Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Baśń o czterech żywiołach, przyjaźni i odwadze

rinoasin

Dziś zrecenzuję serial… animowany. Wszystkich zdegustowanych tym pomysłem zapewniam, że tytuł jest wart spędzonego przy nim czasu i gdybym miała wyznaczyć mu granicę wiekową, to zaczęłabym od lat 7 i zakończyła na… 107.


A o jakim serialu mowa? O „Awatarze”, trzy sezonowej serii stworzonej przez stację Nickelodeon. Opowiada ona o magicznym świecie, w którzy ludzie posiadają moc władania jednym z żywiołów – powietrzem, wodą, ziemią lub ogniem. Aby zapewnić równowagę i porządek, raz na pokolenie rodzi się Awatar, osoba potrafiąca władać wszystkimi czterema mocami. Jednak pewnego dnia wybraniec zaginął, z czego skorzystał przywódca Narodu Ognia i ze swoją armią zaczął podbijać pozostałe państwa. 100 lat później rodzeństwo z Kraju Wody, Katara i Sokka, odnajdują w bryle lodu chłopca i latającego bizona. Chłopiec nazywa się Aang i okazuje się nikim innym jak zaginionym Awatarem. Razem z dwójką nowych przyjaciół wyrusza w podróż do pozostałych państw, by opanować władanie żywiołami wody, ziemi i ognia. Ich tropem podąża syn władcy Narodu Ognia, książę Zuko.  

 
Z opisu fabuły można się więc domyślić, że mamy do czynienia z typowym bajkowym toposem drogi – bohaterowie przemierzają magiczny świat  i pomagają napotkanym osobom. To jest prawda, ale twórcy uniknęli wpadek, które pamiętam z bajek oglądanych w  młodości – tutaj postacie i miejsca, które poznaliśmy w jednym odcinku nie znikają w próżni i mogą powrócić za kilkanaście epizodów. Dodatkowo, w większości przypadków bohaterowie trzecioplanowi prezentują się niezwykle ciekawie i gdyby dostali więcej czasu, z pewnością nie byliby gorsi od głównych herosów. A skoro o nich mowa, to muszę pochwalić scenarzystów za naprawdę udane stworzenie pierwszoplanowych postaci – są nieco stereotypowe, ale tym stereotypem twórcy się bawią. Bardzo urzekło mnie to, że tutaj nikt nie jest w pełni dobry lub zły do szpiku kości. Nawet czarne charaktery mają czasami jakieś przebłyski normalności. Strasznie podoba mi się też fakt, że każdy bohater zachowuje się odpowiednio do swojego wieku i okoliczności w jakich się wychował. Tak więc Aang z jednej strony jest nieco dziecinny i spragniony uwagi, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z brzemienia jaki ciąży na jego barkach, Zuko obsesyjnie pragnie odzyskać miłość ojca i jest ją gotowy zdobyć za wszelką cenę, itp. Równie sprawnie przedstawiony jest świat, w którym dzieje się akcja, jest w nim tyle ciekawych miejsc – miasta, pustynie, wioski, lasy, puszcze - każde jest oryginalne i nie powielające się. Dodatkowo wszystkie te lokacje mają tak cudowne nazwy! Wiem, może to głupota, ale dawno już nie spotkałam świata z tak śpiewnymi nazwami miejsc i bohaterów. Mała rzecz, a strasznie cieszy. 


Ważnym elementem większości odcinków są walki głównych bohaterów. Od razu uspokajam wszystkich przeciwników brutalności w bajkach – pojedynki są bezkrwawe i nie etapują przesadną brutalnością. Twórcy nigdy nie rozciągają ich do granic absurdu (jak to ma miejsce przykładowo w „Naruto”), przeprowadzone są szybko, sprawne i pomysłowo - każdy rozwiązany jest w inny sposób, widz nie musi się więc obawiać o nieprzyjemne uczucie deja vu*.

Pochwaliłam bohaterów, świat i walki, a jak z fabułą? Dobrze, choć nie idealnie. „Awatar” jest skierowany głównie do młodszego widza i dlatego czasem jest infantylny, szczególnie w pierwszym sezonie. Potem staje się mroczniejszy, ale nie pozbawiony elementów komicznych, najczęściej prostych, z łatwością trafiających do starszych i młodszych odbiorców. A teraz największy plus serii – „Legenda Aanga” jest bajką mądrą. Twórcy w inteligentny sposób poruszają trudniejsze tematy takie jak okrucieństwo wojny, asymilacja, szukanie akceptacji oraz brak tolerancji wobec odmienności. Brawa też za unikanie ciągłego wspomagania się wyjściami typu „deus ex machina” – bohaterowie bajki myślą, kombinują,  robią wszystko by poradzić sobie samemu, a nie zdają się tylko na pomoc innych.


A na sam koniec sprawy techniczne – animacja jest bardzo ładna, każda postać jest oryginalna w swoim wyglądzie, nie będziemy mieć więc skojarzeń w stylu: „Ten Aang przypomina mi…”. Musze jednak ostrzec fanów anime, że na początku kreska może razić – twórcy „Awatara” otwarcie przyznają, że wzorowali się na japońskich produkcjach i to widać. Mnie na początku to drażniło, ale z czasem przyzwyczaiłam się i w pełni delektowałam się historią. Seans umila także ładna muzyka, szczególnie przypadł mi do gustu motyw z intra. Świetny jest też dubbing (mówię o oryginale), urzekł mnie Zach Tyler jako Aang, jego śmiech jest cudownie zaraźliwy.  


Podsumowując - „Awatar: Legenda Aanga” nie jest animacją idealną, ale niewiele jej do tego brakuje. Sprawnie bawi, ekscytuje i wzrusza. Zdecydowanie do wielokrotnego użytku. Mocne 8 na 10 punktów.


Awatar Gosiakowa  


*pamiętacie błyskający za każdym razem Zespół R z „Pokemona”? :)

Jedna Śnieżka, wiele historii

rinoasin

Cera biała jak śnieg, usta czerwone jak krew, włosy czarne jak heban – tak jest opisana postać królewny Śnieżki w każdej bajce, czyli wiadomo – jak blondynka, to nie nasza bohaterka. W tym roku mieliśmy aż dwa filmy bazujące na jej historii, miał też powstać kolejny, tym razem o królewnie i siedmiu… wojownikach. W końcu zakończyło się tylko na pomyśle, może to i lepiej.
Uznałam, że skoro topos Śnieżki jest tak popularny, czas przybliżyć kilka jej wcieleń, a żeby nie było nudno, swoje historie streszczą nam same bohaterki!

 
(Och, nie! Zła Królowa ze złowieszczym śmiechem na ustach rozsypała po tekście spoilery! Bądźcie ostrożni!)


„Nazywam się Śnieżka. Królowa kazała leśniczemu mnie zabić, ale ten ulitował się nade mną i pozwolił uciec. Zamieszkałam z 7 krasnoludkami, które pokonały Królową, a ja wyszłam za Księcia.”


Najpopularniejsza wersja Śnieżki to zdecydowanie animacja stworzona przez Disneya. Miała tak duży wpływ na kulturę, że do dziś powszechnie funkcjonują imiona siedmiu krasnoludków (Mędrek, Gburek, Apsik, Wesołek, Śpioszek, Gapcio i Nieśmiałek). „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”  fabularnie jest urocza, a i wykonanie po tylu latach prezentuje się nieźle, choć można polemizować czy Królowa jest w ogóle ładna, to samo się tyczy Śnieżki – widać, że standardy urody zmieniły się od 1937 roku.
W historii nie ma szaleństw – zła Królowa słyszy od lustra, że jej pasierbica jest ładniejsza od niej. Nakazuje leśniczemu ją zabić, lecz ten pozwala Śnieżce zbiec. Bohaterce pomagają zwierzątka, zaprowadzające ją do chatki krasnoludków, z którymi królewna szybko się zaprzyjaźnia. Tymczasem jej macocha dowiaduje się od zwierciadła, że Śnieżka żyje. Przemienia się więc w obleśną staruchę, tworzy zatrute jabłko i częstuje nim Śnieżkę. Nie długo cieszy się pozycją najpiękniejszej, bo z odsieczą przybywają krasnoludki, rozpoczyna się pościg, który kończy się dla Królowej śmiertelnie – spada z klifu. Śnieżka zostaje złożona w szklanej trumnie i odnaleziona przez Księcia (biedaczyna, nie dostał imienia), który ja całuje. Co dalej, wiemy – żyli długo i szczęśliwie! Ostatnio spotkałam się z ciekawą interpretacją bajki – po ugryzieniu jabłka Śnieżka zmarła i trafiła do nieba, czego dowodem jest zamek wynurzający się z chmur. Lepiej nie mówcie tego dzieciom:).  
„Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” w 1939 roku dostała honorową statuetkę Oscara za filmową innowację, która oczarowała miliony i zapoczątkowała nowe pole rozrywki. Statuetka składała się z jednego normalnego Oscara i siedmiu miniaturek i wyglądała tak:


 To była najpopularniejsza Śnieżka, czas na inne:

 

 

„Nazywam się Lilli Hoffman. Królowa Claudia kazała swojemu bratu mnie zabić, ale zdołałam mu uciec. Trafiłam do kryjówki siedmiu górników i zakochałam się w jednym z nich, Williamie. Następnie pokonałam złą królową i uratowałam mojego ojca.”

Moja ulubiona wersja ulubiona wersja bajki o Śnieżce z idiotycznie przetłumaczonym tytułem – bo co trzeba mieć w głowie, żeby z „Snow White: A Tale of Terror” zrobić „Śnieżkę dla dorosłych”? :|
Tytułu już jednak nie zmienimy, powróćmy do historii – wdowiec Fredric Hoffman znajduje sobie nową żonę – Claudię, która nie przypada do gustu jego córce, Lilli. Dziewięć lat później królowa jest w ciąży, lecz rodzi martwe dziecko i stopniowo zaczyna popadać w obłęd. Za wszystkie swe niepowodzenia wini pasierbicę i każde swemu bratu, Gustavowi, ją zabić. Dziewczynie udaje się uciec i trafia do kryjówki siedmiu górników-wyrzutków. Ci niezbyt sympatycznie ją witają, ale pozwalają zostać. Tymczasem Claudia dowiaduje się, że Lilli żyje i podejmuje kolejne próby pozbycia się księżniczki – za pomocą jej czarów zawala się kopalnia, a potem drzewa zaczynają padać na ziemię. Dziewczynie udaje się przeżyć, dodatkowo zaczyna coś czuć do jednego z górników – Williama. Sielanka nie trwa długo, bo Claudia pod postacią staruszki obdarowuje dziewczynę jabłkiem i… wiadomo jak to się kończy, nasza Lilli ląduje w trumnie. Will nie chce się jednak pogodzić z jej śmiercią i zaczyna potrząsać ciałem ukochanej, dzięki czemu kawałek jabłka wypada z jej ust i dziewczyna ożywa. Razem z Williamem udaje się do zamku, gdzie Claudia planuje zabić Fredrica, by dzięki jego krwi ożywić swe martwe dziecko. Przeszkadza jej w tym przybycie pasierbicy, z którą zaczyna się szarpać. Lilli w pewnym momencie dźga sztyletem lustro królowej, tym samym zabijając macochę.
To jedyna z wersji w tym artykule, gdzie Śnieżka nie nazywa się Śnieżka, na swojej drodze nie spotyka krasnoludków/ karłów/ krasnoludów i dodatkowo kończy z kimś innym niż książę. Podejrzewam, że twórcy „Królewny Śnieżki i Łowcy” odrobinę inspirowali się tą wersją, ale woleli pójść w stronę fantastyki, a nie horroru. A kiedy pójdą w stronę musicalu?:)


„Nazywam się Śnieżka. Królowa Elspeth kazała słudze mnie zabić, ale ten ulitował się nade mną i pozwolił uciec. Zamieszkałam z siedmioma krasnoludkami kolorowymi jak tęcza, których przyjaciele zabili królową, a ja odjechałam z księciem w stronę zachodzącego słońca.”


Kolejna wersja bajki pochodzi z 2001 i jest zdecydowanie najbardziej kiczowata ze wszystkich. Historia zaczyna się w chatce ubogiego, acz szczęśliwego małżeństwa – Johna i Josephine. Ona rodzi córeczkę i umiera, on razem z dzieckiem wyrusza na poszukiwania jedzenia. Podczas wędrówki uwalnia Władcę Życzeń, a ten oferuje mu spełnienie trzech pragnień w ramach podzięki. John prosi o mleko dla dziecka oraz o wskrzeszenie królowej jego życia. Władca spełnia pierwsze życzenie, ale nie potrafi przywracać zmarłych, dlatego zamiast tego proponuje mu nową królową i królestwo. I zanim John się obejrzał, już był królem. Wkrótce pojawia się też kandydatka na królową – jest nią Elspeth, siostra Władcy, której hobby jest zamienianie prawdziwych krasnali w krasnale ogrodowe. Król z przypadku nie chce mieć nowej żony, ale i na to znajdzie się sposób – do jego oka trafia okruch magicznego zwierciadła, które sprawia, że z miejsca zakochuje się w Elspeth (btw. ładnie to tak zrzynać od Andersena?). Mijają lata, Śnieżka jest coraz piękniejsza, ma już nawet adoratora - księcia Alfreda, który spodobał się też i królowej. Tak więc królewna podpadła macosze, a gdy zwierciadło oświadcza Elspeth, że jej pasierbica jest od niej ładniejsza, czara goryczy się przelewa i nakazuje ją zabić. Jak zwykle – sługa lituje się nad dziewczyną, ta ucieka i tafia pod dach krasnoludków, którzy noszą imiona dni tygodnia i stroją się w ubrania w siedmiu kolorach tęczy. Tymczasem  zła królowa działa dalej - zamyka Johna w zwierciadle, a księcia zamienia w niedźwiedzia i umieszcza w… śnieżnej kuli (!). Potem podejmuje kolejne próby zabicia Śnieżki – na początku za pomocą wstążki (no przyznać się, kto poza naszą Śnieżką widząc wstążkę leżącą na ziemi od razu przepasuje się nią?), następnie za pomocą jabłka – już skutecznie. Na szczęście dla naszej słodziutkiej bohaterki, książę uwalnia się z kuli, odnajduje ją i całuje (raczej – liże), tym samym budząc ją i wracając do swej ludzkiej postaci. Czary Elspeth przestają działać i dosięga ją zemsta z ręki krasnali (już nie) ogrodowych.
Na sam koniec parę uwag – tak głupiutkiej i słodziutkiej Śnieżki to nawet u Disneya nie mieliśmy. Dodatkowo kicz wylewający się ekranu wzbudza w widzu mdłości, bo ile można? Mamy też fabularną zagadkę – jak białe małżeństwo mogło począć dziecię o azjatyckich rysach? Oj, ktoś tu chyba nie był wierny! Miło natomiast było zobaczyć jak zawsze wspaniałą Miranda Richardson, a także Verę Farmigę, Warwicka Davisa, Clancy’ego Browna i Michaela J. Andersona.


„Nazywam się Śnieżka. Królowa Regina kazała łowcy mnie zabić, ale ten ulitował się nade mną i pozwolił uciec. Poznałam ośmiu krasnoludków, ale jeden umarł i zostało ich siedmiu. Zamieszkałam razem z nimi, a potem wspomagana przez księcia wznieciłam bunt i zostałam królową!”


Jedną z ciekawszych i bardziej rozbudowanych wersji historii o Śnieżce możemy zobaczyć w serialu „Once Upon a Time”. Od razu ostrzegam, że nie wszystkie elementy zostały wyjaśnione, dlatego mogą pojawiać się niejasności.
A wszystko zaczyna się od błędu jaki popełniła nasza królewna będąc małym dzieckiem, tym samym narażając się przyszłej złej królowej, Reginie. A co takiego uczyniła mała, głupiutka dziewczynka? Zaufała niewłaściwej osobie i doprowadziła do śmierci ukochanego Reginy. Oczywiście, dziecko to tylko dziecko, ale nasza królowa wie swoje i poprzysięga zemstę. Po paru latach zleca morderstwo ojca Śnieżki, a potem nakazuje łowcy zabić pasierbicę. Ten puszcza ją wolno i tak zaczyna się wędrówka naszej królewny – po drodze spotyka Czerwonego Kapturka, ośmiu krasnoludków, Rumplestiltskina, a także księcia Jamesa, z którym połączy ją gorące uczucie. To właśnie dla uratowania ukochanego gryzie zatrute jabłko, a ze złego snu tradycyjnie wybudza ją pocałunek. W ostatnim odcinku pierwszego sezonu nasza bohaterka postanawia odebrać królestwa Reginie oraz złemu królowi Georgowi. Jak potoczy się bunt, zobaczymy dopiero w drugim sezonie. Można się domyślić, że się powiedzie, bo w pierwszym odcinku widzimy ślub zakochanej pary i straszliwą zemstę złej królowej.
Na sam koniec ciekawostka – w pilotowym odcinku Śnieżka mówi do męża: „Zatruła jabłko, bo myślała, że jestem od niej ładniejsza. Jest zdolna do wszystkiego.” – i teraz pytanie: czy to błąd scenarzystów, czy też nasza bohaterka wstydzi się przyznać mężowi dlaczego Regina tak naprawdę ją nienawidzi?
Krótka recenzja pierwszego sezonu „Once upon a time” TUTAJ.


„Nazywam się Śnieżka. Królowa kazała słudze mnie zabić, ale ten ulitował się nade mną i pozwolił uciec. Zamieszkałam z siedmioma krasnoludkami. Pokonałam bestię, która była moim ojcem. Wyszłam za księcia i pokonałam królową jej własną bronią. A potem zaśpiewałam piosenkę.” 


I kolejny przykład na to,  jak tłumacze idą na łatwiznę i z fajnie brzmiącego „Mirror mirror” robią pospolitą „Królewnę Śnieżkę”. Wstyd, wstyd. Ale powróćmy do fabuły. Tym razem jest lekko, słodko i radośnie, a z bajki zostało mało. W tej wersji Królowa chce zabić Śnieżkę bo ta spodobała się księciu, a małżeństwo z Alcottem pomogłoby jej wyjść z problemów finansowych. Co więc robi nasza zła Królowa? Oczywiście, każe ją zabić, ale dobry sługa puszcza dziewczę wolno. Urocza Śnieżka błąka się po lesie i trafia do chatki siedmiu karzełków żyjących z napadania bogaczy. Przyjaźni łotrzykowie biorą królewnę pod swoje skrzydła i uczą ją wszystkiego, co potrafią. Tymczasem Królowa częstuje Alcotta eliksirem (szczeniackiej) miłości i zmusza do ślubu. Oj, ciężki byłby los naszego wspaniałego księcia, na szczęście Śnieżka i jej przyjaciele przybywają z pomocą!... Jeśli ktoś to czyta i zastanawia się co to ma wszystko wspólnego ze znaną mu bajką, to zapewniam go, że jakieś tam nawiązania są. Mamy zdjęcie czaru pocałunkiem (tyle że to Śnieżka całuje księcia i tym samym ściąga z niego czar eliksiru miłości), lustro (znajdujące się w lepiance pośrodku jeziora, do którego można się dostać poprzez kolejne lustro i w przeciwieństwie do zwierciadeł z innych wersji jest bardzo uszczypliwe i nie bawi się w komplementy), a także jabłko. To ostatnie dostanie nieco dłuższy opis – Królowa pod postacią staruszki wręcza jabłko w darze naszej ślicznej królewnie. Ta węszy postęp i częstuje ją kawałkiem owocu. Po chwili Królowa pada martwa, a Śnieżka zaczyna śpiewać. Szkoda tylko, że ciało antagonistki znika, bo inaczej mielibyśmy taki piękny przykład danse macabre!
Moją recenzję filmu znajdziecie TUTAJ.


„Nazywam się Śnieżka. Królowa Ravenna chciała mnie zabić, ale uciekłam, więc wysłała za mną Łowcę, a ten został moim mentorem. Spotkaliśmy księcia Williama i ośmiu krasnoludków, ale jeden umarł i zostało ich siedmiu. Wznieciłam bunt, zabiłam Ravennę i zostałam królową.”


To najnowsza wersja historii o Śnieżce czyli „Królewna Śnieżka i Łowca”. Tym razem na równi z byciem tą najpiękniejszą liczy się nieśmiertelność i władza nad królestwem. Otóż lustro (a może wyobraźnia Ravenny) oświadcza królowej, że po spożyciu serca Śnieżki będzie wiecznie młoda. Dziewczynie udaje się jednak uniknąć strasznego losu - ucieka z zamku i za pomocą białego konia (jak pojmuję, miał to być element bajkowy, ale skoro cały film był raczej naturalistyczno-fantastyczny, ciekawiej byłoby gdyby Śnieżka go ukradła) dostaje się do Mrocznego Lasu. Sceny w tej lokacji są najlepsze z całego filmu, głównie dlatego, że rewelacyjnie kpią ze scen ucieczki znanych nam z bajki Disneya. Tam las początkowo wydawał się straszny, ale po chwili okazał się pełen uroczych zwierzątek z miejsca zaprzyjaźniających się z główną bohaterką. Filmowa Śnieżka nie ma takiego szczęścia i może liczyć tylko na siebie. Oczywiście, do czasu, bo pomocną dłoń wyciąga do niej Łowca (kolejny biedak, któremu imienia poskąpili). Razem z nim, ośmioma krasnoludami i księciem Williamem królewna wyrusza na wojnę z Ravenną. Po drodze jeden z krasnoludów zostaje zabity, a królowa truje Śnieżkę jabłkiem. Co ciekawe, nie dostaniemy w filmie jednoznacznej odpowiedzi, co właściwie wybudza bohaterkę ze snu – na początku zostaje pocałowana przez Williama, jakiś czas potem przez Łowcę i wtedy otwiera oczy. Najczęstsze więc interpretacje to takie, że rozbudziła ją miłość bezimiennego. Pamiętajmy jednak, że scenarzyści wyraźnie zasugerowali widzom uzdrowicielskie moce Śnieżki i ja obstawiam, że sama zawalczyła czar Ravenny, a nie żadne całusy, które kompletnie do tej wersji nie pasują.  
Moja recenzja filmu TUTAJ.


Na dziś tyle, po tym artykule na jakiś czas mam dość wszystkiego, co się kojarzy ze Śnieżką. Następnym razem dla rozluźnienia powróci komiks.

Gosiakowa

Lato Trzech Króli

rinoasin

Wakacje już za pasem. W „Dziesięciu powodach, dla których warto obejrzeć…” zauważyłam, że fani seriali cierpią, bo ich ulubione tytuły mają urlop. Na szczęście, niektóre stacje tworzą coś dla takich nieszczęsnych dusz. Ja ostatnio znalazłam tytuł dla siebie i sądzę, że sprawi mi dużo radości. Oto „The Hollow Crown”.


Czteroczęściowa produkcja stacji BBC Two składać się będzie z czterech filmów opartych na sztukach Wiliama Szekspira – „Ryszardzie II”, podzielonym na dwie części „Henryku IV”  i „Henryku V”. Te dzieła tworzą razem drugą tetralogię dramaturga, w skład pierwszej wchodzą trzy części „Henryka VI” i „Ryszard III”. Nie mam pojęcia dlaczego zaczęto produkcję od późniejszych tytułów, ale co tam, nie są one połączone fabularnie, a trailer wygląda tak pięknie, że tylko siąść i się zachwycać.


A wszystko zacznie się 30 czerwca od „Ryszarda II”, w którego wcieli się jeden ze zdolniejszych i bardziej charakterystycznych brytyjskich aktorów młodego pokolenia - Ben Whishaw. Towarzyszyć mu będą takie nazwiska jak: Patrick Stewart, James Purefoy, Clémence Poésy, David Suchet czy David Morrissey. Następnie, 7 i 14 lipca, zobaczymy dwie części „Henryka IV”. Głównym bohaterem będzie jak zawsze wspaniały Jeremy Irons, a w roli jego syna i przyszłego króla zobaczymy Toma Hiddlestona. Partnerować im będą Julie Walters, Michelle Dockery, Harry Lloyd i Iain Glen. Finał serii czyli „Henryk V” pojawi się na ekranach 21 lipca. Poza Hiddlestonem zobaczymy Johna Hurta, Lamberta Wilsona, Richarda Griffithsa oraz Geraldine Chaplin. Od takiej ilości nazwisk aż się w głowie przewraca. Trzymam kciuki na ogrom nominacji do Emmy i Złotych Globów.


Na sam koniec trailer, może nie prezentuje za dużo, ale wystarczająco by pokazać spektakularność całej produkcji. Oj, będzie widowisko!


Napisała królowa tego bloga,
Gosiakowa I

Komiksowo-filmowi recydywiści

rinoasin

Po Śnieżkowych narzekaniach czas powrócić do komiksowo-filmowych klimatów. Dzisiejszy zapisek będzie o komiksowych ekranizacjach i aktorach, którzy chętnie biorą w nich udział, często grając zgoła odmienne role. Na początku chciałam zrobić dziesiątkę, ale recydywistów okazało się tyle, że postanowiłam wypisać ich wszystkich. Oczywiście, mogę kogoś pominąć, za co z góry przepraszam.


(Małe spoilery, uwaga!)


Scarlett Johansson


W 2008 roku na ekranach kin pojawił się „Spirit - Duch Miasta”, ekranizacja komiksu stworzonego przez Willa Eisnera w latach 40. XX wieku dla DC Comics. Reżyserii i napisania scenariusza podjął się nikt inny a Frank Miller – twórca takich komiksowych hitów jak „Sin city” czy „300”. Wyglądało na to, że twórca powieści graficznych jak nikt inny będzie potrafił przełożyć „Spirita” na język kina. Tymczasem widzowie rozczarowali się srogo. Film był słaby, żeby nie napisać – głupawy, i zasłużył na lawinę krytyki, która na niego spadła (14% na RottenTomatoes). W obsadzie znalazła się między innymi Scarlett Johansson jako Silken Floss (dlaczego wszystkie kobiety w filmie nazywają się jak aktorki porno?:|), pomocnica głównego łotra. Poradziła sobie sprawnie jak na możliwości scenariusza, może dlatego że jako jedna z nielicznych zdawała sobie sprawę, iż granie na serio tylko bardziej pogrąża film.
Dwa lata później Johansson stałą się inną komiksową heroiną czyli Czarną Wdową w „Iron Man 2”, rolę powtórzyła w „Avengers” i najprawdopodobniej pojawi się w trzeciej części przygód Tony’ego Starka. Tym razem miała więcej szczęścia i w przeciwieństwie do „Spirita” oba filmy zostały dobrze przyjęte przez krytykę („Avengers” nawet entuzjastycznie). Jako ciekawostkę dodam, że początkowo Natashę miała zagrać Emily Blunt, ale zrezygnowała z roli na rzecz „Podróż Guliwera” – podejrzewam, że do dzisiaj pluje sobie w brodę.


Dominic West


Tak się jakoś utarło, że Dominic West gra czarne charaktery. Oczywiście, są wyjątki, ale nie w komiksowych filmach. W ekranizacji komiksu Franka Millera, „300”, zagrał Therona, skorumpowanego polityka ze Sparty. Co ciekawe, postać w oryginale nie występuje i została stworzona na potrzeby filmu. Może dlatego wątek Therona i królowej Gorgo jest najsłabszy w filmie, ale West zdecydowanie poradził sobie z rolą i umiejętnie zniechęca do siebie widza.
O ile „300” zebrało w miarę dobre oceny na RottenTomatoes (59%), to kolejny komiksowy film w dorobku Westa takiego szczęścia nie miał. Mowa o „Punisher: War Zone”, które dostało tylko 26% poparcia. W filmie aktor wcielił się w mafiozo Billy’ego Russoti, który po spotkaniu z głównym bohaterem traci co nieco na wyglądzie i przybiera adekwatny do swego wyglądu pseudonim Jigsaw. Jeśli w „300” West miał coś do zagrania, to w „Punisherze” straszy tylko wyglądem. Szkoda. Lepiej obejrzeć Dominika w rewelacyjnym „The wire”.


Mark Strong


Kolejny etatowy czarny charakter, łotr w co drugim filmie. Nie inaczej było w „Kick-assie”, gdzie wcielił się Franka D'Amico – szefa mafii. Film w dużej mierze kpi z komiksowych superbohaterów, dlatego postacie są przedstawione w krzywym zwierciadle i to samo tyczy się pana D’Amico – niby groźny i niebezpieczny, ale jednocześnie budzi w widzu pozytywne emocje. Szkoda, że nie wróci w drugiej części.
Rok po premierze „Kick-ass” Mark Strong powrócił do komiksowych klimatów. W „Green Lantern” ucharakteryzowany nie do poznania wcielił się w rolę Sinestro, mentora głównego bohatera. Wydawać się więc może, że zagrał pozytywną rolę. Otóż nie! Pod koniec filmu Sinestro przechodzi na ciem… znaczy się, żółtą stronę mocy. Twórcy filmu najwyraźniej chcieli zrobić z niego czarny charakter w drugiej części filmu, ale wygląda na to, że po słabych ocenach krytyków (27% na RottenTomatoes) Zielona Latarnia zgaśnie na zawsze… do czasu rebootu.


Brandon Routh


Wydawać się mogło, że rola głównego bohatera w „Superman: Powrót” otworzy aktorowi drogę do aktorskiej pierwszej ligi. Tymczasem pomimo dobrego przyjęcia krytyków, film nie doczekał się ciągu dalszego, a Routh nie zdobył wielkiej sławy. 4 lata po „Supermanie” mogliśmy go zobaczyć w „Scott Pilgrim kontra świat”, gdzie wcielił się w jednego z przeciwników głównego bohatera, Todda Ingrama. Rola, choć krótka, była zdecydowanie lepsza i ciekawsza od mdłego Clarka Kenta. Niestety, pomimo bardzo ciepłego przyjęcia krytyków, widownia nie dopisała i Pilgrim nie zarobił na siebie. A szkoda, bo to jeden z lepszych (jeśli nie najlepszy) z komiksowych filmów jaki widziałam. W 2011 Routh wcielił się główną rolę w filmie „Dylan Dog: Dead of Night” opartego na włoskim komiksie. O ile dwa pierwsze tytuły zostały dobrze ocenione, to „Dylan” został zmiażdżony – na RottenTomatoes dostał jedynie 6% pozytywnych opinii. Może to zważyło o tym, że kariera aktora jest obecnie w odwrocie – na 2012 ma zaplanowany tylko jeden film i zaczyna szukać szczęścia w serialowym światku.


Jessica Alba


Trzej panowie byli, dla równowagi czas na jakąś panią. W 2005 roku Jessica Alba zaprezentowała się fanom komiksów podwójnie – w lekkiej „Fantastycznej Czwórce” oraz w mrocznym i brutalnym „Sin City - Mieście grzechu”. Za rolę Susan Storm vel Niewidzialnej Dziewczyny dostała nominację do Złotej Maliny dla najgorszej aktorki a także nominację do Teen Choice dla… najlepszej aktorki. No ale w drugim przypadku to dzieci wybierają, nie wymagajmy za wiele. Rola Nancy Callahan została lepiej przyjęta przez widzów i krytyków, głównie dlatego, że Alba miała tylko i wyłącznie ładnie wyglądać. W każdym razie oba filmy miały dobrą oglądalność i studia zdecydowały się na kontynuację projektów. Ciąg dalszy przygód Fantastycznej Czwórki powstał sprawnie i dwa lata po pierwszej części na ekranach kin pojawiła się „Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera”, a Alba dostała kolejną nominację do Złotej Maliny, tym razem dla najgorszego duetu razem z Ioanem Gruffuddem. Z „Miastem Grzechu” sprawa była bardziej pogmatwana, gdy już wydawało się, że Basin City powróci na ekrany kin, nastąpiła kolejna obsuwa i tak wciąż i wciąż. Na dzień dzisiejszy projekt ma premierę ustaloną na 2013 rok. Nie zostało jeszcze potwierdzone, czy Alba powtórzy rolę Nancy.   


Ray Stevenson


Znany głównie z roli Tytusa Pullo w hitowym serialu HBO „Rzym”, Ray Stevenson dotychczasowo pojawił się w dwóch komiksowych ekranizacjach, trzecia jest w drodze. Pierwszym filmem był „Punisher: Strefa wojny” z 2008 roku, gdzie zagrał główną rolę, spragnionego zemsty po zamordowanej rodzinie policjanta Franka Castle. Jak już wspomniałam wyżej, film słabo oceniono, ale nie dziwota, skoro był bezmyślną rąbanką. A Stevenson był o wiele gorszym Punisherem od jego wcześniejszego odtwórcy, Thomasa Jane’a, głownie dlatego że nie potrafił pokazać tragedii swojej postaci. Ot, twardy facet mordujący złych ludzi.
O wiele sympatyczniej aktor zaprezentował się w „Thorze”, gdzie zagrał Volstagga, rubasznego wojownika, przyjaciela głównego bohatera. Rola może niewielka, ale wygląd „na wikinga” niezwykle pasuje Stevensonowi. Z ostatnich wieści wynika, że powtórzy swoją rolę. Ale w Marvelowskim uniwersum zmiany aktorów już następowały, więc nie piszę: „hop!”.


Mickey Rourke


Mówi się, że to rola z „Zapaśniku” pozwoliła Rourkowi wrócić do Hollywood. Błąd! Rourke przypomniał się światu postacią giganta Marva w „Sin City Mieście Grzechu”. Rola (i charakteryzacja) rewelacyjna! Dlaczego została pominięta przez krytykę w wszelkiego rodzaju nominacjach, nie mam pojęcia.
5 lat później Rourke zagrał w drugiej części „Iron Mana”. O ile o jego rola „Mieście Grzechu” była pozytywna (bo jak mordował, to tylko złych), to jako Ivan Vanko aka Whiplash był prawdziwym czarnym charakterem. A raczej próbował być, bo mnie słabo przekonał. Dramat, który przeżył w ogóle nie poruszał, a może Rourke nie potrafił go zobrazować. Na plus mogę zaliczyć jego atak podczas rajdu w Monako. Fajnie wywijał biczami :).
Wciąż nie potwierdzono, czy Rourke pojawi się w drugiej części „Sin City”. Trzymajmy za to kciuki.


Natalie Portman


Ma szczęście do komiksowych filmów, oba tytuły w których zagrała były ciepło przyjęte przez krytykę. Pierwszy z nich to „V jak vendetta” z 2005 roku. Portman tak bardzo zaangażowała się w rolę Evey, że nauczyła się brytyjskiego akcentu, przeszła kurację odchudzającą, a także… ogoliła głowę na zero. Sześć lat później Natalie przypomniała się fanom komiksowych ekranizacji rolą Jane Foster w filmie „Thor”. Jako ukochana głównego bohatera zaprezentowała się dobrze i chodziły plotki, że powtórzy ją w „Avengersach”. Koniec końcem, Jane została wspomniana, a jej twarz mogliśmy zobaczyć tylko na zdjęciu. Zobaczymy ją natomiast w drugiej odsłonie przygód Thora, no chyba że zażąda za dużo pieniędzy i tak jak Edward Norton i Terrence Howard zostanie podmieniona.


James McAvoy


Aktor w 2008 roku zagrał w „Wanted – Ścigani” postać Wesa Gibsona - życiowego nieudacznika, który dowiaduje się, że jego ojciec był zawodowym zabójcą i sam podejmuje szkolenie, by nim zostać. U boku McAvoya pojawili się Morgan Freeman i Angelina Jolie. Mniej znany aktor pomimo głównej roli w każdej reklamie był wymieniany pod koniec, podejrzewam że to musiało boleć. Ogólnie „Wanted” został dobrze przyjęty i przez jakiś czas mówiono o drugiej części, a potem wszystko ucichło. Ostatnimi dniami reżyser filmu, Timur Bekmambetov, oświadczył że ma pomysł na kontynuację – jaki, tego już nie ujawnił.  
W 2011 McAvoy znowu nawiązał flirt z komiksami, flirt bardziej udany. „X-Men: Pierwsza klasa”, bo o tym filmie mowa, został entuzjastycznie przyjęty zarówno przez krytykę jak i widzów. Aktor wcielił się w młodego Charlesa Xaviera, twórcę szkoły dla mutantów. Na 2014 zaplanowano premierę drugiej części, McAvoy oczywiście powraca w roli Xaviera.


Carla Gugino


Fani komiksów mogli dotychczasowo obejrzeć piękną Carlę w dwóch filmach. W pierwszym z nich, „Sin City”, jej rola nie była zbytnio rozbudowana – aktorka wcieliła się w Lucille, kuratorkę Marva i tylko w jego historii gra większa rolę. Bystre oko dostrzeże jej postać też w nowelce Hartigana, gdzie pojawia się na parę sekund. W komiksie Lucielle była adwokatem twardego gliniarza, ale w trakcie montażu sceny sądowe zostały wycięte z filmu.
Gugino zdecydowanie większą rolę miała w „Watchmen Strażnicy”, gdzie zagrała Sally Jupiter aka Jedwabną Zjawę. Niezbędną częścią filmu są retrospekcje, więc charakteryzatorzy mogli poszaleć i Sally raz jest młodsza, raz starsza. Carla ma tyle szczęścia, że w każdym wydaniu wygląda zjawiskowo, a żeńska część publiczności jest trochę zazdrosna:).


Hugo Weaving


Początkowo głównego bohatera w filmie „V jak vendetta” miał zagrać znany z „Rzymu” James Purefoy, ale ponoć maska utrudniała mu oddychanie i musiał zrezygnować z roli V. Jego miejsce zajął Hugo Weaving i choć w filmie ani razu nie pokazuje swojej twarzy, zachwyca. To wielka sztuka grać samym głosem, ale aktorowi się to udało i widz przez cały film jest zafascynowany V tak samo jak Evey.
W 2011 Weaving powrócił do komiksowego światka, tym razem jednak wcielił się w postać stojącą po stronie zła czyli Johanna Schmidta aka Red Skulla w „Captain America: Pierwsze starcie”. Jako czarny charakter aktor sprawił się dobrze, ale nie hipnotyzował już tak jak to robił wcielając się w V. Przed premierą „Avengers” chodziły plotki, że Red Skull powróci i będzie knuć razem z Lokim. Niestety, szalony esesman się nie pojawił, ale może to jeszcze zrobi, w końcu kilka filmów z Marvelowskiego uniwersum jeszcze przed nami.
I na koniec radosne spostrzeżenie – zarówno V jak i Red Skull noszą maski. V przez cały film, Skull ściąga ją w połowie filmu i od tego czasu pokazuje swe czerwone oblicze.


Morgan Freeman


To jeden z tych aktorów, których nie da się nie lubić. No serio, czy ktoś nie lubi Morgana Freemana? Jeśli tak, to niech się nie przyznaje :).
Nasz wspaniały aktor pierwszy raz wziął udział w komiksowym filmie w 2005 roku.  Mowa oczywiście o „Batman – Początek”, gdzie wcielił się w Luciusa Foxa, pracownika Wayne Enterprises. Swoją rolę powtórzył w „Mrocznym Rycerzu” oraz w nadchodzącym „Mroczny Rycerz Powstaje”. Freemana mogliśmy też zobaczyć w „Wanted – Ścigani” ale jeśli w filmach Nolana sprawdzał się znakomicie jako inteligentny dotraca głównego bohatera, to w ogóle mnie nie przekonał jak dwulicowy dowódca morderców. O wiele ciekawiej zaprezentował się w „Red”, gdzie też był niebezpieczny, ale jednocześnie cholernie sympatyczny. Ze złem panu nie do twarzy, panie Freeman!


Nicolas Cage


Dylemat prawdziwego kinomana – czy Nicolas Cage jest dobrym aktorem, czy też nie. W prawdzie dostał dwie nominacje do Oscara, raz nawet udało mu się wygrać, ale po drodze dostał aż 7 nominacji do Złotych Malin, a jego ostatnie filmy częściej jeżą włos na głowie swoim słabym poziomem niż zachwycają. Jednym z takich koszmarków jest bazujący na Marvelowym komiksie „Ghost Rider”, który na RottenTomatoes zdobył jedynie 26%. Widzowie jednak dopisali i 5 lat później mogliśmy zobaczyć drugą cześć zatytułowaną: „Ghost Rider: Spirit of Vengeance”. I tym razem krytycy kręcili nosami –na pomidorach tylko 18%. Również widzowie nie dopisali, więc trzeciej części raczej nie będzie. Jest natomiast szansa, by Cage po raz drugi za rolę Johnny’ego Blaze’a dostał nominację do Złotej Maliny.
Narzekanie, narzekaniem, ale i panu Ce czasem coś się udaje. Tak więc w zalewie złych filmów pojawiły się też i dobre. Jest wśród nich zacna adaptacja komiksu czyli „Kick-Ass”, gdzie Nicolas wcieli się w Damona Macready’ego używającego pseudonimu Big Daddy. Tym razem nie raził drętwą grą aktorską i widzowie nie cierpieli patrząc na niego. Film okazał się sukcesem i w planach jest kontynuacja. Cage co prawda umarł w części pierwszej, ale w sequelu pojawi się w retrospekcjach.   

    
Josh Hartnett


Chyba nigdy nie pojmę fenomenu tego aktora, bo ani on zdolny, ani ładny. Reżyserzy też zaczęli to dostrzegać, bo gra w coraz gorszych produkcjach. Gdy jednak unosił się jeszcze na fali wznoszącej, zaliczył ciekawy epizod w „Sin City”. Na ekranie nie było go nawet 10 minut, ale dzięki temu nie udało mu się zniesmaczyć widzów drewnianym warsztatem, a sama postać jest ciekawa i gdyby grał ktoś inny, marzyłabym o jej rozwinięciu.
Dwa lata później Hartnett pojawił się w kolejnej komiksowej adaptacji – „30 dni mroku”, tym razem jako bohater pozytywny i, niestety, główny. Co ciekawe, nie wcielił się w żadnego superherosa, a zwyczajnego policjanta, którego miasto zostaje napadnięte przez zgraję wampirów. Pomysł był wyśmienity i scenarzyści do połowy sprawnie budowali napięcie, ale potem z każdą minutą było coraz gorzej. Lepiej zapoznać się z krótkim pierwowzorem, zachwycającym niezwykła oprawą graficzną.
Jako ciekawostkę dodam, że Hartnett był jednym z kandydatów do roli Lokiego, gdy plan kręcenia „Thora” był jeszcze w pieluchach. Dzięki Odynowi, nie dostał angażu. Ostatnio pojawiły się plotki o zatrudnieniu Hartetta do reboota „Daredevila”. Oby skończyło się na plotkach.


Thomas Jane


Do 2004 roku aktor był głównie znany z grania ról drugo, a raczej: trzecioplanowych, oraz z żony - Patricii Arquette. Przełomem dla Jane’a stała się rola Franka Castle w filmie „Punisher”. I choć jego kreacja została ciepło przyjęta przez krytyków, gorzej z filmem, którego głównym grzechem były mielizny psychologiczne i nudny scenariusz. Cztery lata później próbowano reaktywować historię mściciela w filmie „Punisher: War Zone” z Rayem Stevensonem w roli głównej. I tym razem się nie udało. Do trzech razy sztuka?
Jane może pochwalić się też zabawnym i smakowitym cameo w „Scott Pilgrim kontra świat” gdzie wcieli się w… wegańskiego policjanta. Brzmi intrygująco? Odsyłam do filmu, warto.


Jeffrey Dean Morgan


Zauważyłam, że Morgan lubi umierać w filmach. Do Seana Beana mu daleko, ale kto wie co się stanie, jeśli dalej będzie tak konsekwentnie wybierać role… I tak właśnie już w pierwszej scenie „Watchmen Strażnicy” jego bohater, Komediant, zostaje zamordowany. Kto go zabił? Dlaczego to zrobił? Odpowiedzi na te pytania będą szokujące i z pewnością nie będą należeć do sztampowych rozwiązań. Sam Komediant pojawia się w retrospekcjach i Morgan w każdej z nich daje z siebie wszystko, dzięki czemu jego bohater jest jednym z ciekawszych w filmie.
Rok później mogliśmy zobaczyć cameo aktora w koszmarku „Jonah Hex”. Tutaj także wcielił się w umaralaka, którego na chwilę z zaświatów sprowadza główny bohater. Scena krótka, ale cieszy.
Ostatni film powstały w oparciu o komiks z Morganem w obsadzie to: „The Losers: Drużyna potępionych”. Tym razem nie umiera, ani na początku, ani na końcu, aż dziwnie się robi :). Film to taka „Drużyna A” (stąd polski tytuł) – grupka agentów CIA zostaje wrobiona w coś, czego nie popełniła i stara się ustalić kto naprawdę za tym stoi. Film został średnio przyjęty przez krytyków – 48% na RottenTomatoes, obejrzeć można, ale nie trzeba. Warto jednak wspomnieć, że poza Morganem w obsadzie pojawiły się jeszcze dwa nazwiska, które zostaną wymienione w tej notce. Oto pierwsze z nich…

Idris Elba


Aktor obecnie znany z doskonałej roli w brytyjskim serialu „Luther” ma za sobą aż trzy role w komiksowych ekranizacjach.  Pierwszą z nich była rola Roque we wspomnianej wyżej „Drużynie potępionych”. Rok później na ekranach kin widzowie mogli go zobaczyć w roli Heimdalla, strażnika mostu Bifrost w „Thorze”. Swoją rolę powtórzy w drugiej części filmu i, jeśli plotki są prawdziwe, jego postać zostanie rozbudowana. Ostatnim tytułem jest niewątpliwa wpadka w filmografii aktora czyli „Ghost Rider 2” – tak zły, że aż szkoda się rozpisywać. Ale pomyłki zdarzają się nawet najlepszym.
Zanim przejdę do kolejnego nazwiska, mała prywata – od jakiegoś czasu mówi się o dołączeniu do Marvelowskiego uniwersum kolejnego bohatera -Black Panther. Szkoda więc, że Elba wcielił się w Hemidalla, bo byłby idealną Czarną Panterą.


Jaime King


Mało znana aktorka pojawiła się w dwóch filmach bazujących na komiksach, co ciekawe – w jednym wcielając się w podwójną rolę. Moja tu oczywiście o „Sin City Mieście Grzechu” gdzie mogliśmy ją zobaczyć jako siostry bliźniaczki Goldie i Wendy. Jak większość kobiet  w filmie miała ładnie wyglądać a nie dobrze grać i się do tego warunku dostosowała. Frankowi Millerowi urocza buzia jednak wystarczyła i wziął ją do swojego filmu „Spirit - Duch Miasta”, gdzie wcieliła się Lorelei Rox, zwiewną syrenę uwodzącą głównego bohatera. Jest szansa, że powróci w drugiej części „Sin City”. Pożyjemy, zobaczymy.


Samuel L. Jackson


To jeden z tych szczęśliwców, po których nie widać upływu czasu. Dacie wiarę, że ma już 64 lata?... No właśnie :)
No, ale nie o wyglądzie tu mowa, a o rolach. Aktor pierwszy raz pojawił się w komiksowej adaptacji filmie w 2008 roku jako Octopus, główny przeciwnik bohatera filmu „Spirit - Duch Miasta”. On i Scarlett Johansson zdecydowanie najlepiej sobie poradzili z całej obsady, ich postacie były przerysowane i bardziej zabawne niż złe. No i te przebieranki, a to kimono, a to mundur SS, jak szaleć to szaleć.
W tym samym roku Samuel L. Jackson zaczął swoją przygodę w Marvelowskim uniwersum jako Nick Fury. Pojawił się prawie w każdym filmie z serii, za wyjątkiem „Incredible Hulk”, a od jakiegoś czasu mówi się o osobnym filmie dla jego bohatera i agentów S.H.I.E.L.D. – trzymam kciuki!
Na sam koniec wstydem będzie nie wspomnieć o jego roli w „Niezniszczalnym” Shyamalana. Tytuł co prawda nie opiera się o żadną powieść graficzną, ale jest głęboko zakorzeniony w powieściach o superbohaterach. Wkrótce na blogu pojawi się większy artykuł dotyczący tego filmu i mu podobnych. No, dość tej reklamy, jedziemy dalej.


Eva Mendes


I trzecia osoba z rzędu, którą mogliśmy oglądać w „Spirit - Duch Miasta”. Wcieliła się tam w sprytną złodziejkę o jakże wdzięcznym imieniu: Sand Saref (tak, zasada imion bohaterek jak z pornosa dalej obowiązuje), która jest jednocześnie ukochaną z młodości głównego bohatera. Dramat rodem z telenoweli popołudniowej i w takiż sposób rozwiązany.
A rok przed „Spiritem” widzowie mogli zobaczyć aktorkę w pierwszej części „Ghost Rider”, gdzie wcielała się w ukochaną z młodości głównego bohatera… brzmi znajomo? To się nazywa konsekwencja w doborze ról!


Ryan Reynolds


Były mąż Scarlett Johansson może pochwalić się aż trzema komiksowymi rolami (a także ładnym ciałem:P). W 2004 roku w „Blade: Mroczna Trójca” razem z Jessicą Biel wspomagał tytułowego łowcę wampirów. Film był zdecydowanie najgorszy z trylogii (26%  na RottenTomatoes), ale dzięki bohaterowi Reynoldsa - Hannibalowi Kingowi – przynajmniej czasami był śmieszny. Choć i tak najśmieszniejszy był Dominic Purcell jako Dracula, tyle że w tym przypadku była to śmieszność niezamierzona.
Pięć lat później aktor powrócił do stajni Marvela, tym razem jako  Wade Wilson aka Deadpool w „X-Men Geneza: Wolverine”. Był to zdecydowanie najsłabszy film z serii o mutantach, ale i tym razem Reynolds się sprawdził, szczególnie po przemianie w Deadpoola, jego wygląd był bardzo niepokojący. Twórcom postać też się spodobała, bo zaczęto mówić o spin-offie, ale na dzień dzisiejszy to wciąż są tylko plany.
Po podwójnym flircie z Marvelem, Reynolds wcielił się w superherosa z DC Comics w filmie „Green Lantern”. Z trzech komiksowych filmów, ten zdecydowanie był najgorszy, a dodatkowo okazał się klapą finansową. Na początku planowana była druga część, ale teraz ciężko powiedzieć czy powstanie.

 
Michael Fassbender


Jaki jest najpopularniejszy cytat z „300”? Łatwe! „This is Sparta!”. A drugi? „Then we will fight in the shade.” – a kto to powiedział? Wojownik Stelios. A kto go zagrał?... Tak, ciężko w to uwierzyć, to Michael Fassbender! I choć wygląda pięknie* w długich włosach i z klatą na wierzchu, to nie ten film był jego przepustką do kariery, a „Głód” Steve’a McQueena. Wtedy posypały się propozycje. Aktor najczęściej wybierał dobrze, ale zdarzały się też i wpadki, tak jak komiksowy „Jonah Hex”, gdzie wcieli się w jednego ze złoczyńców. Pomimo tragicznego scenariusza, Fassbender dawał z siebie wszystko i pewnie przez to bardziej kibicowałam Burke’owi, niż Hexowi. Trzecie podejście aktora do kina komiksowego było zdecydowanie najlepsze – wcieli się w młodego Magneto w „X-Men: Pierwsza klasa”. Film spodobał się widzom i krytykom, a Fassbender aktorsko wcale nie ustępował Ianowi McKellenowi czyli Erikowi z X-menowiej trylogii. Ja się wcale nie dziwię Mystique, że za nim poszła:). Jesienią rozpoczną się zdjęcia do drugiej części „Pierwszej klasy”. Czekamy!
Jako ciekawostkę dodam, że w jednej ze scen usuniętych w „X-menie” mogliśmy zobaczyć aktora w… sukience. Och, czemu to wycieli?:(


Chris Evans


Na sam koniec aktor z największym dorobkiem w komiksowych ekranizacjach. Zaczął od roli Johnny’ego Storma vel Żywej Pochodni w „Fantastycznej czwórce”, którą powtórzył dwa lata później w „Fantastycznej Czwórce: Narodziny Srebrnego Surfera”. Oba filmy nie powalały fabularnie, ale postać Johnny’ego przypadła mi do gustu, bo był jednym z pierwszych herosów, który cieszył się ze swoich mocy, a nie traktował je jak zło konieczne. Miła odmiana.
W 2010 roku oba filmy z Chrisem opierały się na komisach – pierwszy z nich to „The Losers: Drużyna potępionych”, gdzie wcielił się w rolę typowego geeka. Drugi to „Scott Pilgrim kontra świat”. Zagrał w nim Lucasa Lee - jednego z członków Ligii Byłych, z którym musi się zmierzyć główny bohater. Pojedynek nie będzie wyrównany, bo Lucas jest gwiazdą filmową i ma mnóstwo dublerów, ale i na niego Scott znajdzie sposób. Muszę przyznać, że Evans w tym filmie jest rewelacyjny, najlepszy przeciwnik z całej Ligi.
Najważniejszą jednak rolą w komiksowej karierze Evansa była oczywiście ta z „Captain America: Pierwsze starcie”, gdzie wcieli się w głównego bohatera. Rok później powtórzył swoją rolę w hitowym „Avengers”, a przed nim sequele tegoż filmu jak i historii Kapitana Ameryki. Zapracowany chłopak!


Obejrzała, zanalizowała, napisała…


Gosiakowa


*on w ogóle jest piękny :P

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci