Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Żądam zwrotu pieniędzy, czyli filmy, na które niepotrzebnie poszłam do kina

rinoasin

Świetne trailery, ładne plakaty, ciekawie zapowiadająca się fabuła, rekomendacja przyjaciół – coś nas zachęciło i poszliśmy do kina, by potem pluć sobie w brodę. Ostatnio postanowiłam sobie przypomnieć najgorsze seanse jakie sobie zafundowałam i zadośćuczynić im wredną notką. Uprzedzam, że nie zawsze były to filmy złe, czasem po prostu lepiej bym na tym wyszła, gdybym obejrzała je w domowym zaciszu.
Tytuły przedstawione są w dowolnej kolejności.

2012

Do kina wybrałam się z myślą – będzie świetna rozpierducha! Bo każdy wie – dobra rozpierducha nie jest zła! W kinie okazało się, że efekciarskie popisy to tylko 10% filmu, reszta to nudna i do bólu przewidywalna historia. Co ciekawe, nie tylko mi się nie spodobało – rozczarowani widzowie wychodzili przed wyświetleniem napisów końcowych, co nieczęsto się zdarza w moim zapyziałym miasteczku. Ja honorowo zostałam do końca, ale niechęć do filmów katastroficznych pozostała mi do dnia dzisiejszego.

Podczas seansu fala nudy zalazła kino.

 

Mamma Mia!

Jeśli jakiś gatunek filmu lubię bezgranicznie, to na pewno będzie to musical. Niestety, nie każdy musical to dobry film i ja akurat musiałam trafić na ten gorszy. A nic nie zapowiadało dramatu – świetna obsada, doskonałe piosenki i ładne widoczki – idealny odmóżdżacz! Niestety, odmóżdżacz okazał się tak słodką bzdurą, że dostałam niestrawności. Całość dobijał Pierce Brosnan vel „Kamienna Gęba”. Po seansie każde wspomnienie nazwiska tego pana wzbudzało we mnie nieprzyjemne odczucia i dopiero rola w „Autorze widmo” przywróciła mi wiarę w jego umiejętności aktorskie.

Aktorzy wyraźnie doskonale się bawili podczas kręcenia filmu. Szkoda, że ta radość nie udzieliła mi się podczas seansu.

 

Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem

Jestem na tyle stara i zgrzybiała (^^), że doskonale pamiętam czasy, gdy polska kinematografia jak opętana serwowała widzom ekranizacje lektur szkolnych. Najbardziej pokrzywdzone na tym były dzieci i młodzież, które ciągnięte były na seans, by koszta produkcji się zwróciły. Tak więc w kinie widziałam „Pana Tadeusza”, „W pustyni i puszczy”, „Zemstę” i „Starą baśń”. I ten ostatni tytuł wspominam najgorzej. W tym filmie wszystko było straszne – historia, efekty specjalne, scenografia, charakteryzacja, nawet aktorzy nie próbowali dobrze grać, wyraźnie sobie zdawali sprawę jaka całość jest durna. Dwie godziny męki, lepiej spędzić je na lekcji, przynajmniej coś mądrego się wyniesie.

Ładna aktorka otoczona przez swoje dublerki.

 

Królestwo niebieskie

Co najbardziej zapamiętałam z seansu? Trailer „Sin city” oraz przypadkowe zamknięcie w kinie. Gdy wytężę pamięć to przypomina mi się Edward Norton, który z zasłoniętą twarzą miał więcej charyzmy niż Orlando „Kołek” Bloom. Na drugim miejscu jest główny bohater, przez całe życie kowal, nagle odkrywający w sobie wewnętrznego rycerza, umiejętności strategiczne i sprawność władania mieczem, jakby się z nim co najmniej urodził. O nic więcej nie pytam.

Gdy ten pan znika, film traci wszystkie pozytywne walory.

 

Skazany na bluesa

Jakiś czas temu znalazłam się w młodzieżowym jury pewnego festiwalu filmowego. W związku z tym pasowało obejrzeć wszystkie nominowane do nagrody głównej (a także młodzieżowej) tytuły. Seanse nic nie kosztowały, więc – czemu nie? Niestety, jak każdy dobrze wie – polska kinematografia nie jest na najwyższym poziomie i seanse nie zawsze sprawiały mi radość. Najgorzej wspominam „Skazanego na bluesa”, który jest doskonałym przykładem jak z charyzmatycznej i nietuzinkowej postaci jaką był Ryszard Riedel zrobić ćpającą kukłę. Ja wiem, muzyk faktycznie ćpał, ale na Boga, to musiało zająć cały film? A gdzie dojście do sławy Dżemu? Na początku mamy koncert w sali szkolnej, potem przeskok czasowy i już zespół jest znany i kochany. A ta środkowa cześć? Twórcy w podręcznikowy sposób pokazali jak obciąć filmowi jaj… tzn. potencjał.

Świetny Tomasz Kot i doskonała muzyka nie są w stanie sprawić, że słaby scenariusz będzie dobry.

 

Terminator: Ocalenie

Jestem pewnie jedną z nielicznych, ale uważam że „Terminator” jest o wiele lepszym filmem niż „Terminator 2: Dzień sądu”, który z mrocznej opowieści zrobił efektowną bajeczkę. Oglądając trailery czwartej części cyklu sądziłam, że dostanę powrót do pesymistycznej i posępnej historii. Tymczasem dostałam typową nawalankę, całościowo sympatyczną, ale nie wtedy gdy płaci się za nią 18 złotych!

Wyniszczona Ziemia jest miła dla oka, wyniszczona legenda Terminatora już nie.

 

Jestem legendą

Za każdy razem, gdy widzę lub słyszę tytuł tego filmu, mam ochotę powiedzieć: „Nie, nie jesteś, ty oszuście!” – bo znowu zamiast dostać dobry film dostałam pozbawioną thrillu opowiastkę, jak to pan niby boi się pikselowatych wampierzy, ale jakoś tego strasznie nie pokazuje po sobie. I do tego śmierć psa – nienawidzę, gdy twórcy idą po najmniejszej linii oporu by wzruszyć widza. No i jeszcze finał – każdy, kto widział alternatywne zakończenie wie, że było lepsze. Lepiej zostać przy old schoolowej „Nocy żywych trupów”.

Ciągłe strasznie przestało wywierać na głównym bohaterze oczekiwany efekt.

 

Ratatuj

Animacja jest prześliczna, ale historia sztampowa aż do bólu. Na seansie wynudziłam się niemiłosiernie i tak się zraziłam do Pixara, że nie poszłam do kina na „WALL•E” bojąc się bolesnej powtórki. Historia zakochanego robota okazała się przepiękna, przez co mam jeszcze większy żal do „Ratatuja” i w ramach strajku już go raczej nie obejrzę.

Chętnie zjadłabym kolację ze szczurkiem Remym, ale za wspólny seans podziękuję.

 

Zmierzch / Saga "Zmierzch": Przed świtem. Część 1 

Mam uzasadniać czy same tytuły wystarczą? :) W kinie byłam na dwóch częściach sagi – na pierwszej z ciekawości, na czwartej z braku laku, bo nic innego w kinie nie było, na szczęście przed seansem prowizorycznie znieczuliłam się piwem i dobrze zrobiłam. Naprawdę, cieszę się, że w tym roku przygody Edka i Belli się kończą… choć chyba niepotrzebnie, bo ekranizacja „Fifty Shades of Grey” czai się już za rogiem.

Na zdjęciu: Christian i Ana… to znaczy Edward i Bella… e tam, pomiędzy nimi nie ma żadnej różnicy.

 

Dom latających sztyletów

Bardzo lubię „Przyczajonego tygrysa…”, „Hero” uwielbiam. Gdy więc w kinach pojawił się „Dom latających sztyletów” postanowiłam nie czekać i wybrać się na seans. Niestety, okazało się, że twórcy zapomnieli o takiej drobnostce jaką jest historia i wypełnili film pojedynkami. Nie mam nic przeciwko długim scenom walki (jatkę w Domu niebieskich liści z „Kill Billa” mogłabym oglądać wciąż i wciąż), ale jeśli nie są dobrze zaprezentowane, można umrzeć z nudów. Tak niestety było w tym przypadku - bohaterowie walczą, zmienia się sceneria, walka wciąż trwa, a ja czekam aż coś naprawdę się zacznie dziać.

Las, zamieć, łąka, każde miejsce dobre do pojedynku!

 

Hancock

Film powinien się nazywać: „Hancock czyli jak zmienić ciekawy pomysł w ckliwą szmirę”. Początek był dobry, niestety poziom z czasem zaczął się obniżać a humor zaginął w akcji. Takim superbohaterom jak Hancock mówię stanowcze i zdecydowane: NIE!

Spity superbohater jest fajny, heroiczny – już mniej.

 

Królewna Śnieżka i Łowca

Film nie był zły, ale to największy zawód filmowy jaki miałam w 2012 roku i za karę trafia na listę. Moja recenzja tutaj.

Przynajmniej oko nacieszyłam.

 

Matrix Reaktywacja / Matrix Rewolucje

Mam olbrzymi sentyment do „Matixa”, dawno temu byłam wręcz fanatyczką tego tytułu. Dlatego też niecierpliwie czekałam na ciąg dalszy. W końcu dostałam to co chciałam i zawiodłam się na „Reaktywacji” tak srogo, że nawet nie ekscytowała mnie wizja „Rewolucji”. W końcu do kina poszłam i jedyne co mi zostało w głowie po wyjściu z kina to trailer „Powrotu Króla”. Bo zaprawdę powiadam wam, tak złego ciągu dalszego dawno nie widziałam!

Neo powinien zrobić przysługę fanom i w takiej pozycji stać przed wejściem do każdego kina wyświetlającego ciąg dalszy „Martixa”.

 

Rybki z ferajny

Dobra bajka powinna być kolorowa, zabawna i przystępna zarówno dla młodszych jak i starszych widzów. Tymczasem „Rybki z ferajny” są tylko kolorowe. Humoru jest tu jak na lekarstwo, dzieci nie wyłapią wszystkich popkulturowych nawiązań, a dorośli będą znudzeni tą przewidywalną historią. Wcale się nie dziwię, że obecnie o „Rybkach” nikt nie pamięta. Jak na dno oceanu, to tylko z Nemo.

Największy plus „Rybek” to to, że po seansie przestałam ślepo chodzić do kina na każdą nową animację.

 

To tyle. Gdybym pogrzebała w zakamarkach pamięci, z pewnością znalazłabym jeszcze jakieś tytuły. Ale czasem lepiej nie pamiętać. Za przeczytanie dziękuje życząca Wam tylko dobrych seansów 

Gosiakowa

Dziennik kobiety pracującej czyli seks w mniejszym mieście

rinoasin

Poznajcie Hannah. Hannah to ładna, sympatyczna i inteligentna dziewczyna. Ma jednak pewien sekret, który skrzętnie ukrywa. Na szczęście, nie będziemy skazani na domysły i już w pierwszej scenie sama bohaterka wyznaje nam swoją tajemnicę – jest prostytutką i nie widzi w tym niczego złego.

(Spoilery wielkie jak London Eye)

To niekonwencjonalne podejście do tematu w dużej mierze decyduje o sile brytyjskiego serialu „Sekretny dziennik call girl” – Hannah (w pracy – Belle) nie jest uzależniona, nie ma dziecka na wychowaniu, nie tonie też w długach. Ona lubi pieniądze, seks i tę nutkę niepewności przed spotkaniem z klientem, bo nigdy nie wie, z kim została umówiona przez swoją przełożoną. Pierwszy sezon serialu pozwala widzom dokładniej poznać świat naszej bohaterki, jej pracę i jej przyjaźń z byłym chłopakiem, Benem. Choć seria ma tylko 8 epizodów, po 22 minuty każdy, wszystko jest doskonale wyważone. Jest zabawnie, inteligentnie i pieprznie. Niestety w kolejnym sezonie twórcy postanowili wprowadzić kolejne wątki – nową call girl, Bambi, oraz Alexa – obiekt uczuć naszej bohaterki. To, plus znane już nam wątki, sprawiło, że serial zaczął tracić swoją lekkość i równowagę, zniknął też ten niewymuszony humor. Trzeci sezon wprowadza do akcji siostrę Hannah, pisanie kolejnej książki przez naszą bohaterkę i kolejne przygody miłosne – Bambi i Byrona oraz naszej bohaterki i Duncana. Po tej serii myślałam, że nie może być gorzej, ale po obejrzeniu czwartej odsłony zmieniłam zdanie, całkowicie straciła urok serialu, stała się mroczna i męcząca, dodatkowo charaktery dwójki najważniejszych postaci czyli Hannah i Bena nie wiedzieć czemu zmieniają się o 180 stopni. Gdyby pomiędzy 3 a 4 serią była duża różnica czasowa, to nie raziłoby tak w oczy, ale takowej nie ma, przez to wygląda to okropnie nienaturalnie, a zmiana jest wyjątkowo niekorzystna – Hannah stała się zimna i niesympatyczna, a Ben stracił całą wyrozumiałość do niej, choć przez 3 wcześniejsze sezony był gotowy zrobić dla niej wszystko. Drażniące są też nowe postacie - Poppy, która wnosi do „Dziennika” wątki rodem z telenoweli oraz Harry, niesympatyczny nowy adorator naszej bohaterki. W obsadzie odczuwa się brak Bambi – rozumiem, że twórcy uznali jej wątek za zakończony, ale że nie byli nawet w stanie słowem o niej wspomnieć? Bambi wydawała mi się dobrą kandydatką do zostania najlepszą przyjaciółką Hannah, taką żeńską wersją Bena, a tymczasem ich kontakty zostały zerwane. Dodatkowo finał był przesadnie melodramatyczny. Twórcy wyraźnie chcieli, by było gorzko – praca, jaką wybrała Belle nie pozwalała jej wieść normalnego życia i dziewczyna w końcu musiała wybrać pomiędzy prostytucją a miłością, ale odrzucenie Bena? Osoby, która wiedziała o nocnym życiu Hannah i nie mającej nic przeciw temu? Osoby zawsze ją wpierającej i nigdy nie oceniającej? Bez niego dziewczyna została sama, a jej życie, choć pełne seksu i pieniędzy będzie puste i nieszczęśliwe. Żaden widz nie marzył o takiej przyszłości dla bohaterki*.

Dużo narzekań, niemniej serial warty jest uwagi. Nawet najsłabsze odcinki bronią się scenami z Belle i jej klientami. Trochę szkoda, że twórcy nie ograniczyli się tylko do nich. Nie chcę tutaj brzmieć jak niewyżyta erotomanka, ale udzieliła mi się ciekawość bohaterki i zawsze niecierpliwe chciałam poznać „klienta tygodnia” i dowiedzieć się do jakich seksualnych wybryków ma pociąg. A wierzcie mi – scenarzyści mają ciekawe pomysły, rodem z „Seksu w wielkim mieście”. A skoro napomknęłam o kultowej serii HBO, wstydem będzie nie wspomnieć o podobieństwach łączących oba tytuły. Oczywiście, poza seksem, mamy wyzwoloną bohaterkę, komentującą swoje przygody z offu, a czasem zwracająca się do widzów bezpośrednio, jest nawet wątek napisania książki w oparciu o swoje doświadczenia. W okolicach czwartego sezonu podobieństwa zaczęły się zwiększać, wręcz ocierać się o plagiat – chodzi mi głównie o zmianę stylu Hannah, która coraz bardziej swymi zmyślnymi ubraniami przypominała Carrie Bradshaw, a coraz mniej siebie z wcześniejszych odsłon. Nawet udaje jej się odwiedzić Manhattan, aż zaczęłam trzymać kciuki za spotkanie obu pań i wymianę erotycznych doświadczeń.
Poza „Seksem w wielkim mieście” można mieć też skojarzenia z „Trawką” – obie bohaterki parają się nielegalną pracą, którą skrywają przed swoimi najbliższymi. O ile jednak w przypadku Nancy Botwin prawda w końcu wychodzi na jaw, to o pracy Hannah dowiaduje się tylko Ben. Trochę szkoda, że w trzecim sezonie gdy Jackie, starsza siostra głównej bohaterki, się do niej wprowadza, twórcy nawet nie próbują wprowadzać tego wątku. Zdecydowanie, niewykorzystany potencjał.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to obsada „Sekretnego dziennika call girl” prezentuje się dobrze. Wyjątkiem jest Billie Piper czyli odtwórczyni głównej roli, która błyszczy. W „Doktorze Who” była uroczą, niepozorną dziewczyną, nie sądziłam, że może mieć w sobie tyle seksapilu. A jednak. Jako Belle jest uwodzicielska i seksowna, jako Hannah - sympatyczna i bezpretensjonalna. Dobrze poradzili sobie też Iddo Goldberg jako Ben i prześliczna Ashley Madekwe jako Bambi. Dodatkowo w każdym odcinku mamy nowych klientów, w gronie których można było dostrzec parę znajomych twarzy. Mnie osobiście najbardziej ucieszyły sceny z Mattem Smithem, ale wiecie, to mój taki doktorowy odchył. Ponoć David Tennant miał zagrać jednego z klientów Belle, ale zobowiązania na innych planach mu na to nie pozwoliły. A szkoda, byłabym w siódmym niebie, nawet gdyby miał jedną, króciutką scenę.

Serial może pochwalić się świetnymi zdjęciami i sprawnym montażem. Londyn jest przepięknie przedstawiony i jako metropolia niewiele ustępuje Manhattanowi. Bardzo dobry był też dobór piosenek, zawsze idealnie dopasowanych do fabuły. Już akustyczna wersja „You Know I'm No Good” z intra to strzał w dziesiątkę. Utwór do końca życia będzie mi się kojarzyć z Hannah/Belle.

Podsumowując, „Sekretny dziennik Call Girl” to sympatyczny serial, który pomimo wad ogląda się dobrze i szybko. Oceniam na 6 punktów i liczę na szybki powrót Billie Piper na ekrany.

Gosiakowa

PS. Skoro o seksie mowa, to w związku z dużym szumem związanym z książką „Fifty Shades of Grey” wzięłam się za lekturę tego (ponoć) kontrowersyjnego tytułu. Po przeczytaniu, na blogu z pewnością pojawi się recenzja, żeby nie było, że tylko filmy i seriale mi w głowie :). 

*z ciekawości przejrzałam fora internetowe co o finale sądzą fani i wszyscy byli bardzo rozczarowani.

Mistrzyni muzycznego viralu czyli iamamiwhoami

rinoasin

Zgodnie z zapowiedzą, czas na muzyczną notkę. Artystka, którą pragnę wam przedstawić, jest artystką niezwykłą, choć mało znaną. Wypromowała się niezwykłymi filmikami i równie niezwykłym głosem za pośrednictwem portalu YouTube. Obecnie jej imię i nazwisko są znane, ale gdy zaczynałam przygodę z jej muzyką, wszyscy posługiwali się jej pseudonimem – iamamiwhoami.

A wszystko zaczęło się od minutowego filmiku, który pojawił się na stronie YouTube 31 stycznia 2010 roku. Video nosiło enigmatyczną nazwę „Prelude 699130082.451322-5.4.21.3.1.20.9.15.14.1.12” i prezentowało widzom las… a dokładniej, to bardzo niezwykły las, gdzie drzewa mają nogi i ręce, a całość wyglądała jak żywcem wyrwana z sennych marzeń dendrofila. Widzowie serwisu zaczęli się zastanawiać, co ten niezwykły filmik reprezentuje – jest zapowiedzą filmu? Klipem muzycznym? A może reklamą? Kolejne filmiki przez miesiąc wzbudzały coraz większe zainteresowanie. Zaczęto obstawiać, kim jest złotowłosa kobieta o skórze pokrytej błotem, która pojawia się w każdej kolejnej odsłonie. Wśród kandydatek najczęściej wymieniano: Lady Gagę, Alison Goldfrapp, Christinę Aguilerę, Lykke Li, Little Boots, Karin Dreijer Andersson oraz Björk. Równie duże dysputy wzbudzały obrazki zwierząt pojawiające się w filmikach – kolejno: koza, sowa, wieloryb, pszczoła, lama i małpa. Rozwiązano natomiast tajemnicę dziwnych tytułów – każdy numer odpowiadał literze w alfabecie, dzięki czemu można było ułożyć słowo bądź słowa.

14 marca 2010 roku pojawił się pierwszy teledysk iamamiwhoami zatytułowany „b”. Senna, marzycielska piosenka pokazywała nam nowe oblicze tajemniczej kobiety z wcześniejszych filmików – wciąż złotowłosa, lecz błoto znikło, a zastąpiła je przeźroczysta folia. Częściowo widoczna twarz dała internautom nowy trop – piosenkarkę Jonnę Lee. Równie często wymieniano Christinę Aguilerę, która ponoć zapowiadała zmianę swojego stylu muzycznego. Dodatkowo nowy krążek piosenkarki miał się nazywać „Bionic” – zdaniem internautów tytuły kolejnych teledysków miały się ułożyć w to słowo, czego potwierdzeniem miał być kolejny utwór, zatytułowany „o”. Dzień później premierę miał pierwszy singiel Aguilery z nowej płyty – „Not Myself Tonight", który z miejsca skreśli ją z listy kandydatek. Mnie do dziś dziwi fakt, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że Aguilera ma całkowicie inny ton głosu od iamamiwhoami…

Wracając do utworów iam, to „o” był bardziej dynamiczny od pierwszego kawałka, a do tego brzmiący znajomo… a to dlatego, że jego fragment mogliśmy usłyszeć we wcześniejszym video – „23.5.12.3.15.13.5-8.15.13.5.3383”. Miesiąc później pojawiły się aż dwa teledyski – „u-1” i „u-2”. Bez dwóch zdań, to najbardziej niepokojące filmy stworzone przez artystkę, co ciekawe – muzycznie całkowicie odmienne, a jednocześnie tworzące idealną całość. W kolejnym filmiku zatytułowanym „n” powróciła znajoma, ubłocona nimfa z wczesnych faz projektu. Sama piosenka jest niezwykle magiczna i można jej słuchać wciąż i wciąż. W tym samym miesiącu pojawił się kolejny singiel „t”, który poza kolejnym świetnym utworem, pokazał prawdziwą twarz naszej nimfy i już nikt nie miał wątpliwości – to Jonna Lee, szwedzka piosenkarka, dotychczasowo mało znana szerszej publiczności. Ponad miesiąc później pojawił się kolejny teledysk – „y”, który czasowo był najdłuższy z wszystkich. Teledysk zaczynał się od milczącego intra, także w trakcie piosenki mieliśmy chwilę przerwy. Video zdecydowanie świetne, aż się prosi o analizę dyskursu medialnego (o to proszą się wszystkie filmiki do utworów iamamiwhoami), ale gdy ta wersja była jedyną dostępną w sieci, przez te przerwy ciężko było zachwycać się samą piosenką. 

Tytuły dotychczasowych teledysków ułożyły się w słowo „bounty” i cały projekt na chwilę ucichł. Fani zaczęli zadawać kolejne pytania – czy to już koniec? Czy Jonna Lee powiedziała to, co chciała powiedzieć i znika na zawsze? A może doczekamy się płyty? W końcu „bounty” (czyli: „hojność”) musi coś znaczyć! I faktycznie znaczyło – na stronie pojawił się filmik-ogłoszenie, który informował o zbliżającym się koncercie iamamiwhoami i poszukiwaniu kandydata do wzięcia w nim udziału. Brzmiało to dość dziwnie – tylko jedna osoba? Zaciekawieni internauci czekali na rozwój wydarzeń i wysyłali zgłoszenia na tajemnicze wydarzenie. W końcu szczęśliwiec został wybrany – został nim użytkownik ShootUpTheStation, a na YouTubie zaczęły pojawiać się filmiki z jego przygotowań do koncertu (po wydarzeniu zniknęły z kanału). Przyszedł w końcu czas na z dawna wyczekiwany koncert… choć słowo „koncert” nie do końca pasuje do tego, co iam pokazała fanom (całość można było obejrzeć na stronie internetowej), ja wolę określenie „muzyczny spacer”. Wszystko zaczyna się w hotelu, z którego samochodem przenosimy się do lasu, a tam rozpoczyna się magia – wizualna i muzyczna. Nowe aranżacje piosenek są niezwykle udane, a las przepełniony jest elementami znanymi z wcześniejszych teledysków. Całość wieńczy nowa piosenka zatytułowana „.”, a także odpowiedź na to, co w sześciu wstępnych filmikach oznaczały zdjęcia zwierząt.

Po magicznym wydarzeniu powróciły pytania – co dalej? Będzie płyta? A może to już rzeczywiście koniec? Jonna długo kazała czekać na jakąkolwiek oznakę życia, ale w końcu na panelu pojawił się kolejny teledysk zatytułowany: „; john”. Piosenka różniła się od piosenek z ery „bounty” żywiołowością, a także stylistyką – już w pierwszej scenie opuściliśmy las i przenieśliśmy się do dość dziwnego… przybytku rozkoszy. Ten motyw kontynuowany jest w „clump”, który wyszedł dwa miesiące później. O ile „u-1” i „u-2” były najbardziej niepokojącymi filmikami iam, to „clump” jest zdecydowanie najbardziej erotycznym. Co śmieszne, nie mamy tutaj żadnych śmiałych scen, praktycznie przez cały czas kamera jest skupiona na twarzy Jonny, ale ruchy jakie wykonuje piosenkarka kojarzą się jednoznacznie. Te dwie piosenki są takim przecinkiem oddzielającym „bounty” a „kin”, stylistycznie nie pasują ani do pierwszego, ani do drugiego projektu. Jednak zdaniem iamamiwhoami należą do początkowej ery, bo włączyła je do playlisty zatytułowanej „bounty”.

 

Pół roku po debiucie „clump” rozpoczął się kolejny projekt artystki. Zaczął go króciutki filmiki zatytułowany „kin 20120611” przedstawiający pustą kartkę powieszoną w gablocie. Tylko tyle, ale widzom wystarczyło do snucia kolejnych interpretacji. Mnie samą najbardziej interesował numer w tytule, wskazujący na to, że 11 czerwca 2012 roku coś się stanie. Ale co? Kolejny koncert? A może wreszcie płyta? Bardzo, ale to bardzo liczyłam na to drugie. Ale do czerwca jeszcze trochę, trzeba było czekać. Żeby nudno nie było, regularnie pojawiały się nowe teledyski, tematycznie oscylujące pomiędzy blokowiskami, lasami, pustyniami, a także wnętrzem pewnego pudełka. Kolejność pojawiania się nowych piosenek to – „sever", „drops", „good worker", „play", „in due order", „idle talk" , „rascal", „kill" i „goods". Muzycznie, to kolejne perły, natomiast historie w teledyskach rozczarowują, niby na każdy jest jakiś pomysł, ale nigdy nie jest on w pełni wykorzystany. Tak jakby cała inwencja i pomysłowość została wyczerpana przy „bounty”. Szkoda.

11 czerwca miała premierę pierwsza płyta artystki, co było dla mnie kolejnym rozczarowaniem, bo znalazło się na niej tylko 9 piosenek z ery „kin”. Niestety, na dzień dzisiejszy krążek nie jest dostępny w Polsce, ale liczę na to, że pewnego dnia będę mogła go postawić na półce z płytami moich ulubionych artystów.

A co dalej z iamamiwhoami? Po raz kolejny – nie wiadomo. Fanom pozostaje regularnie zaglądać na jej YouTubowy kanał i czekać, bo to z pewnością nie jest koniec tej niezwykłej, muzycznej historii.

Gosiakowa 

Komiks kontratakuje!

rinoasin

Dawno nie było komiksu, więc czas na reaktywację…


Żarty, żartami, ale naprawdę ucieszyłam się, że Mads Mikkelsen zostanie zastąpiony przez Christophera Ecclestona, do którego mam ogromny sentyment związany z „Doktorem Who”. Zostało potwierdzone, że wcieli się w postać Malekitha, a skoro będzie Malekith, to będą też i elfy. Brzmi intrygująco, mam nadzieję, że będzie dobrze.


Pozdrawia was

Gosiakowa

PS. W sierpniu i wrześniu notki będą wychodzić co trzy dni, potem może wszystko wróci do normy. 

 

10 magicznych filmowych chwil

rinoasin

Dawno temu był sobie miesięcznik „Cinema”. Właścicielka blogu Neon ochoczo kupowała go co cztery tygodnie i czerpała z niego wieści, co obejrzeć, a czego się wystrzegać. Niestety, rynek prasowy jest okrutny i koniec końcem „Cinema” znikła z półek sklepików prasowych. Do dzisiejszego dnia mam wszystkie zakupione przez siebie numery i od czasu do czasu oglądam je z nieukrywaną nostalgią. W numerze z maja 2006 roku Konrad Wągrowski zaprezentował czytelnikom zestawienie 10 magicznych filmowych chwil. Bardzo mi się ono spodobało i postanowiłam stworzyć swoje top ten. Oczywiście, większość propozycji z „Cinemy” powtórzyła się u mnie, dlatego postanowiłam je pominąć żeby nie było tak wtórnie. Zrobiłam wyjątek tylko dla jednej sceny, bez której zestawienia sobie nie wyobrażam.
Ale zanim zaczniemy, krótka odpowiedź na to, czym są magiczne chwile. Wągrowski napisał: „to sceny, które zwykle wcale nie są niezbędne dla filmu. Nie zmieniają wymowy, nie wypływają na zrozumienie fabuły czy przesłania. To efekciarskie popisy reżyserów, kamerzystów i twórców efektów specjalnych. Czasem przerysowane, niekiedy ocierające się o kicz, ale zawsze w jakiś sposób pięknie i poruszające, zapierające dech w piersiach” – wybaczcie, że posłużyłam się cytatem, ale wolałam przepisać tekst jednego z lepszych polskich krytyków niż go sparafrazować.
A wracając do listy – ostrzegam przed spoilerami i zapraszam do czytania.

10. „Melancholia” – początek i koniec przy akompaniamencie Wagnera

Plakaty promujące film von Triera były opatrzone hasłem: „To będzie piękny koniec świata” – i choć na ogół tagline’y na posterach są durne i grubo przesadzone, ten trafiał w sedno, bo „Melancholia” to piękny film. Na mnie największe wrażenie zawsze wywiera scena otwierająca film. Bombastyczny utwór Wagnera zwiększa dramatyzm i dodaje magii niezwykłym scenom zaprezentowanym nam w zwolnionym tempie. Całość trwa 8 minut, ale dla mnie mogłoby trwać trzy razy tyle.

 

9. „Avatar” – Pandora

Ponoć po premierze filmu ludzie popadali w depresję, bo rzeczywistość była taka szara, brzydka i dołująca w porównaniu do niezwykłego świata Pandory. Nie wiem czy to prawda, czy też to plotka stworzona by przyciągnąć więcej ludzi do kina, ale wiem, że dobrze rozumiem potencjalnych załamańców – o „Avatarze” można powiedzieć tyle samo złego, co dobrego, ale wątpię, by ktokolwiek czepiał się Pandory, która jest magiczna zarówno dniem jak i nocą. Twórcy stworzyli niezwykły ekosystem odrobinę podobny do naszego, a jednocześnie całkowicie odmienny. Aż trudno oderwać wzrok.

8.  „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa” – Łucja trafia do Narnii

Jak byłam mała po obejrzeniu starszej wersji „Opowieści z Narnii” razem z siostrą wchodziłam do szafy i udawałam, że przenoszę się do… Disneylandu. Cóż, dzieciom inne miejsca się marzą niż dorosłym. Gdy byłam starsza, przeczytałam książkowy oryginał i zapragnęłam ponownie wejść do szafy i tym razem przenieść się do śnieżnej Narnii. Nigdy tego nie zrobiłam, ale sentyment do szaf pozostał mi do dziś i gdy w nowej wersji zobaczyłam przejście Łucji do magicznego, śnieżnego świata, byłam zachwycona. Od tego czasu film widziałam kilka razy i wciąż odczuwam takie samo uczucie. Cudowna muzyka, magiczna scenografia i wspaniale naturalna Georgie Henley, aż człowiek zaczyna żałować, że nie jest już dzieckiem.

7. „Spirited Away: W Krainie Bogów” – Podróż pociągiem

To właśnie jest scena, bez której nie wyobrażałam sobie rankingu. Jak to słusznie Konrad Wągrowski zauważył – filmy Hayao Miyazakieo są przepełnione scenami mogącymi uchodzić za najbardziej magiczne momenty kina animowanego, bez problemu mogłabym zrobić całe zestawienie w ich oparciu. Jednak zawsze największe wrażenie wywiera na mnie podróż pociągiem Chichiro przez krainę bogów. Wizualne piękno i wspaniała muzyka sprawiają, że mamy małą, przepiękną perłę.


6. „Marzyciel” – „To Nibylandia”

Gdy chora Sylvia nie może udać się na premierę „Piotrusia Pana”, James organizuje przedstawienie w jej domu, które kończy się przejściem do Nibylandii. W pełni rozumiemy zachwyt Sylvii, czujemy go równie mocno, jednocześnie głęboko poruszeni. Ta scena zdecydowanie ma w sobie magię, nie wiem tylko czy jest to magia filmu, czy też magia samej Nibylandii.


5. „Hero” – Pojedynek Śnieżnej Zamieci i Luny

W filmach wuxia mieliśmy dużo pięknych scen, ale zawsze największe wrażenie robił na mnie pojedynek Śnieżnej Zamieci i Luny w „Hero”. Poza świetną choreografią walki zmysły widza urzeka kolorystyka – błękitne niebo, złote liście wirujące dookoła wojowniczek i czerwone, rozwiane szaty. Całość wieńczy zmiana kolorów drzew po koniec walki.

4. „Zaplątani” – Lampiony w górę

Po latach Disney wciąż potrafi stworzyć zachwycające sceny w swoich animacjach. W „Zaplątanych” dostajemy nie tylko jedną z lepszych piosenek z bogatej muzycznej historii studia, ale także wizualną perłę. Chmara lampionów wzlatujących w powietrze przy akompaniamencie „I See The Light” robi olbrzymie wrażenie, brawa dla twórców za dostrzeżenie magii w tak prostej rzeczy jaką jest lampion.

3. „Król Lew” – „Krąg życia”

I Disney po raz drugi w zestawieniu. O ile wcześniejsze miejsce było reprezentowane przez nowsze dzieło studia, to tutaj mamy klasyk. Piosenka otwierająca „Króla Lwa” świetnie wykorzystuje afrykańskie brzmienia, a zdobią ją wspaniałe kadry rodem z „National Geographic”, które robiły i wciąż robią olbrzymie wrażenie, bo pomimo 18 lat na karku, „Król Lew” nie zestarzał się ani o dzień.

2. „Władca Pierścieni – Drużyna Pierścienia” – Argonath

Jeśli chodzi o zjawiskowość, to z trylogii Jacksona bezsprzecznie wygrywa część pierwsza. Mamy rześki, zielony Hobbiton, przepiękne, złote Rivendell i magiczne, błękitne Lothlórien. Jednak wszystkie te miejsca bije na głowę jedna krotka scena, gdy drużyna płynie rzeką Anduin i mija dwa olbrzymie posągi. W pełni rozumiemy podziw w oczach Froda i skrycie zazdrościmy, że nie możemy znaleźć się na jego miejscu i zobaczyć wspaniałych rzeźb z bliska.

1. „Wszystko jest iluminacją” – Chatka w morzu słoneczników

Decyzja może kontrowersyjna, ale gdy zaczęłam wybierać w głowie potencjalnych kandydatów do listy, „Iluminacja” pojawiła się pierwsza i byłam więcej niż pewna, że znalazłam swój numer jeden. Scena rozpoczyna się gdy Alex wychodzi z samochodu, a kamera pokazuje jego twarz, wyraźnie czymś oczarowaną. Widz nie wie jeszcze co bohater dostrzega, ale po paru chwilach wszystko staje się jasne – małą chatkę pośrodku pola słoneczników ciągnących się aż po horyzont. Po otrząśnięciu się z zachwytu aż chce się powiedzieć - takie piękne miejsca tylko w Europie!

Na koniec 10 magicznych chwil zdaniem „Cinemy”:
10. „Słomiany wdowiec” – Fruwająca sukienka
9. „Spirited Away: W Krainie Bogów” – Magiczny pociąg
8. „Poszukiwacze zaginionej Arki” – Jak znaleźć Arkę Przymierza?
7. „Gwiezdne wojny: Część IV - Nowa nadzieja” – Statek kosmiczny nad nami
6. „Łowca androidów” – Łzy w deszczu
5. „Przeminęło z wiatrem” – Pocałunek Rhetta i Scarlett
4. „Park Jurajski” – Brachiozaury pośród drzew
3. „Władca Pierścieni: Powrót Króla” – Stosy sygnalizacyjne
2. „E.T.” – Rower na tle księżyca
1. „Titanic” – Statek marzeń

A jakie sceny filmowe są dla was przepełnione magią?
Gosiakowa

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci