Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Uczelnia inna niż wszystkie, komedia lepsza niż inne

rinoasin

Jest lato, a skoro jest lato, trzeba zapoznać się z nowymi serialami. Długo się zastanawiałam za co się zabrać, w końcu z listy tytułów do wyboru skupiłam się tylko na 20 minutowych seriach komediowych i zdecydowałam się na „Community”. Nie będę ukrywać – jestem okropnie zadowolona z tego wyboru.

(Możliwe spoilery.)

A wszystko zaczyna się od Jeffa Wingera. Jeff jest prawnikiem. A właściwie – był prawnikiem, bo jego licencja została cofnięta, gdy wyszło na jaw, że kupił stopień naukowy. Co więc nasz bohater może począć? Wrócić na studia, co niechętnie czyni. Na miejscu okazuje się, że Greendale Community College może pochwalić się dziekanem gejem uwielbiającym przebieranki, psychologiem-alkoholikiem oraz wykładowcą hiszpańskiego-tyranem. Załamany Jeff szybko znajduje pocieszenie w osobie uroczej feministki Britty. Chcąc jej zaimponować, proponuje korepetycje z języka hiszpańskiego. Britta się zgada, ale szybko okazuje się, że próba podrywu spełza na niczym, gdy poza dziewczyną na korepetycje przychodzi z piątka innych osób. I w taki oto przypadkowy sposób powstaje grupka przyjaciół, których dole i niedole będziemy śledzić przez 71 epizodów.  

Bez owijania w bawełnę – „Community” to jeden z lepszych seriali komediowych jakie widziałam. Jeśli chodzi o poziom, to mogę go tutaj porównać do „Fringe’a” (choć tematyka i gatunek całkowicie odmienne) – pilot nie robi wielkiego wrażenia, ale z odcinka na odcinek przyjemność oglądania rośnie, a w finale pierwszego sezonu jesteśmy kupieni całkowicie. Szybko się jednak okazuje, że z kolejnymi sezonami poziom wciąż wzrasta, a po ostatnim odcinku z miejsca chce się zacząć całą przygodę od początku*. A co w tym serialu jest takiego cudownego? Napisanie „wszystko” byłby za łatwe, tak więc wymienię najważniejsze plusy. Zacznijmy od postaci, które początkowo mogą wydawać się schematyczne – mamy cwaniaka, feministkę, grzeczną dziewczynkę, sportowca, dziwaka, ułożoną kobietę i prostaka. Z czasem bohaterowie się rozwijają i, chociaż wciąż pozostają sobą, potrafią zaskoczyć widza. Dodatkowo każda z postaci ma duży potencjał komediowy. Tak duży, że bez problemu mogłaby dostać własny serial. Dzięki temu „Community” nie jest tylko show jednej postaci (co się w komediowych serialach zdarza, ponoć bez Barneya „Jak poznałem waszą matkę” byłoby przeraźliwie nudne i w ogóle nie śmieszne), a zabawnym kalejdoskopem, co odcinek bawi nas ktoś inny. Duże brawa, że poza naszymi siedmioma wspaniałymi scenarzyści potrafili stworzyć równie ciekawe postacie drugo i trzecioplanowe - dziekan Pelton, señor Chang, Star-Burns czy Leonard – gdy tylko się pojawią, od razu błyszczą na równi z głównymi bohaterami. Ogromna w tym zasługa obsady, naprawdę, nie potrafię znaleźć słabego punktu, wszyscy są niesamowici. Gdym jednak miała wybrać najlepszą osobę, bez wahania obstawiłabym odtwórcę roli Abeda czyli Danny’ego Pudiego**. Szczególnie urzekł mnie w odcinku „Critical Film Studies”, gdzie zagrał dobrze znanego nam Abeda i jego całkowicie odmienną wersję. Rewelacja! Uwielbiam duet Troy-Abed, najlepszy serialowy bromance od czasu rewelacyjnych J.D. i Turka z „Chożych doktorów”. A ich program śniadaniowy podbija me serce za każdym razem. 

Nie oglądam za dużo 20-minutowych seriali komediowych, jakoś wolę dłuższe i bardziej rozbudowane serie. Może dlatego, że drażni mnie ten nachalny śmiech z offu (na szczęście, obecnie wychodzący z mody). Gdy tylko go słyszę, z miejsca czuję złość, bo telewizja najwyraźniej sądzi, że widzowie nie załapią wszystkich żartów i muszą im to ułatwić. Ludzie się śmieją? Śmiej się i ty! Z tego właśnie powodu zakończyłam swoją przygodę z „Jak poznałem waszą matkę” – pierwsza salwa śmiechu z taśmy, czas się rozstać. Miło więc, że w „Community” ani razu nie usłyszymy rubasznego i wcale nie zaraźliwego śmiechu. Tu nikt nie robi z widza idioty, albo się śmiejesz, albo nie. A trzeba przyznać, że humor w serialu jest specyficzny, nie każdemu przypadnie do gustu. Twórcy wierzą w wiedzę i inteligencję odbiorcy i co chwilę serwują popkulturowe nawiązanie. Nie robią tego jednak z gracją słonia w składzie porcelany (czyli nie dostaniemy żartów typu: „Patrzcie, on jest blady, błyszczy w słońcu i nazywa się Edłard! Tak jak ten ze ‘Zmierzchu’! Muahaha!”), a raczej w stylu Pratchetta – rzucą aluzję i liczą na to, że widz ją wyłapie i zrozumie. A jest co wyłapywać! I tu taki mały osobisty plusik ode mnie – gdy zobaczyłam parodię „Doctora Who” zatytułowaną „Inspector Spacetime”, zachwyciłam się. Szczególnie groźni Blorgoni i ich bojowy okrzyk: „ERADICATE!” kupiły mnie całkowicie. Dla tych, którzy Doktora nie znają, dostają w jednym odcinku oczywiste nawiązanie do niesławnego „Star Wars Holiday special”, które do dzisiejszego dnia powraca w koszmarach Lucasa i fanów „Gwiezdnych Wojen”.

Sitcomy mają to do siebie, że ich odcinki ograniczają się do jakiegoś schematu, który z czasem zaczyna męczyć widza. Przez pierwszy sezon miałam obawy, że w schemat popadnie też „Community”. Tymczasem pierwsza seria kończy się rewelacyjnym epizodem z bitwą paintballową i od tego czasu scenarzyści co chwilę raczą widza nowymi, świeżymi i, oczywiście, zabawnymi pomysłami. A to animacja poklatkowa, a to gra 8-bitowa, innym razem wstawka anime, musical (i pstryczek w nos „Glee”), śledztwo rodem z „Prawa i porządku”, dokument, western, film noir, siedem alternatywnych rzeczywistości i wiele, wiele innych szalonych i zabawnych pomysłów. Nie wiem czy jakikolwiek inny serial komediowy może pochwalić się taką dużą różnorodnością epizodów.

Na sam koniec smutna refleksja – boli mnie ogromnie, że serial jest tak niedoceniany. Zarówno przez widownię jak i przez krytykę (i kolejne podobieństwo do „Fringe’a” znalezione!). Jeszcze brak nominacji jakoś bym przeżyła (choć ucieszyło mnie, gdy serial zebrał najwięcej nominacji do Critics' Choice Television Awards, ludzie od Złotych Globów i Emmy! Uczcie się!), ale fakt, że słabiutki i nieśmieszony sitcom „Dwóch i pół” ma większą oglądalność od „Community” nie może mi się zmieścić w głowie. Tytuł z trudem dostał przedłużenie na 4 sezon, składający się z 13 odcinków – czy będzie więcej, zdecyduje, jak zwykle, oglądalność. Mam nadzieję, że widzowie dopiszą i seria zakończy się po standartowych 23 epizodach. Na piątą odsłonę nie liczę, tym bardziej, że według pierwszego zarysu tytuł miał trwać właśnie 4 sezony, tyle ile lat Jeffowi zajmie zakończenie studiów. Niepokoi trochę, że twórca serialu został zwolniony, co może spowodować obniżeniem formy. Na szczęście, scenarzyści pozostają ci sami, więc może tak źle nie będzie. 

Podsumowując, oceniam „Community” na solidną 9. Zastanawiałam się nad maksymalną 10, ale gorszy wstęp i fakt, że nie wiadomo jak serial się rozwinie powstrzymały mnie przed tym. W każdym razie, czekam na czwarty sezon równie mocno co na Mrocznego Rycerza.

Gosiakowa

PS. Tutaj miała być recenzja „Prometeusza”, ale od jakiegoś czasu pracowałam nad tą notką i zdecydowałam, że zasługuje na pierwszeństwo. Następny artykuł pewnie za dwa dni, ostatnio takie tempo powstawania zapisków obrałam, ciekawe ile wytrzymam?:)

PS2. W zeszłym tygodniu po raz pierwszy od założenia przeze mnie bloga odwiedziło go ponad 1000 osób. Dla jednych to niewiele, dla mnie bardzo dużo. Dziękuję!

*poważnie rozważam ponowną wycieczkę do Greendale
**który, tak jak jego postać, ma polskie korzenie. Tutaj pięknie śpiewa „Płynie Wisła, płynie”

Quo vadis, Marvel Universe?

rinoasin

Razem z premierą „Avengersów” filmowe uniwersum Marvela przeszło do drugiej fazy (jak to brzmi :D). Przez ostatnie tygodnie trwały domysły – kto dołączy do naszych bohaterów, a kto nie? Po Comic Conie wiemy już wszystko, dlatego też postanowiłam stworzyć notkę informacyjną plus przedstawić moje obawy i nadzieje. Będą też spoilery z pierwszej fazy, a i może psuje z fazy drugiej, więc uwaga. I, oczywiście, miłego czytania!


Marvel powróci 3 maja 2013 roku razem z trzecią odsłoną przygód Tony’ego Starka. Na panelu filmu zaprezentowano zwiastun, który został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność. Kiedy trafi do sieci, nie mam pojęcia, pozostaje nam czekać. Skupmy się więc na tym co wiemy o filmie. Jon Favreau został zastąpiony na stołku reżysera przez Shane’a Blacka, który stworzył jedną z lepszych czarnych komedii jaką w swoim życiu widziałam czyli „Kiss Kiss Bang Bang”, nie jest więc źle. Sam Favreau czuwał nad scenariuszem i wspomagał swojego następcę, powróci także w roli Happy’ego Hogana. Poza nim zobaczymy ponownie Gwyneth Paltrow jako Pepper, Dona Cheadle jako Jamesa Rhodesa aka War Machine oraz uslyszymy Paula Bettany’ego jako Jarvisa. Wbrew pierwszym plotkom, Scarlett Johansson nie powróci jako Czarna Wdowa. W nowe postacie wcielą się James Badge Dale, Guy Pearce, Rebecca Hall oraz Ben Kingsley. Ten ostatni będzie Mandarynem, najsłynniejszym przeciwnikiem Iron Mana. Podejrzewam, że będzie wyglądać jakoś tak: 

 


Jak co film, nasz bohater będzie mieć nową zbroję. Tym razem będzie ona utrzymana w kolorystyce budyniu waniliowego z sokiem malinowym:

Aż się głodna zrobiłam…  

 

Jakiś czas temu producenci Marvela wyskoczyli z głupim oświadczeniem, że gdy Robert Downey Jr. zrezygnuje z roli, zastąpią go innym aktorem tak jak to się dzieje w przypadku serii filmów o Bondzie. Ten pomysł nie spodobał się nie tylko fanom, ale i samemu odtwórcy roli Tony’ego Starka. Miejmy nadzieję, że ten negatywny odzew sprawi, że producenci pukną się w głowę i przedłużą kontrakt z aktorem, który wygasa po tym filmie.
Według zapowiedzi po napisach końcowych widzowie będą mogli zobaczyć scenę, która zaprezentuje nowego superbohatera. Kim on będzie? Czytajcie dalej…

Parę miesięcy po „Iron Man 3” do kin wejdzie druga odsłona przygód boga z Asgardu zatytułowana „Thor: The Dark World”. Kenneth Branagh niestety nie powróci jako reżyser, zastąpi go Alan Taylor, który dotychczas reżyserował seriale, w tym parę epizodów „Gry o Tron”. Ponoć ten tytuł ma mieć wpływ na wygląd świata w drugiej odsłonie - będzie mniej plastiku, a więcej realizmu. Trochę szkoda, ja tam plastik lubiłam, pasował do komiksowej koncepcji Asgardu.

Producent filmu, Kevin Feige, oświadczył że ciąg dalszy pokaże nowe niezwykłe światy, przez co w sieci z miejsca pojawiły się spekulacje, że tytułowe "The Dark World" odnosi się do królestwa elfów, a przeciwnikiem głównego bohatera zostanie Malekith the Accursed, który sprzymierzy się z Lokim. Ile w tym prawdy, nie wiadomo. Tym bardziej, że jeszcze jakiś czas temu internauci na głównego złego obstawiali Executionera. Ja tam proponuję na początku poczekać na aktora wcielającego się w nowego nikczemnika. Początkowo miał nim być świetny duński aktor, Mads Mikkelsen, jednak w końcu zrezygnował ze swojej roli, ze względu na inne zobowiązania zawodowe. W tym przypadku chodzi o tytułową rolę w serialu „Hannibal” tworzonym dla NBC. Decyzja niezwykle odważna, zważywszy na to, jak ostatnimi czasy stacja ochoczo kasuje nowe tytuły.

 

 Tak w pełnej krasie prezentuje się komiksowy Malekith

 

Skoro o czarnych charakterach mowa to, oczywiście, Tom Hiddleston powraca jako Loki. Twórcy chcą pogłębić relację pomiędzy braćmi, a fani liczą, że ich ulubieniec przejdzie na jasną stronę mocy. Jakoś mi się to nie widzi, zważywszy na to, że w komiksach Loki zawsze był zły… no ale z drugiej strony w komiksach Pepper była żoną Happy’ego, więc wszystko jest możliwe. Ja tam liczę na to, że Loki wywinie jakiś numer – będzie udawać dobrego przez cały film, by pod koniec dać dyla i powrócić na ścieżkę zła :). Są też szanse, że w końcu dopadnie go śmierć, której uniknął już w dwóch filmach.  

Jeśli Loki przejdzie na stronę światła nie będzie mieć epickich scen tego typu. Lepiej niech pozostanie tym złym.

 
Poza Hemsworthem i Hiddlestonem do filmu powrócą: Natalie Portman, Anthony Hopkins, Idris Elba, Jaimie Alexander, Ray Stevenson, Tadanobu Asano i Stellan Skarsgård. Nie zobaczymy natomiast Josha Dallasa jako Fandrala, który jest zajęty na planie serialu „Once Upon a Time”. Zastąpi go Zachary Levi. Co ciekawe, Levi na początku miał wcielić się w tę rolę, ale wtedy zrezygnował ze względu na zobowiązania dotyczące kręcenia ostatniego sezonu „Chucka”.

W odległym 2014 roku na ekranach kin pojawi się ciąg dalszy Kapitana Ameryki zatytułowany: „Captain America: The Winter Soldier”. Reżyserią zajmą się bracia Joe i Anthony Russo, mający na swoim koncie między innymi film „Ja, ty i on” oraz odcinki serialu „Community”. Potwierdzono, że akcja będzie się rozgrywać we współczesności i ponownie zobaczymy Chrisa Evansa i Samuela L. Jacksona. Według najnowszej wieści do obsady dołączył Anthony Mackie i, jeśli wierzyć spekulacjom, wcieli się w Falcona, pierwszego afroamerykańskiego superbohatera. Istnieje też duża szansa, że Scarlett Johansson pojawi się w filmie, zważywszy na to, że jej postać w komiksach była powiązana z tytułowym Zimowym Żołnierzem. A kim on jest? Winter Solider to nikt inny jak Bucky Barnes, przyjaciel głównego bohatera znany z pierwszej części. Co prawda, w jedynce widzieliśmy jak spadał w przepaść, ale twórcy na pewno coś wymyślą by przywrócić go do życia. Nie potwierdzono, czy w tej roli ponownie zobaczymy Sebastiana Stana, ale mam nadzieję że tak, bo bardzo spodobał mi się w tej roli. 
Na tym wieści o Kapitanie się kończą. Ja wciąż liczę na powrót Red Skulla. Pozbyli się go w taki sposób, że ciężko mi uwierzyć, że nie wróci.

Ostatnim z filmów z uniwersum posiadających ustaloną datę jest „Guardians of the Galaxy”. Akcja filmu będzie mieć miejsce w XXXI wieku, a w drugiej odsłonie „Avengers” bohaterowie przeniosą się do naszych czasów. Oba te filmy połączy postać Thanosa, z którym w Mścicielach współpracował Loki. Na CC ujawniono pierwszą grafikę koncepcyjną:

 


Szczerze? Strasznie mnie ten tytuł niepokoi. Patrząc na postacie występujące w komiksie można ujrzeć istny zwierzyniec, nawet na powyższym szkicu pojawia się ogr, ent i mistrz Shifu  z „Kung Fu Pandy”. Boję się, że całość będzie przypominać żałosne „Green Lantern”, po seansie którego wciąż mam filmową niestrawność. Zastanawia mnie też, czy wszyscy bohaterowie filmu mają się pojawić w „Avengersach”, jeśli tak, to zaczynam się bać, że będziemy mieć jeden wielki przesyt i pomieszanie z poplątaniem.

 

Kolorowe i złe wspomnienia z "Zielonej Latarni"


Ostatnim potwierdzonym filmem z drugiej fazy jest „Ant-Man”, po naszemu – „Człowiek Mrówka” czyli moja kolejna wielka obawa. Główny bohater, Hank Pym, jest naukowcem przeprowadzającym na sobie eksperyment, w wyniku którego potrafi zmieniać kształt i komunikować się z owadami… Ja nie mówię, że nordycki bóg jest logiczny, ale ma więcej sensu niż facet zmniejszający się do rozmiarów pchły. Serio. No i, po kiego kolejny mózgowiec w zespole? Mamy przecież Bruce’a Bannera vel Hulka i, oczywiście, Tony’ego Starka, nie za dużo tego?
Jest jednak pociesznie – reżyserią i scenariuszem zajmie się Edgar Wright, twórca takich filmów jak: „Scott Pilgrim kontra świat”, „Hot Fuzz - Ostre psy” i „Wysyp żywych trupów”. Czyli może tak źle nie będzie. Podczas panelu Marvela na CC zaprezentowano testowy zwiastun filmu, który zebrał dużo pozytywnych opinii. Tak więc – jest nadzieja! Nie ma natomiast zaplanowanej daty premiery filmu.


Z bohaterów mających filmy w pierwszej fazie z ciągiem dalszym w drugiej fazie nie powróci tylko Hulk.


A przynajmniej nic o nim nie powiedziano podczas CC. Przed premierą „Avengersów” było mówione, że zielony gigant wróci w filmie zaplanowanym na… 2015 rok. To chyba już trzecia faza będzie :P. Fanów pocieszam faktem, że najprawdopodobniej w 2013 roku dla stacji ABC powstanie serial o tym bohaterze. Jego twórcami są Guillermo del Toro i David Eick. Projekt nie będzie mieć związku z Marvelowym uniwersum.

A co z Black Panther? Przez jakiś czas to on był głównym kandydatem do dostania własnego filmu, tym bardziej, że w pierwszej fazie były małe nawiązania do jego postaci (w „Iron Manie 2” na jednym z ekranów Starka mogliśmy zobaczyć mapę Wakandy z której pochodzi bohater, natomiast w „Captain America” tarcza Steve’a jest zrobiona z vibranium stworzonego w tym państwie). Na dzień dzisiejszy producenci milczą, tylko Stan Lee podczas CC oświadczył, że chętnie by zobaczył i wystąpił w filmie o Czarnej Panterze.

Istnieje duża szansa, że Daredevil powróci do uniwersum! Obecnie prawa do komiksu ma 20th Century Fox, które musi rozpocząć produkcję nowego filmu do jesieni. Jeśli tego nie zrobi, prawa wrócą do Marvela. Co ciekawe, reboot filmu o niewidomym bohaterze ma już napisany scenariusz i miał wyznaczonego reżysera – Davida Slade’a. Ten jednak zrezygnował z posady na rzecz… kręcenia serialu „Hannibal” (boru, jaki to musi być serial, że wszyscy inne projekty dla niego rzucają!). Liczę na to, że następca dla Slade’a szybko się nie znajdzie, Daredevil wróci do domu i dostanie wreszcie porządny film, bo wersji z Benem Affleckiem nawet dobrym filmem nazwać się nie da.

Czy istnieje możliwość, by do drużyny Mścicieli dołączył Spider-Man? Owszem, jest. Choć prawa do Człowieka-Pająka ma Sony, dzięki współpracy studia z Marvelem w „Avengersach” miało się pojawić niewielkie nawiązanie do „Niesamowitego Spider-Mana” – mieliśmy zobaczyć budynek Oscorpu podczas końcowej walki. Niestety, zabrakło czasu na połączenie komputerowo wygenerowanego budynku z resztą miasta. Może innym razem.

Na sam koniec notki pocieszenie dla wszystkich stęsknionych za Marvelowym światkiem – we wrześniu na płycie z „Avengersami” pojawi się kolejna krótkometrażówka zatytułowana „Item 47”. Wiem, że w sieci dostępne są już fragmenty, ale nie chcę sobie psuć przyjemności i poczekam na całość. Plakat do filmiku wygląda tak:


Informacje zbierała, napisała, zdjęcia wklejała, narzekała…

Gosiakowa  

Ku pokrzepieniu serc i poprawie humorów – seriale przerobione na grę

rinoasin

Dzisiejsza notka znowu miała dotyczyć ekranizacji komiksów, ale w związku z tragedią w Denver jaka miała miejsce podczas pokazu najnowszych przygód Batmana, uznałam że taki zapisek będzie nie na miejscu i postanowiłam wrzucić coś dla poprawy humoru.


Wczoraj obejrzałam ostatnie epizody trzeciego sezonu serialu „Community” (recenzja wkrótce) i urzekł mnie pomysł zaprezentowany w epizodzie „Digital Estate Planning” czyli przeniesienia bohaterów do gry komputerowej. Poniżej parę scen z odcinka.


Wątpię, by wkrótce można było zobaczyć podobne odcinki w innych komediowych tytułach*, ale strona CollegeHumor postanowiła puścić wodzę wyobraźni i przerobić znane seriale na gry RPG z dużym poczuciem humoru. Zapraszam do obejrzenia moich ulubionych wariacji:


„Gra o tron”


„Breaking Bad”

 


„Doctor Who”

Pozostałe filmiki możecie zobaczyć tutaj, co jakiś czas pojawia się nowa przeróbka, więc zaglądać od czasu do czasu.
Na dziś tyle, wkrótce na blogu przełożona dzisiejsza notka, notka muzyczna i recenzja „Prometeusza”, który wreszcie przybył do polskich kin.

Gosiakowa


*z jednej strony szkoda, z drugiej – to byłby plagiat!

Awatar doby steampunku

rinoasin

Jakiś czas temu na łamach bloga recenzowałam animowany serial stacji Nickelodeon pt. „Awatar: Legenda Aanga”. Wszystkich zainteresowanych tym tyułem zapraszam, bo tym razem ocenię ciąg dalszy serii zatytułowany: „Last Airbender: The Legend of Korra”.

Od wydarzeń z finału przygód Aanga i jego przyjaciół minęło 70 lat. Świat się zmienił, awatar też – jest nim młoda dziewczyna z Kraju Wody, Korra. Nasza bohaterka umie posługiwać się trzema żywiołami – ogniem, ziemią i wodą. By nauczyć się władania powietrzem udaje się do Republic City, gdzie jej mistrzem zostaje Tenzin, syn Aanga i Katary. O ile opanowanie władania trzech poprzednich żywiołów przyszło Korrze bez problemu, tak ostatni element sprawia jej olbrzymie problemy, tym bardziej, że jej nauczyciel jest bardzo wymagający. Jakby tego było mało, w mieście zaczyna rosnąć w siłę grupa ludzi zwana Equalistami, dowodzona przez charyzmatycznego Amona. Jego wyznawcy pragną w teorii równowagi pomiędzy zaklinaczami a normalnymi ludźmi. Jak się szybko okazuje, w praktyce ich poczynania nie są tak utopijne.

Trzeba przyznać, że pomysł na fabułę jest bardzo dobry. Twórcy nie zamierzali się powtarzać i zamiast kolejnej wędrówki mamy życie w jednym, ciekawym miejscu czyli Republic City, a Korra musi się nauczyć władania jedną mocą, gdy tymczasem Aang musiał opanować aż trzy. Szkoda tylko, że całościowe rozwinięcie historii jest znacznie gorsze. Niektóre odcinki czasem w ogóle nie ciągną wątku Equalistów do przodu, a jeśli ciągną, to w okropnie oczywisty sposób. Drażniąca jest też za duża ilość czasu jaką twórcy poświęcają pro-bendingowi. Bez dwóch zdań, od czasu quidditcha jest to najciekawsza gra jaką stworzono w popkulturze, jednak wszystko w nadmiarze szkodzi i tak samo jest tutaj. Pierwszy mecz jest więc ciekawy, drugi też, potem jest coraz gorzej, aż korciło mnie żeby włączyć przewijanie.

 

Rozczarowują też postacie. „Legenda Aanga” mogła się pochwalić tyloma wspaniałymi charakterami, tu tymczasem jest przeraźliwie nudno. O ile awanturnicza Korra i tajemniczy Amon dają radę, to pozostali są nieciekawi i nie potrafią wzbudzić w widzu sympatii czy antypatii. Ot, są i tyle. O wiele ciekawiej prezentuje się świat, który przeszedł olbrzymie zmiany przez te 70 lat. Steampunkowe Republic City robi wrażenie, choć początkowo różnica pomiędzy światem Korry a światem Aanga może razić. Ogólnie animacja jest skierowana dla nieco starszego widza, niż tego z „Legendy Aanga”, przez co jest bardziej mrocznie w każdym aspekcie. To się tyczy świata, historii, a także poczucia humoru, które zdecydowanie ucierpiało. Nie mówię, że w pierwotnej serii żarty były na poziomie żartów Allena, ale bardziej do mnie trafiały niż te z „Korry”, które wydawały mi się strasznie na siłę. Denerwował mnie też duży nacisk na wątek romantyczny. Nie mam nic przeciw zakochanym bohaterom, ale trójkąty i czworokąty miłosne w filmie animowanym to według mnie przesada.

Animacja jest co prawda kontynuacją, ale o tyle sprawnie poprowadzoną, że można ją oglądać bez znajomości „Legendy Aanga” – wszystkie najważniejsze aspekty są widzowi wyjaśnione i z pewnością się nie pogubi. A dla starych fanów twórcy zaserwowali kilka sympatycznych mrugnięć – mamy między innymi Cabbage Corp i wnuka Zuko posiadającego identyczny ton głosu jak dziadek.   

Ostatni sezon „Aanga” i pierwszy sezon „Korry” dzielą cztery lata i to widać jeśli chodzi o animację, która zdecydowanie się poprawiła. To olbrzymi plus serii – świat jest ładny, postacie oryginalne, a komputerowa animacja jest ładnie wkomponowana w całość i nie gryzie w oczy. Także ścieżka dźwiękowa jest udana i wpasowana do świata.

Początkowo seria miała składać się z 12 epizodów, ale duża popularność tytułu sprawiła, że historia nowego awatara zostanie zamknięta w 52 odcinkach. Zastanawia mnie jak fabuła zostanie rozwinięta, bo wszystkie wątki zostały zakończone i nie została żadna furtka dla ciągu dalszego. Mam nadzieję, że tym razem twórcom pomysły dopiszą, bo tak ciekawy świat zasługuje na lepszą historię.
Za to trzymam kciuki, a na dzień dzisiejszy „Korrę” oceniam na 5 punktów.

Awatar Gosiakowa 

Szał ciał

rinoasin

Zawsze się zastanawiam czy Steven Soderbergh to bardziej artysta czy wyrobnik. Potrafi rok w rok kręcić kolejne filmy, czasami stworzy nawet dwa tytuły czyli 1 do 0 dla wyrobnika. Jednak w jego filmach jest coś wciągającego, nawet prosta historia wydaje się fascynująca i widz pragnie obejrzeć jej koniec. Są też zadatki na artystę, ale jak dla mnie wciąż mamy za mało magii, bym mogła ogłosić remis. A ile magii jest w najnowszym filmie, o ironio, zatytułowanym „Magic Mike”?


Pomysł na przedstawienie życia striptizera na wielkim ekranie od początku wydawał mi się jednocześnie kuriozalny, jak i fascynujący. Zwiastuny mnie nie przekonały, wysokie oceny na RottenTomatoes tak i zdecydowałam się dać filmowi szansę. Obejrzałam i zmieniając nieco słynne powiedzonko doktora Housa mogę oświadczyć – „Telewizja kłamie!”, bo tytuł wbrew reklamowym zapowiedziom nie jest komedią romantyczną (choć powodów do śmiechu będzie wiele), a filmem obyczajowym ozdobionym muskularnymi ciałami. Tytułowy Mike to facet z marzeniami – chce założyć własną firmę produkującą meble, ale do tego potrzeba pieniędzy. Tak więc nasz bohater nocą tańczy i obnaża się w klubie, a w ciągu dnia sprzedaje komórki i pracuje na budowie. W tym ostatnim miejscu spotyka Adama, młodego chłopaka z problemami finansowymi, którego niespodziewanie wciąga w nocny świat striptizu.

 

Żeby nie było, że mi tylko goli faceci w głowie – zdjęcie bez gołego faceta!

 

I tak się zaczyna nasza historia. Soderbergh za pomocą rwanego montażu przeskakuje ze sceny do sceny, raz prezentując nam erotyczny taniec, potem znowu długą rozmowę. Duże brawa dla reżysera za to, że potrafił zachować równowagę i nie eksploatuje męskich ciał do obrzydzenia, ani też nie skupia się na samych dialogach. Wie, kiedy przerwać scenę i zmienić scenerię, by nie znużyć widza. Szkoda tylko, że takie szafowanie sprawdza się tylko w pierwszej połowie filmu, tej lżejszej. Gdy w drugiej godzinie reżyser chce przedstawić mroczniejsze etapy życia naszych bohaterów, film zaczyna obniżać poziom. A dzieje się tak dlatego, że wszystkie nieprzyjemne wątki są potraktowane po łebkach, ledwo się zaczynają, już się kończą, tak jakby scenarzyście zabrakło pomysłów na ich lepsze rozwiniecie. To samo jest z zakończeniem. Od razu piszę, że nie mam nic przeciwko otwartym zakończeniom, ale to było tak banalne, że ręce opadają.


Z tego co wiem, film opiera się na wspomnieniach Channinga Tatuma, który tak jak jego bohater dorabiał sobie tańcem erotycznym. Co tu dużo pisać, widać że ma doświadczenie, bo gdy zjawiał się na scenie, ciężko było oderwać od niego wzrok. To zauroczenie znikało natychmiast, gdy Tatum ze sceny schodził. Mike smutny, zły, zadowolony, wciąż ta sama mina. Dodatkowo pomiędzy nim a Cody Horn, wcielającą się w Brooke, kandydatkę do serca naszego bohatera a jednocześnie siostrę Adama, nie ma żadnej chemii. Ogólnie panna Horn jest chyba zaginioną i mniej urodziwą siostrą Kristen Stewart – obie prezentują podobny poziom aktorskiego drewna i obie mają niemiły dla oka zwis szczęki. Wcielający się w młodego Adama Alex Pettyfer pomimo potencjału postaci też aktorsko nie zachwyca i nadrabia ładnym ciałem. Serialowe trio - Matt Bomer, Joe Manganiello i Adam Rodriguez są tylko od tańca w tle, nie wiem czy razem powiedzieli ze 100 słów. Całą epikę aktorską ratuje, ku mojemu olbrzymiemu zdziwieniu, Matthew McConaughey jako Dallas. Jego postać przypomina mi Konferansjera z „Kabaretu” – taki przerysowany komentator. Szkoda, że zdecydowali się rozbudować jego rolę do scen poza klubem. Wolałabym słuchać jego scenicznych przemówień wypowiedzianych ku uciesze klientek klubu i mojej.


Podsumowując – „Magic Mike” to przyjemny film dla kobiecego oka, idealny na lato. Ode mnie 6. Wciąż czekam na Mrocznego Rycerza.


Gosiakowa


PS. Multikino przed seansem zaserwowało widzom 20 minut reklam, uroczo! Pocieszenie znalazłam w zwiastunach nowego Batmana oraz „Prometeusza”. A skoro „Prometeusz” to i Michael Fassbender migający na ekranie. On ma więcej seksapilu niż wszyscy panowie z „Magic Mike’a” razem wzięci :D.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci