Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

My Funko POP! vol.26

rinoasin

Przedostatni sezon Gry o tron już za chwilę dobiegnie końca i uznałam, że to doskonała okazja na zaprezentowanie Wam moich POPów z serialem związanych. Pierwszeństwo ma figurka, którą darzę olbrzymim sentymentem. Dlaczego? Odpowiedź poniżej.

211

Pewnie tak jak większość z Was, o POPach dowiedziałam się za pośrednictwem Internetu. A dokładnie to wyszukiwarki zdjęć Google. Gdy szukałam zdjęć do blogerskich notek, figurki od czasu do czasu pojawiały się między nimi i choć wydawały mi się urocze, nigdy nie poświęciłam czasu na dokładniejsze zbadanie czym one są. Zmieniło się to od głupiej zachcianki posiadania geekowskiej maskotki, maskotki Lokiego dokładnie. Na Facebooku działała grupa tworząca na zamówienie takie cudeńka. Napisałam więc do nich z pytaniem, czy dałoby mi się takiego Lokiego stworzyć i jako wzór wysłałam zdjęcie jego POPa. Ostatecznie nic wtedy z tej maskotki nie wyszło bo odzew od drugiej strony był tak olewczy i nieprofesjonalny, że dałam sobie spokój (serio, w jakim świecie to klient musi ciągnąć za jezyk osobę, która chce wynająć? Po co takie osoby w ogóle biorą się za działalność, skoro wyraźnie tego nie lubią?). Lokiego jednak dalej chciałam i uznałam, że skoro nie mogę sobie sprawić maskotki w stylu POPa to czemu nie kupić oryginalnej figurki? Brzmiało fajnie, pytanie tylko gdzie takie cudo znaleźć? Tutaj na szczęście wujek Gugiel przybył z pomocą i chwilę później przeglądałam pokaźną listę POPów na Amazonie. Podobały mi się tak bardzo, że podzieliłam się wrażeniami z przyjaciółką i zachwycałyśmy się nimi razem. Niestety, w tym wszystkim był też minus, bo jak się okazało, koszt figurki wynosił prawie tyle samo co jej dostawa do Polski. To może nie wynosiło za dużo, ale to było tuż przed zakończeniem mojej umowy o pracę i nie byłam pewna czy ta zostanie przedłużona, więc z oczywistych powodów zdecydowałam się wstrzymać z zamówieniem.

Miesiąc później podpisałam upragniony papierek w pracy i wtedy wiedziałam, że co jak co, ale zasługuje na nagrodę (wyznaje zasadę, że nawet mały sukces to powód do świętowania ;) i POP doskonale się w tej roli sprawdzi. Loki był moim pierwszym wyborem, ale zdecydowałam się jeszcze raz przejrzeć ofertę Amazona przed podjęciem ostatecznej decyzji i poza bogiem psikusów moje oko przykuli Daryl Dixon oraz Daenerys Targaryen. Po dłuższej chwili zdecydowałam się na Matkę Smoków, wrzuciłam ją do koszyka, opłaciłam zamówienie i tak się zaczęło…

(Wiem, że tutaj zawsze znajduje się moja opinia o postaci, ale w tym przypadku taki wstęp wydawał mi się bardziej adekwatny. Co do samej Danki to lubię ją, choć nie jest moją ulubioną postacią z książek i serialu.)

1623

POP Daenerys to jeden z tych pierwszych, które posiadały drobniejszą i mniej toporną posturę, co w tym przypadku sprawdza się doskonale. To samo się tyczy brwi. Obecnie praktycznie wszystkie figurki mają brwi, ale jeszcze parę lat temu to nie było tak powszechne i cieszy, że obecnie to zostało zmienione, bo głupie kreski nad oczami potrafią dodać POPowi wiele charakteru i wizualnie mocniej zbliżyć go do pierwowzoru. Sądzę, że właśnie dlatego Funko zdecydowano się na obdarzenie pierwszej Daenerys brwiami, w końcu te należące do EmiliI Clarke są bardzo charakterystyczne i Matka Smoków ich pozbawiona nie byłaby taka sama.

31

Co do włosów to widać, że podjęto próby nadania im wymiaru. Co prawda, ograniczyły się one do wyżłobienia paru kresek ale lepsze to niż zostawienie płaskiej masy na głowie Danki. Bardzo ładnie prezentują się natomiast warkoczyki, a dodanie do nich rzemyków to naprawdę ładny detal.

41

Jeśli chodzi o ubranie, to może nie zapiera tchu w piersiach, ale i tak prezentuje się ładnie, gdyby popracować dłużej nad całością, byłoby nawet bardzo ładnie. Jest tu kilka udanych detali – porwana spódnica, pas na biodrach i marszczona góra topu. W porównaniu z nowszymi POPami to może nic wielkiego, ale wtedy robiło wrażenie.

Grzechem będzie nie wspomnieć o smoku, który jest naprawdę sympatycznym dodatkiem, ale oczywiście mam pewne „ale”. Po pierwsze – co to za kolory? Domyślam się, że to ma być Rhaegal, bo to on z trójki dzieci khaleesi jest zielony, ale nie miał czerwonych skrzydeł, więc po co ten dodatek? Po drugie – bardziej czepliwe – łuski, łuski, łuski dajcie! To smok, aż się prosi o wyrzeźbienie mu łusek na ciele, bez nich wygląda strasznie łyso. No ale jak wspominałam – wcześniejszy POP. Gdyby ta wersja figurki powstała dzisiaj, smoczkątko z pewnością miałoby łuski.

Na sam koniec zostawiłam sobie wpadki przy nakładaniu farby i… tych praktycznie nie ma. Jedyne co bardziej się rzuca w oczy to zgrubienie cielistej farby na brodzie POPa i trzeba się mocno wysilić, żeby to dostrzec. Reszta jest naprawdę ślicznie wymalowana i każda figurka od Funko powinna tak wyglądać. A, dodam jeszcze, że mojej Dance trochę farby starło się z nosa, ale to akurat moja wina, bo upuściłam ją podczas sesji w plenerze;). Z dziwniejszych rzeczy też warto odnotować fakt, że Daenerys ma w coś w głowie, co sprawia, że ta grzechocze (mózg?:D). To jedyny POP w mojej kolekcji, który może się czymś takim pochwalić, więc zdecydowałam się ten fakt odnotować dla potomności.

Bardzo lubię tego POPa. Wiem, że w ciągu ostatnich lat pojawiły się inne, ładniejsze POPowe wcielenia Daenerys, ale dla mnie to właśnie będzie zawsze tym najlepszym. W końcu to od tej figurki wszystko się zaczęło i moim fanowskim sercu będzie specjalne miejsce dla niej. Z tego oczywistego powodu polecam. 

Three Buckets

rinoasin

W tym odcinku zostaje rozwinięty i zakończony wątek rozpoczęty w Whispers. Jednak jego finał niespodziewanie rozpoczyna coś nowego, intrygującego. 

Beztytuu7

Zanim jednak przejdziemy do gdybań, zacznę od tego, że nie spodziewałam się konfrontacji na linii Frinn – Fern tak szybko. Adventure Time w końcu lubi zaczynać wątki i wracać do nich po dłuższej chwili. Tutaj tymczasem dostaliśmy ciąg dalszy zaledwie po jednym odcinku. Podejrzewam, że w ten sposób chciano w satysfakcjonujący sposób zakończyć serię pięciu odcinków wyświetlanych dzień po dniu. Bardzo możliwe jest także, że twórcy mają duże plany co do postaci debiutującej pod koniec epizodu i jej szybsze wprowadzenie do fabuły pozwoli im na lepsze poprowadzenie jej wątku. Jednak pośpiech był wyczuwalny w Three Buckets nie tylko jeśli chodzi o kontynuowanie wątku ale samo rozplanowanie scen. Całości brakowało chwili oddechu, szczególnie raziła mnie scena, gdy Finn praktycznie natychmiastowo wydostał się z więzienia w jakim umieścił go Fern. Przeskok z sceny do sceny był tak niezgrabny, że początkowo sądziłam, że to może się chłopakowi tylko wyobraża. Zabrakło mi sceny, gdy Finn w pełni uświadamia sobie, co uczynił mu zielony bliźniak. Zamiast tego mamy natychmiastową złość, bohater wyglądał na bardziej rozgniewanego faktem, że został zamknięty niż tym, iż został zdradzony. 

Na szczęście, sama walka została poprowadzona znacznie lepiej. Finn próbował przemówić Fernowi do rozumu, a ten… a ten był po prostu creepy, z tymi obcymi, żółtymi oczami, brrr. Koniec pojedynku mógł być tylko jeden, ale trudno było czuć radość widząc załamanego Finna samotnie wracającego do domu (jak dla mnie tym razem twórcy mogli sobie darować żart z BMO, nie pasował do całości). I w sumie na tym odcinek mógłby się skończyć, ale zamiast tego dostaliśmy jeszcze jedną scenę z tajemniczym czarodziejem. No dobra, nie wiem, czy to faktycznie czarodziej, ale jego ubiór na takiego wskazuje. Kim jest ta tajemnicza persona, na tę chwilę możemy zgadywać. Wizualnie przypomina nieco Martina i mówi o sobie „wujek”, więc może to kolejny krewny Finna? Oczywiście, jest też szansa, że słowo „wuj” nie jest dosłownym, a jedynie niepokojącym przydomkiem na przełamanie lodów. W każdym razie, pan raczej pozytywną postacią nie będzie i razem z Fernem (czy to dalej będzie Fern?) najprawdopodobniej napsują Naszym bohaterom mocno krwi. I fajnie, po zakończeniu wątku Litcha to właśnie trawiasta wersja Finna jest dla mnie przeciwnikiem, z którym pojedynek powinien zakończyć serial. Czy tak się stanie, zobaczymy za jakiś czas. 

Pomimo moich początkowych zarzutów nie uważam Three Buckets za zły odcinek. Jest więcej niż poprawny, ma parę udanych żartów (Jake jako fan wuwuzel mnie zachwycił) i ciekawy cliffhanger. Nic, tylko czekać co będzie dalej. Ode mnie 7-ka. 

Ps. Jak widać, w sierpniu nie miałam za dużo czasu na tworzenie notek. We wrześniu to powinno się zmienić, trzymajcie kciuki!    

Whispers

rinoasin

Do Krainy Ooo powrócił dawny wróg. I choć brzmi to strasznie, wcale nie był największym zagrożeniem odcinka.

Tak jak ostatnio Ketchup wyśmienicie sparował z sobą Marceline i BMO, tak Whispers w znakomitym stylu połączyło z sobą dwa wątki - Sweet P zmagającego się z Litchem oraz Ferna wciąż próbującego znaleźć miejsce na świecie. Te z pozoru niepasujące do siebie historie łączyło wspólne ogniwo – zaakceptowania samego siebie. Niestety, samorealizacja nie skończyła się dobrze w obu przypadkach. Ale od początku…

Litch prześladował Sweet P już od jakiegoś czasu i pytaniem było, kiedy szeptanie do ucha swojej niewinnej wersji go znudzi i postanowi przejąć ciało dzieciaka. Z jednej strony chciałam, by do tego doszło, bo Litch w moim mniemaniu to zdecydowanie najlepszy antagonista w historii Adventure Time i trochę nudno bez niego. Z drugiej jednak strony polubiłam uroczego Sweet P i nie chciałam, by spotkało go coś złego (a opętanie przez Litcha trudno zaliczyć do pozytywnych rzeczy). Ta sytuacja wydawała się nie mieć wyjścia, lecz twórcy tymczasem pięknie z niej wybrnęli prezentując odpowiedni finał dla antagonisty oraz satysfakcjonujący rozwój postaci Sweet P. Mały (psychicznie nie fizycznie:)) zaakceptował siebie i to dało mu siłę, by nie tylko zmierzyć się ze swoimi lękami ale także z nimi zwyciężyć. Oglądając to czułam się jak dumna ze swojej pociechy mama, brawo Sweet P! 

Umarł wróg, niech żyje wróg, można napisać. Nie byłam w stanie w pełni cieszyć się z pokonania Litcha, gdyż na drugim planie Fern wciąż zmagał się z samym sobą i nie zakończyło się to w dobry sposób. Recenzując  Do no harm zastanawiałam się, czy zielona wersja Finna pewnego dnia nie przeistoczy się w czarny charakter, ale po drodze traciłam przekonanie co do słuszności tej teorii. Nawet w trakcie oglądania Whispers byłam pewna, że Fern ostatecznie znajdzie coś, w czym jest dobry. Niestety, jego historia potoczyła się w nieco mniej optymistyczny sposób – Fern zaakceptował fakt, że Finnem nie jest, ale zamiast się z tym pogodzić, doszedł do wniosku, że jeśli prawdziwego Finna nie będzie, to on z łatwością go zastąpi. I brr, to było naprawdę niepokojące zakończenie odcinka. Aż się boję, jak ten wątek zostanie dalej rozwinięty. 

Whispers bardzo ładnie zakończyło jeden z ważniejszych wątków w historii Adventure Time jednocześnie rozpoczynając nowy. Takie prowadzenie historii ogląda się doskonale, mocna 8-ka ode mnie. I tylko szkoda, że już więcej Rona Perlmana nie usłyszymy! 

Fionna and Cake and Fionna

rinoasin

Czasami ciekawy pomysł sprawdza się jednorazowo i z każdą kolejną próbą odgrzania go coraz mocniej traci na świeżości. Tak właśnie jest z odcinkami poświęconymi Fionnie i Cake. Cała początkowa oryginalność wyparowała, pozostało jedynie wielkie MEH.

fiona

Co ciekawe, początek odcinka mnie zaintrygował - zaczęliśmy od Finna i Jake'a, co było nietypowe jak na epizod poświęcony ich alternatywnym odpowiednikom. Potem było jeszcze ciekawiej bo niespodziewanie w historii pojawiła się wiekowa Fionna, a mojej głowie zrodziło się z tysiąc pytań. Niestety, im dalej w las, tym gorzej, a z dużej chmury mały deszcz jak to powiadają.

Akcja toczyła się dwutorowo - mieliśmy wątek Ice Kinga przygarniającego pod swój lodowy dach Fionnę oraz uwiecznione na kasecie VHS przygody bohaterki i jej kociej przyjaciółki. Nie mam nic przeciwko takim zabiegom, dobrze poprowadzone historie są w stanie uzupełnić się i pogłębić. Niestety, nie w tym przypadku. Połączone wspólnym motywem uzurpatora opowiastki ani ziębiły, ani grzały. Nie pomógł też czas antenowy, w ciągu jedenastu minut można co prawda przedstawić parę grayblesów ale dwa pełnoprawne wątki już nie. Ani jeden ani drugi nie został w pełni rozwinięty. Co więcej, oba zostały zakończone w mało satysfakcjonujący sposób. Nie jestem też pewna co twórcy chcieli Nam powiedzieć, może to, że nie można być naiwnym. Jeśli tak, to nie wyszło to za dobrze, tym bardziej że zamiast puenty historia po prostu się urwała.

W odcinkach skupiających się na Fionnie i Cake zawsze ogromną radość sprawiało mi oglądanie kolejnych wariacji na temat doskonale znanych mi bohaterów. Z jednej strony byli na tyle podobni do swoich klasycznych wersji, że bez problemu mogłam powiedzieć kto jest kim. Z drugiej jednak projekty postaci były na tyle ciekawe, że nigdy nie wiało nudą. W tym odcinku po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć żeńska wersję Króla Ooo i gdy pojawiła się w pełnej krasie po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać czy to postać, której męski odpowiednik znam. To zdecydowanie nie był najlepszy design. Królową ratował natomiast dubbing, bo głosu użyczyła jej Chelsea Peretti czyli Gina Linetti z Brooklyn 9-9 we własnej osobie. A jak każdy dobrze wie, Gina jest doskonała we wszystkim i tym razem nie było wyjątku. Łyżka miodu w beczce dziegciu, czy jakoś tak.

Podsumowując, to nie był za dobry odcinek. Historie nie dość, że zostały przedstawione niedbale to, co gorsza, w ogóle nie angażowały i wręcz nudziły. Po tym epizodzie mam nadzieję, że Fionna i Cake nie wrócą do Adventure Time za szybko. Ode mnie 4-ka.

Ketchup

rinoasin

Kto by się spodziewał, że pod tak prozaicznym tytułem kryje się tak cudowny odcinek?

ket

Jak ja lubię, gdy twórcy nie idą po linii najmniejszego oporu i zamiast stawiać na ograne motywy prezentują widzom coś świeżego i nowego. Oczywiście, eksperymenty nie zawsze się udają, najlepszym przykładem niech będzie inny odcinek z Marcelie w roli głównej - Princess Day. Tam wampirzyca została sparowana z LSP i wszyscy doskonale wiemy jak to się skończyło. Na szczęście nie dostaliśmy powtórki z rozrywki, głównie dlatego, że BMO to BMO - ona nigdy nie stanie się tak irytująca jak LSP. Poza tym, w przeciwieństwie do Princess Day, Ketchup ma doskonały pomysł na fabułę, która bawi i wzrusza.

Ale zanim przejdziemy do fabuły to muszę zapytać - właściwie dlaczego tak późno zdecydowano się spakować na potrzeby odcinka Marcy i BMO? Toć to czysta poezja! Wyrozumiałość wampirzycy i rozkoszność konsoli doskonale razem współgrały. Były urocze, ale jednocześnie nie słodkie do obrzydzenia i nie obraziłabym się gdyby kiedyś jeszcze dostały wspólny odcinek. Lub dwa.

Co do historii to podoba mi się, że pod słodką powierzchnią ukrywało się coś głębszego. Bo to prawda - nie zawsze łatwo przychodzi Nam mówienie prawdy wprost, często o wiele łatwiej ją ubarwić pomijając lub zmieniając poniektóre elementy. BMO w swojej interpretacji podróży na wyspy pominęła wiele (ale nie Mordecaia z Regular Show, kurcze, ale ja za tym serialem tęsknię!), historia Marcy tymczasem była bardziej oczywista i ładnie uzupełniała historię zaprezentowaną w Elements. Jednak prawdziwym emocjonalnym gwoździem programu były ostatnie sceny, gdy Marceline zamiast wyznać BMO prawdę na temat swojej matki, prosi ją o wymyślenie historii na temat kobiety. I niech mnie, konsola stanęła na wysokości zadania nieświadomie perfekcyjnie uchwycając smutek oraz tęsknotę wampirzycy za rodzicielką. No coś pięknego.

Piękna była też strona wizualna. Każdy z segmentów został zaprezentowany w odmiennej stylistyce i kolorystyce, które idealnie pasowały do opowiadanych przez bohaterki historii. Osobiście najbardziej wizualnie urzekła mnie skąpana w ciepłych kolorach pierwsza opowiastka BMO. Prawdziwa uczta dla oczu!

Z odcinkami dzielonymi na segmenty bywa różnie. Mogą być obiecującą zabawą z treścią ale równocześnie rozczarowującym fillerem. Ketchup na szczęście należy do tej pierwszej kategorii i poza wizualnymi szaleństwami ma do opowiedzenia coś więcej. Ocena mogła być więc tylko jedna - zasłużona 10-ka.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci