Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Dziesięć powodów, dla których warto obejrzeć…

rinoasin

Wakacje zbliżają się wielkimi krokami. Pomimo wielu plusów, lato ma jedną wadę – przerwę w ukochanych seriach serialowych maniaków. Oczywiście, kilka tytułów takich jak „True Blood”, „Weeds” czy „Breaking Bad” na przekór innym zaczyna się w gorącym sezonie, ale dla tych którzy nie oglądają ich  lub wciąż im mało, postanowiłam napisać dzisiejszą notkę. Zaprezentuję w niej 10 powodów, by wolny czas wykorzystać do zapoznania się z jednym z lepszych seriali jaki kiedykolwiek powstał – „Carnivale”.


(River Song ma urlop, spoilerów nie będzie)


1. HBO – czego chcieć więcej?
Stacja HBO znana jest z tego, że jej seriale są na bardzo wysokim poziomie (szczególnie te 40/50 minutowe, z krótszymi różnie bywa) i najczęściej zyskują na status kultowych lub czekają na to w kolejce. „Carnivale” nie jest może tak znane jak „Seks w wielkim mieście” czy „Rodzina Soprano” ale jest zdecydowanie kultowe i zdecydowanie prezentuje wysoki poziom.


2. Długość
Tylko 2 sezony czyli 24 odcinki. „Carnivale” pomimo dobrej oglądalności zostało anulowane. Dlaczego? Serial był za drogi, a jego twórca rozpisał scenariusz aż na 6 sezonów. Straszna szkoda, tym bardziej, że gdyby seria wystartowała teraz, przy dobrej reklamie bez problemów osiągnęłaby wyniki oglądalności na równi z „True Blood” czy z „Grą o tron”. Na pocieszenie stwierdzam, że finał można uznać to za koniec historii.

3. Fabuła
W czasach, gdy oglądamy żywe trupy, szalonych ludzi, zdesperowane gospodynie domowe czy gry o tron, miło obejrzeć coś opierającego się na prostym pomyśle – walki dobra ze złem. Na szczęście scenarzyści nie zagrzebują się w schemacie, a dopasowują go do świata stworzonego w serialu.

4. Klimat
„Klimat” to akurat złe słowo, bardziej pasuje tutaj „KLIMACISKO”. Gdy obejrzysz pięć minut „Carnivale”, wpadasz w pułapkę i chcesz więcej i więcej. Chcesz wciąż napawać się tym dusznym, tajemniczym klimatem. Coś pięknego.

5. To nie jest film…
…ale czasami można mieć wrażenie, że filmem jest. Montaż, scenografia i kostiumy są przepiękne i realistyczne. Gdy raz spojrzysz na cyrk w „Carnivale”, każdy inny będzie nierealny i przekoloryzowany (vide ten z „Wody dla słoni”).

6. Niejednoznaczność postaci 
Jak już wspomniałam, fabuła opowiada o walce dobra ze złem, ale żadna z postaci nie może się od razu wpisać w rubryczkę: „dobry” lub „zły” – tutaj każdy ma jakieś wady, jakieś powody, by nie zawsze działaś słusznie, a nawet ten zły ma zdecydowanie ludzkie odczucia.

7. Miejsce i czas akcji
A właściwie – miejsca. Razem z cyrkiem przemierzamy Amerykę wyniszczoną przez Wielki Kryzys, od Oklahomy po Kalifornię. Te same czasy możemy zobaczyć w innym serialu HBO – „Zakazanym Imperium”, ale w przeciwieństwie do tego tytułu, „Carnivale” pokazuje co się dzieje poza obrzeżami miast takich jak Atlantic City czy Chicago i robi to w mistrzowski sposób. Bieda i poczucie beznadziei biją z ludzkich twarzy, nie dziwota, że próbują znaleźć pociesznie gdzie się tylko da – w cyrku bądź w religii.  

8. Aktorzy
Poziom aktorstwa w serialu jest bardzo dobry, nie znajduję tu słabego ogniwa. Najbardziej warci uwagi są Clancy Brown jako brat Justin i Michael J. Anderson jako Samson (to on rządził w HBO przed Tyrionem:)), gdy się pojawiają na ekranie, ciężko oderwać od nich wzrok. Mała uwaga – fani ładnych twarzy się rozczarują, serial nie bawi się w pokaz mody, stawia na normalnych ludzi, ani pięknych, ani brzydkich. Wymuskanych bohaterów zostawmy stacji The CW.

9. Nie zestarzał się
Od premiery pierwszego sezonu minęło już 9 lat i wcale tego nie widać. „Carnivale” nie razi sztucznością, czasem prezentuje się nawet lepiej od „Gry o tron” (która wykonana jest znakomicie, ale zdarzają się zgrzyty), dzięki czemu widz nie musi się niepotrzebnie dekoncertować, bo coś głupiego przykuje jego uwagę. 

10. Do wielokrotnego użytku
Minęły 2 lata i jeden dzień od czasu zakończenia przeze mnie serialu po raz pierwszy. Od tego czasu obejrzałam go jeszcze dwa razy, parę tygodni później razem siostrą, potem w następne wakacje. W tym roku zamierzam kontynuować tradycję. Ten serial można oglądać często i wcale się nie nudzi, wręcz przeciwnie, on dorasta z widzem. Podczas kolejnych seansów skupiam się na rzeczach, które wcześniej pomijałam i zaczynam postrzegać bohaterów w całkiem inny sposób (i tak pan, którego podczas pierwszego seansu nie lubiłam, za trzecim podejściem wydał mi się fajnym gościem, którzy bierze się za pewne rzeczy od złej strony). Dodatkowo długość serialu sprawia, że taka powtórka nie zajmie nam długo czasu, max 2 tygodnie i możemy szukać nowego tytułu… ale żaden nie będzie taki jak „Carnivale”…


A teraz, do oglądania :)


Gosiakowa

Ciężki żywot bohaterów Marvela

rinoasin

I oto pierwsza z trzech obiecanych notek o tematyce komiksowej. Będzie krótka, bo jej jedynym celem jest zaprezentowanie świetnej animacji pt. „Disassembled” stworzonej przez Junaid Chundrigar. Filmik pokazuje mroczniejsze strony życia superbohaterów ze stajni Marvela… ale nie będę się dłużej rozpisywać, życzę miłego oglądania!


Gosiakowa


PS. Jutrzejsza notka (jak mi się poszczęści, może pojawi się jeszcze dzisiaj) będzie o serialu, żeby w monotematyczność nie popaść.

 

Procenty, procenty i jeszcze raz procenty!

rinoasin

Dzisiejsza notka powstała dzięki Magdalenie P., która zachęcała mnie do opisania przebiegu wczorajszej imprezy. Cóż, Neon jest blogiem popkulturowym, a nie osobistym, więc nici z tego. Uznałam jednak, że warto na chwilę odejść od tematyki komiksowej (w planach trzy notki!) i napisać coś o alkoholu w serialach i filmach. Enjoy!


(Tekst zawiera śladowe ilości spoilerów sponsorowanych przez panią River Song) 


Zacznijmy sympatycznie, bo od seksu. W wielkim mieście, oczywiście. Cztery bohaterki kultowego serialu stacji HBO wędrując po klubach poprawiały sobie humory drinkami. Najsłynniejszym był oczywiście Cosmopolitan - chyba każdy fan spróbował tego trunku i najprawdopodobniej zaczął się zastanawiać co Carrie w nim widzi. Co ciekawe, pomimo tylu zakrapianych imprez tylko w jednym odcinku widzimy bohaterkę skacowaną i jakby tego było mało, zdjęcia jej umęczonej twarzy trafiają na okładkę gazety. Po czymś takim długo nie mogłabym wypić ponownie.


„Martini wstrząśnięte nie mieszane” – ten tekst jest już tak samo kultowy jak bohater go wypowiadający czyli James Bond, tajny agent Jej Królewskiej Mości. Po raz pierwszy tą formułkę wypowiada Julius No, czarny charakter z pierwszego filmu o przygodach niestrudzonego agenta. W „Goldfingerze” wypowiada ją sam Bond i od tego czasu powtarza prawie w każdym filmie. Wyjątkiem jest „Żyje się tylko dwa razy” gdzie James dostanie drink zmieszany a nie wstrząśnięty (ale zachowuje twarz pokerzysty i zapewnia hostessę, że martini jest wyborne) oraz „Casino Royale”, gdzie na pytanie barmana jakie martini chce dostać, Bond odpowiada: „Do I look like I give a damn?” – co dosłowanie znaczy „Czy wyglądam, jakby mnie to obchodziło?” a w kinie zostało przetłumaczone na malownicze: „Mam to w dupie”.

Tu miało być zdjęcie pijącego Bonda, ale no… to było silniejsze ode mnie.


No a co z alkoholem w przyszłości? Odpowiedź na to pytanie dostajemy w „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka. Bohaterem filmu jest Alex, młody chłopak, który uwielbia przemoc, Beethovena i drink Moloko, który powstaje na bazie mleka. Reszta składu pozostaje tajemnicą, ale może to nawet lepiej… Moloko zapisało się nie tylko w historii filmu i książek, ale też muzyki - Róisín Murphy i Mark Brydon tak nazwali swoją formację, która niestety rozpadła się w 2006 roku. 


Wróćmy do seriali. Brytyjski serial młodzieżowy „Skins” nie bał się pokazać ostro imprezujących nastolatków. A skoro jest impreza, musi być też alkohol i jego skutki – w drugim odcinku pierwszego sezonu widzimy dom Michelle po imprezie i jest to wstrząsający obrazek. W wielu przypadkach postacie sięgają po trunki nie dla zabawy, lecz po to, by zapomnieć o problemach (przykładowo Chris, Thomas czy Katie), przeprosić (Liv wypija butelkę wódki za jednym zamachem by Mini jej przebaczyła), a nawet zakończyć życie (Cassie miesza tabletki z alkoholem i ląduje w szpitalu). Co ciekawe, alkohol nie przeszkadzał nikomu w Wielkiej Brytanii, ale gdy powstała amerykańska wersja, wywołała skandal i wielkie oburzenie, sponsorzy zaczęli się wycofywać i w końcu serial zdjęto (na szczęście). Jak to mówią – co kraj, to obyczaj.


Długo się zastanawiałam, czy jest jakiś horror, który mogłabym tu wspomnieć. I w końcu zdecydowałam się na „Draculę” z 1931 z Belą Lugosi w roli głównej. Oczywiście, wampir nie pija alkoholu, ale w filmie jest scena, która zapisała się w historii kina. Oto rozmowa pomiędzy hrabia, a Renfieldem: (Nie zamierzam tego tłumaczyć, w oryginalne lepiej brzmi.)

Dracula: This is very old wine. I hope you will like it.
Renfield: Aren't you drinking?
Dracula: I never drink wine.  

Wina nie, ale krew owszem:)


Był horror, dla równowagi musi być też komedia. Film „Kac Vegas” z 2009 roku rewelacyjnie pokazał jak urwany film może zrujnować nam życie. Oczywiście, nie byłoby urwanego filmu bez alkoholu i tabletki gwałtu dających razem piorunujący efekt. Skacowani panowie przez cały film starają się ustalić, co robili w nocy, a wisienką na torcie są zdjęcia z ich imprezy, piorunująco zabawne. Szkoda, że film doczekał się tak słabego ciągu dalszego. Lepiej omijać.


I na sam koniec zostawiłam sobie najlepsze czyli serial „Mad Men”. Tutaj bohater bez drinka w dłoni wygląda dziwnie… no to oczywiście żart, ale ciężko sobie wyobrazić serial bez kłębów dymu tytoniowego i dzwoniących lodem szklanek z drinkami. Bohaterowie piją by uczcić sukces, szybciej wpaść na pomysł podczas tworzenia reklamy, a nawet po to by zdobyć klienta (w piątym sezonie mamy rewelacyjną scenę, w której Roger uczy Lane’a jak pić, by się nie upić). Oczywiście, alkohol pomaga też zapomnieć o rozczarowaniu swoim życiem – w czwartym sezonie opuszczony przez żonę Don niebezpiecznie zbliża się do granic alkoholizmu. W końcu udaje mu się stanąć na nogi, ale wciąż pije, bo w reklamie gdy nie pijesz, nie istniejesz.

Piękny pan Don Draper, patrzmy i napawajmy się.  



I tak oto nadszedł czas na zakończenie notki. Wymieniać alkoholowe tytuły można jeszcze długo, ja zdecydowałam się wybrać tylko kilka, choć wiem że jeszcze parę powinno się tu znaleźć. No ale pisać o % bez % jest zdecydowanie smutno:)

Gosiakowa     

Głupi komiks, podejście drugie

rinoasin

I oto mój kolejny głupi pomysł, sam raz na dzień dziecka. W rolach głównych – Loki, Mystique i Doctor Manhattan. Enjoy!

Obiecuję, że następna notka będzie normalniejsza :P. A teraz zapraszam do śpiewania – „Bo wszystkie komiksy, to jedna rodzina!”.

Gosiakowa 

Panie Scott, proszę o dobry film!

rinoasin

Musze przyznać, że jeśli chodzi o propozycje filmowe, to rok 2012 jest idealny. Mamy już za sobą świetne „Igrzyska Śmierci” i hitowych „Avengersów”, już w piątek na ekrany wejdzie „Królewna Śnieżka i Łowca”, a po niej pojawią się kolejne tytuły – „Prometeusz”, „Merida waleczna”, „Mroczny Rycerz Powstaje” i, w odległym grudniu, pierwsza część „Hobbita” Petera Jacksona. Dzisiejszą notkę poświecę tylko jednemu z wymienionych filmów, po tytule łatwo się domyślić, że skupię się na „Prometeuszu”.

„Tędy na Wałbrzych?”


Z filmem historia jest o tyle ciekawa, że na początku miał być prequelem „Obcego”. Potem Scott obwieścił, że tworzy całkowicie odrębny projekt, a jeszcze później okazało się, że projekt będzie się dziać w uniwersum „Obcego”… a ostatnie ploty mówią, że to jednak prequel. Podsumowując – pomieszanie z poplątaniem. Ale co tam, kogo (poza mną) obchodzi jakie drogi film przebył przed wejściem do kina? Liczy się efekt końcowy!
No to skoro liczy się efekt końcowy, przejdźmy do niego. Historia z trailerów prezentuje się mniej więcej tak – ekspedycja naukowa na pokładzie statku Prometeusz przybywa do odległej galaktyki, gdzie mają nadzieję znaleźć odpowiedź na temat początków ludzkości. Zamiast tego odnajdują coś wiele gorszego… Podsumowując – brzmi prosto, ale pamiętajmy, że „Obcy” też nie powalał fabułą i dzięki reżyserii i scenariuszowi zyskał fantastyczny klimat sprawiający, że ciężko się od niego oderwać. Miejmy nadzieję, że i tym razem tak będzie. Ale oczywiście, jestem sobą i muszę panikować – zacznijmy od reżyserii. Ostatnim filmem Scotta, który naprawdę mnie zachwycił był„Gladiator” – doskonały przykład na to, że magia kina najprostszą historię może zamienić w statuetkę Oscara. Potem było już gorzej –  „Hannibal”, „Naciągacze”, „Królestwo niebieskie”, „Dobry rok”, „American Gangster”, „W sieci kłamstw” i „Robin Hood” – po tych tytułach można powiedzieć, że pan Scott z wizjonera zamienił się w wyrobnika. Czy w „Prometeuszu” odnajdzie iskrę znaną z „Obcego” i „Łowcy Androidów”? Oby! Niepokoi mnie również scenariusz, który współtworzył Jon Spaihts mający na swym koncie koszmarną „Najczarniejszą godzinę 3D”. Na szczęście wspomagał go Damon Lindelof, scenarzysta „Zagubionych”. Mam nadzieję, że we dwójkę stworzą coś przynajmniej dobrego, a i Ridley Scott wtrąci swoje trzy grosze i poprawi każdą bzdurę jaką dojrzy w skrypcie.

Igrała z ogniem, będzie igrać z obcymi?  


Innym zmartwieniem są trailery i materiały promocyjne. Jak dla mnie, za dużo zdradzają i boję się, że w kinie będę co pięć minut mówić do siebie: „To już widziałam, to też”. Oczywiście, może te wszystkie sceny zaprezentowane w zwiastunach wcale nie muszą być kluczowe, a zajawki okażą się sprytną zmyłką dla widzów. Jednak w historii kina mieliśmy już kilka takich filmów streszczonych w 2 minutach zapowiedzi, dlatego lekka obawa jest.   

O co się nie martwię? O to, że film będzie pocięty i stracimy masę ważnych scen w wyniku cenzury. Otóż, nie tym razem! Film dostał w Stanach kategorię wiekową R, czyli nastolatki mogą go obejrzeć tylko za zgodą rodziców. Będzie więc przemoc, mrok i przekleństwa. Ach, jak miło! Nie martwi mnie też obsada. W rolach głównych zobaczymy Noomi Rapace, Michaela Fassbendera i Charlize Theron, a partnerować im będą Idris Elba, Sean Harris i Guy Pearce. Z taką ekipą o poziom aktorstwa nie muszę nie martwić, bo od razu wiadomo, że będzie przynajmniej dobry.

Takiego androida to ja chcę w domu!   


Jestem też spokojna o efekt 3D – film tak jak „Avatar” był kręcony w tej technologii, a nie na nią konwertowany tak jak choćby „Avengers”. I to widać na trailerze – obraz był tak cudownie głęboki, że chciałam się w nim zanurzyć. Żeby było milej dla oka, scenografia i efekty specjalne wyglądają świetnie. Więc jeśli „Prometeusz” fabularnie nie zaspokoi naszych potrzeb, to wizualnie na pewno. Mamy też miły akcent polski – za zdjęcia odpowiada Dariusz Wolski, może będzie Oscar?


Pojęczałam sobie trochę i czas już kończyć. Mocno zaciskam kciuki za powodzenie filmu. Bo dobre SF w obecnych czasach jest więcej niż dobre!

Gosiakowa   

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci