Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Szał ciał

rinoasin

Zawsze się zastanawiam czy Steven Soderbergh to bardziej artysta czy wyrobnik. Potrafi rok w rok kręcić kolejne filmy, czasami stworzy nawet dwa tytuły czyli 1 do 0 dla wyrobnika. Jednak w jego filmach jest coś wciągającego, nawet prosta historia wydaje się fascynująca i widz pragnie obejrzeć jej koniec. Są też zadatki na artystę, ale jak dla mnie wciąż mamy za mało magii, bym mogła ogłosić remis. A ile magii jest w najnowszym filmie, o ironio, zatytułowanym „Magic Mike”?


Pomysł na przedstawienie życia striptizera na wielkim ekranie od początku wydawał mi się jednocześnie kuriozalny, jak i fascynujący. Zwiastuny mnie nie przekonały, wysokie oceny na RottenTomatoes tak i zdecydowałam się dać filmowi szansę. Obejrzałam i zmieniając nieco słynne powiedzonko doktora Housa mogę oświadczyć – „Telewizja kłamie!”, bo tytuł wbrew reklamowym zapowiedziom nie jest komedią romantyczną (choć powodów do śmiechu będzie wiele), a filmem obyczajowym ozdobionym muskularnymi ciałami. Tytułowy Mike to facet z marzeniami – chce założyć własną firmę produkującą meble, ale do tego potrzeba pieniędzy. Tak więc nasz bohater nocą tańczy i obnaża się w klubie, a w ciągu dnia sprzedaje komórki i pracuje na budowie. W tym ostatnim miejscu spotyka Adama, młodego chłopaka z problemami finansowymi, którego niespodziewanie wciąga w nocny świat striptizu.

 

Żeby nie było, że mi tylko goli faceci w głowie – zdjęcie bez gołego faceta!

 

I tak się zaczyna nasza historia. Soderbergh za pomocą rwanego montażu przeskakuje ze sceny do sceny, raz prezentując nam erotyczny taniec, potem znowu długą rozmowę. Duże brawa dla reżysera za to, że potrafił zachować równowagę i nie eksploatuje męskich ciał do obrzydzenia, ani też nie skupia się na samych dialogach. Wie, kiedy przerwać scenę i zmienić scenerię, by nie znużyć widza. Szkoda tylko, że takie szafowanie sprawdza się tylko w pierwszej połowie filmu, tej lżejszej. Gdy w drugiej godzinie reżyser chce przedstawić mroczniejsze etapy życia naszych bohaterów, film zaczyna obniżać poziom. A dzieje się tak dlatego, że wszystkie nieprzyjemne wątki są potraktowane po łebkach, ledwo się zaczynają, już się kończą, tak jakby scenarzyście zabrakło pomysłów na ich lepsze rozwiniecie. To samo jest z zakończeniem. Od razu piszę, że nie mam nic przeciwko otwartym zakończeniom, ale to było tak banalne, że ręce opadają.


Z tego co wiem, film opiera się na wspomnieniach Channinga Tatuma, który tak jak jego bohater dorabiał sobie tańcem erotycznym. Co tu dużo pisać, widać że ma doświadczenie, bo gdy zjawiał się na scenie, ciężko było oderwać od niego wzrok. To zauroczenie znikało natychmiast, gdy Tatum ze sceny schodził. Mike smutny, zły, zadowolony, wciąż ta sama mina. Dodatkowo pomiędzy nim a Cody Horn, wcielającą się w Brooke, kandydatkę do serca naszego bohatera a jednocześnie siostrę Adama, nie ma żadnej chemii. Ogólnie panna Horn jest chyba zaginioną i mniej urodziwą siostrą Kristen Stewart – obie prezentują podobny poziom aktorskiego drewna i obie mają niemiły dla oka zwis szczęki. Wcielający się w młodego Adama Alex Pettyfer pomimo potencjału postaci też aktorsko nie zachwyca i nadrabia ładnym ciałem. Serialowe trio - Matt Bomer, Joe Manganiello i Adam Rodriguez są tylko od tańca w tle, nie wiem czy razem powiedzieli ze 100 słów. Całą epikę aktorską ratuje, ku mojemu olbrzymiemu zdziwieniu, Matthew McConaughey jako Dallas. Jego postać przypomina mi Konferansjera z „Kabaretu” – taki przerysowany komentator. Szkoda, że zdecydowali się rozbudować jego rolę do scen poza klubem. Wolałabym słuchać jego scenicznych przemówień wypowiedzianych ku uciesze klientek klubu i mojej.


Podsumowując – „Magic Mike” to przyjemny film dla kobiecego oka, idealny na lato. Ode mnie 6. Wciąż czekam na Mrocznego Rycerza.


Gosiakowa


PS. Multikino przed seansem zaserwowało widzom 20 minut reklam, uroczo! Pocieszenie znalazłam w zwiastunach nowego Batmana oraz „Prometeusza”. A skoro „Prometeusz” to i Michael Fassbender migający na ekranie. On ma więcej seksapilu niż wszyscy panowie z „Magic Mike’a” razem wzięci :D.

Anna z krainy Oz

rinoasin

Dziś powracam do przeglądu trailerów. Pierwszym tytułem, na który według mnie warto zwrócić uwagę to najnowsza filmowa adaptacja „Anny Kareniny” w reżyserii Joe Wrighta. Film od początku wybudza wśród internautów duże kontrowersje ze względu na dobór obsady, z Keirą Knightley jako Anną na czele. Cóż, przyznaję że wolałabym gdyby w tytułową bohaterkę wcieliła się Gemma Arterton, ale po obejrzeniu zwiastuna Keira przekonała mnie do siebie. Gorzej z Wrońskim. Aaron Johnson to niezły aktor, wybiera ciekawe filmy i może kiedyś stanie się bardzo dobrym aktorem. Jednak to nie jego umiejętności mnie niepokoją a wygląd. Bo na każdym zdjęciu/ujęciu jakie widzę, Wroński wygląda jak idiota. Nie wiem komu Johnson podpadł – charakteryzatorom czy reżyserowi, ale zemsta z ich strony jest okrutna, zważywszy na to, że nie jest brzydkim chłopakiem.
Jęczenie, jęczeniem, obsady nie zmienię. Co mogę zaliczyć na plus? Wizualną stronę, jeśli cały film będzie taki jak zwiastun, to będzie najpiękniejszym dziełem Wrighta. Okropnie podoba mi się pomysł z teatralną sceną, na której rozgrywać się będzie akcja filmu. Nie wiedzieć czemu, skojarzyło mi się to z pantomimą z „Dogville” i pewnie będzie miało taki sam cel – zwiększenie emocji u widza.
Podsumowując – aktorzy są jacy są, ale i tak zobaczyć chcę. I to bardzo.


Drugi film, który mnie zainteresował to „Oz: The Great and Powerful” – historia młodości czarnoksiężnika Oz, w którego wcieli się James Franco. Całość brzmi ciekawie, ale trochę mnie ten projekt martwi. Z jednej strony fajnie, że tak jak w słynnym musicalu nasz świat wyprany jest z kolorów, a magiczna kraina kipi od braw… no właśnie i tu jest moje zmartwienie, bo na tych ujęciach, które zaprezentował zwiastun, wszystko wygląda strasznie sztucznie, jak komputerowa makieta. Wiem, że w klasycznym „Czarnoksiężniku z Oz” magiczny świat też wyglądał jak makieta (bo makietą był), ale szczerze wolałabym jednak realny świat a nie pójście na łatwiznę. Na pocieszenie – fajna obsada, liczę, że będzie dobrze. 


W poniedziałek, jak znajdę siły, kolejna recenzja. W trakcie tworzenia jest dłuższy artykuł, tym razem na tematy muzyczne, ale nie filmowe. Tak dla odmiany.

Gosiakowa

W sieci pająka po raz czwarty/pierwszy

rinoasin

Po wielkim rozczarowaniu jakim okazał się „Spider-Man 3” Sama Raimiego, czwarta część cyklu stanęła pod znakiem zapytania. W końcu jednak zdecydowano się serię ciągnąć dalej. Tobey Maguire i Kristen Dunst mieli powrócić w rolach głównych bohaterów, internauci debatowali z kim tym razem zmierzy się Człowiek-pająk, a producenci szukali aktorki do roli Czarnej Kocicy*. Dzień rozpoczęcia zdjęć był już za pasem, gdy niespodziewanie Sony wydało komunikat, w którym oświadczyło, że nowej części nie będzie, będzie natomiast nowy start.


Nie jestem przeciwniczką rebootów. Szczerze powiedziawszy to wiele komiksowych ekranizacji powinno się zacząć od nowa (przede wszystkim „Ghost Rider” i „Fantastyczna Czwórka”), ale nigdy do tej grupy nie zaliczałam „Spider-Mana”. Dlatego też wieść o restarcie serii mnie zaskoczyła w negatywnym sensie. Jednak kolejne wieści o obsadowych decyzjach zaczęły mnie uspokajać i zdecydowałam się dać projektowi szansę. Od razu piszę, że przed seansem nie powtarzałam sobie starszej trylogii, by uniknąć ciągłego porównywania lub też déjà vu. Mimo to parę scen chcąc, nie chcąc przypominało mi wersję sprzed 10 lat – szczególnie śmierć wujka Bena i tworzenie sobie stroju. Dlatego też środkowa część filmu jest zdecydowanie najgorsza, bo przynudza. Na szczęście, im bliżej końcowej walki z Lizardem, tym film ponownie nabiera wiatru w żagle i odzyskuje utraconą na chwilę świeżość. To pierwszy minus – ja wiem, że ciężko jest przedstawić tę samą historię w inny sposób, ale gdyby scenarzyści się wysili, może wyszłoby to im odrobinę ciekawiej.

Co bardzo mi się nie podobało u Raimiego, to zrobienie z Petera takiej przeraźliwie nieudolnej życiowo sieroty. Marc Webb (btw. nazwisko idealnie dopasowane do filmu!) nie zamierzał popełniać tego błędu. Nowy Peter nie jest może gwiazdą szkoły, ale nie jest też naczelnym popychadłem. Scenarzyści zaprezentowali nowe oblicze bohatera – inteligentnego, wygadanego i strasznie sympatycznego. Miło też zobaczyć, że dziewczyna (Mary Jane została zamieniona na Gwen Stacy) odwzajemnia jego uczucia i nie mamy męczącego wątku – ja ją kocham, ona mnie nie widzi. Dodatkowo pomiędzy Garfieldem a Stone jest cudowna chemia, a ich pierwsze niezręczne rozmowy są rewelacyjne. Jeśli chodzi o aktorstwo cała obsada trzyma poziom, szczególnie spodobał mi się Rhys Ifans czyli Lizard. Konstrukcja jego postaci przypomina doktora Octopusa z „Spider-Mana 2” – obydwoje byli ludźmi o dobrych chęciach, którzy zostali zgubieni przez naukę. 

„Niesamowity Spider-Man” to pierwszy wysokobudżetowy film Marca Webba. Często w takich przypadkach reżyserzy ulegają zachłyśnięciu nowymi możliwościami, które się przed nimi otwierają, w skutek czego filmy są przeładowane akcją i efektami specjalnymi. Webb oszczędnie podchodził do efektów specjalnych. Oczywiście są, ale też wiele akrobacji Spider-Mana było wyraźnie stworzone przez umiejętną kaskaderkę a nie CGI, miło! O ile przy naszym Pająku twórcy mogli się posłużyć kaskaderką, to przy Jaszczurze musieli się posiłkować animacją komputerową. Postać zrobiona jest dobrze, ale jej wygląd mnie nie przekonał. Był za grzeczny, za cukierkowy, za ludzki. Zdecydowanie wolałabym tę dzikszą wersję ze szkiców koncepcyjnych. Dla porównania:


 
Muzyką do filmu zajął się James Horner, który ma na swym koncie między innymi ścieżkę dźwiękową do „Avatara”. Poza tym filmem, widziałam kilka innych tytułów i jak dla mnie pan Horner jest bardziej wyrobnikiem niż artystą, skomponowane przez niego motywy muzyczne powtarzają się i niczym nie zaskakują. A jak jest ze ścieżką do „Niesamowitego Spider-Mana”? Początkowo strasznie mnie drażniła, zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem nie została skradziona z jakiegoś filmu familijnego. Dopiero w drugiej połowie zrobiła się ciekawsza, była szczególnie udana podczas scen zbliżających widza do konfrontacji z Lizardem – może odrobinę za patetyczna, ale udana. W przeciwieństwie do takich „Avengersów” przynajmniej coś mi z niej zapadło w pamięć.     

No dobrze, czas przejść do minusów. Poza wspomnianym słabym środkiem filmu, na mojej czerwonej liście jest 3D… tam było jakieś 3D? Naprawdę, mam już dosyć filmów, za których seans muszę płacić parę złotych więcej, tylko dlatego żeby założyć na nos okulary i mimo to nie zobaczyć żadnych efektów.
Co jeszcze mi się nie spodobało? Patos. Ja wiem, że superbohaterowie są wręcz skazani na patetyczne sceny, ale (będzie spoiler) scena z dźwigami i kuśtykającym Peterem była dla mnie przesadzona. Śmieszne jest też to, że chwilę później nasz heros całkowicie zapominał o rannej nodze i skakał jak nowo narodzony (koniec spoilera). Czasem też humor wydawał mi się za nachalny, no poza cudowną sceną z panem bibliotekarzem, na której byłam na granicy płaczu ze śmiechu – najlepsze cameo Stana Lee!
I ostatni minus, a zarazem ostrzeżenie – zróbcie sobie przysługę i NIE IDŹCIE na seans z dubbingiem! Ja sama chciałam tego uniknąć, ale gdy zgasły światła i zaczął się seans okazało się, że strona WWW mojego kina podawała błędne informacje i zamiast napisów dostałam koszmarny dubbing. Bolesne przeżycie, naprawdę.

Podsumowując – „Niesamowity Spider-Man” na pewno nie jest niesamowity. To dobra rozrywka, może nie bawi tak jak „Avengersi”, ale też nie męczy. Oceniam na trochę naciągane 7 punktów i zaczynam wyczekiwać powstania Mrocznego Rycerza.


Gosiak   


*jedną z kandydatek była Anne Hathaway, która z wiadomych przyczyn angażu nie dostała. Pocieszyła się rolą Seliny Kyle vel Kobiety-Kot w „Mroczny rycerz powstaje”.    

 

Challenge accepted czyli potańczmy!

rinoasin

Na ostatnim studenckim zjeździe (chlip) moja koleżanka, Magdalena P., zaproponowała mi kolejny pomysł na notkę – taniec. „Czemu nie?” – pomyślałam i… po chwili całkowicie o tym zapomniałam, wypite procenty zrobiły swoje. Podczas tworzenia notki „25 najlepszych piosenek filmowych” temat tańca powrócił i wypomniał moją niesłowność. Czas to naprawić! Challenge accepted, Madziu! Notka dla ciebie!

Zacznę od tego, że strasznie nie lubię filmów w stylu „Step Up” czy „Krok do sławy” – razi mnie ich sztampowość i pretensjonalność fabularna, historia jest tu tylko pretekstem do pokazania ładnego tańca. Za takie coś dziękuję, będę chciała zobaczyć ładny taniec, włączę sobie „You can dance”, tam przynajmniej nikt na siłę nie wciska widzowi bzdurnej opowiastki. Są jednak filmy, które potrafią znaleźć równowagę pomiędzy elementami tanecznymi a fabularnymi, a także takie, gdzie taniec jest ważnym dodatkiem, ale nie gra pierwszych skrzypiec. Właśnie na takich tytułach się skupię. Zaczynamy!

(Są spoilery!)

Był raz sobie natchniony pan tłumacz (lub pani tłumaczka), który spojrzał na tytuł „Dirty Dancing” i uznał, że fajnie będzie z niego zrobić „Wirujący seks”. Brawa, ten tytuł stał się już legendarny i zajmuje szczytne pierwsze miejsce w mojej prywatnej liście najgłupiej przetłumaczonych nazw filmowych. No ale nie o wpadkach tłumaczy tu mowa, a o tańcu, który jest ważnym elementem filmu. Główną bohaterką jest Frances, która spędza swe wakacje w luksusowym ośrodku wypoczynkowym, gdzie spotyka przystojnego Johnny’ego. Razem startują do konkursu tanecznego. Podczas przygotowań dziewczyna odnajduje swoją pasję, a także miłość.    
Całość jest uroczo naiwna, ale bezsprzecznie kultowa, szczególnie scena podnoszenia bohaterki przez jej ukochanego pod koniec filmu przy dźwiękach „Time of my Life”. Nawiązanie do tej sceny mogliśmy zobaczyć w pilotażowym odcinku „New Girl”, gdzie wystawioną przez chłopaka Jess pociesza trójka współlokatorów – przeurocza scena. Natomiast w „Kocha, lubi, szanuje” sposobem Jacoba na uwodzenie kolejnych kobiet było odegranie sceny podnoszenia. Robi to niezwykle umiejętnie i nie dziwię się Hannah, że z miejsca zmiękła :).

Przejdźmy do mroczniejszych klimatów. W najnowszym filmie Darrena Aronofsky’ego, „Czarnym Łabędziu”, balet gra kluczową rolę. Główna bohaterka, Nina, dostaje główną rolę w „Jeziorze Łabędzim”. Jest to dla niej duże wyzwanie, gdyż musi się wcielić nie tylko w delikatnego i słodkiego Białego Łabędzia, ale i tytułowego Czarnego Łabędzia, uwodzicielskiego i niebezpiecznego. Musi znaleźć w sobie mrok, a jej determinacja zaczyna się zwiększać, zbliżając się do granic obłędu. W końcu dziewczynie udaje się doskonale wcielić w obie role i swym tańcem zachwycić wszystkich. Ale jakim kosztem?*


Zainteresowanym baletem polecam „The Company” Roberta Altmana, który opowiada o życiu tancerzy z zespołu Joffrey Ballet of Chicago. Fabuła w większości ogranicza się do przygotowań do przedstawienia baletowego i może nużyć, ale końcowy występ naprawdę robie wrażenie. 

Powróćmy do kultowych klimatów. A jak kult i taniec to zdecydowanie „Pulp Fiction” i duet Mia i Vincet w knajpie Jack Rabbit Slim. Twist w ich wykonaniu niby jest kiczowaty, ale mimo to zapisał się w historii kina i pewnie wielu z was nieświadomie powtórzyło jakiś ruch taneczny zaprezentowany przez parę. Trzynaście lat później Quentin Tarantino w „Grindhouse: Death Proof” zaprezentował kolejny pamiętny taniec, tym razem to… lap dance wykonany przez jedną z bohaterek filmu, Arlene. Co ciekawe, nie każdy mógł go zobaczyć – w wersji USA z racji połączenia „Death Proof” z „Planet Terror” scena została wycięta by film nie był za długo. Natomiast w Europie tytuły wchodziły do kin osobno wzbogacone w nowe sceny, w tym i tą.


Pierwsze miejsce w mojej liście najlepszych filmowych piosenek zajęło „El Tango de Roxanne” – piosenka nie dość, że przepiękna, to jeszcze z ciekawą choreografią, gdzie prym wiedzie Jacek Koman. Ten aktor jest chyba skazany na tango, bo wykonywał je też w żałosnym „Kochaj i tańcz”. My wolimy jednak tę wcześniejszą wersję. Zawsze i wszędzie.
Tango pojawiło się też w „Chicago” podczas utworu „Cell Block Tango” (6. miejsce na mojej liście najlepszych piosenek), ale bardziej warty wspomnienia jest stepowany występ Billy’ego Flynna popisowo zagranego przez Richarda Gere’a. Scena genialnie przeplata z sobą szarżę słowną z szarżą taneczną, świetnie zagrane i zmontowane. Brawo, panie Gere!

Taniec był też niezwykle ważną częścią życia bohatera filmu „Gorączka sobotniej nocy”. Tony Manero prowadzi monotonne i szare życie, które nabiera kolorów jedynie w sobotę, kiedy razem z przyjaciółmi udaje się do klubu i zamienia się w króla parkietu. Gdy spotyka Stephanie, jego życie ulega diametralnej zmianie. Pod koniec filmu chłopak decyduje się opuścić Brooklyn, przeprowadzić się na Manhattan i zacząć nowe życie. Jego dalsze losy możemy zobaczyć w filmie "Pozostać żywym". 

Opuśćmy na chwilę współczesność i przenieśmy się do XIX wieku. W „Dumie i uprzedzeniu” (nie ważne, czy w wersji Joe Wrighta czy w mini-serialu BBC) taniec pełni niezwykle ważną funkcję w życiu młodych ludzi – w czasach, gdy publiczne okazywanie uczuć nie było pozytywnie przyjmowanie, tylko taniec pozwalał na bliższy kontakt fizyczny czy przeprowadzenie prywatnej rozmowy. Także starsze panie czerpały radość z tańców – skoro dżentelmen zatańczył z panną więcej niż raz, to niechybny znak, że ma ją na oku i będzie o czym plotkować przez najbliższe tygodnie.


To był XIX wiek, śmieszne jest więc to, że tańce spełniają identyczną rolę we współczesnych filmach bollywoodzkich. Tam bohaterowie się nie całują, nie uprawiają też seksu. Zamiast tego śpiewają i tańczą i w taki sposób okazują sobie miłość. Bollywood ma też duży wpływ na Hollywoodzkie produkcje – „Slumdog. Milioner z ulicy” kończy się energetyczną choreografią, natomiast w „Mirror mirror” Śnieżka nie dość, że tańczy razem ze swoim ukochanym, krasnoludkami i dworzanami, to jeszcze śpiewa. Indyjskie pochodzenie reżysera wzięło górę. Także my, Polacy, możemy się pochwalić bollywoodzkim motywem w serialu „Teraz albo nigdy”, ale to było akurat raczej żałosne niż udane.

Artykuł zbliża się do końca. Ostatnim tytułem wartym wspomnienia jest „W rytmie hip-hopu” z Julią Stiles w roli głównej. Po niespodziewanej śmierci matki Sara przeprowadza się do ojca. W nowej szkole poznaje Dereka, który zaczyna ją uczyć tańczyć hip-hop.
Duże brawa dla twórców za poprowadzenie fabuły w filmie dla nastolatków z sensem – w przeciągu chwili życie Sary diametralnie się zmienia i musi się nauczyć łączyć przeszłość z teraźniejszością, dostosować się do nowego otoczenia, a jednocześnie zachować własne „ja”. W końcu jej się to udaje, czego dowodem jest zaprezentowany przez nią taniec będący połączeniem klasycznego baletu ze współczesnym hip-hopem.

Na dziś tyle. Elementy taneczne filmach mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale zamiast tego daję wam wyzwanie – zróbcie to sami! Challenge accepted? :)


Gosiakowa 


*w planach mam obszerniejszą notkę o Łabędziu i mu podobnych filmach, bądźcie w gotowości!:)

Proszę oddać mój stracony czas, panie Fassbender!

rinoasin

Nie kryję, moim ogromnym celebrity crush jest ostatnio Michael Fassbender, ale jak się nim nie zachwycać, skoro jest zdolny i przystojny (połączenie idealne!). Dlatego właśnie ostatnimi czasy chętnie oglądam każdy tytuł z nim związany. I w taki oto sposób trafiłam na brytyjski serial „Hex” (po naszemu: „Klątwa upadłych aniołów”) z moim ulubieńcem w obsadzie. Zapowiadało się cudownie – brytyjski akcent, anioły i Michael, to nie mogło nie wypalić – myślałam wtedy. Ach, jak bardzo się myliłam!


Była raz sobie dziewczyna o imieniu Cassandra. Miała najlepszą przyjaciółkę Thelmę i prowadziła w miarę normalne życie. Wszystko się zmieniło, gdy odkryła, że posiada niezwykłe moce – Thelma została zamordowana, a Cassie zaczyna prześladować tajemniczy Azazeal…  I tyle o fabularnym wstępie. Śmierdzi sztampą? Śmierdzi. Często jest jednak tak, że dzięki pomysłom scenarzystów nawet największa sztampa może być wciągająca i ciekawa. Nie tym razem. To, co się dzieje w serialu szybko zaczyna przyprawiać widza o nieznośny ból głowy. Bo w tym serialu jest wszystko – wiedźmy, nefilimy, upadłe anioły, normalne anioły, demony, duchy, gdyby nie został anulowany to pewnie i wampiry i wilkołaki by się pojawiły. Oczywiście, postacie nadnaturalne same w sobie nie są złe, ale trzeba umieć je przedstawić z sensem i zachować granice zdrowego rozsądku – bo jak można oglądać serial, gdzie duchy mogą jeść posiłki jak zwyczajni ludzie? Serio? Ja już widziałam duchy mordujące żywych, robiące za psychologa, uprawiające seks i parzące herbatę, ale jedzące? I gdzie to przeżute jedzenie trafia? Nie chcę nawet wiedzieć…

 

Jedyny bohater serialu, którego warto przedstawić na zdjęciu.

 

To nie jedyna głupota w serialu. Całość sprawia wrażenie jakby scenariusz każdego odcinka był pisany na kolanie parę minut przed początkiem zdjęć – dziury logiczne są tak wielkie, że można by na nich wybić zęby, od dialogów uszy bolą, a bohaterowie są tak tragicznie płascy, że płakać się chce. Po pierwszym sezonie chyba twórcy też to zauważyli, bo zaczęli wprowadzać nowych bohaterów, aż w końcu z pierwotnej obsady została tylko garstka. Niestety, to nie poprawiło jakości „Hexa” – nowa bohaterka, Ella, żyje 446 lat, a zachowuje się jak niezdecydowana trzynastolatka, także nowy czarny charakter, Malachi, prezentuje się przeraźliwie nudno i jest całkowicie bez charyzmy. Dodatkowo scenarzyści wciąż nie do końca wiedzieli w jaką stronę mają iść, więc zaczęli serwować nam żałosne wątki miłosne, szczególnie epicki jest wątek rodem z Romea i Julii, z tym że nasi zakochani raz siebie kochają, innym razem znowu nienawidzą, a potem znowu kochają, no ileż można?


Jak już wiadomo, historia nie jest za dobra, co z technicznymi elementami? Montaż bez rewelacji, zdjęcia słabe, muzyka… jest tam jakaś muzyka? Skoro serial w dużej mierze opiera się na elementach nadnaturalnych powinien mieć przynajmniej dobre efekty specjalne, ale i to też jest złe, jak zobaczyłam prawdziwe oblicze Azazeala, parsknęłam śmiechem, a chyba powinnam być przerażona. Jak się nie ma pieniędzy, trzeba wspierać się pomysłem, tak jak to zrobili twórcy „Supernaturala”, gdzie widz nigdy nie widział prawdziwej twarzy demonów, można je rozpoznać po czarnych oczach (ew. żółtych), co wygląda zdecydowanie bardziej niepokojąco niż tragiczna animacja komputerowa.


Mogłabym narzekać jeszcze długo, ale po co niepotrzebnie zajmować miejsce i tracić wasz czas? Serial jest zły i jedynym jasnym punktem jest obecność Fassbendera, który jako jedyny z obsady aktorsko nie dopasował się do poziomu „Hexa”. Gdy jego postać znika w drugim sezonie, serial osiąga poziom dna. I właśnie ze względu na tego wspaniałego aktora oceniam „Klątwę…” na 2 punkty z 10 możliwych i odradzam seans. W końcu Michael pojawił się w tylu dobrych produkcjach, po co tracić czas na te mniej udane?


Gosiakowa

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci