Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Odleciałam z „Atlasem chmur”

rinoasin

Gdy piszę notki o trailerach, staram się prezentować zawsze po dwa tytuły, żeby nie było ani za dużo, ani za mało. Ale tym razem postanowiłam nie czekać na drugi ciekawy tytuł i pokazać jeden zwiastun na blogu. Zwiastun niezwykły i magiczny, wbijający w krzesło. Zwiastun, który nie prezentuje całej fabuły, a mimo to porusza – w okolicach drugiej minuty zorientowałam się, że mam łzy w oczach. Chyba się starzeję…

A o zwiastunie jakiego filmu mowa? Dzieło zwie się „Cloud Atlas” i jest dzieckiem Toma Tykwera i rodzeństwa Wachowskich. Jestem ciekawa jaki będzie efekt ich współpracy. Wachowscy to typowi wyrobnicy, natomiast Tykwer to bez dwóch zdań artysta i mam nadzieję, że jego wkład doda filmowi świeżości i magii.
Scenariusz „Cloud Atlas” jest ekranizacją powieści Davida Mitchella pt. „Atlas chmur”. Książka składa się z 6 różnych historii dziejących się w odmiennych czasach – od XIX wieku do odległej przyszłości. Nie jest to materiał łatwy do przeniesienia na ekran, z pewnością całość nie będzie trzymać równego poziomu, znajdą się lepsze i gorsze historie. Film zamknie się w niecałych 3 godzinach, widać że twórcy nie chcieli bawić się w skróty i pójście na łatwiznę za co mają ode mnie ogromny plus, bo żaden film jeszcze dobrze nie wyszedł na wycinaniu scen. Duże wrażenie robi też obsada – mamy Toma Hanksa, Susan Sarandon, Jima Broadbenta, Hugo Weavinga, Bena Whishawa i wielu, wielu innych. Zdjęcia i scenografia zachwycają, utwór z filmu także, ale… nie mogę się pozbyć obaw co do tytułu. Boję się, że dostaniemy powtórkę z „Drzewa życia”*, czyli historię próbującą opowiedzieć widzowi o wszystkim, a w końcowy efekt będzie taki, że dostaniemy kiczowaty bełkot o niczym. Nie obrażę się, jeśli końcowy efekt będzie mieć bliżej do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, który doskonale przedstawiał widzowi kilka historii naraz i jest niedoścignionym wzorem filmowej budowy szkatułkowej.

To moje nadzieje i pobożne życzenia. Co z tego wyjdzie, zobaczymy za jakiś czas. Na dzień dzisiejszy pozostaje nam ponad 5 minutowy (!) zwiastun. Gdy film okaże się słaby, będzie można nim wytrzeć łzy rozczarowania.


Gosiakowa 


*wszystkich fanów filmu przepraszam, ale uważam że „Drzewo życia” to strasznie pretensjonalny gniot. 

Mrok zapada, Rycerz powstaje

rinoasin

I doczekałam się – z dawna wyczekiwany ostatni film o Batmanie wszedł na ekrany polskich kin. Bez zwłoki udałam się do kina, nie kryjąc dużych oczekiwań względem filmu. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że poprzednia część Nolanowskiej trylogii postawiła poprzeczkę niesamowicie wysoko i byłam ciekawa, na ile reżyserowi uda się nią przeskoczyć. Udało się. Ale skok był odrobinę nierówny i poprzeczka się zachwiała.

Od wydarzeń z poprzedniej części minęło 8 lat. Piekło rozpętane przez Jokera odcisnęło na Batmanie olbrzymie piętno, zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Stracił całą ochotę do walki ze złem i wiedzie wręcz pustelnicze życie w swojej rezydencji. Jednak wkrótce będzie musiał ponownie przywdziać czarny kostium Mrocznego Rycerza, gdyż zbliża się burza. Burza spowodowana przez diabolicznego Bane’a. Jaki jest jego cel? Niezwykle prozaiczny – zniszczyć Gotham. 

Nic nowego, w końcu w każdej ekranizacji komiksu ten wielki zły chce siać zniszczenie na lewo i prawo. Na szczęście, Christopher Nolan na spółkę ze swoim bratem stworzył dobry scenariusz spinający dwie poprzednie odsłony i doskonale wypełniający lukę pomiędzy różnicą w klimacie obu filmów. Wciąż jest więc realistycznie, a mniej komiksowo, jak w drugiej części, pojawia się jednak dużo nawiązań do filmu otwierającego trylogię – wspomniane zostają znane nam postacie i zdarzenia, dostajemy dwa camea, a historia w filmie jest zakończeniem tego, co zaczęło się w 2005 roku. Oczywiście, nie samymi nawiązaniami film stoi i wprowadza do świata Mrocznego Rycerza nowe postacie. Jest Selina Kyle vel Kobieta Kot (co ciekawe, w filmie ten przydomek nie pada) – wielu fanów oburzało się na wieść, że wcieli się w nią Anne Hathaway, inni narzekali, że postać złodziejki nie pasuje do świata przedstawionego przez Nolana, pozostali wściekali się, że bohaterka nie ma kocich uszów. Kontrowersji było wiele, ale po filmie większość czarnowidzów powinna zmienić zdanie* - Selina jest dobrze napisaną postacią, kobietą z krwi i kości, a nie erotycznym ozdobnikiem. Hathaway sprawnie przedstawia balansowanie bohaterki pomiędzy dobrem a złem, prawem a bezprawiem, bohaterstwem a tchórzostwem. Może wielu się narażę, ale dla mnie to najlepsza filmowa Kobieta Kot. Ważną rolę w filmie pełni idealistyczny policjant John Blake zagrany przez Josepha Gordona-Levitta. John to taka młodsza i jeszcze nie pozbawiona złudzeń wersja komisarza Gordona. Gordon-Levitt może nie wykonywał tu wymyślnych akrobacji rodem z „Incepcji”, ale stworzył ciekawą postać, która z miejsca budzi sympatię, aż chce się mu kibicować. Najważniejszą jednak postacią z zastrzyku „świeżej krwi” jest wspomniany wcześniej Bane – na szczęście, poza imieniem, nie mający nic wspólnego z Banem z koszmarnego „Batmana i Robina”. Nolan stworzył ciekawe połączenie Jokera i Ra's Al Ghula, ale tym razem nie pozwolił by czarny charakter zdominował cały film tak jak to było w przypadku Jokera. Roztropnie dawkuje sceny z nim, tak że nie mamy przesytu ani też niedosytu. Przed Tomem Hardym stało nie lada wyzwanie, nie dość, że miał zstąpić na stołku czarnego charakteru perfekcyjnego Jokera, to dodatkowo jego twarz zasłaniała maska, która zdecydowanie ograniczała jego możliwości. Mimo to aktor sobie poradził zarówno aktorsko, jak i fizycznie - jego muskularna sylwetka robi duże wrażenie, Hardy to postawny aktor, ale nie aż tak, ciekawe ile masy przybrał na potrzeby filmu? Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o głosie Bane’a, który głupio kojarzył mi się z jakimś angielskim gentelmanem.

Gdy tylko usłyszałam ton głosu Bane’a, od razu pomyślałam o tym. A potem pomyślałam, że mam chorą wyobraźnię.

 

Żarty, żartami, ale głos antybohatera w ciekawy sposób kontrastował z chrypą Batmana. W ogóle, mam wrażenie, że Nolan chciał za pomocą dwóch bohaterów przedstawić osobliwe yin i yang – odmienne tony głosu, maski zasłaniające inne części twarzy, pancerz i jego brak i ta najbardziej oczywista różnica czyli dobro reprezentowane przez Batmana i zło odzwierciedlone przez Bane’a. Tyle, że panowie nie mogą koegzystować obok siebie, tylko jeden z nich może zwyciężyć.  

Poza wspomnianą trójką w obsadzie pojawiło się jeszcze kilka innych nazwisk z Marion Cotillard na czele, ale nie zrobili na mnie takiego wrażenia jak Hathaway, Hardy i Gordon-Levitt. No a co ze „starą” obsadą? Jak zwykle, bardzo dobrze - Christian Bale doskonale przedstawia załamanie i zwątpienie jego bohatera, a następnie jego odrodzenie, czy raczej: tytułowe powstanie. Gary Oldman i Morgan Freeman to klasa sama w sobie, ale najbardziej zachwycił mnie w tej odsłonie Michael Caine jako zatroskany o losy Bruce’a Alfred.

Film zaczyna się od dynamicznej sceny zniszczenia samolotu, potem akcja spowalnia co wcale nie oznacza, że jest nudno. Nolan wie jak budować napięcie, widz podświadomie wie, że to cisza przed burzą zapowiedzianą przez Selinę. Jest dużo rozmów i dylematów moralnych, co jest ciekawe, ale fabuła nabiera największych rumieńców gdy plan Bane’a wchodzi w życie, wtedy film zaczyna przypominać jazdę kolejką górską – pędzi przed siebie, porywając z sobą widzów, których spotka po drodze parę zaskoczeń, mniejszych lub większych. Całość wieńczy satysfakcjonujące zakończenie. Udane do tego stopnia, że mam nadzieję, że ten film rzeczywiście będzie finałem i żaden ciąg dalszy tego finału nie popsuje.

„Mroczny Rycerz Powstaje” od strony technicznej prezentuje (jak zwykle) wysoki poziom – efekty specjalne, montaż, dźwięk i jego montaż – to wszystko jest doskonałe i z pewnością powalczy o statuetki Oscara z „Avengersami”. To samo ze zdjęciami, Nolan ma słabość do mrocznych, przepełnionych zimnym, błękitnym światłem widoków. To niezwykle pasuje do pełnego okrucieństwa świata Batmana. Muzyka to nic innego jak powielanie udanych motywów z poprzednich części, co nieco rozczarowuje i trąci pójściem na łatwiznę. Warto jednak wrócić uwagę na znany z trailera hymn śpiewany przez więźniów czyli „Deshay Basara” – za każdym razem przyprawiał mnie o ciarki na plecach.

Wciąż chwalę, można się więc zastanowić, dlaczego na wstępie napisałam o chwiejącej się poprzeczce. Otóż jest jeden, ale duży minus – czasem miałam wrażenie, że film mówi o mieszkańcach Gotham, a Batman jest tylko postacią drugoplanową. Bohater potrafi zniknąć na długo, a my obserwujemy wątki innych postaci, które złe nie są, ale mimo wszystko – Batman zasługuje na więcej. Po tym jak został przyćmiony przez Jokera w „Mrocznym Rycerzu” liczyłam na to, że tym razem on będzie dominować w filmie. Niestety, tak się nie stało. Można doczepić się paru błędów logicznych, mnie szczególnie w oczy zakuło (spoiler!) wyjście policjantów z pod ziemi, pod którą byli uwięzieni kilka miesięcy, czystych jak łza – dość absurdalny widok (koniec spoilera).

Seans „Mroczny Rycerz Powstaje” prawił mi dużo radości, niecałe 3 godziny zleciały z szybkością minuty. Aż się smutno robi, że to już koniec. Ale lepiej ze sceny zejść niepokonanym niż osiągnąć poziom dna i mułu, który znamy z filmów Schumachera, brrr. Film oceniam na solidną i dumną 9 i… kurcze nie mam na co czekać! :(

Za przeczytanie dziękuje zasmucona


Gosiakowa


*wiadomo, wszystkim się nie dogodzi

Bzdura kosmiczną bzdurę pogania, a ja i tak jestem zadowolona czyli o „Prometeuszu” zdań więcej niż kilka

rinoasin

Po seansie „Prometeusza” długo nie mogłam się zdecydować czy film mogę nazwać „dobrym”, czy też „złym”. Wiele argumentów przemawiało za drugą opcją. Mimo to nie czułam wielkiego rozczarowania, jak to było w przypadku „Królewny Śnieżki i Łowcy”. To jak to jest z najnowszym filmem Ridleya Scotta?

(Spoilery wielkie jak księżycowe kratery)

Co do filmu, miałam obawy od początku, dzieliłam się nimi z wami w tej notce. Może świadomość tych wszystkich możliwych potknięć sprawiła, że nie oczekiwałam dzieła na miarę „Łowcy Androidów”, choć skrycie na takie liczyłam. Początek historii - klimatyczna i tajemnicza scena z Space Jockey’em przez chwilę dała mi nadzieję, że tak może się stanie (po seansie okazało się, że jedyne co wnosiła do filmu, to kolejne nielogiczności). Potem mieliśmy widoczki rodem z National Geographic, a następnie zupełnie niepotrzebną scenę na Ziemi. W serii o Ellen Ripley podobało mi się to, że nigdy nie pokazywano nam jak Ziemia zmieniła się na przestrzeni lat, była wielką niewiadomą, a widzowie mieli pole do wyobraźni. Tymczasem te zielone pola nietknięte przez człowieka w ogóle nie pasowały do późniejszego świata przedstawionego - surowego świata techniki. Następnie dostawaliśmy kolejną rewelacyjną scenę z Davidem zabijającym czas podczas kosmicznej podróżny. Te kilka minut to perła, niby nic, a mogłabym to oglądać wciąż i wciąż. Potem następuje rozwój fabuły – poznajemy bohaterów i ich cele, obserwujemy lądowanie na tajemniczej planecie i zwiedzanie mrocznych korytarzy. Potem rozpętuje się burza, naukowcy (w większości) wracają na statek i… poziom spada, a głupoty zaczynają wyskakiwać jak grzyby po deszczu. Ostatnio zobaczyłam na Deviatnarcie ten fanart i uznałam, że doskonale podsumowuje to, co się zaczyna w fabule dziać…


Nie wiem co mnie najbardziej powaliło w tym filmie – cwaniak, który nagle dostaje ataku paniki bo zobaczył parę ciał i gubi się w labiryncie korytarzy, choć wcześniej odpowiadał za mapy, pan naukowiec, który chce pogłaskać nieznaną formę życia, bo jest ładna, bohaterka dokonująca na sobie cesarki za pomocą wymyślnego sprzętu, by godzinę później biegać jak sprinterka bez skrzywienia na twarzy czy też stary pan, który kryje się, nie wiedzieć czemu, przez cały film na statku i marzy o odzyskaniu młodości jak ostatni idiota. Mogłabym dalej wymieniać, ale po co tracić czas wasz i mój? Po prostu – głupot jest wiele, a całość dobija radosne zakończenie całkowicie nie pasujące do całości.

Poza nielogicznościami, za dużo było też w filmie niedopowiedzeń, za dużo pytań na które widzowie nie dostali odpowiedzi. Nie wiem czy to przejaw braku inwencji twórczej scenarzystów czy też ślepa wiara w sukces filmu gwarantujący natychmiastowy ciąg dalszy (który ponoć powstanie).
Rozczarowało mnie też 3D, nie było może takie słabe jak to w „Niesamowitym Spider-Manie”, ale oczekiwałam zdecydowanie więcej. Było przyzwoite i tyle. Gorsza była pompatyczna muzyka pasująca do „Prometeusza” jak ciele do karety. Przez cały seans zastanawiałam się, czy przypadkiem Marc Streitenfeld nie pomylił filmu do którego tworzył ścieżkę dźwiękową.

Czyli, po wieloma względami, jest źle. Pomimo tego podczas seansu nie gryzłam palców ze złości i nie chciałam zwrotu gotówki. Co więc „Prometeusz” ma dobrego? Na pewno obsadę. Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała zmienić nazwę bloga z „Neon” na „Wciąż chwalę Michaela Fassbendera”, ale nic na to nie poradzę, on wciąż mnie zachwyca. Jego David to zdecydowanie najciekawsza postać w filmie - jest androidem jak Ash z „Ósmego pasażera Nostromo”, jednak ten drugi powstał później i doskonale udawał człowieka. Natomiast David już na pierwszy rzut oka wygląda sztucznie. Twarz praktycznie nie wyrażająca emocji, sztywna postawa i ruchy, spokojny głos. Jako David, Fassbender błyszczy i kradnie każdą scenę. Nie wiem jak aktor to robi, ale potrafił wiarygodnie nadać swojej postaci niewinność dziecka i przerażającą bezlitosność seryjnego mordercy. Rewelacja. Reszta obsady już tak nie zachwyca, ale żaden z aktorów nie miał tak ciekawego materiału do zagrania. Noomi Rapace sprawnie przedstawia swoją postać, jej Elizabeth jest wrażliwa, a jednocześnie twarda i pełna determinacji. Z pewnością nie ma tyle charyzmy co Ellen Ripley, ale sprawdza się jako głowa bohaterka. Rozczarowuje natomiast Charlize Theron. Nie mówię, że zagrała źle, ale zdecydowanie bardziej przekonała mnie jako królowa Ravenna w „Królewnie Śnieżce i Łowcy”. Tutaj jakby zabrakło jej pomysłu jak zbudować kreację Meredith i zdecydowała się na rzucanie na lewo i prawo zimnych spojrzeń, a mimo to nie budzi w widzu żadnych negatywnych uczuć. Jej przeciwieństwem jest Idris Elba, który pomimo ograniczeń swojej postaci z niezwykłą łatwością potrafił wzbudzić w widzu sympatię. Duże nadzieje pokładałam w Seanie Harrisie, niestety poza wymyślną fryzurą o jego postaci nie można powiedzieć nic więcej. Reszta obsady niczym się nie wyróżniała. Zastanawia mnie też dlaczego do roli zgrzybiałego starca Scott wziął Guy’a Pearce’a. Jest tyle doskonałych aktorów-seniorów, a reżyser wolał postawić na charakteryzację. Szkoda.

W "Prometeuszu" nie zawodzą rewelacyjne zdjęcia (brawo, panie Wolski!), scenografia, efekty specjalne i charakteryzacja. To wszystko razem tworzy mocną mieszankę, która sprawia, że film ma klimat. I ten klimat sprawia, że wszelkie wady zaczynają znikać i mimo głupot człowiek chce wiedzieć co będzie dalej, kibicuje bohaterom, boi się o nich i drży przed tym, co nieznane. To właśnie prawdziwa magia kina, nie każdy film może się nią pochwalić. Podsumowując, film oceniam na 5, ale ostatnia scena z wykluwającym się xenomorphem tak bardzo poprawiła mi humor, że podnoszę notę o oczko i „Prometeusz” kończy z 6 na koncie. Tymczasem jutro to, na co czekam – „Mroczny Rycerz Powstaje”! Wszystkim, którzy jak ja wybierają się do kina, życzę miłego seansu. Recenzja filmu z pewnością pojawi się na blogu w przeciągu weekendu.


Gosiakowa

Uczelnia inna niż wszystkie, komedia lepsza niż inne

rinoasin

Jest lato, a skoro jest lato, trzeba zapoznać się z nowymi serialami. Długo się zastanawiałam za co się zabrać, w końcu z listy tytułów do wyboru skupiłam się tylko na 20 minutowych seriach komediowych i zdecydowałam się na „Community”. Nie będę ukrywać – jestem okropnie zadowolona z tego wyboru.

(Możliwe spoilery.)

A wszystko zaczyna się od Jeffa Wingera. Jeff jest prawnikiem. A właściwie – był prawnikiem, bo jego licencja została cofnięta, gdy wyszło na jaw, że kupił stopień naukowy. Co więc nasz bohater może począć? Wrócić na studia, co niechętnie czyni. Na miejscu okazuje się, że Greendale Community College może pochwalić się dziekanem gejem uwielbiającym przebieranki, psychologiem-alkoholikiem oraz wykładowcą hiszpańskiego-tyranem. Załamany Jeff szybko znajduje pocieszenie w osobie uroczej feministki Britty. Chcąc jej zaimponować, proponuje korepetycje z języka hiszpańskiego. Britta się zgada, ale szybko okazuje się, że próba podrywu spełza na niczym, gdy poza dziewczyną na korepetycje przychodzi z piątka innych osób. I w taki oto przypadkowy sposób powstaje grupka przyjaciół, których dole i niedole będziemy śledzić przez 71 epizodów.  

Bez owijania w bawełnę – „Community” to jeden z lepszych seriali komediowych jakie widziałam. Jeśli chodzi o poziom, to mogę go tutaj porównać do „Fringe’a” (choć tematyka i gatunek całkowicie odmienne) – pilot nie robi wielkiego wrażenia, ale z odcinka na odcinek przyjemność oglądania rośnie, a w finale pierwszego sezonu jesteśmy kupieni całkowicie. Szybko się jednak okazuje, że z kolejnymi sezonami poziom wciąż wzrasta, a po ostatnim odcinku z miejsca chce się zacząć całą przygodę od początku*. A co w tym serialu jest takiego cudownego? Napisanie „wszystko” byłby za łatwe, tak więc wymienię najważniejsze plusy. Zacznijmy od postaci, które początkowo mogą wydawać się schematyczne – mamy cwaniaka, feministkę, grzeczną dziewczynkę, sportowca, dziwaka, ułożoną kobietę i prostaka. Z czasem bohaterowie się rozwijają i, chociaż wciąż pozostają sobą, potrafią zaskoczyć widza. Dodatkowo każda z postaci ma duży potencjał komediowy. Tak duży, że bez problemu mogłaby dostać własny serial. Dzięki temu „Community” nie jest tylko show jednej postaci (co się w komediowych serialach zdarza, ponoć bez Barneya „Jak poznałem waszą matkę” byłoby przeraźliwie nudne i w ogóle nie śmieszne), a zabawnym kalejdoskopem, co odcinek bawi nas ktoś inny. Duże brawa, że poza naszymi siedmioma wspaniałymi scenarzyści potrafili stworzyć równie ciekawe postacie drugo i trzecioplanowe - dziekan Pelton, señor Chang, Star-Burns czy Leonard – gdy tylko się pojawią, od razu błyszczą na równi z głównymi bohaterami. Ogromna w tym zasługa obsady, naprawdę, nie potrafię znaleźć słabego punktu, wszyscy są niesamowici. Gdym jednak miała wybrać najlepszą osobę, bez wahania obstawiłabym odtwórcę roli Abeda czyli Danny’ego Pudiego**. Szczególnie urzekł mnie w odcinku „Critical Film Studies”, gdzie zagrał dobrze znanego nam Abeda i jego całkowicie odmienną wersję. Rewelacja! Uwielbiam duet Troy-Abed, najlepszy serialowy bromance od czasu rewelacyjnych J.D. i Turka z „Chożych doktorów”. A ich program śniadaniowy podbija me serce za każdym razem. 

Nie oglądam za dużo 20-minutowych seriali komediowych, jakoś wolę dłuższe i bardziej rozbudowane serie. Może dlatego, że drażni mnie ten nachalny śmiech z offu (na szczęście, obecnie wychodzący z mody). Gdy tylko go słyszę, z miejsca czuję złość, bo telewizja najwyraźniej sądzi, że widzowie nie załapią wszystkich żartów i muszą im to ułatwić. Ludzie się śmieją? Śmiej się i ty! Z tego właśnie powodu zakończyłam swoją przygodę z „Jak poznałem waszą matkę” – pierwsza salwa śmiechu z taśmy, czas się rozstać. Miło więc, że w „Community” ani razu nie usłyszymy rubasznego i wcale nie zaraźliwego śmiechu. Tu nikt nie robi z widza idioty, albo się śmiejesz, albo nie. A trzeba przyznać, że humor w serialu jest specyficzny, nie każdemu przypadnie do gustu. Twórcy wierzą w wiedzę i inteligencję odbiorcy i co chwilę serwują popkulturowe nawiązanie. Nie robią tego jednak z gracją słonia w składzie porcelany (czyli nie dostaniemy żartów typu: „Patrzcie, on jest blady, błyszczy w słońcu i nazywa się Edłard! Tak jak ten ze ‘Zmierzchu’! Muahaha!”), a raczej w stylu Pratchetta – rzucą aluzję i liczą na to, że widz ją wyłapie i zrozumie. A jest co wyłapywać! I tu taki mały osobisty plusik ode mnie – gdy zobaczyłam parodię „Doctora Who” zatytułowaną „Inspector Spacetime”, zachwyciłam się. Szczególnie groźni Blorgoni i ich bojowy okrzyk: „ERADICATE!” kupiły mnie całkowicie. Dla tych, którzy Doktora nie znają, dostają w jednym odcinku oczywiste nawiązanie do niesławnego „Star Wars Holiday special”, które do dzisiejszego dnia powraca w koszmarach Lucasa i fanów „Gwiezdnych Wojen”.

Sitcomy mają to do siebie, że ich odcinki ograniczają się do jakiegoś schematu, który z czasem zaczyna męczyć widza. Przez pierwszy sezon miałam obawy, że w schemat popadnie też „Community”. Tymczasem pierwsza seria kończy się rewelacyjnym epizodem z bitwą paintballową i od tego czasu scenarzyści co chwilę raczą widza nowymi, świeżymi i, oczywiście, zabawnymi pomysłami. A to animacja poklatkowa, a to gra 8-bitowa, innym razem wstawka anime, musical (i pstryczek w nos „Glee”), śledztwo rodem z „Prawa i porządku”, dokument, western, film noir, siedem alternatywnych rzeczywistości i wiele, wiele innych szalonych i zabawnych pomysłów. Nie wiem czy jakikolwiek inny serial komediowy może pochwalić się taką dużą różnorodnością epizodów.

Na sam koniec smutna refleksja – boli mnie ogromnie, że serial jest tak niedoceniany. Zarówno przez widownię jak i przez krytykę (i kolejne podobieństwo do „Fringe’a” znalezione!). Jeszcze brak nominacji jakoś bym przeżyła (choć ucieszyło mnie, gdy serial zebrał najwięcej nominacji do Critics' Choice Television Awards, ludzie od Złotych Globów i Emmy! Uczcie się!), ale fakt, że słabiutki i nieśmieszony sitcom „Dwóch i pół” ma większą oglądalność od „Community” nie może mi się zmieścić w głowie. Tytuł z trudem dostał przedłużenie na 4 sezon, składający się z 13 odcinków – czy będzie więcej, zdecyduje, jak zwykle, oglądalność. Mam nadzieję, że widzowie dopiszą i seria zakończy się po standartowych 23 epizodach. Na piątą odsłonę nie liczę, tym bardziej, że według pierwszego zarysu tytuł miał trwać właśnie 4 sezony, tyle ile lat Jeffowi zajmie zakończenie studiów. Niepokoi trochę, że twórca serialu został zwolniony, co może spowodować obniżeniem formy. Na szczęście, scenarzyści pozostają ci sami, więc może tak źle nie będzie. 

Podsumowując, oceniam „Community” na solidną 9. Zastanawiałam się nad maksymalną 10, ale gorszy wstęp i fakt, że nie wiadomo jak serial się rozwinie powstrzymały mnie przed tym. W każdym razie, czekam na czwarty sezon równie mocno co na Mrocznego Rycerza.

Gosiakowa

PS. Tutaj miała być recenzja „Prometeusza”, ale od jakiegoś czasu pracowałam nad tą notką i zdecydowałam, że zasługuje na pierwszeństwo. Następny artykuł pewnie za dwa dni, ostatnio takie tempo powstawania zapisków obrałam, ciekawe ile wytrzymam?:)

PS2. W zeszłym tygodniu po raz pierwszy od założenia przeze mnie bloga odwiedziło go ponad 1000 osób. Dla jednych to niewiele, dla mnie bardzo dużo. Dziękuję!

*poważnie rozważam ponowną wycieczkę do Greendale
**który, tak jak jego postać, ma polskie korzenie. Tutaj pięknie śpiewa „Płynie Wisła, płynie”

Quo vadis, Marvel Universe?

rinoasin

Razem z premierą „Avengersów” filmowe uniwersum Marvela przeszło do drugiej fazy (jak to brzmi :D). Przez ostatnie tygodnie trwały domysły – kto dołączy do naszych bohaterów, a kto nie? Po Comic Conie wiemy już wszystko, dlatego też postanowiłam stworzyć notkę informacyjną plus przedstawić moje obawy i nadzieje. Będą też spoilery z pierwszej fazy, a i może psuje z fazy drugiej, więc uwaga. I, oczywiście, miłego czytania!


Marvel powróci 3 maja 2013 roku razem z trzecią odsłoną przygód Tony’ego Starka. Na panelu filmu zaprezentowano zwiastun, który został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność. Kiedy trafi do sieci, nie mam pojęcia, pozostaje nam czekać. Skupmy się więc na tym co wiemy o filmie. Jon Favreau został zastąpiony na stołku reżysera przez Shane’a Blacka, który stworzył jedną z lepszych czarnych komedii jaką w swoim życiu widziałam czyli „Kiss Kiss Bang Bang”, nie jest więc źle. Sam Favreau czuwał nad scenariuszem i wspomagał swojego następcę, powróci także w roli Happy’ego Hogana. Poza nim zobaczymy ponownie Gwyneth Paltrow jako Pepper, Dona Cheadle jako Jamesa Rhodesa aka War Machine oraz uslyszymy Paula Bettany’ego jako Jarvisa. Wbrew pierwszym plotkom, Scarlett Johansson nie powróci jako Czarna Wdowa. W nowe postacie wcielą się James Badge Dale, Guy Pearce, Rebecca Hall oraz Ben Kingsley. Ten ostatni będzie Mandarynem, najsłynniejszym przeciwnikiem Iron Mana. Podejrzewam, że będzie wyglądać jakoś tak: 

 


Jak co film, nasz bohater będzie mieć nową zbroję. Tym razem będzie ona utrzymana w kolorystyce budyniu waniliowego z sokiem malinowym:

Aż się głodna zrobiłam…  

 

Jakiś czas temu producenci Marvela wyskoczyli z głupim oświadczeniem, że gdy Robert Downey Jr. zrezygnuje z roli, zastąpią go innym aktorem tak jak to się dzieje w przypadku serii filmów o Bondzie. Ten pomysł nie spodobał się nie tylko fanom, ale i samemu odtwórcy roli Tony’ego Starka. Miejmy nadzieję, że ten negatywny odzew sprawi, że producenci pukną się w głowę i przedłużą kontrakt z aktorem, który wygasa po tym filmie.
Według zapowiedzi po napisach końcowych widzowie będą mogli zobaczyć scenę, która zaprezentuje nowego superbohatera. Kim on będzie? Czytajcie dalej…

Parę miesięcy po „Iron Man 3” do kin wejdzie druga odsłona przygód boga z Asgardu zatytułowana „Thor: The Dark World”. Kenneth Branagh niestety nie powróci jako reżyser, zastąpi go Alan Taylor, który dotychczas reżyserował seriale, w tym parę epizodów „Gry o Tron”. Ponoć ten tytuł ma mieć wpływ na wygląd świata w drugiej odsłonie - będzie mniej plastiku, a więcej realizmu. Trochę szkoda, ja tam plastik lubiłam, pasował do komiksowej koncepcji Asgardu.

Producent filmu, Kevin Feige, oświadczył że ciąg dalszy pokaże nowe niezwykłe światy, przez co w sieci z miejsca pojawiły się spekulacje, że tytułowe "The Dark World" odnosi się do królestwa elfów, a przeciwnikiem głównego bohatera zostanie Malekith the Accursed, który sprzymierzy się z Lokim. Ile w tym prawdy, nie wiadomo. Tym bardziej, że jeszcze jakiś czas temu internauci na głównego złego obstawiali Executionera. Ja tam proponuję na początku poczekać na aktora wcielającego się w nowego nikczemnika. Początkowo miał nim być świetny duński aktor, Mads Mikkelsen, jednak w końcu zrezygnował ze swojej roli, ze względu na inne zobowiązania zawodowe. W tym przypadku chodzi o tytułową rolę w serialu „Hannibal” tworzonym dla NBC. Decyzja niezwykle odważna, zważywszy na to, jak ostatnimi czasy stacja ochoczo kasuje nowe tytuły.

 

 Tak w pełnej krasie prezentuje się komiksowy Malekith

 

Skoro o czarnych charakterach mowa to, oczywiście, Tom Hiddleston powraca jako Loki. Twórcy chcą pogłębić relację pomiędzy braćmi, a fani liczą, że ich ulubieniec przejdzie na jasną stronę mocy. Jakoś mi się to nie widzi, zważywszy na to, że w komiksach Loki zawsze był zły… no ale z drugiej strony w komiksach Pepper była żoną Happy’ego, więc wszystko jest możliwe. Ja tam liczę na to, że Loki wywinie jakiś numer – będzie udawać dobrego przez cały film, by pod koniec dać dyla i powrócić na ścieżkę zła :). Są też szanse, że w końcu dopadnie go śmierć, której uniknął już w dwóch filmach.  

Jeśli Loki przejdzie na stronę światła nie będzie mieć epickich scen tego typu. Lepiej niech pozostanie tym złym.

 
Poza Hemsworthem i Hiddlestonem do filmu powrócą: Natalie Portman, Anthony Hopkins, Idris Elba, Jaimie Alexander, Ray Stevenson, Tadanobu Asano i Stellan Skarsgård. Nie zobaczymy natomiast Josha Dallasa jako Fandrala, który jest zajęty na planie serialu „Once Upon a Time”. Zastąpi go Zachary Levi. Co ciekawe, Levi na początku miał wcielić się w tę rolę, ale wtedy zrezygnował ze względu na zobowiązania dotyczące kręcenia ostatniego sezonu „Chucka”.

W odległym 2014 roku na ekranach kin pojawi się ciąg dalszy Kapitana Ameryki zatytułowany: „Captain America: The Winter Soldier”. Reżyserią zajmą się bracia Joe i Anthony Russo, mający na swoim koncie między innymi film „Ja, ty i on” oraz odcinki serialu „Community”. Potwierdzono, że akcja będzie się rozgrywać we współczesności i ponownie zobaczymy Chrisa Evansa i Samuela L. Jacksona. Według najnowszej wieści do obsady dołączył Anthony Mackie i, jeśli wierzyć spekulacjom, wcieli się w Falcona, pierwszego afroamerykańskiego superbohatera. Istnieje też duża szansa, że Scarlett Johansson pojawi się w filmie, zważywszy na to, że jej postać w komiksach była powiązana z tytułowym Zimowym Żołnierzem. A kim on jest? Winter Solider to nikt inny jak Bucky Barnes, przyjaciel głównego bohatera znany z pierwszej części. Co prawda, w jedynce widzieliśmy jak spadał w przepaść, ale twórcy na pewno coś wymyślą by przywrócić go do życia. Nie potwierdzono, czy w tej roli ponownie zobaczymy Sebastiana Stana, ale mam nadzieję że tak, bo bardzo spodobał mi się w tej roli. 
Na tym wieści o Kapitanie się kończą. Ja wciąż liczę na powrót Red Skulla. Pozbyli się go w taki sposób, że ciężko mi uwierzyć, że nie wróci.

Ostatnim z filmów z uniwersum posiadających ustaloną datę jest „Guardians of the Galaxy”. Akcja filmu będzie mieć miejsce w XXXI wieku, a w drugiej odsłonie „Avengers” bohaterowie przeniosą się do naszych czasów. Oba te filmy połączy postać Thanosa, z którym w Mścicielach współpracował Loki. Na CC ujawniono pierwszą grafikę koncepcyjną:

 


Szczerze? Strasznie mnie ten tytuł niepokoi. Patrząc na postacie występujące w komiksie można ujrzeć istny zwierzyniec, nawet na powyższym szkicu pojawia się ogr, ent i mistrz Shifu  z „Kung Fu Pandy”. Boję się, że całość będzie przypominać żałosne „Green Lantern”, po seansie którego wciąż mam filmową niestrawność. Zastanawia mnie też, czy wszyscy bohaterowie filmu mają się pojawić w „Avengersach”, jeśli tak, to zaczynam się bać, że będziemy mieć jeden wielki przesyt i pomieszanie z poplątaniem.

 

Kolorowe i złe wspomnienia z "Zielonej Latarni"


Ostatnim potwierdzonym filmem z drugiej fazy jest „Ant-Man”, po naszemu – „Człowiek Mrówka” czyli moja kolejna wielka obawa. Główny bohater, Hank Pym, jest naukowcem przeprowadzającym na sobie eksperyment, w wyniku którego potrafi zmieniać kształt i komunikować się z owadami… Ja nie mówię, że nordycki bóg jest logiczny, ale ma więcej sensu niż facet zmniejszający się do rozmiarów pchły. Serio. No i, po kiego kolejny mózgowiec w zespole? Mamy przecież Bruce’a Bannera vel Hulka i, oczywiście, Tony’ego Starka, nie za dużo tego?
Jest jednak pociesznie – reżyserią i scenariuszem zajmie się Edgar Wright, twórca takich filmów jak: „Scott Pilgrim kontra świat”, „Hot Fuzz - Ostre psy” i „Wysyp żywych trupów”. Czyli może tak źle nie będzie. Podczas panelu Marvela na CC zaprezentowano testowy zwiastun filmu, który zebrał dużo pozytywnych opinii. Tak więc – jest nadzieja! Nie ma natomiast zaplanowanej daty premiery filmu.


Z bohaterów mających filmy w pierwszej fazie z ciągiem dalszym w drugiej fazie nie powróci tylko Hulk.


A przynajmniej nic o nim nie powiedziano podczas CC. Przed premierą „Avengersów” było mówione, że zielony gigant wróci w filmie zaplanowanym na… 2015 rok. To chyba już trzecia faza będzie :P. Fanów pocieszam faktem, że najprawdopodobniej w 2013 roku dla stacji ABC powstanie serial o tym bohaterze. Jego twórcami są Guillermo del Toro i David Eick. Projekt nie będzie mieć związku z Marvelowym uniwersum.

A co z Black Panther? Przez jakiś czas to on był głównym kandydatem do dostania własnego filmu, tym bardziej, że w pierwszej fazie były małe nawiązania do jego postaci (w „Iron Manie 2” na jednym z ekranów Starka mogliśmy zobaczyć mapę Wakandy z której pochodzi bohater, natomiast w „Captain America” tarcza Steve’a jest zrobiona z vibranium stworzonego w tym państwie). Na dzień dzisiejszy producenci milczą, tylko Stan Lee podczas CC oświadczył, że chętnie by zobaczył i wystąpił w filmie o Czarnej Panterze.

Istnieje duża szansa, że Daredevil powróci do uniwersum! Obecnie prawa do komiksu ma 20th Century Fox, które musi rozpocząć produkcję nowego filmu do jesieni. Jeśli tego nie zrobi, prawa wrócą do Marvela. Co ciekawe, reboot filmu o niewidomym bohaterze ma już napisany scenariusz i miał wyznaczonego reżysera – Davida Slade’a. Ten jednak zrezygnował z posady na rzecz… kręcenia serialu „Hannibal” (boru, jaki to musi być serial, że wszyscy inne projekty dla niego rzucają!). Liczę na to, że następca dla Slade’a szybko się nie znajdzie, Daredevil wróci do domu i dostanie wreszcie porządny film, bo wersji z Benem Affleckiem nawet dobrym filmem nazwać się nie da.

Czy istnieje możliwość, by do drużyny Mścicieli dołączył Spider-Man? Owszem, jest. Choć prawa do Człowieka-Pająka ma Sony, dzięki współpracy studia z Marvelem w „Avengersach” miało się pojawić niewielkie nawiązanie do „Niesamowitego Spider-Mana” – mieliśmy zobaczyć budynek Oscorpu podczas końcowej walki. Niestety, zabrakło czasu na połączenie komputerowo wygenerowanego budynku z resztą miasta. Może innym razem.

Na sam koniec notki pocieszenie dla wszystkich stęsknionych za Marvelowym światkiem – we wrześniu na płycie z „Avengersami” pojawi się kolejna krótkometrażówka zatytułowana „Item 47”. Wiem, że w sieci dostępne są już fragmenty, ale nie chcę sobie psuć przyjemności i poczekam na całość. Plakat do filmiku wygląda tak:


Informacje zbierała, napisała, zdjęcia wklejała, narzekała…

Gosiakowa  

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci