Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Procenty, procenty i jeszcze raz procenty!

rinoasin

Dzisiejsza notka powstała dzięki Magdalenie P., która zachęcała mnie do opisania przebiegu wczorajszej imprezy. Cóż, Neon jest blogiem popkulturowym, a nie osobistym, więc nici z tego. Uznałam jednak, że warto na chwilę odejść od tematyki komiksowej (w planach trzy notki!) i napisać coś o alkoholu w serialach i filmach. Enjoy!


(Tekst zawiera śladowe ilości spoilerów sponsorowanych przez panią River Song) 


Zacznijmy sympatycznie, bo od seksu. W wielkim mieście, oczywiście. Cztery bohaterki kultowego serialu stacji HBO wędrując po klubach poprawiały sobie humory drinkami. Najsłynniejszym był oczywiście Cosmopolitan - chyba każdy fan spróbował tego trunku i najprawdopodobniej zaczął się zastanawiać co Carrie w nim widzi. Co ciekawe, pomimo tylu zakrapianych imprez tylko w jednym odcinku widzimy bohaterkę skacowaną i jakby tego było mało, zdjęcia jej umęczonej twarzy trafiają na okładkę gazety. Po czymś takim długo nie mogłabym wypić ponownie.


„Martini wstrząśnięte nie mieszane” – ten tekst jest już tak samo kultowy jak bohater go wypowiadający czyli James Bond, tajny agent Jej Królewskiej Mości. Po raz pierwszy tą formułkę wypowiada Julius No, czarny charakter z pierwszego filmu o przygodach niestrudzonego agenta. W „Goldfingerze” wypowiada ją sam Bond i od tego czasu powtarza prawie w każdym filmie. Wyjątkiem jest „Żyje się tylko dwa razy” gdzie James dostanie drink zmieszany a nie wstrząśnięty (ale zachowuje twarz pokerzysty i zapewnia hostessę, że martini jest wyborne) oraz „Casino Royale”, gdzie na pytanie barmana jakie martini chce dostać, Bond odpowiada: „Do I look like I give a damn?” – co dosłowanie znaczy „Czy wyglądam, jakby mnie to obchodziło?” a w kinie zostało przetłumaczone na malownicze: „Mam to w dupie”.

Tu miało być zdjęcie pijącego Bonda, ale no… to było silniejsze ode mnie.


No a co z alkoholem w przyszłości? Odpowiedź na to pytanie dostajemy w „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka. Bohaterem filmu jest Alex, młody chłopak, który uwielbia przemoc, Beethovena i drink Moloko, który powstaje na bazie mleka. Reszta składu pozostaje tajemnicą, ale może to nawet lepiej… Moloko zapisało się nie tylko w historii filmu i książek, ale też muzyki - Róisín Murphy i Mark Brydon tak nazwali swoją formację, która niestety rozpadła się w 2006 roku. 


Wróćmy do seriali. Brytyjski serial młodzieżowy „Skins” nie bał się pokazać ostro imprezujących nastolatków. A skoro jest impreza, musi być też alkohol i jego skutki – w drugim odcinku pierwszego sezonu widzimy dom Michelle po imprezie i jest to wstrząsający obrazek. W wielu przypadkach postacie sięgają po trunki nie dla zabawy, lecz po to, by zapomnieć o problemach (przykładowo Chris, Thomas czy Katie), przeprosić (Liv wypija butelkę wódki za jednym zamachem by Mini jej przebaczyła), a nawet zakończyć życie (Cassie miesza tabletki z alkoholem i ląduje w szpitalu). Co ciekawe, alkohol nie przeszkadzał nikomu w Wielkiej Brytanii, ale gdy powstała amerykańska wersja, wywołała skandal i wielkie oburzenie, sponsorzy zaczęli się wycofywać i w końcu serial zdjęto (na szczęście). Jak to mówią – co kraj, to obyczaj.


Długo się zastanawiałam, czy jest jakiś horror, który mogłabym tu wspomnieć. I w końcu zdecydowałam się na „Draculę” z 1931 z Belą Lugosi w roli głównej. Oczywiście, wampir nie pija alkoholu, ale w filmie jest scena, która zapisała się w historii kina. Oto rozmowa pomiędzy hrabia, a Renfieldem: (Nie zamierzam tego tłumaczyć, w oryginalne lepiej brzmi.)

Dracula: This is very old wine. I hope you will like it.
Renfield: Aren't you drinking?
Dracula: I never drink wine.  

Wina nie, ale krew owszem:)


Był horror, dla równowagi musi być też komedia. Film „Kac Vegas” z 2009 roku rewelacyjnie pokazał jak urwany film może zrujnować nam życie. Oczywiście, nie byłoby urwanego filmu bez alkoholu i tabletki gwałtu dających razem piorunujący efekt. Skacowani panowie przez cały film starają się ustalić, co robili w nocy, a wisienką na torcie są zdjęcia z ich imprezy, piorunująco zabawne. Szkoda, że film doczekał się tak słabego ciągu dalszego. Lepiej omijać.


I na sam koniec zostawiłam sobie najlepsze czyli serial „Mad Men”. Tutaj bohater bez drinka w dłoni wygląda dziwnie… no to oczywiście żart, ale ciężko sobie wyobrazić serial bez kłębów dymu tytoniowego i dzwoniących lodem szklanek z drinkami. Bohaterowie piją by uczcić sukces, szybciej wpaść na pomysł podczas tworzenia reklamy, a nawet po to by zdobyć klienta (w piątym sezonie mamy rewelacyjną scenę, w której Roger uczy Lane’a jak pić, by się nie upić). Oczywiście, alkohol pomaga też zapomnieć o rozczarowaniu swoim życiem – w czwartym sezonie opuszczony przez żonę Don niebezpiecznie zbliża się do granic alkoholizmu. W końcu udaje mu się stanąć na nogi, ale wciąż pije, bo w reklamie gdy nie pijesz, nie istniejesz.

Piękny pan Don Draper, patrzmy i napawajmy się.  



I tak oto nadszedł czas na zakończenie notki. Wymieniać alkoholowe tytuły można jeszcze długo, ja zdecydowałam się wybrać tylko kilka, choć wiem że jeszcze parę powinno się tu znaleźć. No ale pisać o % bez % jest zdecydowanie smutno:)

Gosiakowa     

Głupi komiks, podejście drugie

rinoasin

I oto mój kolejny głupi pomysł, sam raz na dzień dziecka. W rolach głównych – Loki, Mystique i Doctor Manhattan. Enjoy!

Obiecuję, że następna notka będzie normalniejsza :P. A teraz zapraszam do śpiewania – „Bo wszystkie komiksy, to jedna rodzina!”.

Gosiakowa 

Panie Scott, proszę o dobry film!

rinoasin

Musze przyznać, że jeśli chodzi o propozycje filmowe, to rok 2012 jest idealny. Mamy już za sobą świetne „Igrzyska Śmierci” i hitowych „Avengersów”, już w piątek na ekrany wejdzie „Królewna Śnieżka i Łowca”, a po niej pojawią się kolejne tytuły – „Prometeusz”, „Merida waleczna”, „Mroczny Rycerz Powstaje” i, w odległym grudniu, pierwsza część „Hobbita” Petera Jacksona. Dzisiejszą notkę poświecę tylko jednemu z wymienionych filmów, po tytule łatwo się domyślić, że skupię się na „Prometeuszu”.

„Tędy na Wałbrzych?”


Z filmem historia jest o tyle ciekawa, że na początku miał być prequelem „Obcego”. Potem Scott obwieścił, że tworzy całkowicie odrębny projekt, a jeszcze później okazało się, że projekt będzie się dziać w uniwersum „Obcego”… a ostatnie ploty mówią, że to jednak prequel. Podsumowując – pomieszanie z poplątaniem. Ale co tam, kogo (poza mną) obchodzi jakie drogi film przebył przed wejściem do kina? Liczy się efekt końcowy!
No to skoro liczy się efekt końcowy, przejdźmy do niego. Historia z trailerów prezentuje się mniej więcej tak – ekspedycja naukowa na pokładzie statku Prometeusz przybywa do odległej galaktyki, gdzie mają nadzieję znaleźć odpowiedź na temat początków ludzkości. Zamiast tego odnajdują coś wiele gorszego… Podsumowując – brzmi prosto, ale pamiętajmy, że „Obcy” też nie powalał fabułą i dzięki reżyserii i scenariuszowi zyskał fantastyczny klimat sprawiający, że ciężko się od niego oderwać. Miejmy nadzieję, że i tym razem tak będzie. Ale oczywiście, jestem sobą i muszę panikować – zacznijmy od reżyserii. Ostatnim filmem Scotta, który naprawdę mnie zachwycił był„Gladiator” – doskonały przykład na to, że magia kina najprostszą historię może zamienić w statuetkę Oscara. Potem było już gorzej –  „Hannibal”, „Naciągacze”, „Królestwo niebieskie”, „Dobry rok”, „American Gangster”, „W sieci kłamstw” i „Robin Hood” – po tych tytułach można powiedzieć, że pan Scott z wizjonera zamienił się w wyrobnika. Czy w „Prometeuszu” odnajdzie iskrę znaną z „Obcego” i „Łowcy Androidów”? Oby! Niepokoi mnie również scenariusz, który współtworzył Jon Spaihts mający na swym koncie koszmarną „Najczarniejszą godzinę 3D”. Na szczęście wspomagał go Damon Lindelof, scenarzysta „Zagubionych”. Mam nadzieję, że we dwójkę stworzą coś przynajmniej dobrego, a i Ridley Scott wtrąci swoje trzy grosze i poprawi każdą bzdurę jaką dojrzy w skrypcie.

Igrała z ogniem, będzie igrać z obcymi?  


Innym zmartwieniem są trailery i materiały promocyjne. Jak dla mnie, za dużo zdradzają i boję się, że w kinie będę co pięć minut mówić do siebie: „To już widziałam, to też”. Oczywiście, może te wszystkie sceny zaprezentowane w zwiastunach wcale nie muszą być kluczowe, a zajawki okażą się sprytną zmyłką dla widzów. Jednak w historii kina mieliśmy już kilka takich filmów streszczonych w 2 minutach zapowiedzi, dlatego lekka obawa jest.   

O co się nie martwię? O to, że film będzie pocięty i stracimy masę ważnych scen w wyniku cenzury. Otóż, nie tym razem! Film dostał w Stanach kategorię wiekową R, czyli nastolatki mogą go obejrzeć tylko za zgodą rodziców. Będzie więc przemoc, mrok i przekleństwa. Ach, jak miło! Nie martwi mnie też obsada. W rolach głównych zobaczymy Noomi Rapace, Michaela Fassbendera i Charlize Theron, a partnerować im będą Idris Elba, Sean Harris i Guy Pearce. Z taką ekipą o poziom aktorstwa nie muszę nie martwić, bo od razu wiadomo, że będzie przynajmniej dobry.

Takiego androida to ja chcę w domu!   


Jestem też spokojna o efekt 3D – film tak jak „Avatar” był kręcony w tej technologii, a nie na nią konwertowany tak jak choćby „Avengers”. I to widać na trailerze – obraz był tak cudownie głęboki, że chciałam się w nim zanurzyć. Żeby było milej dla oka, scenografia i efekty specjalne wyglądają świetnie. Więc jeśli „Prometeusz” fabularnie nie zaspokoi naszych potrzeb, to wizualnie na pewno. Mamy też miły akcent polski – za zdjęcia odpowiada Dariusz Wolski, może będzie Oscar?


Pojęczałam sobie trochę i czas już kończyć. Mocno zaciskam kciuki za powodzenie filmu. Bo dobre SF w obecnych czasach jest więcej niż dobre!

Gosiakowa   

Zwierciadełko, zwierciadełko

rinoasin

Już w ten piątek w naszych kinach zadebiutuje nowa wersja baśni o królewnie Śnieżce – „Królewna Śnieżka i Łowca”. Aby podgrzać atmosferę przed tym wydarzeniem zapoznałam się z wcześniejszą wersją bajki czyli „Mirror, mirror”, które na nasz język zostało przetłumaczone niezwykle odkrywczo, bo… „Królewna Śnieżka”.


(Spoilers, Sweetie!)


Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami… ale, ale, przecież wy to już znacie! No bo kto z nas nie zna historii o uroczej królewnie Śnieżce o cerze białej jak śnieg i złej królowej zazdrosnej o jej urodę? Historia jest wyeksploatowana do cna, a mimo to twórcy wciąż odważnie po nią sięgają, próbując nadać jej nowy wymiar. W swojej wersji reżyser Tarsem Singh jednocześnie czerpie z baśniowej klasyki, jak i stawia na modernizację historii. Pomysł cudowny, szkoda że efekt jest średni.


Nie przeczę, oglądanie filmu nie sprawiało mi bólu. Było kolorowo i radośnie, ale choć czasem wiele się działo, nudziłam się (szczególnie podczas walki z kukiełkami królowej). Ogólnie to przez cały seans miałam wrażenie, że scenarzysta miał kilka dobrych pomysłów, które połączył słabymi scenami wymyślonymi na szybko. Ja wiem, że film jest głównie skierowany do młodszej widowni, ale spójrzmy na „Hugona” Martina Scorsese –potrafił trafić i zachwycić zarówno dzieci jak i dorosłych i zasłużenie dostał nominację do najlepszego scenariusza adaptowanego. Tymczasem przez cały seans „Mirror, mirror” boryka się gdzieś pomiędzy, za dziecinny dla dorosłych, za poważny dla dzieci. W końcu nikt nie będzie w pełni usatysfakcjonowany.

 
Przejdźmy do obsady. Śnieżka w wykonaniu Lily Collins jest przede wszystkim śliczna, wizualnie – królewna idealna. Fabularnie już gorzej – scenarzyści wyraźnie sami nie wiedzieli jaka bohaterka ma dokładnie być, więc raz serwują nam uroczą gapę, potem znowu wyszkoloną przez karzełki wojowniczkę, a innym razem skromną dziewuszkę, spuszczającą wzrok niczym wstydliwa pensjonarka. W tym bałaganie Collins aktorsko jakoś sobie poradziła i udało jej się wzbudzić sympatię widza, choć twórcy wyraźnie jej tego nie ułatwiali. Zdecydowanie lepiej zaprezentował się Armie Hammer jako książę Alcott. Aktor jest wręcz stworzony do roli głupkowatego i odważnego bohatera, a jego głos to coś cudownego… koniecznie oglądać w oryginalne, bo stracicie wiele! No, ale nie samym głosem aktor gra i Hammer radzi sobie świetnie przez cały film, szczególnie spodobały mi się sceny gdy Alcott był pod wpływem eliksiru królowej – miodzio! Jedyny minus to to, że pomiędzy nim a Collins nie ma chemii i widzowi właściwie wszystko jedno czy para będzie razem czy nie.


Julia Roberts jako zła królowa radzi sobie bardzo dobrze, ale jak dla mnie czasem za bardzo szarżowała, tym bardziej że dostała pełno niepotrzebnych scen. Scenarzyści wyraźnie wzięli sobie za punkt honoru obśmianie kultu młodości we współczesnych czasach i puszczenie oczka do dorosłego widza. Co dzieci z tego zrozumieją, nie mam pojęcia. Ja zamiast patrzeć na przygotowania do balu wolałabym poznać przeszłość królowej i dowiedzieć się, jak weszła w posiadanie magicznego lustra, albo jeszcze lepiej – dostać więcej scen z karzełkami. Siedmiu zbójeckich karzełków-olbrzymów (zależy od punktu widzenia i sceny) było świetnie zagranych, ale twórcy nie wykorzystali ich potencjału w pełni. Brakowało mi jakichś wspomnień, uzasadnienia dlaczego tak postępują, albo przynajmniej dłuższej sekwencji przełamywania lodów ze Śnieżką, bo przyjaźń w trybie instant zupełnie mnie nie przekonała.   

  
Widziałam już cztery filmy Singha i każdemu mogę zarzucić to samo – pustkę. Wizualnie filmy to perły, ale nie niosą z sobą żadnego ładunku emocjonalnego. Ot, wydmuszki. Z „Królewną Śnieżką” jest tak samo – cały ten przepych w strojach i scenografii próbuje odwieść nas od fabuły. Czasami takie zabiegi w filmach się udają (vide „Avatar”), ale częściej jest tak, że po paru minutach początkowego zachwytu widz dostrzega, że cały ten przepych jest teatralny i tak naprawdę zieje pustką. I tak w „Śnieżce” widzimy bogate, a jednocześnie puste komnaty, biedne miasto nie wyglądające na biedne i śnieg, który zamiast mrozić krew w żyłach, wygląda jak ciepły puch. Oglądając coś takiego naprawdę ciężko się zaangażować. Teatralna jest nie tylko scenografia, ale też pojęcie czasu i odległości w filmie. Przykładowo cały trening Śnieżki na doskonałą wojowniczkę trwa tylko jeden dzień. Albo karzełki są doskonałymi nauczycielami, albo z niej pojęta uczennica, albo ktoś podczas pisania scenariusza nie do końca myślał. Jeszcze gorzej wypada scena gdy bohaterka biegnie z lasu do miasta i zajmuje jej to parę sekund. Oczywiście, nie pewno trwało to dłużej, ale montażysta na spółkę ze scenarzystą nie wpadli na to, by przejście z lasu do miasta przerwać jakąś inną sceną (przykładowo z dworu) i tak oto dostaliśmy bajkową teleportację. Ojoj.


Na sam koniec plusy, żeby nie było, że tylko się czepiam – sympatyczne cameo Seana Beana (NIE UMARŁ!) i urocza sekwencja tańca na koniec. Widać, że pan reżyser nie mógł się powstrzymać przed dodaniem bollywoodzkiego smaczku. Uwaga, piosenka jest prosta jak konstrukcja cepa, ale jak uzależnia!    

Recenzja zbliża się do końca, czas na ocenę. „Mirror, mirror” to nieszkodliwa historia – nikomu nie zrobi szkody jeśli obejrzy, jednocześnie nikt nie będzie żałować jeśli nie obejrzy. Dla fanów bajkowych wariacji będzie jak znalazł. Ode mnie 5 na 10. Kłaniam się i odchodzę w stronę lasu pełnego ciepłego śniegu śpiewając na całe gardło.


Gosiakowa


PS. O co ludziom chodzi z brwiami Lily Collins? O_o 

Dziesięć seriali, jedna notka

rinoasin

Postanowiłam, że dzisiejszy zapisek będzie zbiorem mini recenzji świeżo co zakończonych serialowych sezonów. To chyba już jest oczywiste, ale tak na wszelki wypadek zacytuję River Song – „Spoilers, Sweetie!”

Zacznijmy od czwartego sezonu „Mentalisty”. Musze przyznać, że początek trochę mnie zdenerwował. Finał poprzedniej serii był rewelacyjny i naprawdę miałam nadzieję, że wątek Red Johna został zakończony właśnie w taki sposób – szybki i nieprzewidywalny. Ale nie, okazało się, że genialny morderca żyje, a Patrick tylko fuksem uniknął więzienia. Moje zdegustowanie ukoił poziom następnych odcinków, widać że twórcy starali się odejść od typowego schematu śledztwa. Szczególnie „Blinking Red Light” i „The Redshirt” zwróciły moją uwagę. Niestety, po nich przyszła przerwa świąteczna, a po niej wrócił stary, (nie)dobry procedural. Gdyby jeszcze sezon miałby z 13 odcinków lub wątek Red Johna powracał częściej, nie przeszkadzałoby mi to. Ale sezon ma 24 epizody i na ogół 3 z nich dotyczą Czerwonego Jaśka, co osobę zafascynowaną jego postacią doprowadza do szału, bo ile można? Popatrzymy na takiego „Sherlocka” – tam Moriarty pojawił się już w pierwszym sezonie i nikt na tym nie ucierpiał. Czy nie ciekawiej byłoby, gdyby widzowie poznali tożsamość Red Johna i obserwowali jak gra w kotka i myszkę z nieświadomym Patrickiem? Mi osobiście marzy się motyw rodem z „Mrocznego Rycerza” – Red John daje się złapać, ale tylko dlatego, że chce być złapany i to część jego misternego planu, którego mroczne skutki poznamy w szokującym finale… No ale to moje pomysły, tymczasem w ostatnim odcinku dostaliśmy mnóstwo dziur logicznych i kolejną ucieczkę nieobliczalnego mordercy. Co na plus? Jak zawsze cudowny Simon Baker – nie wiem, gdzie on wcześniej się chował, ale cieszę się, że twórcy serialu go odkryli, bo jest rewelacyjny i mogę patrzeć na niego długo i bez znudzenia. Dziękuję panu Bakerowi, a twórców proszę o więcej Red Johna, bo to już zaczyna być męczące. Czwarty sezon Mentalisty oceniam na 5 na 10 możliwych punktów.

„Łapanie Red Johna, łapaniem Red Johna, ale herbata sama się nie wypije!”


Porzućmy mrocznego Red Johna, uroczego Patricka i wiele morderstw i skupmy się na lżejszych tematach. A jak lekko, to zdecydowanie „Glee”. Tylko czy w trzecim sezonie rzeczywiście było tak lekko? Dla mnie różnie z tym było z dwóch powodów – po pierwsze, twórcy często decydowali się rozmawiać o mało radosnych tematach (czyli dobrze), a po drugie poziom niektórych odcinków był tak słaby, że trudno było być rozluźnionym (tu znowu źle). Może zaczniemy od tego co wyszło czyli poważniejszych problemów, mieliśmy tematy samobójstwa z powodu braku akceptacji, porzucenia swych marzeń by zadowolić rodzica czy przemocy w rodzinie. Te wątki choć trochę śmierdziały moralizatorstwem, były dobrze zrobione i mi się podobały. Szkoda tylko, że doskonałe epizody znikały przy tych nijakich (np. „Yes/No”) lub tych koszmarnie złych (straszliwe "Extraordinary Merry Christmas"). Na pocieszenie zawsze zostawały świetne piosenki, ale czasem odnosiłam wrażenie, że to one grają pierwsze skrzypce w serialu a nie bohaterowie. A skoro o bohaterach mowa to też nie obyło się bez irytacji. Przed premierą trzeciego sezonu twórcy zapowiadali, że każda postać dostanie ciekawy wątek. Tymczasem przez praktycznie cały sezon Will robił za tło, to samo z Tiną i Artiem, po co też przywracać Sama, skoro nic sobą nie reprezentuje? To samo z trójką nowych postaci – Rorym, Joem i Sugar, co z tego że mają potencjał, skoro na ogół snują się gdzieś w tle, a czasami nawet nie pojawiają się w odcinku? Wolałabym, dowiedzieć się czegoś więcej o rozpieszczonej panience niż po raz kolejny oglądać dramaty Rachel i Finna. Bardzo przeraża mnie wiec fakt, że w czwartym sezonie bohaterowie, którzy ukończyli szkołę pozostaną w serialu, a do chóru dojdą nowe postacie – boję się, że to się skończy serialowym Armagedonem bez ładu i składu. Tym bardziej, że telewizja Fox zdecydowała się przenieść „Glee” na czwartek, co oznacza walkę o widza z takimi wyjadaczami jak „Mentalista”, „Chirurdzy” czy „Big Bang Theory”. Nie chcę być czarnowidzem, ale czuję porażkę musicalowego dramatu. No chyba że twórcy odświeżą formę i pozbędą się moralizatorstwa i cukierkowatości, bo to zaczyna już powoli razić i to mocno. A trzeci sezon oceniam na 6.


Opuszczamy rozśpiewane McKinley i przenosimy się do szpitala Seattle Grace Mercy West. A tam co? Kolejne dramaty większe i mniejsze. Może nie były pierwszej świeżości, ale nie oglądało się ich z rosnącym rozczarowaniem lub irytacją. Duża zasługa w tym tego, że scenarzyści przestali wreszcie tasować pary tak jakby postacie były bandą napalonych nastolatków. Fajnie było też wreszcie zobaczyć coś nowego, tak jak np. egzaminy naszych bohaterów. Ogólnie sezon zasługiwał na naciąganą 7, ale po finale zaniżam ocenę do 6. I nie, nie jestem jedną z tych fanek, które szlochały przez cały „Flight" i długo po nim. Nie złorzeczę też  Shondzie Rhimes, bo po co? Kobieta od lat stara się, by „Chirurdzy” emocjonowali i przyciągali jak największą liczbę widzów, czyli po prostu robi swoja pracę. Co mi się więc w pilocie nie podobało? Koszmarny brak logiki - awionetka rozwalona na pół lasu, a Meredith i Cristina są prawie nietknięte, równie cudowna jest dłoń Dereka uwieziona w skrzydle samolotu… Superman, to ty? Dodatkowo warstwa dramatyczna odcinka była słaba, śmierć Lexie w ogóle mnie nie poruszyła, a potem napięcie znikło całkowicie, bo od początku zapowiedziane było, że zginie tylko jedna osoba. Ach, gdyby jeszcze uśmiercono Marka i Arizonę, ten tekst może wyglądałby inaczej. Ale ta dwójka jeszcze żyje, co będzie dalej, dowiemy się jesienią. Może Shonda da fanom serialu powód by jeszcze bardziej ją znienawidzili… odważna kobieta.


Powróćmy do muzycznych tematów. Debiutujący w tym roku „Smash” miał byś dojrzalszą wersją „Glee” i może dojrzalszy jest, ale do serialu Ryana Murphy’ego jeszcze mu daleko. Od czego by tu zacząć?... może od początku czyli odcinka pilotażowego. Przyznaję, że sam pomysł, czyli wystawianie sztuki na Broadwayu bardzo mi się spodobał, ale powiedzmy sobie szczerze – dobry pomysł to nie wszystko. I już w pierwszym epizodzie uderza w widza antypatyczność postaci. No serio, takiej zgrai to już dawno nie widziałam. Dopiero przy kolejnych odcinkach niektórych udało mi się polubić (Ivy, Derek, Tom), innych znienawidzić (Karen, Julia) a niektórzy wciąż pozostali dla mnie całkowicie nijacy (Eileen, Ellis). Tak samo było z historią – pokochałam wątki tworzenia musicalu, kompletnie wisiało mi jak Eileen zbiera na niego fundusze, a gdy tylko zaczynały się historie Karen lub Julii miałam ochotę uderzyć siekierą w monitor. „Smash” miał duże szczęście, bo emitowany był zaraz po „The Voice” i zbierał część widowni. Dzięki temu został przedłużony na kolejny sezon. Jestem ciekawa, czy w przyszłym roku widzowie dopiszą czy też nie i Broadway opuści serialowy świat na zawsze. A pierwszy sezon oceniam na 5, powinno być 4, ale każdy wokal Ivy sprawił, że ocena podskoczyła o jeden punkt.


Były już morderstwa, śpiewy i lekarze. Czas na potwory. A jak potwory to tylko bracia Winchester i serial „Supernatural”. Oj, bardzo czekałam na 7 sezon, w końcu 6 seria miała jeden z lepszych cliffhangerów w serialu, a Castiel jako przeciwnik zapowiadał się wybornie. Tymczasem wszelkie me marzenia zostały zniweczone przez lewiatany. Ja naprawdę nie wiem, kto ten wątek wymyślił, ale powinien być za niego wrzucony z pracy. Bo te wielkie potężne potwory okazały się pozbawione charyzmy i częściej żenowały niż straszyły. Nie to co Azazel, który we wcześniejszych sezonach pojawiał się okazyjnie, ale gdy się pojawił to skupiał całą uwagę na sobie. Kolejnym minusem był bardzo dokuczliwy brak Castiela i Crowleya oraz głupie rozwinięcie historii Bobby’ego jako ducha. To był jeden ze słabszych wątków w serialu i zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby pan Singer umarł kiedy powinien umrzeć, czyli z klasą. Ponarzekałam, więc na koniec parę ciepłych słów - podobała mi się ostatnia scena, nieważne że przypominała finał 3 sezonu. Ważne, że twórcy z całych sił starają się przywrócić przygodom braci ich dawną świeżość. Czy się to uda, zobaczymy w 8 sezonie. Ja się w każdym razie już się nie nakręcam i oceniam serię na 5.


Pozostańmy przy niezwykłych tematach. Tym razem jednak nie uświadczymy lewiatanów, wampirów ani innych poczwar, zamiast tego będziemy mieć dwa światy, hybrydy, Obserwatorów i laboratoria. Czyli „Fringe” w każdym calu. Ten serial jest niezwykły z tego względu, że gdy inne tytuły zaczynają powoli tracić swoją świeżość, on ją zyskuje i ciężko się oderwać. Podobało mi się, że wymazanie Petera z linii czasu sprawiło, iż wszystko co dotychczas znaliśmy zmieniło się diametralnie. Dzięki temu znowu mogliśmy oglądać diabolicznego Davida Roberta Jonesa, zobaczyć współpracę pomiędzy oddziałami Fringe i, co najważniejsze, poznaliśmy nową straszliwą przyszłość naszego świata, który zdominowali Obserwatorzy. A w miedzy czasie dostaliśmy dużo świetnych odcinków i równie dużo śmiesznych tekstów Waltera. Jedyny minus jaki mam, to za duża przewidywalność finału, ale z drugiej strony, parę odcinków wcześniej mieliśmy odcinek przenoszący nas w przyszłość, więc zdawaliśmy sobie sprawę, że to nie Jones będzie tym głównym złym. Czwarty sezon przygód agentki Dunham oceniam na 9 i niecierpliwie oczekuję finałowego, 5 sezonu. Szkoda, że będzie się składać tylko z 13 epizodów, ale dobre i to.

 

„Dobrze nas oceniła, nie wymazujemy jej.”


Było mrocznie, niech będzie radośnie. Jednym z serialowych debiutantów, którym się zainteresowałam był sitcom „New Girl”. Historia Jess, która dzieli mieszkanie z trzema facetami ma duży potencjał, ale po 24 odcinkach stwierdzam, że twórcy nie wykorzystali go nawet w połowie. Nie wiem do końca jak to się dzieje, bo postacie to samograje, każda jest charakterystyczna i zabawna i taki też powinien być każdy odcinek. A tymczasem my, widzowie, dostajemy przeplatankę – świetny odcinek, gorszy, dobry odcinek, gorszy, świetny odcinek, znowu gorszy itd., co jest niesłychanie denerwujące. Drażni mnie też pompowanie atmosfery pomiędzy Jess a Nikciem do granic możliwości. To już związki Rachel-Ross czy J.D.-Elliot rozwijały się szybciej. Może w drugim sezonie coś ruszy? Mam nadzieję, bo oglądalność pierwszego nie powala na łopatki i jeśli „New Girl” chce uniknąć kasacji, musi podnieść poziom i wprowadzić więcej wątków, które przyciągną widzów. To moje rady na przyszłość, a na dzień dzisiejszy pierwszy sezon oceniam na 6.


W recenzji „Gotowych na wszystko” pisałam, że nie mogę pojąć kultowości tego serialu. Całkowicie inna sytuacja jest w przypadku zakończonego w tym roku „Doktora Housa”. Serial niby jest wariacją Sherlocka Holmesa, ale jednocześnie potrafi wyrobić własny, niepowtarzalny styl, bez którego nie powstałyby takie tytuły jak „Lie to me”, „Siostra Jackie” czy recenzowany wcześniej „Mentalista”. Pierwsze cztery sezony były rewelacyjne, niestety w piątym zaczęło się coś sypać i poratowany został przez rewelacyjny słodko-gorzki finał. Potem było różnie, raz fajnie, raz gorzej, częściej jednak to drugie. Na szczęście finałowy sezon był dobry, co prawda dwie nowe panie w zespole Housa były nudne i niesympatyczne, ale inne wątki nadrabiały za nie. Szczególnie urzekł mnie nacisk na przyjaźń Wilson-House, sceny miedzy dwoma panami w ostatnich odcinkach naprawdę ściskały za serce. Co do finału, to wiem, że jest tyle samo osób z niego zadowolonych, co i tych niezadowolonych. Prawda jest taka, że ten serial naprawdę ciężko było skończyć satysfakcjonująco i sądzę, że scenarzystom się to udało. Dostaliśmy bardzo ładny ukłon w stronę Sherlocka Holmesa i poruszające ostatnie minuty. Oczywiście, nie był to finał na miarę „Sześciu stóp pod ziemią” ale mimo to pod koniec westchnęłam z nostalgią. Żegnaj doktorku! Za ostatni sezon dostajesz ode mnie 6 z plusem.


Coś się kończy, coś zaczyna, jak to pisał Andrzej Sapkowski. Tak więc w tym roku zakończyły się dwa serialowe wyjadacze i zrobiły miejsca nowym tytułom. Jednym z nich jest „Once upon a time”, który jest jednym z lepszych debiutów w tym roku. Muszę przyznać, że pomysł przeniesienia bajkowych postaci do naszego świata na początku wydawał mi się absurdalny i sądziłam, że nie da się tego rozciągnąć na cały sezon. Tymczasem scenarzystom udało się to z łatwością i, co lepsze, wersje ich bajek najczęściej były rewelacyjne i wręcz nie mogłam się doczekać kolejnego odcinka, by poznać kolejną historię mieszkańca Storybrook. Niestety, o ile świat bajkowy się broni, to z rzeczywistym różnie bywa, czasami miałam ochotę przewinąć i szybko wracać do magicznych klimatów. Dodatkowo główna bohaterka, Emma, jest całkowicie nijaka i niesympatyczna, a odtwarzająca ją Jennifer Morrison jest koszmarnie drewniana. Dużym minusem są też efekty specjalne, bijące po oczach sztucznością, choć pod koniec zaczęły się trochę poprawiać. Mam nadzieję, że w drugim sezonie ABC sypnie trochę pieniążków, żeby widz mógł rozkoszować się w pełni magicznymi historiami bez zażenowania. „Once upon a time” ma minusy, ale jednocześnie ma tyle plusów, że nie potrafię go nie lubić. No i ten lostowy styl i lostowe nawiązania. 7 z plusem za pierwszy sezon, ciekawe, co będzie w drugim.


I na sam koniec rodzinnie czyli „Modern Family”. Po o mocno średnim drugim sezonie trochę bałam się trzeciej odsłony szalonej rodzinki. Na szczęście, poziom wzrósł. Co prawda, wciąż nie jest to pierwsza seria, ale i tak ogląda się lekko i sympatycznie. Oczywiście muszę (jak zwykle) pochwalić Ty Burrella, który jako Phil kradnie każdą scenę w jakiej się pojawił. Tu napiszę to samo co pisałam przy „Mentaliście” – nie wiem gdzie on wcześniej się chował, ale świetnie że jest, bo go mogę oglądać wciąż i wciąż. Oczywiście, reszta obsady dzielnie mu partneruje, w tym sezonie szczególnie podobała mi się Julie Bowen, jej bohaterka w duecie z Philem jest rewelacyjna. Na sam koniec twórcy pozytywnie zaskoczyli mnie cliffhangerem, może nie jakimś wielkim ale zaskakującym i dającym możliwość świetnego rozwinięcia w czwartym sezonie. Czekam niecierpliwie i oceniam trzecią serię na 7.


I oto przyszedł koniec spaceru po 10 serialach, z którymi miałam do czynienia w sezonie 2011/2012. Wszystkie tytuły (no, poza zakończonym „Housem”) pewnie jeszcze powrócą na neonowego bloga i mam nadzieję, że będę mogła im wystawić wysoką ocenę.


Gosiakowa      

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci