Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Lato Trzech Króli

rinoasin

Wakacje już za pasem. W „Dziesięciu powodach, dla których warto obejrzeć…” zauważyłam, że fani seriali cierpią, bo ich ulubione tytuły mają urlop. Na szczęście, niektóre stacje tworzą coś dla takich nieszczęsnych dusz. Ja ostatnio znalazłam tytuł dla siebie i sądzę, że sprawi mi dużo radości. Oto „The Hollow Crown”.


Czteroczęściowa produkcja stacji BBC Two składać się będzie z czterech filmów opartych na sztukach Wiliama Szekspira – „Ryszardzie II”, podzielonym na dwie części „Henryku IV”  i „Henryku V”. Te dzieła tworzą razem drugą tetralogię dramaturga, w skład pierwszej wchodzą trzy części „Henryka VI” i „Ryszard III”. Nie mam pojęcia dlaczego zaczęto produkcję od późniejszych tytułów, ale co tam, nie są one połączone fabularnie, a trailer wygląda tak pięknie, że tylko siąść i się zachwycać.


A wszystko zacznie się 30 czerwca od „Ryszarda II”, w którego wcieli się jeden ze zdolniejszych i bardziej charakterystycznych brytyjskich aktorów młodego pokolenia - Ben Whishaw. Towarzyszyć mu będą takie nazwiska jak: Patrick Stewart, James Purefoy, Clémence Poésy, David Suchet czy David Morrissey. Następnie, 7 i 14 lipca, zobaczymy dwie części „Henryka IV”. Głównym bohaterem będzie jak zawsze wspaniały Jeremy Irons, a w roli jego syna i przyszłego króla zobaczymy Toma Hiddlestona. Partnerować im będą Julie Walters, Michelle Dockery, Harry Lloyd i Iain Glen. Finał serii czyli „Henryk V” pojawi się na ekranach 21 lipca. Poza Hiddlestonem zobaczymy Johna Hurta, Lamberta Wilsona, Richarda Griffithsa oraz Geraldine Chaplin. Od takiej ilości nazwisk aż się w głowie przewraca. Trzymam kciuki na ogrom nominacji do Emmy i Złotych Globów.


Na sam koniec trailer, może nie prezentuje za dużo, ale wystarczająco by pokazać spektakularność całej produkcji. Oj, będzie widowisko!


Napisała królowa tego bloga,
Gosiakowa I

Komiksowo-filmowi recydywiści

rinoasin

Po Śnieżkowych narzekaniach czas powrócić do komiksowo-filmowych klimatów. Dzisiejszy zapisek będzie o komiksowych ekranizacjach i aktorach, którzy chętnie biorą w nich udział, często grając zgoła odmienne role. Na początku chciałam zrobić dziesiątkę, ale recydywistów okazało się tyle, że postanowiłam wypisać ich wszystkich. Oczywiście, mogę kogoś pominąć, za co z góry przepraszam.


(Małe spoilery, uwaga!)


Scarlett Johansson


W 2008 roku na ekranach kin pojawił się „Spirit - Duch Miasta”, ekranizacja komiksu stworzonego przez Willa Eisnera w latach 40. XX wieku dla DC Comics. Reżyserii i napisania scenariusza podjął się nikt inny a Frank Miller – twórca takich komiksowych hitów jak „Sin city” czy „300”. Wyglądało na to, że twórca powieści graficznych jak nikt inny będzie potrafił przełożyć „Spirita” na język kina. Tymczasem widzowie rozczarowali się srogo. Film był słaby, żeby nie napisać – głupawy, i zasłużył na lawinę krytyki, która na niego spadła (14% na RottenTomatoes). W obsadzie znalazła się między innymi Scarlett Johansson jako Silken Floss (dlaczego wszystkie kobiety w filmie nazywają się jak aktorki porno?:|), pomocnica głównego łotra. Poradziła sobie sprawnie jak na możliwości scenariusza, może dlatego że jako jedna z nielicznych zdawała sobie sprawę, iż granie na serio tylko bardziej pogrąża film.
Dwa lata później Johansson stałą się inną komiksową heroiną czyli Czarną Wdową w „Iron Man 2”, rolę powtórzyła w „Avengers” i najprawdopodobniej pojawi się w trzeciej części przygód Tony’ego Starka. Tym razem miała więcej szczęścia i w przeciwieństwie do „Spirita” oba filmy zostały dobrze przyjęte przez krytykę („Avengers” nawet entuzjastycznie). Jako ciekawostkę dodam, że początkowo Natashę miała zagrać Emily Blunt, ale zrezygnowała z roli na rzecz „Podróż Guliwera” – podejrzewam, że do dzisiaj pluje sobie w brodę.


Dominic West


Tak się jakoś utarło, że Dominic West gra czarne charaktery. Oczywiście, są wyjątki, ale nie w komiksowych filmach. W ekranizacji komiksu Franka Millera, „300”, zagrał Therona, skorumpowanego polityka ze Sparty. Co ciekawe, postać w oryginale nie występuje i została stworzona na potrzeby filmu. Może dlatego wątek Therona i królowej Gorgo jest najsłabszy w filmie, ale West zdecydowanie poradził sobie z rolą i umiejętnie zniechęca do siebie widza.
O ile „300” zebrało w miarę dobre oceny na RottenTomatoes (59%), to kolejny komiksowy film w dorobku Westa takiego szczęścia nie miał. Mowa o „Punisher: War Zone”, które dostało tylko 26% poparcia. W filmie aktor wcielił się w mafiozo Billy’ego Russoti, który po spotkaniu z głównym bohaterem traci co nieco na wyglądzie i przybiera adekwatny do swego wyglądu pseudonim Jigsaw. Jeśli w „300” West miał coś do zagrania, to w „Punisherze” straszy tylko wyglądem. Szkoda. Lepiej obejrzeć Dominika w rewelacyjnym „The wire”.


Mark Strong


Kolejny etatowy czarny charakter, łotr w co drugim filmie. Nie inaczej było w „Kick-assie”, gdzie wcielił się Franka D'Amico – szefa mafii. Film w dużej mierze kpi z komiksowych superbohaterów, dlatego postacie są przedstawione w krzywym zwierciadle i to samo tyczy się pana D’Amico – niby groźny i niebezpieczny, ale jednocześnie budzi w widzu pozytywne emocje. Szkoda, że nie wróci w drugiej części.
Rok po premierze „Kick-ass” Mark Strong powrócił do komiksowych klimatów. W „Green Lantern” ucharakteryzowany nie do poznania wcielił się w rolę Sinestro, mentora głównego bohatera. Wydawać się więc może, że zagrał pozytywną rolę. Otóż nie! Pod koniec filmu Sinestro przechodzi na ciem… znaczy się, żółtą stronę mocy. Twórcy filmu najwyraźniej chcieli zrobić z niego czarny charakter w drugiej części filmu, ale wygląda na to, że po słabych ocenach krytyków (27% na RottenTomatoes) Zielona Latarnia zgaśnie na zawsze… do czasu rebootu.


Brandon Routh


Wydawać się mogło, że rola głównego bohatera w „Superman: Powrót” otworzy aktorowi drogę do aktorskiej pierwszej ligi. Tymczasem pomimo dobrego przyjęcia krytyków, film nie doczekał się ciągu dalszego, a Routh nie zdobył wielkiej sławy. 4 lata po „Supermanie” mogliśmy go zobaczyć w „Scott Pilgrim kontra świat”, gdzie wcielił się w jednego z przeciwników głównego bohatera, Todda Ingrama. Rola, choć krótka, była zdecydowanie lepsza i ciekawsza od mdłego Clarka Kenta. Niestety, pomimo bardzo ciepłego przyjęcia krytyków, widownia nie dopisała i Pilgrim nie zarobił na siebie. A szkoda, bo to jeden z lepszych (jeśli nie najlepszy) z komiksowych filmów jaki widziałam. W 2011 Routh wcielił się główną rolę w filmie „Dylan Dog: Dead of Night” opartego na włoskim komiksie. O ile dwa pierwsze tytuły zostały dobrze ocenione, to „Dylan” został zmiażdżony – na RottenTomatoes dostał jedynie 6% pozytywnych opinii. Może to zważyło o tym, że kariera aktora jest obecnie w odwrocie – na 2012 ma zaplanowany tylko jeden film i zaczyna szukać szczęścia w serialowym światku.


Jessica Alba


Trzej panowie byli, dla równowagi czas na jakąś panią. W 2005 roku Jessica Alba zaprezentowała się fanom komiksów podwójnie – w lekkiej „Fantastycznej Czwórce” oraz w mrocznym i brutalnym „Sin City - Mieście grzechu”. Za rolę Susan Storm vel Niewidzialnej Dziewczyny dostała nominację do Złotej Maliny dla najgorszej aktorki a także nominację do Teen Choice dla… najlepszej aktorki. No ale w drugim przypadku to dzieci wybierają, nie wymagajmy za wiele. Rola Nancy Callahan została lepiej przyjęta przez widzów i krytyków, głównie dlatego, że Alba miała tylko i wyłącznie ładnie wyglądać. W każdym razie oba filmy miały dobrą oglądalność i studia zdecydowały się na kontynuację projektów. Ciąg dalszy przygód Fantastycznej Czwórki powstał sprawnie i dwa lata po pierwszej części na ekranach kin pojawiła się „Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera”, a Alba dostała kolejną nominację do Złotej Maliny, tym razem dla najgorszego duetu razem z Ioanem Gruffuddem. Z „Miastem Grzechu” sprawa była bardziej pogmatwana, gdy już wydawało się, że Basin City powróci na ekrany kin, nastąpiła kolejna obsuwa i tak wciąż i wciąż. Na dzień dzisiejszy projekt ma premierę ustaloną na 2013 rok. Nie zostało jeszcze potwierdzone, czy Alba powtórzy rolę Nancy.   


Ray Stevenson


Znany głównie z roli Tytusa Pullo w hitowym serialu HBO „Rzym”, Ray Stevenson dotychczasowo pojawił się w dwóch komiksowych ekranizacjach, trzecia jest w drodze. Pierwszym filmem był „Punisher: Strefa wojny” z 2008 roku, gdzie zagrał główną rolę, spragnionego zemsty po zamordowanej rodzinie policjanta Franka Castle. Jak już wspomniałam wyżej, film słabo oceniono, ale nie dziwota, skoro był bezmyślną rąbanką. A Stevenson był o wiele gorszym Punisherem od jego wcześniejszego odtwórcy, Thomasa Jane’a, głownie dlatego że nie potrafił pokazać tragedii swojej postaci. Ot, twardy facet mordujący złych ludzi.
O wiele sympatyczniej aktor zaprezentował się w „Thorze”, gdzie zagrał Volstagga, rubasznego wojownika, przyjaciela głównego bohatera. Rola może niewielka, ale wygląd „na wikinga” niezwykle pasuje Stevensonowi. Z ostatnich wieści wynika, że powtórzy swoją rolę. Ale w Marvelowskim uniwersum zmiany aktorów już następowały, więc nie piszę: „hop!”.


Mickey Rourke


Mówi się, że to rola z „Zapaśniku” pozwoliła Rourkowi wrócić do Hollywood. Błąd! Rourke przypomniał się światu postacią giganta Marva w „Sin City Mieście Grzechu”. Rola (i charakteryzacja) rewelacyjna! Dlaczego została pominięta przez krytykę w wszelkiego rodzaju nominacjach, nie mam pojęcia.
5 lat później Rourke zagrał w drugiej części „Iron Mana”. O ile o jego rola „Mieście Grzechu” była pozytywna (bo jak mordował, to tylko złych), to jako Ivan Vanko aka Whiplash był prawdziwym czarnym charakterem. A raczej próbował być, bo mnie słabo przekonał. Dramat, który przeżył w ogóle nie poruszał, a może Rourke nie potrafił go zobrazować. Na plus mogę zaliczyć jego atak podczas rajdu w Monako. Fajnie wywijał biczami :).
Wciąż nie potwierdzono, czy Rourke pojawi się w drugiej części „Sin City”. Trzymajmy za to kciuki.


Natalie Portman


Ma szczęście do komiksowych filmów, oba tytuły w których zagrała były ciepło przyjęte przez krytykę. Pierwszy z nich to „V jak vendetta” z 2005 roku. Portman tak bardzo zaangażowała się w rolę Evey, że nauczyła się brytyjskiego akcentu, przeszła kurację odchudzającą, a także… ogoliła głowę na zero. Sześć lat później Natalie przypomniała się fanom komiksowych ekranizacji rolą Jane Foster w filmie „Thor”. Jako ukochana głównego bohatera zaprezentowała się dobrze i chodziły plotki, że powtórzy ją w „Avengersach”. Koniec końcem, Jane została wspomniana, a jej twarz mogliśmy zobaczyć tylko na zdjęciu. Zobaczymy ją natomiast w drugiej odsłonie przygód Thora, no chyba że zażąda za dużo pieniędzy i tak jak Edward Norton i Terrence Howard zostanie podmieniona.


James McAvoy


Aktor w 2008 roku zagrał w „Wanted – Ścigani” postać Wesa Gibsona - życiowego nieudacznika, który dowiaduje się, że jego ojciec był zawodowym zabójcą i sam podejmuje szkolenie, by nim zostać. U boku McAvoya pojawili się Morgan Freeman i Angelina Jolie. Mniej znany aktor pomimo głównej roli w każdej reklamie był wymieniany pod koniec, podejrzewam że to musiało boleć. Ogólnie „Wanted” został dobrze przyjęty i przez jakiś czas mówiono o drugiej części, a potem wszystko ucichło. Ostatnimi dniami reżyser filmu, Timur Bekmambetov, oświadczył że ma pomysł na kontynuację – jaki, tego już nie ujawnił.  
W 2011 McAvoy znowu nawiązał flirt z komiksami, flirt bardziej udany. „X-Men: Pierwsza klasa”, bo o tym filmie mowa, został entuzjastycznie przyjęty zarówno przez krytykę jak i widzów. Aktor wcielił się w młodego Charlesa Xaviera, twórcę szkoły dla mutantów. Na 2014 zaplanowano premierę drugiej części, McAvoy oczywiście powraca w roli Xaviera.


Carla Gugino


Fani komiksów mogli dotychczasowo obejrzeć piękną Carlę w dwóch filmach. W pierwszym z nich, „Sin City”, jej rola nie była zbytnio rozbudowana – aktorka wcieliła się w Lucille, kuratorkę Marva i tylko w jego historii gra większa rolę. Bystre oko dostrzeże jej postać też w nowelce Hartigana, gdzie pojawia się na parę sekund. W komiksie Lucielle była adwokatem twardego gliniarza, ale w trakcie montażu sceny sądowe zostały wycięte z filmu.
Gugino zdecydowanie większą rolę miała w „Watchmen Strażnicy”, gdzie zagrała Sally Jupiter aka Jedwabną Zjawę. Niezbędną częścią filmu są retrospekcje, więc charakteryzatorzy mogli poszaleć i Sally raz jest młodsza, raz starsza. Carla ma tyle szczęścia, że w każdym wydaniu wygląda zjawiskowo, a żeńska część publiczności jest trochę zazdrosna:).


Hugo Weaving


Początkowo głównego bohatera w filmie „V jak vendetta” miał zagrać znany z „Rzymu” James Purefoy, ale ponoć maska utrudniała mu oddychanie i musiał zrezygnować z roli V. Jego miejsce zajął Hugo Weaving i choć w filmie ani razu nie pokazuje swojej twarzy, zachwyca. To wielka sztuka grać samym głosem, ale aktorowi się to udało i widz przez cały film jest zafascynowany V tak samo jak Evey.
W 2011 Weaving powrócił do komiksowego światka, tym razem jednak wcielił się w postać stojącą po stronie zła czyli Johanna Schmidta aka Red Skulla w „Captain America: Pierwsze starcie”. Jako czarny charakter aktor sprawił się dobrze, ale nie hipnotyzował już tak jak to robił wcielając się w V. Przed premierą „Avengers” chodziły plotki, że Red Skull powróci i będzie knuć razem z Lokim. Niestety, szalony esesman się nie pojawił, ale może to jeszcze zrobi, w końcu kilka filmów z Marvelowskiego uniwersum jeszcze przed nami.
I na koniec radosne spostrzeżenie – zarówno V jak i Red Skull noszą maski. V przez cały film, Skull ściąga ją w połowie filmu i od tego czasu pokazuje swe czerwone oblicze.


Morgan Freeman


To jeden z tych aktorów, których nie da się nie lubić. No serio, czy ktoś nie lubi Morgana Freemana? Jeśli tak, to niech się nie przyznaje :).
Nasz wspaniały aktor pierwszy raz wziął udział w komiksowym filmie w 2005 roku.  Mowa oczywiście o „Batman – Początek”, gdzie wcielił się w Luciusa Foxa, pracownika Wayne Enterprises. Swoją rolę powtórzył w „Mrocznym Rycerzu” oraz w nadchodzącym „Mroczny Rycerz Powstaje”. Freemana mogliśmy też zobaczyć w „Wanted – Ścigani” ale jeśli w filmach Nolana sprawdzał się znakomicie jako inteligentny dotraca głównego bohatera, to w ogóle mnie nie przekonał jak dwulicowy dowódca morderców. O wiele ciekawiej zaprezentował się w „Red”, gdzie też był niebezpieczny, ale jednocześnie cholernie sympatyczny. Ze złem panu nie do twarzy, panie Freeman!


Nicolas Cage


Dylemat prawdziwego kinomana – czy Nicolas Cage jest dobrym aktorem, czy też nie. W prawdzie dostał dwie nominacje do Oscara, raz nawet udało mu się wygrać, ale po drodze dostał aż 7 nominacji do Złotych Malin, a jego ostatnie filmy częściej jeżą włos na głowie swoim słabym poziomem niż zachwycają. Jednym z takich koszmarków jest bazujący na Marvelowym komiksie „Ghost Rider”, który na RottenTomatoes zdobył jedynie 26%. Widzowie jednak dopisali i 5 lat później mogliśmy zobaczyć drugą cześć zatytułowaną: „Ghost Rider: Spirit of Vengeance”. I tym razem krytycy kręcili nosami –na pomidorach tylko 18%. Również widzowie nie dopisali, więc trzeciej części raczej nie będzie. Jest natomiast szansa, by Cage po raz drugi za rolę Johnny’ego Blaze’a dostał nominację do Złotej Maliny.
Narzekanie, narzekaniem, ale i panu Ce czasem coś się udaje. Tak więc w zalewie złych filmów pojawiły się też i dobre. Jest wśród nich zacna adaptacja komiksu czyli „Kick-Ass”, gdzie Nicolas wcieli się w Damona Macready’ego używającego pseudonimu Big Daddy. Tym razem nie raził drętwą grą aktorską i widzowie nie cierpieli patrząc na niego. Film okazał się sukcesem i w planach jest kontynuacja. Cage co prawda umarł w części pierwszej, ale w sequelu pojawi się w retrospekcjach.   

    
Josh Hartnett


Chyba nigdy nie pojmę fenomenu tego aktora, bo ani on zdolny, ani ładny. Reżyserzy też zaczęli to dostrzegać, bo gra w coraz gorszych produkcjach. Gdy jednak unosił się jeszcze na fali wznoszącej, zaliczył ciekawy epizod w „Sin City”. Na ekranie nie było go nawet 10 minut, ale dzięki temu nie udało mu się zniesmaczyć widzów drewnianym warsztatem, a sama postać jest ciekawa i gdyby grał ktoś inny, marzyłabym o jej rozwinięciu.
Dwa lata później Hartnett pojawił się w kolejnej komiksowej adaptacji – „30 dni mroku”, tym razem jako bohater pozytywny i, niestety, główny. Co ciekawe, nie wcielił się w żadnego superherosa, a zwyczajnego policjanta, którego miasto zostaje napadnięte przez zgraję wampirów. Pomysł był wyśmienity i scenarzyści do połowy sprawnie budowali napięcie, ale potem z każdą minutą było coraz gorzej. Lepiej zapoznać się z krótkim pierwowzorem, zachwycającym niezwykła oprawą graficzną.
Jako ciekawostkę dodam, że Hartnett był jednym z kandydatów do roli Lokiego, gdy plan kręcenia „Thora” był jeszcze w pieluchach. Dzięki Odynowi, nie dostał angażu. Ostatnio pojawiły się plotki o zatrudnieniu Hartetta do reboota „Daredevila”. Oby skończyło się na plotkach.


Thomas Jane


Do 2004 roku aktor był głównie znany z grania ról drugo, a raczej: trzecioplanowych, oraz z żony - Patricii Arquette. Przełomem dla Jane’a stała się rola Franka Castle w filmie „Punisher”. I choć jego kreacja została ciepło przyjęta przez krytyków, gorzej z filmem, którego głównym grzechem były mielizny psychologiczne i nudny scenariusz. Cztery lata później próbowano reaktywować historię mściciela w filmie „Punisher: War Zone” z Rayem Stevensonem w roli głównej. I tym razem się nie udało. Do trzech razy sztuka?
Jane może pochwalić się też zabawnym i smakowitym cameo w „Scott Pilgrim kontra świat” gdzie wcieli się w… wegańskiego policjanta. Brzmi intrygująco? Odsyłam do filmu, warto.


Jeffrey Dean Morgan


Zauważyłam, że Morgan lubi umierać w filmach. Do Seana Beana mu daleko, ale kto wie co się stanie, jeśli dalej będzie tak konsekwentnie wybierać role… I tak właśnie już w pierwszej scenie „Watchmen Strażnicy” jego bohater, Komediant, zostaje zamordowany. Kto go zabił? Dlaczego to zrobił? Odpowiedzi na te pytania będą szokujące i z pewnością nie będą należeć do sztampowych rozwiązań. Sam Komediant pojawia się w retrospekcjach i Morgan w każdej z nich daje z siebie wszystko, dzięki czemu jego bohater jest jednym z ciekawszych w filmie.
Rok później mogliśmy zobaczyć cameo aktora w koszmarku „Jonah Hex”. Tutaj także wcielił się w umaralaka, którego na chwilę z zaświatów sprowadza główny bohater. Scena krótka, ale cieszy.
Ostatni film powstały w oparciu o komiks z Morganem w obsadzie to: „The Losers: Drużyna potępionych”. Tym razem nie umiera, ani na początku, ani na końcu, aż dziwnie się robi :). Film to taka „Drużyna A” (stąd polski tytuł) – grupka agentów CIA zostaje wrobiona w coś, czego nie popełniła i stara się ustalić kto naprawdę za tym stoi. Film został średnio przyjęty przez krytyków – 48% na RottenTomatoes, obejrzeć można, ale nie trzeba. Warto jednak wspomnieć, że poza Morganem w obsadzie pojawiły się jeszcze dwa nazwiska, które zostaną wymienione w tej notce. Oto pierwsze z nich…

Idris Elba


Aktor obecnie znany z doskonałej roli w brytyjskim serialu „Luther” ma za sobą aż trzy role w komiksowych ekranizacjach.  Pierwszą z nich była rola Roque we wspomnianej wyżej „Drużynie potępionych”. Rok później na ekranach kin widzowie mogli go zobaczyć w roli Heimdalla, strażnika mostu Bifrost w „Thorze”. Swoją rolę powtórzy w drugiej części filmu i, jeśli plotki są prawdziwe, jego postać zostanie rozbudowana. Ostatnim tytułem jest niewątpliwa wpadka w filmografii aktora czyli „Ghost Rider 2” – tak zły, że aż szkoda się rozpisywać. Ale pomyłki zdarzają się nawet najlepszym.
Zanim przejdę do kolejnego nazwiska, mała prywata – od jakiegoś czasu mówi się o dołączeniu do Marvelowskiego uniwersum kolejnego bohatera -Black Panther. Szkoda więc, że Elba wcielił się w Hemidalla, bo byłby idealną Czarną Panterą.


Jaime King


Mało znana aktorka pojawiła się w dwóch filmach bazujących na komiksach, co ciekawe – w jednym wcielając się w podwójną rolę. Moja tu oczywiście o „Sin City Mieście Grzechu” gdzie mogliśmy ją zobaczyć jako siostry bliźniaczki Goldie i Wendy. Jak większość kobiet  w filmie miała ładnie wyglądać a nie dobrze grać i się do tego warunku dostosowała. Frankowi Millerowi urocza buzia jednak wystarczyła i wziął ją do swojego filmu „Spirit - Duch Miasta”, gdzie wcieliła się Lorelei Rox, zwiewną syrenę uwodzącą głównego bohatera. Jest szansa, że powróci w drugiej części „Sin City”. Pożyjemy, zobaczymy.


Samuel L. Jackson


To jeden z tych szczęśliwców, po których nie widać upływu czasu. Dacie wiarę, że ma już 64 lata?... No właśnie :)
No, ale nie o wyglądzie tu mowa, a o rolach. Aktor pierwszy raz pojawił się w komiksowej adaptacji filmie w 2008 roku jako Octopus, główny przeciwnik bohatera filmu „Spirit - Duch Miasta”. On i Scarlett Johansson zdecydowanie najlepiej sobie poradzili z całej obsady, ich postacie były przerysowane i bardziej zabawne niż złe. No i te przebieranki, a to kimono, a to mundur SS, jak szaleć to szaleć.
W tym samym roku Samuel L. Jackson zaczął swoją przygodę w Marvelowskim uniwersum jako Nick Fury. Pojawił się prawie w każdym filmie z serii, za wyjątkiem „Incredible Hulk”, a od jakiegoś czasu mówi się o osobnym filmie dla jego bohatera i agentów S.H.I.E.L.D. – trzymam kciuki!
Na sam koniec wstydem będzie nie wspomnieć o jego roli w „Niezniszczalnym” Shyamalana. Tytuł co prawda nie opiera się o żadną powieść graficzną, ale jest głęboko zakorzeniony w powieściach o superbohaterach. Wkrótce na blogu pojawi się większy artykuł dotyczący tego filmu i mu podobnych. No, dość tej reklamy, jedziemy dalej.


Eva Mendes


I trzecia osoba z rzędu, którą mogliśmy oglądać w „Spirit - Duch Miasta”. Wcieliła się tam w sprytną złodziejkę o jakże wdzięcznym imieniu: Sand Saref (tak, zasada imion bohaterek jak z pornosa dalej obowiązuje), która jest jednocześnie ukochaną z młodości głównego bohatera. Dramat rodem z telenoweli popołudniowej i w takiż sposób rozwiązany.
A rok przed „Spiritem” widzowie mogli zobaczyć aktorkę w pierwszej części „Ghost Rider”, gdzie wcielała się w ukochaną z młodości głównego bohatera… brzmi znajomo? To się nazywa konsekwencja w doborze ról!


Ryan Reynolds


Były mąż Scarlett Johansson może pochwalić się aż trzema komiksowymi rolami (a także ładnym ciałem:P). W 2004 roku w „Blade: Mroczna Trójca” razem z Jessicą Biel wspomagał tytułowego łowcę wampirów. Film był zdecydowanie najgorszy z trylogii (26%  na RottenTomatoes), ale dzięki bohaterowi Reynoldsa - Hannibalowi Kingowi – przynajmniej czasami był śmieszny. Choć i tak najśmieszniejszy był Dominic Purcell jako Dracula, tyle że w tym przypadku była to śmieszność niezamierzona.
Pięć lat później aktor powrócił do stajni Marvela, tym razem jako  Wade Wilson aka Deadpool w „X-Men Geneza: Wolverine”. Był to zdecydowanie najsłabszy film z serii o mutantach, ale i tym razem Reynolds się sprawdził, szczególnie po przemianie w Deadpoola, jego wygląd był bardzo niepokojący. Twórcom postać też się spodobała, bo zaczęto mówić o spin-offie, ale na dzień dzisiejszy to wciąż są tylko plany.
Po podwójnym flircie z Marvelem, Reynolds wcielił się w superherosa z DC Comics w filmie „Green Lantern”. Z trzech komiksowych filmów, ten zdecydowanie był najgorszy, a dodatkowo okazał się klapą finansową. Na początku planowana była druga część, ale teraz ciężko powiedzieć czy powstanie.

 
Michael Fassbender


Jaki jest najpopularniejszy cytat z „300”? Łatwe! „This is Sparta!”. A drugi? „Then we will fight in the shade.” – a kto to powiedział? Wojownik Stelios. A kto go zagrał?... Tak, ciężko w to uwierzyć, to Michael Fassbender! I choć wygląda pięknie* w długich włosach i z klatą na wierzchu, to nie ten film był jego przepustką do kariery, a „Głód” Steve’a McQueena. Wtedy posypały się propozycje. Aktor najczęściej wybierał dobrze, ale zdarzały się też i wpadki, tak jak komiksowy „Jonah Hex”, gdzie wcieli się w jednego ze złoczyńców. Pomimo tragicznego scenariusza, Fassbender dawał z siebie wszystko i pewnie przez to bardziej kibicowałam Burke’owi, niż Hexowi. Trzecie podejście aktora do kina komiksowego było zdecydowanie najlepsze – wcieli się w młodego Magneto w „X-Men: Pierwsza klasa”. Film spodobał się widzom i krytykom, a Fassbender aktorsko wcale nie ustępował Ianowi McKellenowi czyli Erikowi z X-menowiej trylogii. Ja się wcale nie dziwię Mystique, że za nim poszła:). Jesienią rozpoczną się zdjęcia do drugiej części „Pierwszej klasy”. Czekamy!
Jako ciekawostkę dodam, że w jednej ze scen usuniętych w „X-menie” mogliśmy zobaczyć aktora w… sukience. Och, czemu to wycieli?:(


Chris Evans


Na sam koniec aktor z największym dorobkiem w komiksowych ekranizacjach. Zaczął od roli Johnny’ego Storma vel Żywej Pochodni w „Fantastycznej czwórce”, którą powtórzył dwa lata później w „Fantastycznej Czwórce: Narodziny Srebrnego Surfera”. Oba filmy nie powalały fabularnie, ale postać Johnny’ego przypadła mi do gustu, bo był jednym z pierwszych herosów, który cieszył się ze swoich mocy, a nie traktował je jak zło konieczne. Miła odmiana.
W 2010 roku oba filmy z Chrisem opierały się na komisach – pierwszy z nich to „The Losers: Drużyna potępionych”, gdzie wcielił się w rolę typowego geeka. Drugi to „Scott Pilgrim kontra świat”. Zagrał w nim Lucasa Lee - jednego z członków Ligii Byłych, z którym musi się zmierzyć główny bohater. Pojedynek nie będzie wyrównany, bo Lucas jest gwiazdą filmową i ma mnóstwo dublerów, ale i na niego Scott znajdzie sposób. Muszę przyznać, że Evans w tym filmie jest rewelacyjny, najlepszy przeciwnik z całej Ligi.
Najważniejszą jednak rolą w komiksowej karierze Evansa była oczywiście ta z „Captain America: Pierwsze starcie”, gdzie wcieli się w głównego bohatera. Rok później powtórzył swoją rolę w hitowym „Avengers”, a przed nim sequele tegoż filmu jak i historii Kapitana Ameryki. Zapracowany chłopak!


Obejrzała, zanalizowała, napisała…


Gosiakowa


*on w ogóle jest piękny :P

Jabłko o smaku rozczarowania

rinoasin

Chyba każdy z nas ma na coś na co czeka niecierpliwie przez cały rok – książkę, płytę, koncert, etc. Ja tak mam z filmami, zawsze znajdę sobie kilka tytułów, do których premiery liczę dni. Ostatnimi miesiącami miałam szczęście i zawsze dostawałam to, czego chciałam. Niestety, szczęście nie może wiecznie sprzyjać - oto ujrzałam „Królewnę Śnieżkę i Łowcę” i poczułam gorzki smak zawodu.


(W recenzji można dostrzec spoilery, strzeżcie się!)


Pomimo dość posępnego wstępu, z góry zapewniam, że film nie jest zły. Ale nie jest też dobry. Jest przyzwoity. Do obejrzenia , a potem zajęcia się czymś innym bez rozpamiętywania poszczególnych scen, bo nic szczególnego w pamięci nie pozostaje, a to grzech ciężki dla filmu. Historia jest kolejną wariacją na temat Śnieżki, ale o ile wcześniejsze „Mirror, mirror” opierało się na ugrzecznionych bajkach o pięknej królewnie, tutaj chciano nawiązać do klasycznych, mrocznych baśni. Pod względem wizualnym to się udaje, niestety gorzej jest z warstwą fabularną. Oto zła i niebezpiecznie piękna Ravenna zabija dobrego króla i zasiada na jego tronie. Jego córkę, Śnieżkę, nie wiedzieć czemu oszczędza i zamyka w wieży. Po latach niewoli dziewczynie udaje się uciec i zbiec do Mrocznego Lasu, a jej tropem podąża wysłany przez królową Łowca*. Gdy w końcu ją odnajduje, zmienia zdanie i postanawia pomóc uciekinierce, a film zaczyna gubić tempo. To dokładnie zaczyna się w wiosce wdów wojennych, nie wiem po co twórcy wprowadzili ten wątek, był nudny i zupełnie niepotrzebny. Potem zaczyna się scenariuszowa przeplatanka – ciekawie – nudno – ciekawie – nudno . Niestety ostatnia walka natrafiła na pole „nudno” i zupełnie nie ekscytuje, a przecież powinna to robić. To już w nakręconych za wiele mniejsze pieniądze odcinkach „Gry o tron” czy „Spartakusa” walki budziły we mnie większe emocje niż tutaj.  Dodatkowo widz oczekiwał epickiego pojedynku pomiędzy Śnieżką a Ravenną a dostał słabą przepychankę. Szkoda.

Był „Hammer Time”, teraz będzie „Effect Axe”


A skoro już o królowej mowa, to wstyd nie wspomnieć o kreacji Charlize Theron. Już w „Young Adult” udowodniła, że doskonale sobie radzi w roli wrednych bab, ale tu przeszła samą siebie. Aż człowiek żałuje, że zła królowa nie dostała więcej scen, a nawet całego filmu. Pozostaje nam czekać na „Prometeusza”, gdzie też będzie cudownie zła.


Pochwaliłam Charlize, czas przejść do innych aktorów. Zacznijmy od głównej bohaterki w wykonaniu Kristen Stewart. Dziewczyna radzi sobie niebo lepiej niż w koszmarnych „Zmierzchach”, ale wciąż nie może pozbyć się swojej charakterystycznej maniery dziecka specjalnej troski z rozdziawioną buzią i niewidzącymi oczami. Dodatkowo nie ma charyzmy, co wyraźnie widać w scenie jej „gorącego” przemówienia, nie wiem jak ona zachęciła ludzi do walki, w normalnych realiach machnęliby ręką i wrócili do swoich zajęć. Aktorsko lepiej prezentował się Chris Hemsworth, ale i on był tylko poprawny, tym bardziej, że jego postać była powtórką z Thora i przez cały film gdy widziałam popijającego Łowcę, niecierpliwie czekałam aż ciśnie kuflem/bukłakiem o ziemię i wrzaśnie: „Another!”. Czytałam, że kandydatami do tej roli byli również Johnny Depp, Tom Hardy, Michael Fassbender, Viggo Mortensen i Hugh Jackman. Oj, chciałabym zobaczyć Fassbendera z toporem :).


Osobny akapit należy do krasnoludków… a raczej krasnoludów, bo z tych pierwszych mają tylko wzrost. Jest ich… ośmiu i podobnie jak w „Mirror, mirror” ich potencjał nie został wykorzystany nawet w połowie. Ja wiem, że czas ekranowy jest ograniczony i nie można przedstawić każdego z nich dokładnie, ale można było poświecić wspomniane wyżej sceny z wioski wdów i dać więcej minut panom, tym bardziej że wcielają się w nich znakomici aktorzy. Choć z drugiej strony to smutne, że w czasach gdy Peter Dinklage zbiera wszelkie możliwe nagrody za rolę Tyriona w „Grze o tron”, studio zamiast zainwestować w utalentowanych aktorów wśród karłów, woli znane nazwiska.


Jeszcze jeden fakt utrudniał mi oglądanie filmu – to jego wtórność. Pomimo wielu dobrych scen, było wiele takich przy których miałam okropne uczucie déjà vu. Poza thorującym Łowcą, mieliśmy ucieczkę Śnieżki przed ludźmi królowej okropnie podobną do ucieczki Arweny przed Nazgulami, pochód grupy bohaterów gęsiego po górkach i pagórkach oczywiście nakręconych z lotu ptaka – to Drużyna Pieścienia? Nie, to Drużyna Śnieżki! Jakby tego było mało, w  Mrocznym Lesie królewnę atakują Dementorzy, a w Sanktuarium spotyka jelenia, który jest tak chamską zrzynką z „Księżniczki Mononoke”, że studio Ghibli powinno się tym zainteresować.

Wizja siedmiu lat nieszczęścia przeraziła Ravennę


Żeby nie było, że tylko narzekam – film może pochwalić się cudowną scenografią, kostiumami , charakteryzacją (Raya Winstone’a poznałam tylko po głosie), ładną muzyką i piosenkami. To wszystko razem tworzy klimat. I ten klimat, mroczny i pozbawiony nadziei, sprawia że film ogląda się dobrze pomimo tylu wad. Brawa też dla twórców za konsekwencję – historia Śnieżki jest poważna i nie starano się na siłę wepchnąć do niej elementów komicznych, najwyżej rubaszne wraz z pojawieniem się krasnoludów. Bardzo podobała mi się też aluzja, że Człowiek z Lustra jest tak naprawdę wytworem chorego umysłu Ravenny, która sama sprowadziła na siebie zagładę.


Podsumowując, film oceniam na 6 punktów. To dobry sposób na stracenie 2 godzin, ale radzę wyzbyć się wszelkich oczekiwań, bo inaczej skończy się rozczarowaniem. „Królewna Śnieżka” zarobiła tyle, że studio Universal zaczęło coś napomykać o drugiej części. Czy jest sens ją tworzyć, skoro czarny charakter został zgładzony, a główna bohaterka została królową? Miejmy nadzieję, że scenarzystom pomysły dopiszą i dostaniemy godny sequel.


Gosiakowa


*facet nie ma imienia, to przydomek dostanie z dużej litery, niech ma.

Komiks wraca po raz trzeci!

rinoasin

Wygląda na to, że komiksy będą pojawiać się na blogu regularnie. Gwiazdą dzisiejszego jest znowu Loki, ale mam jeszcze parę pomysłów z zupełnie innymi postaciami, więc radzę przygotować się psychicznie!


A już w przyszłym tygodniu wracają dłuższe artykuły, sesja sesją, magisterka magisterką, coś tu napisać trzeba :)


Gosiakowa


PS. Demot z baranem znajdziecie tutaj, Loki natomiast pożyczony z tego gaga.

Coś się kończy, coś zaczyna

rinoasin

Tak można podsumować wczorajszy/dzisiejszy dzień, w którym miała miejsce premiera piątego sezonu „True Blood” oraz finał „Mad Mena”. Jak dla mnie, idealny pretekst do napisania kolejnej notki. Zaczynamy.


(Spoilers, Sweetie!)


Zacznijmy od tego, co zakończone czyli „Mad Mena”. Na piąty sezon musieliśmy czekać ponad rok. Ale warto było. Wiem, że ciągle to powtarzam, ale ja naprawdę nie wiem jak scenarzyści to robią, że po raz kolejny wspięli się na wyżyny i każdy odcinek był perełką, dzięki której poniedziałki były wspanialsze. I chwała im za to!


Jak dobrze pamiętamy, pod koniec 4 sezonu Don niespodziewanie oświadczył się Megan. Wielu fanów związek skreśliło już na starcie. Ja do nich nie należałam, może dlatego że Megan wydawała mi się o niebo sympatyczniejsza od innej adoratorki Dona, czyli Faye. Piąty sezon pokazał, że para doskonale sobie radzi po wejściu w stan małżeński. Nowa pani Draper nie zamierza być drugą Betty, mówi to co myśli, walczy o swoje, co wyraźnie nie zawsze podoba się jej mężowi. Jednak i Don wyraźnie dorósł przy nowej wybrance i nauczył się ustępować. Czy jednak sielanka przetrwa? W ostatniej scenie sezonu dostajemy cliffhanger – czy Don da się skusić czy jednak powróci do żony? W tle mogliśmy usłyszeć „You Only Live Twice” w wykonaniu Nancy Sinatry, piosenkę z przygód agenta 007. Czy to gra z widzem, czy też dosadna odpowiedź scenarzystów na pytanie co zrobi Don? Ach, dlaczego do szóstego sezonu tak daleko?


Gdy małżeństwo Dona kwitnie, związki innych bohaterów przechodzą kryzys. Tak więc Roger rozstaje się z Jane, a decyzję o rozwodzie podejmuje… LSD (swoją drogą, sceny z Rogerem na haju były cudowne!). Pan Sterling nie zamierza długo cieszyć się wolnością i nawiązuje romans z matką Megan. Czy przelotny? A może przerodzi się w coś więcej? I co na to państwo Draper? Niestety, na te pytania dostaniemy dopowiedź w przyszłym roku.


Także małżeństwo Joan nie wytrzymało próby czasu. O ile w przypadku Rogera o rozstaniu zdecydowało LSD, to w przypadku Harrisów pretekstem była wojna. Jak dla mnie decyzja podjęta przez Joan była właściwa, tak naprawdę nigdy nie powinna wiązać się z mężczyzną, który potrafił wyrządzić jej tak wielką krzywdę. Sama w końcu przejrzała na oczy i przepędziła go tam, gdzie pieprz rośnie. I bardzo dobrze. Innym ważnym wątkiem w życiu Joan było zdobycie partnerstwa w firmie, wątpliwe w kwestii moralnej. Tu naszła mnie smutna refleksja – od czasu akcji serialu minęło niecałe 50 lat, a w niektórych przypadkach sposób traktowania kobiet wcale się nie zmienił. 


Trzecie małżeństwo to Campbellowie, ten związek co prawda się nie rozpada, ale przechodzi wyraźny kryzys. Karierowicz Pete w tym sezonie zdobywa co chciał – staje się naprawdę ważną częścią firmy, ale nie potrafi czerpać z tego radości, jest wyraźnie rozczarowany swoim dotychczasowym życiem. Dlatego też flirtuje z koleżanką z nauki jazdy, a gdy flirt spełza na niczym, nawiązuje romans z Beth, żoną kolegi. Początkowo Campbell wyraźnie angażuje się w związek, pomimo późniejszej niechęci kochanki. W ostatnim odcinku idzie po rozum do głowy, uświadamia sobie że to nie da nic dobrego i skruszony powraca do żony. Na sam koniec wesołe spostrzeżenie dla antyfanów Pete’a – w tym sezonie bohater parę razy oberwał w nos, mała rzecz, a jak cieszy!

Na sam koniec zostawiłam sobie wątek, który zdecydowanie najbardziej mną poruszył w tym sezonie czyli wątek Lane’a Pryce’a. Teraz, po trzynastu odcinkach wyraźnie widać, że sympatyczny anglik od pierwszego epizodu zmierzał w stronę przepaści. Wychowany w innym świecie, zawsze czuł się wyobcowany w agencji, a jego duma nie pozwoliła mu prosić o pomoc kiedy naprawdę jej potrzebował i to zaowocowało tragedią. Przyznaję, że już dawno żadna śmierć serialowej postaci tak mną nie wstrząsnęła, jak samobójstwo Lane’a. Przerażająca rewelacja. 


Oczywiście, poza wspomnianymi bohaterami mieliśmy jeszcze dużo innych wątków, Peggy czy też Betty. Nie chcę jednak przedłużać i napiszę – każdy był świetny, idealnie wyważony. Jak cały sezon. Dziękuję stacji AMC za 12 tygodni przyjemności i śpiewając „Zou Bisou Bisou” oceniam piątą serię szalonych ludzi na 10 punktów z 10 możliwych.


Czas przejść do tego, co się zaczyna czyli do „True Blood”. Pierwszy odcinek nie był zły, ale nie był też idealny, dużo wątków, żaden w pełni niezagospodarowany, duży niedosyt. Choć z drugiej strony to dopiero przystawka, danie główne przyjdzie z czasem.


Poprzedni sezon skończył się sceną z Sookie lamentującą nad postrzeloną w głowę Tarą. Antyfani aż poskoczyli z radości – koniec wydumanych dramatów Tary! Tymczasem jeszcze przed premierą pojawiły się plakaty piątej serii, a na jednym z nich widniało oblicze Tary. Szkoda, że HBO samo siebie zaspoilerowało. Dlatego fakt stworzenia z dziewczyny wampira nie był tak zaskakujący jak być powinien. Jednak może zostać rozwinięty w ciekawą stronę. Nie wiemy jak bohaterka zniesie przemianę, w końcu jak to zauważyła Pam, pół głowy miała odstrzelone. Może dostaniemy żeńską wersję Bubby z książki? Poproszę!

Eric, Bill i Nora – bromance, incest i co się jeszcze scenarzystom zamarzy


W tym odcinku scenarzyści zaserwowali nam bardzo udany bromance Billa i Erica próbujących uciec przed karą za swoje poczynania. Pomaga im w tym wampirzyca Nora, „siostra” Erica – ich przywitanie mnie rozbawiło. Swoją drogą miło wiedzieć pana Northman w starym stylu, szczególnie „Fuck Sookie!” zdobyło moje serce, witaj stary Ericu!


Powrócił wielebny Newlin, nie tylko jako wampir ale i zdeklarowany gej smalący cholewki do biednego Jasona. Ciekawe, jak rozwiną ten wątek, bo ja nie mam pomysłu. Już na wstępie martwią mnie natomiast losy Jasona i Jessici bo wszystko wskazuje na to, że będziemy mieć dramat w stylu „kocha – nie kocha – lubi – nie lubi”. Jess, ogarnij się i nie męcz biednego chłopaka! Na plus – babywamp śpiewająca „Cherry bomb”.   


I co jeszcze? Sam ma problemy z watahą wilkołaków (scena jedzenia zwłok syna – fuj!), ciało Jesusa znika, Lafayette goli głowę, przyjaciel Terry’ego prowadzi własne śledztwo, a główna bohaterka przez cały epizod sprząta zwłoki. Do czego to wszystko zmierza, nie mam pojęcia. Ale skoro powraca Russel Edgington, bądźmy dobrej myśli. Odcinek oceniam na 6 i czekam na więcej.


A dla spragnionych „Czystej krwi” trailer przedstawiający wydarzenia z najbliższych odcinków:


Obejrzała i napisała popijająca Tru Blood


Gosiakowa

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci