ze świata Krainy Ooo. Mocna 9-ka ode mnie.

*za dużo oglądam Ricka i Morty’ego bo jak usłyszałam tę nazwę, to z miejsca pomyślałam o procesie tworzenia plumbusa.

Wszystkie psy idą do nieba

rinoasin

Trzy pierwsze animacje Dona Blutha spotkały się z ciepłym przyjęciem i do dnia dzisiejszego uważane są przez fanów animacji za kultowe. Wszystkie psy idą do nieba nie jest już równie ciepło wspominane. Co więcej, według większości fanów animacji Blutha od tego właśnie tytułu jego twórczość zaczęła się psuć. Co o tym zdecydowało? Sprawdźmy.

alldogs3800

Film jest pierwszym dziełem reżysera, który nie wpisuje się w pełni w tropy, którymi posługiwał się wcześniej. Główny bohater, Charlie, nie jest słodkim dzieciakiem lub sympatyczną wdową, jest egoistycznym krętaczem, któremu widz może i jest w stanie kibicować, ale raczej się z nim tak łatwo nie utożsami w porównaniu z poprzednimi protagonistami. Tak jak we wcześniejszych filmach także i pies zostaje skonfrontowany z czymś, czego nie jest w stanie pokonać (czyli ze śmiercią), ale w tym przypadku to wcześniejsze działania i decyzje sprowadziły na Charliego taki a nie inny los. Gdy więc we wcześniejszych tytułach widz obserwując walkę bohaterów zmagających się z niesprawiedliwym losem z miejsca czuł do nich sympatię, tutaj początkowo może mieć problemy z zaangażowaniem się w historię i, co więcej, polubieniem głównego bohatera.

No ale z drugiej strony, Charlie musiał mieć swoje za uszami. Gdyby od początku był grzecznym i ułożonym psem, cały wątek ucieczki z nieba nie miałby sensu. Po wdowach, zagubionych dzieciach i sierotach, Bluth odważnie postawił więc na antybohatera i… mam mieszane odczucia co do tej decyzji. Na plus oczywiście zaliczam sam fakt uczynienia z protagonisty niezłego gagatka, to naprawdę odświeżające. Niestety, twórcy filmu tak bardzo zatracili się w tym pomyśle, że przez pierwsze pół godziny. jak nie więcej. trudno bohatera polubić. W drugiej połowie filmu to zaczyna się zmieniać dzięki relacji z Anne-Marie, ale jakby sam scenarzysta zorientował się, że z Charliego trochę buc i postanowił to naprawić wprowadzając wątek psiego sierocińca, który pies wspomagał za swojego pierwszego życia. To w sumie było urocze, tyle, że podczas sceny w niebie gdy Whippet przeglądała księgę życia Charliego miała trudność ze znalezieniem dobrych uczynków w jego wykonaniu. Sądzę, że dokarmianie sierot chybaby się jakoś mocniej odznaczyło w tak paskudnym życiorysie, nie sądzicie?

A skoro o Anne-Marie mowa, to zerknijmy na jej niezwykły talent i poczepiajmy się, bo czemu nie. Miniaturowa Śnieżka potrafi komunikować się ze zwierzętami, co zostało wykorzystane zarówno przez Charliego jak i wcześniej przez Carface’a (głównego antagonistę filmu) do wzbogacenia się. Dziewczynka bowiem dzięki swojej niezwykłej umiejętności i wrodzonemu czarowi potrafiła dowiedzieć się od zwierząt wyścigowych, które z nich zwycięży. Początkowo chciałam napisać „najprawdopodobniej zwycięży” ale w filmie Anne-Marie zawsze zdobywała informacje potrzebne do wygranej, co zmusza mnie do zastanowienia się, czy zwierzaki mają jakiś kodeks postępowania, którego przestrzegają. W przypadku wyścigów konnych wygrana jednego z zawodników zostaje wyjaśniona jego urodzinami (w sumie to miło ze strony innych koni!), ale wszystkie inne przypadki zaprezentowane w kolorowym montażu swojego uzasadnienia nie dostały. No ale może zwierzęta wyścigowe po prostu nie lubią się przemęczać i wolą między sobą uzgodnić wcześniejszego zwycięzcę, to nawet ma jakiś sens. Jakiś. Inna sprawa z całym cudownym darem Anne-Marie. Tak jak napisałam wcześniej, dziewczynka potrafi rozmawiać ze zwierzętami tak jak z ludźmi. Tymczasem zwierzęta potrafią się komunikować tylko ze swoim gatunkiem, bo… no, nikt tego nie wyjaśnił. Ogólnie ten aspekt rodzi tyle pytań – w scenie w stajni Itchy (kumpel Charliego, który mógłby zostać wycięty bez większej szkody dla filmu) obraża konie, co oburza stojącą obok niego klacz. Czyli… klacz rozumie, ale nie jest w stanie odpowiedzieć? W drugiej połowie pojawia się aligator (o nim więcej za chwilę), który do rodziny psowatych zdecydowanie nie należy, a mimo to potrafi radośnie śpiewać z Charliem w duecie. Czy w takim razie język mówiony zwierząt jest inny od języka śpiewanego? Rany, chyba za bardzo się na tym skupiam. To może popytam jeszcze o coś innego – dlaczego jedne zwierzęta chodzą ubrane a inne nie? Czy nosząc przyodzienie psy leczą swoje kompleksy związane z byciem psem? Czy… boru, lepiej to zostawmy, bo nigdy nie skończę tej notki. Przejdźmy do nieszczęsnego aligatora.

Bo serio, o co chodzi z tym aligatorem? Ta scena jest tak dziwna, że nawet bez znajomości tropu stworzonego przez Nostalgia Chick byłabym nią autentycznie skonfundowana. Ale może po kolei – pod koniec drugiego aktu Charlie i Anne-Marie wskutek ataku Carface’a wpadają do kanałów, gdzie spotykają szczurzych wyznawców wielkiego aligatora, który chce pożreć głównego bohatera. Przerażony pies w akcie rozpaczy wyje, a jego oprawca zauroczony barwą głosu protagonisty zaczyna… z nim śpiewać. I matko, cóż się wtedy nie dzieje! Piosenka jest dziwna, zbędna, kiczowata i tak strasznie nie na miejscu, że wygląda jakby została wyrwana z innego tytułu i na siłę wklejona tutaj. No, Big-Lipped Alligator Moment w czystej postaci. Końcówka piosenki to jednocześnie rozpoczęcie poważnego wątku choroby Anne-Marie co pasuje do siebie jak pięść do nosa. Serio, nie wiem co tam osoby odpowiadające za historię (było ich dziesięć, serio) brały, ale też chcę. I odnoszę dziwne wrażenie, że Disney zainspirował się tym aligatorem przy tworzeniu Księżniczki i żaby bo te są strasznie podobne do siebie. Niestety, ten drugi nie był nawet w połowie tak nie na miejscu jak jego pierwowzór.

Dużo narzekam, dużo się czepiam i można odnieść wrażenie, że film oglądało mi się źle. Cóż… początkowo faktycznie tak było. Tak jak wspomniałam na początku, Charlie w pierwszym akcie nie jest za sympatycznym bohaterem i to autentycznie utrudniało mi odbiór historii. Na szczęście potem pojawiła się jego relacja z Anne-Marie, która choć kiczowata i przewidywalna, to jednocześnie grzała serce i pchała film do przodu. No i przyznaję się bez bicia – lubię historie o odkupieniu. Dlatego też przeżyję niekonsekwencje w świecie przedstawionym, aligatory pojawiające się znikąd czy też średniej jakości piosenki. To wszystko jest odczuwalne w trakcie oglądania, ale jestem w stanie to znieść, bo Wszystkie psy idą do nieba mają to, czego brakuje niejednej współczesnej animacji – serce. Ode mnie 6-ka.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci