Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Mistrzyni muzycznego viralu czyli iamamiwhoami

rinoasin

Zgodnie z zapowiedzą, czas na muzyczną notkę. Artystka, którą pragnę wam przedstawić, jest artystką niezwykłą, choć mało znaną. Wypromowała się niezwykłymi filmikami i równie niezwykłym głosem za pośrednictwem portalu YouTube. Obecnie jej imię i nazwisko są znane, ale gdy zaczynałam przygodę z jej muzyką, wszyscy posługiwali się jej pseudonimem – iamamiwhoami.

A wszystko zaczęło się od minutowego filmiku, który pojawił się na stronie YouTube 31 stycznia 2010 roku. Video nosiło enigmatyczną nazwę „Prelude 699130082.451322-5.4.21.3.1.20.9.15.14.1.12” i prezentowało widzom las… a dokładniej, to bardzo niezwykły las, gdzie drzewa mają nogi i ręce, a całość wyglądała jak żywcem wyrwana z sennych marzeń dendrofila. Widzowie serwisu zaczęli się zastanawiać, co ten niezwykły filmik reprezentuje – jest zapowiedzą filmu? Klipem muzycznym? A może reklamą? Kolejne filmiki przez miesiąc wzbudzały coraz większe zainteresowanie. Zaczęto obstawiać, kim jest złotowłosa kobieta o skórze pokrytej błotem, która pojawia się w każdej kolejnej odsłonie. Wśród kandydatek najczęściej wymieniano: Lady Gagę, Alison Goldfrapp, Christinę Aguilerę, Lykke Li, Little Boots, Karin Dreijer Andersson oraz Björk. Równie duże dysputy wzbudzały obrazki zwierząt pojawiające się w filmikach – kolejno: koza, sowa, wieloryb, pszczoła, lama i małpa. Rozwiązano natomiast tajemnicę dziwnych tytułów – każdy numer odpowiadał literze w alfabecie, dzięki czemu można było ułożyć słowo bądź słowa.

14 marca 2010 roku pojawił się pierwszy teledysk iamamiwhoami zatytułowany „b”. Senna, marzycielska piosenka pokazywała nam nowe oblicze tajemniczej kobiety z wcześniejszych filmików – wciąż złotowłosa, lecz błoto znikło, a zastąpiła je przeźroczysta folia. Częściowo widoczna twarz dała internautom nowy trop – piosenkarkę Jonnę Lee. Równie często wymieniano Christinę Aguilerę, która ponoć zapowiadała zmianę swojego stylu muzycznego. Dodatkowo nowy krążek piosenkarki miał się nazywać „Bionic” – zdaniem internautów tytuły kolejnych teledysków miały się ułożyć w to słowo, czego potwierdzeniem miał być kolejny utwór, zatytułowany „o”. Dzień później premierę miał pierwszy singiel Aguilery z nowej płyty – „Not Myself Tonight", który z miejsca skreśli ją z listy kandydatek. Mnie do dziś dziwi fakt, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że Aguilera ma całkowicie inny ton głosu od iamamiwhoami…

Wracając do utworów iam, to „o” był bardziej dynamiczny od pierwszego kawałka, a do tego brzmiący znajomo… a to dlatego, że jego fragment mogliśmy usłyszeć we wcześniejszym video – „23.5.12.3.15.13.5-8.15.13.5.3383”. Miesiąc później pojawiły się aż dwa teledyski – „u-1” i „u-2”. Bez dwóch zdań, to najbardziej niepokojące filmy stworzone przez artystkę, co ciekawe – muzycznie całkowicie odmienne, a jednocześnie tworzące idealną całość. W kolejnym filmiku zatytułowanym „n” powróciła znajoma, ubłocona nimfa z wczesnych faz projektu. Sama piosenka jest niezwykle magiczna i można jej słuchać wciąż i wciąż. W tym samym miesiącu pojawił się kolejny singiel „t”, który poza kolejnym świetnym utworem, pokazał prawdziwą twarz naszej nimfy i już nikt nie miał wątpliwości – to Jonna Lee, szwedzka piosenkarka, dotychczasowo mało znana szerszej publiczności. Ponad miesiąc później pojawił się kolejny teledysk – „y”, który czasowo był najdłuższy z wszystkich. Teledysk zaczynał się od milczącego intra, także w trakcie piosenki mieliśmy chwilę przerwy. Video zdecydowanie świetne, aż się prosi o analizę dyskursu medialnego (o to proszą się wszystkie filmiki do utworów iamamiwhoami), ale gdy ta wersja była jedyną dostępną w sieci, przez te przerwy ciężko było zachwycać się samą piosenką. 

Tytuły dotychczasowych teledysków ułożyły się w słowo „bounty” i cały projekt na chwilę ucichł. Fani zaczęli zadawać kolejne pytania – czy to już koniec? Czy Jonna Lee powiedziała to, co chciała powiedzieć i znika na zawsze? A może doczekamy się płyty? W końcu „bounty” (czyli: „hojność”) musi coś znaczyć! I faktycznie znaczyło – na stronie pojawił się filmik-ogłoszenie, który informował o zbliżającym się koncercie iamamiwhoami i poszukiwaniu kandydata do wzięcia w nim udziału. Brzmiało to dość dziwnie – tylko jedna osoba? Zaciekawieni internauci czekali na rozwój wydarzeń i wysyłali zgłoszenia na tajemnicze wydarzenie. W końcu szczęśliwiec został wybrany – został nim użytkownik ShootUpTheStation, a na YouTubie zaczęły pojawiać się filmiki z jego przygotowań do koncertu (po wydarzeniu zniknęły z kanału). Przyszedł w końcu czas na z dawna wyczekiwany koncert… choć słowo „koncert” nie do końca pasuje do tego, co iam pokazała fanom (całość można było obejrzeć na stronie internetowej), ja wolę określenie „muzyczny spacer”. Wszystko zaczyna się w hotelu, z którego samochodem przenosimy się do lasu, a tam rozpoczyna się magia – wizualna i muzyczna. Nowe aranżacje piosenek są niezwykle udane, a las przepełniony jest elementami znanymi z wcześniejszych teledysków. Całość wieńczy nowa piosenka zatytułowana „.”, a także odpowiedź na to, co w sześciu wstępnych filmikach oznaczały zdjęcia zwierząt.

Po magicznym wydarzeniu powróciły pytania – co dalej? Będzie płyta? A może to już rzeczywiście koniec? Jonna długo kazała czekać na jakąkolwiek oznakę życia, ale w końcu na panelu pojawił się kolejny teledysk zatytułowany: „; john”. Piosenka różniła się od piosenek z ery „bounty” żywiołowością, a także stylistyką – już w pierwszej scenie opuściliśmy las i przenieśliśmy się do dość dziwnego… przybytku rozkoszy. Ten motyw kontynuowany jest w „clump”, który wyszedł dwa miesiące później. O ile „u-1” i „u-2” były najbardziej niepokojącymi filmikami iam, to „clump” jest zdecydowanie najbardziej erotycznym. Co śmieszne, nie mamy tutaj żadnych śmiałych scen, praktycznie przez cały czas kamera jest skupiona na twarzy Jonny, ale ruchy jakie wykonuje piosenkarka kojarzą się jednoznacznie. Te dwie piosenki są takim przecinkiem oddzielającym „bounty” a „kin”, stylistycznie nie pasują ani do pierwszego, ani do drugiego projektu. Jednak zdaniem iamamiwhoami należą do początkowej ery, bo włączyła je do playlisty zatytułowanej „bounty”.

 

Pół roku po debiucie „clump” rozpoczął się kolejny projekt artystki. Zaczął go króciutki filmiki zatytułowany „kin 20120611” przedstawiający pustą kartkę powieszoną w gablocie. Tylko tyle, ale widzom wystarczyło do snucia kolejnych interpretacji. Mnie samą najbardziej interesował numer w tytule, wskazujący na to, że 11 czerwca 2012 roku coś się stanie. Ale co? Kolejny koncert? A może wreszcie płyta? Bardzo, ale to bardzo liczyłam na to drugie. Ale do czerwca jeszcze trochę, trzeba było czekać. Żeby nudno nie było, regularnie pojawiały się nowe teledyski, tematycznie oscylujące pomiędzy blokowiskami, lasami, pustyniami, a także wnętrzem pewnego pudełka. Kolejność pojawiania się nowych piosenek to – „sever", „drops", „good worker", „play", „in due order", „idle talk" , „rascal", „kill" i „goods". Muzycznie, to kolejne perły, natomiast historie w teledyskach rozczarowują, niby na każdy jest jakiś pomysł, ale nigdy nie jest on w pełni wykorzystany. Tak jakby cała inwencja i pomysłowość została wyczerpana przy „bounty”. Szkoda.

11 czerwca miała premierę pierwsza płyta artystki, co było dla mnie kolejnym rozczarowaniem, bo znalazło się na niej tylko 9 piosenek z ery „kin”. Niestety, na dzień dzisiejszy krążek nie jest dostępny w Polsce, ale liczę na to, że pewnego dnia będę mogła go postawić na półce z płytami moich ulubionych artystów.

A co dalej z iamamiwhoami? Po raz kolejny – nie wiadomo. Fanom pozostaje regularnie zaglądać na jej YouTubowy kanał i czekać, bo to z pewnością nie jest koniec tej niezwykłej, muzycznej historii.

Gosiakowa 

Komiks kontratakuje!

rinoasin

Dawno nie było komiksu, więc czas na reaktywację…


Żarty, żartami, ale naprawdę ucieszyłam się, że Mads Mikkelsen zostanie zastąpiony przez Christophera Ecclestona, do którego mam ogromny sentyment związany z „Doktorem Who”. Zostało potwierdzone, że wcieli się w postać Malekitha, a skoro będzie Malekith, to będą też i elfy. Brzmi intrygująco, mam nadzieję, że będzie dobrze.


Pozdrawia was

Gosiakowa

PS. W sierpniu i wrześniu notki będą wychodzić co trzy dni, potem może wszystko wróci do normy. 

 

10 magicznych filmowych chwil

rinoasin

Dawno temu był sobie miesięcznik „Cinema”. Właścicielka blogu Neon ochoczo kupowała go co cztery tygodnie i czerpała z niego wieści, co obejrzeć, a czego się wystrzegać. Niestety, rynek prasowy jest okrutny i koniec końcem „Cinema” znikła z półek sklepików prasowych. Do dzisiejszego dnia mam wszystkie zakupione przez siebie numery i od czasu do czasu oglądam je z nieukrywaną nostalgią. W numerze z maja 2006 roku Konrad Wągrowski zaprezentował czytelnikom zestawienie 10 magicznych filmowych chwil. Bardzo mi się ono spodobało i postanowiłam stworzyć swoje top ten. Oczywiście, większość propozycji z „Cinemy” powtórzyła się u mnie, dlatego postanowiłam je pominąć żeby nie było tak wtórnie. Zrobiłam wyjątek tylko dla jednej sceny, bez której zestawienia sobie nie wyobrażam.
Ale zanim zaczniemy, krótka odpowiedź na to, czym są magiczne chwile. Wągrowski napisał: „to sceny, które zwykle wcale nie są niezbędne dla filmu. Nie zmieniają wymowy, nie wypływają na zrozumienie fabuły czy przesłania. To efekciarskie popisy reżyserów, kamerzystów i twórców efektów specjalnych. Czasem przerysowane, niekiedy ocierające się o kicz, ale zawsze w jakiś sposób pięknie i poruszające, zapierające dech w piersiach” – wybaczcie, że posłużyłam się cytatem, ale wolałam przepisać tekst jednego z lepszych polskich krytyków niż go sparafrazować.
A wracając do listy – ostrzegam przed spoilerami i zapraszam do czytania.

10. „Melancholia” – początek i koniec przy akompaniamencie Wagnera

Plakaty promujące film von Triera były opatrzone hasłem: „To będzie piękny koniec świata” – i choć na ogół tagline’y na posterach są durne i grubo przesadzone, ten trafiał w sedno, bo „Melancholia” to piękny film. Na mnie największe wrażenie zawsze wywiera scena otwierająca film. Bombastyczny utwór Wagnera zwiększa dramatyzm i dodaje magii niezwykłym scenom zaprezentowanym nam w zwolnionym tempie. Całość trwa 8 minut, ale dla mnie mogłoby trwać trzy razy tyle.

 

9. „Avatar” – Pandora

Ponoć po premierze filmu ludzie popadali w depresję, bo rzeczywistość była taka szara, brzydka i dołująca w porównaniu do niezwykłego świata Pandory. Nie wiem czy to prawda, czy też to plotka stworzona by przyciągnąć więcej ludzi do kina, ale wiem, że dobrze rozumiem potencjalnych załamańców – o „Avatarze” można powiedzieć tyle samo złego, co dobrego, ale wątpię, by ktokolwiek czepiał się Pandory, która jest magiczna zarówno dniem jak i nocą. Twórcy stworzyli niezwykły ekosystem odrobinę podobny do naszego, a jednocześnie całkowicie odmienny. Aż trudno oderwać wzrok.

8.  „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa” – Łucja trafia do Narnii

Jak byłam mała po obejrzeniu starszej wersji „Opowieści z Narnii” razem z siostrą wchodziłam do szafy i udawałam, że przenoszę się do… Disneylandu. Cóż, dzieciom inne miejsca się marzą niż dorosłym. Gdy byłam starsza, przeczytałam książkowy oryginał i zapragnęłam ponownie wejść do szafy i tym razem przenieść się do śnieżnej Narnii. Nigdy tego nie zrobiłam, ale sentyment do szaf pozostał mi do dziś i gdy w nowej wersji zobaczyłam przejście Łucji do magicznego, śnieżnego świata, byłam zachwycona. Od tego czasu film widziałam kilka razy i wciąż odczuwam takie samo uczucie. Cudowna muzyka, magiczna scenografia i wspaniale naturalna Georgie Henley, aż człowiek zaczyna żałować, że nie jest już dzieckiem.

7. „Spirited Away: W Krainie Bogów” – Podróż pociągiem

To właśnie jest scena, bez której nie wyobrażałam sobie rankingu. Jak to słusznie Konrad Wągrowski zauważył – filmy Hayao Miyazakieo są przepełnione scenami mogącymi uchodzić za najbardziej magiczne momenty kina animowanego, bez problemu mogłabym zrobić całe zestawienie w ich oparciu. Jednak zawsze największe wrażenie wywiera na mnie podróż pociągiem Chichiro przez krainę bogów. Wizualne piękno i wspaniała muzyka sprawiają, że mamy małą, przepiękną perłę.


6. „Marzyciel” – „To Nibylandia”

Gdy chora Sylvia nie może udać się na premierę „Piotrusia Pana”, James organizuje przedstawienie w jej domu, które kończy się przejściem do Nibylandii. W pełni rozumiemy zachwyt Sylvii, czujemy go równie mocno, jednocześnie głęboko poruszeni. Ta scena zdecydowanie ma w sobie magię, nie wiem tylko czy jest to magia filmu, czy też magia samej Nibylandii.


5. „Hero” – Pojedynek Śnieżnej Zamieci i Luny

W filmach wuxia mieliśmy dużo pięknych scen, ale zawsze największe wrażenie robił na mnie pojedynek Śnieżnej Zamieci i Luny w „Hero”. Poza świetną choreografią walki zmysły widza urzeka kolorystyka – błękitne niebo, złote liście wirujące dookoła wojowniczek i czerwone, rozwiane szaty. Całość wieńczy zmiana kolorów drzew po koniec walki.

4. „Zaplątani” – Lampiony w górę

Po latach Disney wciąż potrafi stworzyć zachwycające sceny w swoich animacjach. W „Zaplątanych” dostajemy nie tylko jedną z lepszych piosenek z bogatej muzycznej historii studia, ale także wizualną perłę. Chmara lampionów wzlatujących w powietrze przy akompaniamencie „I See The Light” robi olbrzymie wrażenie, brawa dla twórców za dostrzeżenie magii w tak prostej rzeczy jaką jest lampion.

3. „Król Lew” – „Krąg życia”

I Disney po raz drugi w zestawieniu. O ile wcześniejsze miejsce było reprezentowane przez nowsze dzieło studia, to tutaj mamy klasyk. Piosenka otwierająca „Króla Lwa” świetnie wykorzystuje afrykańskie brzmienia, a zdobią ją wspaniałe kadry rodem z „National Geographic”, które robiły i wciąż robią olbrzymie wrażenie, bo pomimo 18 lat na karku, „Król Lew” nie zestarzał się ani o dzień.

2. „Władca Pierścieni – Drużyna Pierścienia” – Argonath

Jeśli chodzi o zjawiskowość, to z trylogii Jacksona bezsprzecznie wygrywa część pierwsza. Mamy rześki, zielony Hobbiton, przepiękne, złote Rivendell i magiczne, błękitne Lothlórien. Jednak wszystkie te miejsca bije na głowę jedna krotka scena, gdy drużyna płynie rzeką Anduin i mija dwa olbrzymie posągi. W pełni rozumiemy podziw w oczach Froda i skrycie zazdrościmy, że nie możemy znaleźć się na jego miejscu i zobaczyć wspaniałych rzeźb z bliska.

1. „Wszystko jest iluminacją” – Chatka w morzu słoneczników

Decyzja może kontrowersyjna, ale gdy zaczęłam wybierać w głowie potencjalnych kandydatów do listy, „Iluminacja” pojawiła się pierwsza i byłam więcej niż pewna, że znalazłam swój numer jeden. Scena rozpoczyna się gdy Alex wychodzi z samochodu, a kamera pokazuje jego twarz, wyraźnie czymś oczarowaną. Widz nie wie jeszcze co bohater dostrzega, ale po paru chwilach wszystko staje się jasne – małą chatkę pośrodku pola słoneczników ciągnących się aż po horyzont. Po otrząśnięciu się z zachwytu aż chce się powiedzieć - takie piękne miejsca tylko w Europie!

Na koniec 10 magicznych chwil zdaniem „Cinemy”:
10. „Słomiany wdowiec” – Fruwająca sukienka
9. „Spirited Away: W Krainie Bogów” – Magiczny pociąg
8. „Poszukiwacze zaginionej Arki” – Jak znaleźć Arkę Przymierza?
7. „Gwiezdne wojny: Część IV - Nowa nadzieja” – Statek kosmiczny nad nami
6. „Łowca androidów” – Łzy w deszczu
5. „Przeminęło z wiatrem” – Pocałunek Rhetta i Scarlett
4. „Park Jurajski” – Brachiozaury pośród drzew
3. „Władca Pierścieni: Powrót Króla” – Stosy sygnalizacyjne
2. „E.T.” – Rower na tle księżyca
1. „Titanic” – Statek marzeń

A jakie sceny filmowe są dla was przepełnione magią?
Gosiakowa

Odleciałam z „Atlasem chmur”

rinoasin

Gdy piszę notki o trailerach, staram się prezentować zawsze po dwa tytuły, żeby nie było ani za dużo, ani za mało. Ale tym razem postanowiłam nie czekać na drugi ciekawy tytuł i pokazać jeden zwiastun na blogu. Zwiastun niezwykły i magiczny, wbijający w krzesło. Zwiastun, który nie prezentuje całej fabuły, a mimo to porusza – w okolicach drugiej minuty zorientowałam się, że mam łzy w oczach. Chyba się starzeję…

A o zwiastunie jakiego filmu mowa? Dzieło zwie się „Cloud Atlas” i jest dzieckiem Toma Tykwera i rodzeństwa Wachowskich. Jestem ciekawa jaki będzie efekt ich współpracy. Wachowscy to typowi wyrobnicy, natomiast Tykwer to bez dwóch zdań artysta i mam nadzieję, że jego wkład doda filmowi świeżości i magii.
Scenariusz „Cloud Atlas” jest ekranizacją powieści Davida Mitchella pt. „Atlas chmur”. Książka składa się z 6 różnych historii dziejących się w odmiennych czasach – od XIX wieku do odległej przyszłości. Nie jest to materiał łatwy do przeniesienia na ekran, z pewnością całość nie będzie trzymać równego poziomu, znajdą się lepsze i gorsze historie. Film zamknie się w niecałych 3 godzinach, widać że twórcy nie chcieli bawić się w skróty i pójście na łatwiznę za co mają ode mnie ogromny plus, bo żaden film jeszcze dobrze nie wyszedł na wycinaniu scen. Duże wrażenie robi też obsada – mamy Toma Hanksa, Susan Sarandon, Jima Broadbenta, Hugo Weavinga, Bena Whishawa i wielu, wielu innych. Zdjęcia i scenografia zachwycają, utwór z filmu także, ale… nie mogę się pozbyć obaw co do tytułu. Boję się, że dostaniemy powtórkę z „Drzewa życia”*, czyli historię próbującą opowiedzieć widzowi o wszystkim, a w końcowy efekt będzie taki, że dostaniemy kiczowaty bełkot o niczym. Nie obrażę się, jeśli końcowy efekt będzie mieć bliżej do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, który doskonale przedstawiał widzowi kilka historii naraz i jest niedoścignionym wzorem filmowej budowy szkatułkowej.

To moje nadzieje i pobożne życzenia. Co z tego wyjdzie, zobaczymy za jakiś czas. Na dzień dzisiejszy pozostaje nam ponad 5 minutowy (!) zwiastun. Gdy film okaże się słaby, będzie można nim wytrzeć łzy rozczarowania.


Gosiakowa 


*wszystkich fanów filmu przepraszam, ale uważam że „Drzewo życia” to strasznie pretensjonalny gniot. 

Mrok zapada, Rycerz powstaje

rinoasin

I doczekałam się – z dawna wyczekiwany ostatni film o Batmanie wszedł na ekrany polskich kin. Bez zwłoki udałam się do kina, nie kryjąc dużych oczekiwań względem filmu. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że poprzednia część Nolanowskiej trylogii postawiła poprzeczkę niesamowicie wysoko i byłam ciekawa, na ile reżyserowi uda się nią przeskoczyć. Udało się. Ale skok był odrobinę nierówny i poprzeczka się zachwiała.

Od wydarzeń z poprzedniej części minęło 8 lat. Piekło rozpętane przez Jokera odcisnęło na Batmanie olbrzymie piętno, zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Stracił całą ochotę do walki ze złem i wiedzie wręcz pustelnicze życie w swojej rezydencji. Jednak wkrótce będzie musiał ponownie przywdziać czarny kostium Mrocznego Rycerza, gdyż zbliża się burza. Burza spowodowana przez diabolicznego Bane’a. Jaki jest jego cel? Niezwykle prozaiczny – zniszczyć Gotham. 

Nic nowego, w końcu w każdej ekranizacji komiksu ten wielki zły chce siać zniszczenie na lewo i prawo. Na szczęście, Christopher Nolan na spółkę ze swoim bratem stworzył dobry scenariusz spinający dwie poprzednie odsłony i doskonale wypełniający lukę pomiędzy różnicą w klimacie obu filmów. Wciąż jest więc realistycznie, a mniej komiksowo, jak w drugiej części, pojawia się jednak dużo nawiązań do filmu otwierającego trylogię – wspomniane zostają znane nam postacie i zdarzenia, dostajemy dwa camea, a historia w filmie jest zakończeniem tego, co zaczęło się w 2005 roku. Oczywiście, nie samymi nawiązaniami film stoi i wprowadza do świata Mrocznego Rycerza nowe postacie. Jest Selina Kyle vel Kobieta Kot (co ciekawe, w filmie ten przydomek nie pada) – wielu fanów oburzało się na wieść, że wcieli się w nią Anne Hathaway, inni narzekali, że postać złodziejki nie pasuje do świata przedstawionego przez Nolana, pozostali wściekali się, że bohaterka nie ma kocich uszów. Kontrowersji było wiele, ale po filmie większość czarnowidzów powinna zmienić zdanie* - Selina jest dobrze napisaną postacią, kobietą z krwi i kości, a nie erotycznym ozdobnikiem. Hathaway sprawnie przedstawia balansowanie bohaterki pomiędzy dobrem a złem, prawem a bezprawiem, bohaterstwem a tchórzostwem. Może wielu się narażę, ale dla mnie to najlepsza filmowa Kobieta Kot. Ważną rolę w filmie pełni idealistyczny policjant John Blake zagrany przez Josepha Gordona-Levitta. John to taka młodsza i jeszcze nie pozbawiona złudzeń wersja komisarza Gordona. Gordon-Levitt może nie wykonywał tu wymyślnych akrobacji rodem z „Incepcji”, ale stworzył ciekawą postać, która z miejsca budzi sympatię, aż chce się mu kibicować. Najważniejszą jednak postacią z zastrzyku „świeżej krwi” jest wspomniany wcześniej Bane – na szczęście, poza imieniem, nie mający nic wspólnego z Banem z koszmarnego „Batmana i Robina”. Nolan stworzył ciekawe połączenie Jokera i Ra's Al Ghula, ale tym razem nie pozwolił by czarny charakter zdominował cały film tak jak to było w przypadku Jokera. Roztropnie dawkuje sceny z nim, tak że nie mamy przesytu ani też niedosytu. Przed Tomem Hardym stało nie lada wyzwanie, nie dość, że miał zstąpić na stołku czarnego charakteru perfekcyjnego Jokera, to dodatkowo jego twarz zasłaniała maska, która zdecydowanie ograniczała jego możliwości. Mimo to aktor sobie poradził zarówno aktorsko, jak i fizycznie - jego muskularna sylwetka robi duże wrażenie, Hardy to postawny aktor, ale nie aż tak, ciekawe ile masy przybrał na potrzeby filmu? Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o głosie Bane’a, który głupio kojarzył mi się z jakimś angielskim gentelmanem.

Gdy tylko usłyszałam ton głosu Bane’a, od razu pomyślałam o tym. A potem pomyślałam, że mam chorą wyobraźnię.

 

Żarty, żartami, ale głos antybohatera w ciekawy sposób kontrastował z chrypą Batmana. W ogóle, mam wrażenie, że Nolan chciał za pomocą dwóch bohaterów przedstawić osobliwe yin i yang – odmienne tony głosu, maski zasłaniające inne części twarzy, pancerz i jego brak i ta najbardziej oczywista różnica czyli dobro reprezentowane przez Batmana i zło odzwierciedlone przez Bane’a. Tyle, że panowie nie mogą koegzystować obok siebie, tylko jeden z nich może zwyciężyć.  

Poza wspomnianą trójką w obsadzie pojawiło się jeszcze kilka innych nazwisk z Marion Cotillard na czele, ale nie zrobili na mnie takiego wrażenia jak Hathaway, Hardy i Gordon-Levitt. No a co ze „starą” obsadą? Jak zwykle, bardzo dobrze - Christian Bale doskonale przedstawia załamanie i zwątpienie jego bohatera, a następnie jego odrodzenie, czy raczej: tytułowe powstanie. Gary Oldman i Morgan Freeman to klasa sama w sobie, ale najbardziej zachwycił mnie w tej odsłonie Michael Caine jako zatroskany o losy Bruce’a Alfred.

Film zaczyna się od dynamicznej sceny zniszczenia samolotu, potem akcja spowalnia co wcale nie oznacza, że jest nudno. Nolan wie jak budować napięcie, widz podświadomie wie, że to cisza przed burzą zapowiedzianą przez Selinę. Jest dużo rozmów i dylematów moralnych, co jest ciekawe, ale fabuła nabiera największych rumieńców gdy plan Bane’a wchodzi w życie, wtedy film zaczyna przypominać jazdę kolejką górską – pędzi przed siebie, porywając z sobą widzów, których spotka po drodze parę zaskoczeń, mniejszych lub większych. Całość wieńczy satysfakcjonujące zakończenie. Udane do tego stopnia, że mam nadzieję, że ten film rzeczywiście będzie finałem i żaden ciąg dalszy tego finału nie popsuje.

„Mroczny Rycerz Powstaje” od strony technicznej prezentuje (jak zwykle) wysoki poziom – efekty specjalne, montaż, dźwięk i jego montaż – to wszystko jest doskonałe i z pewnością powalczy o statuetki Oscara z „Avengersami”. To samo ze zdjęciami, Nolan ma słabość do mrocznych, przepełnionych zimnym, błękitnym światłem widoków. To niezwykle pasuje do pełnego okrucieństwa świata Batmana. Muzyka to nic innego jak powielanie udanych motywów z poprzednich części, co nieco rozczarowuje i trąci pójściem na łatwiznę. Warto jednak wrócić uwagę na znany z trailera hymn śpiewany przez więźniów czyli „Deshay Basara” – za każdym razem przyprawiał mnie o ciarki na plecach.

Wciąż chwalę, można się więc zastanowić, dlaczego na wstępie napisałam o chwiejącej się poprzeczce. Otóż jest jeden, ale duży minus – czasem miałam wrażenie, że film mówi o mieszkańcach Gotham, a Batman jest tylko postacią drugoplanową. Bohater potrafi zniknąć na długo, a my obserwujemy wątki innych postaci, które złe nie są, ale mimo wszystko – Batman zasługuje na więcej. Po tym jak został przyćmiony przez Jokera w „Mrocznym Rycerzu” liczyłam na to, że tym razem on będzie dominować w filmie. Niestety, tak się nie stało. Można doczepić się paru błędów logicznych, mnie szczególnie w oczy zakuło (spoiler!) wyjście policjantów z pod ziemi, pod którą byli uwięzieni kilka miesięcy, czystych jak łza – dość absurdalny widok (koniec spoilera).

Seans „Mroczny Rycerz Powstaje” prawił mi dużo radości, niecałe 3 godziny zleciały z szybkością minuty. Aż się smutno robi, że to już koniec. Ale lepiej ze sceny zejść niepokonanym niż osiągnąć poziom dna i mułu, który znamy z filmów Schumachera, brrr. Film oceniam na solidną i dumną 9 i… kurcze nie mam na co czekać! :(

Za przeczytanie dziękuje zasmucona


Gosiakowa


*wiadomo, wszystkim się nie dogodzi

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci