Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Co łączy Billa z Castielem czyli o 5 sezonie „True Blood” słów kilka

rinoasin

I kolejny sezon „Czystej Krwi” dobiegł końca. Widownia i tym razem dopisała, więc seria numer 6 już za rok. Tylko czy warto na nią czekać?

(Spoilery!)

Ja tam nawet jestem zaciekawiona tym co się stanie, ale nie będę się nad tym zastanawiać dniami i nocami. Bo o ile finał był w miarę udany, to całościowo najnowsze przygody Sookie i reszty okropnie mnie rozczarowały – za każdym razem gdy myślałam, że wreszcie będzie ciekawie, scenarzyści w popisowy i niezwykle bolesny sposób sprowadzali mnie na ziemię. Jakby tego było mało, większość historii była nudna, na twórcach wyraźnie zemściło się to, że rozwinęli postacie drugo, a nawet trzecioplanowe. Najlepszym przykładem niech będzie historia Terry’ego, którego lubiłam oglądać jako kucharza z powojenną traumą, ale gdy razem z przyjacielem wyruszył polować na ifryta, z trudem powstrzymywałam się od przewinięcia do ciekawszych scen. Ten wątek był zdecydowanie najgorszy w tym sezonie. Następnie plasowały się nic nie wnoszące potyczki Lafayette’a z jego wewnętrznym demonem czyli brujo. Walka tak bardzo zaangażowała scenarzystów, że całkowicie zapomnieli powiedzieć nam kto wygrał i w ostatnim odcinku nasz radosny bohater serwował drinki koleżankom z pracy. Jak dla mnie, może być, takiego Lafayette’a lubię, nie dawajcie mu więcej magicznych wątków, bo to w ogóle mu nie pasuje!

Gdy recenzowałam pierwszy odcinek, narzekałam na losy Jasona i Jessiki i niestety, moje obawy się spełniły – dostaliśmy irytujący dramat, który dobijał męczący Hoyt. Mam nadzieję, że maminsynek zostanie w Alasce i już nigdy do Bon Temps nie wróci. A wracając do Jasona , to odnoszę wrażenie, że jego postać zaczyna zjadać własny ogon – znowu ma problemy z dziewczyną, znowu ma omamy i niepokojące sny i znowu nienawidzi wampirów. Bardzo lubię tego bohatera, dlaczego twórcy chcą za wszelką cenę mi go obrzydzić?

 

 

Nudził także Alcide. Wszystkie sceny z watahą wilkołaków nie wzbudzały w widzu zaangażowania. Rozczarowaniem był także Herveaux senior, scenarzyści nie wykorzystali olbrzymiego potencjału aktorskiego drzemiącego w Robercie Patriku… Może w kolejnym sezonie to zrobią. Jedynym miłym zaskoczeniem w wilkołaczych wątkach była ex-teściowa Luny – baba o takiej aparycji z miejsca wydawała mi się czarnym charakterem, a tu proszę – dobrze napisana, niejednoznaczna postać.

Jednak największym rozczarowaniem w tym sezonie był powrót Russella. Czekałam na to od finału trzeciej odsłony i… się załamałam, bo mojemu ulubieńcowi cement wyżarł mózg i charyzmę. Do tego ta jego expressowa śmierć. Serio? Taki potężny wampir powinien odejść z większą pompą i najlepiej po epickim pojedynku. Tymczasem Edgington został ściągnięty PRZED intrem jak nic nieznaczący pomagier czarnego charakteru, a nie sam czarny charakter. Ech… A skoro mówimy o Russellu, warto wspomnieć o Authority. Ten wątek był strasznie nierówny – na początku ciekawy, ale ze śmiercią Romana historia zaczęła się sypać i nabrała wiatru w żagle dopiero w ostatnich odcinkach. Strasznie szkoda mi Zimojica, to była świetnie napisana postać, reszta ekipy była nudna i cieszę się, że prawie wszyscy gryzą ziemię. Przetrwała tylko Nora i choć przez większość odcinków mnie niesamowicie drażniła, to widzę w niej potencjał i liczę na to, że w szóstym sezonie scenarzyści dadzą jej zabłysnąć.

 

 

Dobra, narzekam i jęczałam, czas przejść do bardziej udanych elementów historii. Podobał mi się wątek morderców zmiennokształtnych i śledztwo Luny i Sama. Trochę szkoda, że historię wprowadzono tak późno i rozwiązano tak szybko, mogli to nieco rozwinąć. W końcu o sile pierwszego sezonu w dużej mierze decydowała tajemnica mordercy, a nie fantastyczne postacie. Niestety, obecnie scenarzyści wolą bardziej się skupić na tym drugim, a jak dobrze wiadomo – co za dużo, to nie zdrowo. W każdym razie zmieniłam nieco moje podejście do postaci Sama – nigdy nie byłam jego fanką, ale niespodziewanie zaczęłam wyczekiwać jego wątków, były ciekawe, nie nudziły, a pod koniec – emocjonowały. Miła odmiana!

To samo miałam z Tarą – gdy w finale czwartego sezonu bohaterka dostała kulkę w łeb aż podskoczyłam z radości. Ku mojemu niezadowoleniu – udało się ją ocalić poprzez przemianę w wampira. I wtedy irytująca bohaterka zaczęła zdobywać moją sympatię, wampiryzm i duet z Pam dobrze jej zrobiły. Pod koniec sezonu zaczęła wyraźnie akceptować swoją nową naturę i być może uda jej się wybaczyć swojej najlepszej przyjaciółce. Pożyjemy, zobaczymy. 

W tym sezonie Sookie wyraźnie szukała miejsca dla siebie – sprzątała zwłoki, pomagała odnaleźć Russella, poznała przyjazne wróżki z nocnego klubu, zadarła z gangiem mordującym zmiennokształtnych, dowiedziała się paru faktów o przeszłości swojej rodziny i pomagała ściągnąć Billa na jasną stronę mocny (nieskutecznie). Takie skoki scenariuszowe mogą irytować, ale w porównaniu do niektórych wątków, przygody Sookie były ciekawe. Jestem ciekawa jak zostanie rozwinięta historia polującego na nią Warlowa. Co ciekawe, Nora coś o nim wie.

Na koniec zostawiłam sobie do podsumowania poczynania duetu Eric-Bill, którzy w pierwszym odcinku bardzo mnie rozbawili. Ich relacje rozwijały się przez cały sezon – wspólna niedola i odrzucenie przez Sookie zbliżyły ich do siebie i dały początek ciekawej, wampirzej przyjaźni. Niestety, po spróbowaniu krwi Lilith ich drogi zaczęły się rozchodzić – Eric pozostał nieugięty i nie dał się zwieść pradawnej wampirzycy czyli wybrał stronę dobra ale na szczęście został sobą a nie słodkim misiem-tulisiem z poprzedniego sezonu. Bill natomiast uwierzył, że jest wybrańcem i ruszył w stronę ciemności. W finale porzucił swoje dotychczasowe życie, wybrał służbę Lilith i został… no właśnie, czym? Dowiemy się w przyszłym sezonie. W każdym razie bardzo mi się ta zmiana spodobała, szkoda tylko, że jest dziwnie znajoma… bo przecież pierwszy był Castiel z „Supernaural”, który mianował się bogiem. Ładnie to tak zrzynać? 
Sądzę jednak, że o ile Cassowi udało się zmazać swoje grzechy, to Billowi tak łatwo nie będzie i spotka go prawdziwa śmierć… o ile już go nie spotkała i jego ciało jest naczyniem dla Lilith. Możemy tylko zgadywać i czekać do przyszłego roku.

 

 

Podsumowując – piąty sezon „True Blood” był olbrzymim rozczarowaniem. Dobry finał to nie wszystko, kochani scenarzyści. Następnym razem przyłóżcie się bardzo, bo waszą pracę oceniam na 4 z 10 możliwych punktów. Słabo, oj słabo! Szczególnie jak na standardy HBO. No cóż… liczę na to, że trzeci sezon „Boardwalk Empie” otrze moje łzy rozczarowania.

Gosiakowa

50 odcieni tragedii

rinoasin

Szczerze powiedziawszy, to recenzja „Pięćdziesięciu twarzy Greya” jest zbędna. Z łatwością mogłabym się ograniczyć do: „Nie czytajcie, to przeraźliwie zła książka!” – ale obiecałam sobie i Wam zrecenzować to ścierwo. Jeśli jednak nie macie czasu na czytanie tego tekstu, zapamiętajcie zdanie w cudzysłowie i jeśli ktoś Wam poleci 50SOG, nie zastanawiajcie się długo i uciekajcie, bo ta osoba chce Wam zrobić wielką krzywdę!... A jak macie czas, to zapraszam do dalszej lektury, gdzie przybliżę z jakim gniotem mamy do czynienia.

(Są spoilery)

Wszystko zaczyna się od Any Steele – dziewczyny tak niewinnej i naiwnej, że aż mdli. Gdy jej chora przyjaciółka prosi ją o zastępstwo w przeprowadzeniu wywiadu z bogatym biznesmenem, Christianem Greyem, natychmiast się zgadza. Na miejscu nasza urocza bohaterka jest z miejsca zauroczona mężczyzną, a ten, nie wiedzieć czemu, tę fascynację odwzajemnia. Od słowa do słowa, od nudnej sceny do kolejnej nudnej sceny, Christian ukazuje Anie swoje mroczne oblicze – podnieca go BDSM i proponuje dziewczynie układ, w którym on będzie Panem, a ona posłuszną mu Uległą…

Pewnie większość z Was już to wie, ale są też i osoby, które nie o tym nie wiedzą, a dowiedzieć się powinny – 50SOG powstało z fanfiction „Zmierzchu”. Fanfiction to nic innego, jak tworzenie przez fanów ciągu dalszego lub alternatywnych losów bohaterów z ich ulubionych książek / filmów / komiksów / itp. Dzięki Internetowi fanfiction stało się bardzo popularne i znalazło się wielu chętnych by pochwalić się swoimi wypocinami. Niestety, nie każdy rodzi się z talentem pisarskim Stephena Kinga czy pomysłowością J. K. Rowling, dlatego najczęściej opowiadania są źle napisane, pełne błędów językowych i całkowicie pozbawione logiki. Takie przypadki nazywane są opkami. I właśnie z opka zatytułowanego „Master of the Universe” powstało 50SOG. Historia o erotycznym związku Edwarda i Belli cieszyła się tak dużym zainteresowaniem, że jakiś nawiedzony redaktor zaproponował autorce wydanie jej tworu. Ale nie można wydać książki z bohaterami stworzonymi przez kogoś innego, więc trzeba nałożyć poprawki. Tak oto pozbawiona osobowości Bella Swan została pozbawioną osobowości Aną Steele, zaborczy Edward Cullen stał się zaborczym Christianem Greyem, wątki wampirów i wilkołaków poszły do kosza i voilà! Książka gotowa! Szkoda tylko, że każda osoba zaznajomiona z sagą Stephenie Meyer (lub chociaż z filmami na jej podstawie) od razu wyłapie się kto w 50SOG został ze „Zmierzchu” zaczerpnięty. Na miejscu Meyerowej byłabym oburzona, że ktoś tak bezczelnie kosi kasę na moich pomysłach. Bo wierzcie mi – po pierwszym tomie trylogii stworzonej prze Erikę Leonard zaczęłam doceniać „Zmierzch”, któremu daleko do dobrej książki, ale przynajmniej można wyłapać w nim jakieś zalążki pomysłów i w miarę przyzwoity język. Tymczasem Leonard pisać nie umie i zdecydowanie nie wie co to jest „synonim”, bo niektórych słów używa aż do obrzydzenia. Pani El, wie pani, co to jest słownik? Hym?
Często spotykam się z zarzutem fanów, że polskie tłumaczenie zabija ducha powieści. Żeby to sprawdzić, połowę książki przeczytałam w oryginale, dugą połowę już w naszym ojczystym języku. Szczerze? Nie widzę różnicy pomiędzy obiema wersjami. Nie oszukujmy się – jak coś jest dobre, wybroni się nawet przy najgorszym tłumaczeniu. 50SOG takie nie jest.

Jedyne, co się w tej książce udało, to okładka.

 

Przejdźmy do historii, która (o zgrozo!) ma potencjał – BDSM to temat wzbudzający w widzu ciekawość, tak samo jak umowa, którą Christian proponuje Anie. Niestety, autorka z gracją słonia w składzie porcelany dobija wszystko, co dobre w tym pomyśle. Bo czy nie byłoby ciekawiej, gdyby Ana nie czuła pociągu do Christiana, a zgodziła się na jego propozycję, bo potrzebuje pieniędzy? Albo była nimfomanką poszukującą mocniejszych wrażeń? Albo dziewczyną na telefon? Ale nie! Wtedy byłaby postacią wątpliwą moralnie! Lepiej zrobić z niej zakochaną liliję, która od czasu do czasu ma wątpliwości tylko dlatego, że miałby je każdy normalny człowiek na jej miejscu, więc autorka też je nam serwuje, choć najchętniej od razu przeszłaby do seksu… I gdy już zaczyna, ochoczo tworzy kolejne erotyczne sceny. Niestety, co z tego, że jest ich dużo, skoro są źle napisane. No chyba, że założeniem Leonard było załamać lub rozśmieszyć czytelnika. Jak tak miałam, albo wybuchałam śmiechem albo popadałam w stupor porażona głupotą opisu. Szczególnie „lód o smaku Christiana Greya” mnie powalił, aż zatęskniłam za Forks i błyszczącymi w słońcu wampirami. Dodatkowo autorka sama sobie strzela w stopę wybierając odważny temat i opisując go jak cnotka. No serio, jak człowiek czyta coś takiego: „dotknął mnie TAM”, od razu chce wykrzyknąć: „Ach, Ano! Gdzie cię dotknął? Ach, nie mów! Nie mów tylko, że dotknął cię TAM… w kolano! A to zboczeniec!”.

Wróćmy na chwilę do naszej cudownej parki, jak się znęcać, to na całego. Jak już pisałam, Ana to dziewucha całkowicie pozbawiona osobowości. Jakby tego było mało, ma irytujący zwyczaj dzielenia się z czytelnikiem co na temat danej sytuacji myśli jej podświadomość i wewnętrzna bogini (kto mi powie, skąd Leonard wzięła ten durny i przeraźliwie pretensjonalny zwrot?), przez co zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie cierpi na osobowość mnogą. Podczas lektury uznałam, że Leonard musiała się naoglądać „Zmierzchu” i uznała, iż skoro znakiem rozpoznawczym filmowej Belli są wiecznie rozchylone usta, jej Ana też musi mieć jakąś przywarę, najlepiej tak samo durną jak ta u panny Swan. Tak więc Anastasia wciąż przegryza wargę, co w zamierzeniu ma być czymś niezwykle podniecającym. Ale nie jest. Każdy kolejny opis tego czynu sprawia, że zaczęłam liczyć na to, że bochaterka w końcu sobie tę swoją podniecającą wargę odgryzie i potem wykrwawi się na śmierć… No co, pomarzyć nie można?



Przegryzanie wargi wygląda tak i wcale nie jest seksowne.  


Przejdźmy do boskiego pana Greya. Już od pierwszej sceny jest zaprezentowany jako fascynujący i skomplikowany facet. Niestety, to niespełnione pragnienia autorki. Jej bohater to kolejny klon Edwarda – nudziarz nie przyjmujący od wiadomości słowa: „nie”, obsypujący naszą bohaterkę drogimi prezentami i piszącym żałosne maile. Najbardziej przeraził mnie w rozdziale, gdy Ana wyjechała do swojej matki, chcąc jednocześnie przemyśleć swój związek z Christianem. Co robi pan Grey? Jedzie za nią niczym chory psychicznie stalker… Jeśli to was nie przeraża, to co powiecie na to – on wie, kiedy jego ukochana na miesiączkę! Creepy enough? Hym… może ma polskiego krewnego, Dariusza, z którego bierze przykład?

Podsumowując – 50SOG jest złą książką z miałką fabułą, nudnymi bohaterami i żenującymi scenami seksu. Dlaczego więc stała się tak wielkim hitem? Cóż, podejrzewam, że wiele kobiet marzy o takim Christianie – przystojnym i obrzydliwie bogatym bogu seksu, który samym spojrzeniem potrafi przyprawić kobietę o orgazm. Pięć groszy dodała także promocja i dyskusje jakie wzbudził tytuł. Ja sama wzięłam się za niego z ciekawości, bo jeśli się o czym mówi, to musze się z tym zapoznać i wyrobić opinię. I wyrobiłam. Naprawdę, strasznie mi przykro, że na listach bestsellerów obok zasłużonych tytułów lądują takie ścierwa. A film, który jest zaplanowany na 2013 roku tylko to szaleństwo podkręci. Zaczynam się bać.

Przerażona Gosiakowa

PS. Jak w Polsce pojawią się kolejne tomy, na pewno je przeczytam, nie wcześniej. Mój mózg musi odpocząć od wiecznie napalonych Christiana i Any.

AHS powraca – a w wiaderku jest…

rinoasin

Zgodnie z obietnicą daną w poprzednim poście, oto kolejne promo drugiego sezonu „American Horror Story”. Tym razem twórcy prezentują nam nietypową… dyskotekę? Chyba. Zobaczcie sami…


A także dobra wiadomość, jakaś dobra dusza wrzuciła wskazówki z poprzedniego sezonu. Jeśli ich nie widzieliście, zapraszam, są strasznie niepokojące!

Gosiakowa

„American Horror Story” powraca

rinoasin

„American Horror Story” to jedno z milszych serialowych zaskoczeń jakie miałam w zeszłym roku. Tytuł pełen nawiązań do filmowych klasyków, a jednocześnie oryginalnych posunięć, straszył, zaskakiwał, niepokoił, a nawet i wzruszał. Jedyne zastrzeżenia mam do końcówki, która była trochę za słodka… ale gdy człowiek dłużej nad tym pomyśli, wcale nie chciałby się znaleźć na miejscu bohaterów. Tak więc – dyskusyjny happy end. No właśnie, end. Praktycznie wszystkie wątki zostały wyjaśnione, po co ciągnąć to dalej? Na szczęście Ryan Murphy nie chce powtarzać swoich błędów z poprzednich seriali czyli rozciągnąć historię do granic ludzkiej głupoty. Zamiast tego w drugim sezonie zaprezentuje nam nową straszną historię. Tym razem akcja będzie się działa w latach ’60 XX wieku w zakładzie psychiatrycznym. Zakład psychiatryczny! Już na dźwięk tych dwóch słów dostaję gęsiej skórki. Wspaniale prezentuje się też obsada – ze starej ekipy w zupełnie nowych rolach zobaczymy: Jessicę Lange, Zachary’ego Quinto, Sarah Paulson, Evana Petersa i Lily Rabe a także nowe twarze: Chloe Sevigny, Josepha Fiennesa, Jamesa Cromwella, Cleę Duvall, Jennę Dewan i Adama Levine’a.

Druga seria będzie tak straszna, że wszystko zaczniemy widzieć w 3D. 

Do obejrzenia 1 sezonu zachęciła mnie świetna promocja. Jestem przeraźliwie podatna na kampanie viralowe, a AHS miał jedną z lepszych – króciutkie filmiki w pokrętny sposób zdradzające elementy fabuły podbiły moje serce, strasznie szkoda, że znikły z YouTube’a. W tym roku twórcy postanowili kontynuować ten niezwykle udany pomysł. Jak dotąd, pojawiło się sześć bardzo niepokojących wskazówek… ale co będę pisać, zobaczcie sami.

W kolejnych dniach z pojawią się kolejne podpowiedzi, a gdy to się stanie, z pewnością wylądują na Neonie. Wybaczcie, ale moja viralowa głupawka się włączyła.

Pozdrawiam,
Gosiakowa

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci