Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Agent 007 i turpistyczne zastrzyki piękna

rinoasin

Dziś w standardowym przeglądzie zwiastunów zaprezentuję wam dwa tytuły. O pierwszym mówi się od dawna, ale jakoś średnio mnie interesuje, drugi natomiast pojawił się moim życiu niespodziewanie i bardzo, ale to bardzo mnie ciekawi. A o jakich filmach mowa? Czytajcie dalej…

Pierwszy tytuł to kolejna odsłona przygód Jamesa Bonga pt. „Skyfall” (zamiast z agentem 007 ten tytuł kojarzy mi się z jakimś SF). Wiem, że większość widzów nie znosi Craiga jako Bonda, dla mnie jest on najlepszym agentem od czasu Connery’ego, a „Casino Royale” to najlepszy bondowski film ever. Niestety, „007 Quantum of Solace” nie sprawiło mi takiej satysfakcji, zamiast tego przyniosło ogromne rozczarowanie. Pewnie dlatego z rezerwą podchodzę od „Skyfalla”. Niepokoi mnie też wizja Sama Mendesa jako reżysera. Nie wiem dlaczego zdecydowano się wybrać akurat jego, skoro nie ma w ogóle doświadczenia w kinie akcji. Ten błąd popełniono przy wcześniejszym filmie, gdy powierzono „Quantum…” Marcowi Forsterowi, który nie potrafił się odnaleźć w takim rodzaju kina i to było widać. Zasmuca mnie też powrót do schematów bondowskich – będzie Q, usłyszymy: „Bond. James Bond”, a i martini pewnie gdzieś się przewinie. A przecież o sile „Casino Royale” w dużej mierze decydowało to, że różnił się od pozostałych i stawiał na oryginalność. 
Co na plus? Oczywiście obsada – Craig, Dench, Fiennes, Whishaw (hell yeah!) i Bardem – aż miło! Ten ostatni wcieli się w czarny charakter, więc liczę na występ na miarę przerażającego Chigurha z „To nie jest kraj dla starych ludzi”. A swoją drogą – blond Bond i blond przeciwnik – tego jeszcze nie grali!

Drugi film to „Antiviral”, którego scenarzystą i reżyserem jest Cronenberg… ale nie ten Cronenberg o którym myślicie. Bowiem słynny reżyser ma syna Brandona, który postanowił iść w ślady ojca i to dosłownie, bo zwiastun jego najnowszego dzieła jest popisowym wskrzeszeniem pomysłów Cronenberga seniora z jego wcześniejszych filmów (ostatnio woli pokazywać turpizm wewnętrzny niż turpizm zewnętrzny, ale może i dobrze). Całość prezentuje się niepokojąco, obrzydliwie i intrygująco zarazem. Do tego trailer jest rewelacyjnie zmontowany według najnowszego zwiastunowego trendu czyli powtarzającego się dźwięku wzbudzającego w odbiorcy gęsią skórkę. Dzięki temu tytuł, o którym wcześniej nie słyszałam obecnie znajduje się na jednym z wyższych miejsc w moim prywatnym must-see.

Za lekturę i seans dziękuje

Gosiakowa         

Igrzyska czas zacząć

rinoasin

Od premiery „Igrzysk Śmierci” minęło prawie pół roku. O filmie dużo już powiedziano, zarówno złego, jak i dobrego. Ostatnio odświeżyłam sobie ten tytuł i postanowiłam do tej dyskusji wtrącić swoje trzy grosze.

(Są spoilery)

Dla przypomnienia – „Igrzyska Śmierci” to ekranizacja pierwszej części trylogii stworzonej przez Suzanne Collins, dwa kolejne tomy to: „W pierścieniu ognia” i „Kosogłos”. Rzecz się dzieje w przyszłości, gdzie co rok odbywają się Głodowe Igrzyska – brutalne widowisko, z którego żywa może wyjść tylko jedna osoba. Igrzyska to forma kary dla Dwunastu Dystryktów otaczających potężne państwo Panem, za bunt, które wznieciły 74 lata wcześniej (Trzynasty został dla przykładu doszczętnie zburzony). Co roku każdy z dystryktów musi poświęcić na widowisko dwójkę młodych ludzi obojga płci, a wybór dokonany jest poprzez losowanie. Taki los spotyka małą Prim, którą z miejsca decyduje się zastąpić starsza siostra, Katniss. Od tej chwili przed dziewczyną niebezpieczna i trudna droga – nie tylko będzie musiała przeżyć jako jedyna z 24 uczestników, to dodatkowo będzie musiała zyskać sobie sympatię publiczności, w czym nigdy nie była dobra. Na domiar złego, towarzyszem jej niedoli, a wkrótce przeciwnikiem, został chłopak, który niegdyś uratował jej życie…

Gary Ross, reżyser filmu, a także twórca scenariusza stworzył wierną adaptację. W pierwszej godzinie, tak jak w pierwszej połowie książki, śledzimy przygotowania do Igrzysk, druga połowa koncentruje się na samej grze i walce o przetrwanie. Wiele osób narzeka na pierwszy akt, ale mi on się podoba. Znakomicie pokazuje, jak w mediach ważna jest prezencja i wygląd – jesteś ładny i mówisz ładne słowa, z miejsca zyskujesz poparcie. A sympatia widzów jest podczas Igrzysk równie ważna, co sprawne posługiwanie się bronią – to sponsorzy mogą zapewnić wybranemu przez siebie uczestnikowi żywność, świeżą wodę czy też leki, które są tak samo koniecznie do przetrwania jak umiejętności walki. To jednoznacznie kojarzy mi się z wysyłaniem smsów podczas wszelkich reality czy też talent show – nie masz wsparcia, odpadasz. Tyle, że podczas Głodowych Igrzysk „odpadnięcie” oznacza śmierć.
Drugi akt przynosi więcej akcji, mnie osobiście urzekła scena rozpoczęcia gry. Jesteśmy zagłuszeni i zdezorientowani jak sama bohaterka, dookoła której właśnie rozpętało się piekło. Wewnątrz areny trwa walka o przetrwanie, ale w przeciwieństwie do książki, Ross nie zamierza się ograniczać tylko do granic kopuły i pokazuje nam też co się dzieje w centrum dowodzenia grą, gdzie w sterylnych, zimnych wnętrzach niewzruszona na dramaty trybutów ekipa wykonuje swoją pracę. Do czasu do czasu dostaniemy też migawki z Panem i innych dystryktów, a żeby widzom niezaznajomionym z książką nic nie umknęło, mamy komentarze Caesara Flickermana i Claudiusa Templesmitha – świetny pomysł, doskonale zagrany i podkreślający medialność całego widowiska.

Z przenoszeniem książki na ekran jest taki problem, że czytelnik ma wyobrażone wszystkie postacie i nie da się wybrać aktora, który spodobałby się każdemu bez wyjątku*. Od początku castingowe decyzje twórców „Igrzysk” wzbudzały wiele kontrowersji – bo to za stara główna bohaterka, za brzydki absztyfikant, a ten znowu jest czarnoskóry. Nie rozumiałam tej ciągłej nagonki, bo mi każda osoba z obsady odpowiadała wizualnie (miło też, że postawili na normalnych ludzi, a nie przepiękne twarze pasujące do historii jak pieść do nosa), byłam też bardzo ciekawa aktorskiego popisu. A ten był zadowalający. Jennifer Lawrence zachwyciła mnie w „Do szpiku kości”, gdzie grała bohaterkę bardzo podobną do Katniss – zdeterminowaną dziewczynę robiącą wszystko, by jej najbliższym żyło się lepiej. Lawrence ma w sobie coś co posiadają nieliczne aktorki – z miejsca budzi sympatię widza i chętnie jej kibicujemy. Co ciekawe, w filmie Katniss jest o wiele sympatyczniejszą postacią niż w książce. Duża w tym zasługa z zrezygnowania z pierwszoplanowej narracji z offu, co mnie bardzo ucieszyło, takie zabiegi zostawmy „Zmierzchom” i tworom zmierzchopodobnym. Partnerujący aktorce Josh Hutcherson jest wręcz stworzony do postaci Peety – uroczy i prostoduszny, jedyne czego mi zabrakło to więcej chemii pomiędzy nim a Lawrence. Drugi plan prezentuje się bardzo dobrze – Woody Harrelson jest idealny do grania postaci takich jak Haymitch, Elizabeth Banks to rewelacyjna (i jednocześnie trochę straszna, ale to przez te jej wszystkie wymyślne fryzury i makijaże) trzpiotka Effie, a Donald Sutherland w roli prezydenta Snowa jest odpowiednio groźny i budzący nieufność. Chwaliłam już wyżej panów komentatorów, ale powtórzę - Stanley Tucci i Toby Jones pokazali klasę. Nie mogę zrozumieć jak ten drugi wciąż grywa w filmach drugoplanowe role, szkoda marnować takiego talentu. Wiele osób zarzucało Rossowi to, że rozwinął postać Seneki Crane’a, która w książce była tylko wspomniana. Ja jestem z tego powodu bardzo zadowolona, bo dzięki temu mieliśmy wspomniane przeze mnie świetne sceny w centrum dowodzenia, więcej prezydenta Snowa, szałową brodę pana Ce i oczywiście Wesa Bentleya, do którego mam ogromny sentyment od czasów jego pamiętnej roli w „American Beauty”. 
Nie jestem zwolenniczką muzyków bawiących się w aktorstwo – najczęściej skutki takiej zabawy są opłakane, ale Lenny Kravitz jest wymarzonym Cinną. Nie dość, że idealnie przedstawia inteligentnego i ciepłego mężczyznę, to jeszcze wygląda wspaniale… jak tylko się pojawiał, miałam nieczyste myśli i nie wstydzę się do tego przyznać :).
Pozostali aktorzy, nie mieli za dużo czasu na jakieś głębsze zaprezentowanie się. Najbardziej zapadła mi w pamięć Isabelle Fuhrman jako Clove. Aktorka ma w twarzy coś złowieszczego, idealnie wpasowała się w rolę francowatej dziewuchy z Drugiego Dystryktu.

Czas przejść do elementów technicznych. Film nie powstał za duże pieniądze, ale twórcy sprawnie je wykorzystali. Okropnie podobały mi się zdjęcia oraz scenografia – zielone, naturalne lasy, brudne, turpistyczne dystrykty świetnie zderzone z kolorowym, przerysowanym Kapitolem. Na osobną uwagę zasługuje rewelacyjny kubistyczny Róg Obfitości, chyba żywcem ściągnięty z przyszłości. Wielu ludzi narzekało na rwaną pracę kamery – mi się podobała, w drugiej części filmu dodawała element zagrożenia i zagubienia. Dodatkowo taki zabiegł pomagał twórcom w pokazywaniu jak najmniejszej ilości krwi, by dostać mniejsze ograniczenie wiekowe. Trochę szkoda, nie miałabym przeciwko większej ilości przemocy, ale wiadomo – większa dostępność filmu równa się większe pieniądze. Takie wymogi rynku. Muzyka nie zapada specjalnie w pamięć, ale gdy się dobrze w nią słuchać, można wychwycić kilka miłych dla ucha utworów. Warto wspomnieć też o rewelacyjnej piosence rozpoczynającej napisy końcowe czyli „Abraham's Daughter” wykonanej przez Arcade Fire – życzyłabym jej nominacji do Oscara, ale Akademia w tej kategorii wybiera takie durne tytuły, że nawet na to nie liczę.

„Igrzyska Śmierci” to miła i niegłupia rozrywka. Miło było wreszcie zobaczyć jakieś uzasadnienie dla mordowania się grupy ludzi. Może nie jakieś odkrywcze, ale i tak zdecydowanie lepsze od tych w „Battle Royale” czy „Uciekinierze”**. Całość oceniam na mocną 8 i czekam na ciąg dalszy.

Gosiakowa

* no dobra, nigdy nie spotkałam się z zarzutami wobec Gandalfa i Gimliego z „Władcy Pierścieni”, ale może i takie się pojawiły.
** jeśli podczas czytania usłyszeliście coś w stylu „zgrzyt-zgrzyt” to uspokajam – to tylko ja zgrzytam zębami na myśl o tym, co filmowcy zrobili z książką Kinga… tzn. Bachmana.

Żądam zwrotu pieniędzy, czyli filmy, na które niepotrzebnie poszłam do kina

rinoasin

Świetne trailery, ładne plakaty, ciekawie zapowiadająca się fabuła, rekomendacja przyjaciół – coś nas zachęciło i poszliśmy do kina, by potem pluć sobie w brodę. Ostatnio postanowiłam sobie przypomnieć najgorsze seanse jakie sobie zafundowałam i zadośćuczynić im wredną notką. Uprzedzam, że nie zawsze były to filmy złe, czasem po prostu lepiej bym na tym wyszła, gdybym obejrzała je w domowym zaciszu.
Tytuły przedstawione są w dowolnej kolejności.

2012

Do kina wybrałam się z myślą – będzie świetna rozpierducha! Bo każdy wie – dobra rozpierducha nie jest zła! W kinie okazało się, że efekciarskie popisy to tylko 10% filmu, reszta to nudna i do bólu przewidywalna historia. Co ciekawe, nie tylko mi się nie spodobało – rozczarowani widzowie wychodzili przed wyświetleniem napisów końcowych, co nieczęsto się zdarza w moim zapyziałym miasteczku. Ja honorowo zostałam do końca, ale niechęć do filmów katastroficznych pozostała mi do dnia dzisiejszego.

Podczas seansu fala nudy zalazła kino.

 

Mamma Mia!

Jeśli jakiś gatunek filmu lubię bezgranicznie, to na pewno będzie to musical. Niestety, nie każdy musical to dobry film i ja akurat musiałam trafić na ten gorszy. A nic nie zapowiadało dramatu – świetna obsada, doskonałe piosenki i ładne widoczki – idealny odmóżdżacz! Niestety, odmóżdżacz okazał się tak słodką bzdurą, że dostałam niestrawności. Całość dobijał Pierce Brosnan vel „Kamienna Gęba”. Po seansie każde wspomnienie nazwiska tego pana wzbudzało we mnie nieprzyjemne odczucia i dopiero rola w „Autorze widmo” przywróciła mi wiarę w jego umiejętności aktorskie.

Aktorzy wyraźnie doskonale się bawili podczas kręcenia filmu. Szkoda, że ta radość nie udzieliła mi się podczas seansu.

 

Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem

Jestem na tyle stara i zgrzybiała (^^), że doskonale pamiętam czasy, gdy polska kinematografia jak opętana serwowała widzom ekranizacje lektur szkolnych. Najbardziej pokrzywdzone na tym były dzieci i młodzież, które ciągnięte były na seans, by koszta produkcji się zwróciły. Tak więc w kinie widziałam „Pana Tadeusza”, „W pustyni i puszczy”, „Zemstę” i „Starą baśń”. I ten ostatni tytuł wspominam najgorzej. W tym filmie wszystko było straszne – historia, efekty specjalne, scenografia, charakteryzacja, nawet aktorzy nie próbowali dobrze grać, wyraźnie sobie zdawali sprawę jaka całość jest durna. Dwie godziny męki, lepiej spędzić je na lekcji, przynajmniej coś mądrego się wyniesie.

Ładna aktorka otoczona przez swoje dublerki.

 

Królestwo niebieskie

Co najbardziej zapamiętałam z seansu? Trailer „Sin city” oraz przypadkowe zamknięcie w kinie. Gdy wytężę pamięć to przypomina mi się Edward Norton, który z zasłoniętą twarzą miał więcej charyzmy niż Orlando „Kołek” Bloom. Na drugim miejscu jest główny bohater, przez całe życie kowal, nagle odkrywający w sobie wewnętrznego rycerza, umiejętności strategiczne i sprawność władania mieczem, jakby się z nim co najmniej urodził. O nic więcej nie pytam.

Gdy ten pan znika, film traci wszystkie pozytywne walory.

 

Skazany na bluesa

Jakiś czas temu znalazłam się w młodzieżowym jury pewnego festiwalu filmowego. W związku z tym pasowało obejrzeć wszystkie nominowane do nagrody głównej (a także młodzieżowej) tytuły. Seanse nic nie kosztowały, więc – czemu nie? Niestety, jak każdy dobrze wie – polska kinematografia nie jest na najwyższym poziomie i seanse nie zawsze sprawiały mi radość. Najgorzej wspominam „Skazanego na bluesa”, który jest doskonałym przykładem jak z charyzmatycznej i nietuzinkowej postaci jaką był Ryszard Riedel zrobić ćpającą kukłę. Ja wiem, muzyk faktycznie ćpał, ale na Boga, to musiało zająć cały film? A gdzie dojście do sławy Dżemu? Na początku mamy koncert w sali szkolnej, potem przeskok czasowy i już zespół jest znany i kochany. A ta środkowa cześć? Twórcy w podręcznikowy sposób pokazali jak obciąć filmowi jaj… tzn. potencjał.

Świetny Tomasz Kot i doskonała muzyka nie są w stanie sprawić, że słaby scenariusz będzie dobry.

 

Terminator: Ocalenie

Jestem pewnie jedną z nielicznych, ale uważam że „Terminator” jest o wiele lepszym filmem niż „Terminator 2: Dzień sądu”, który z mrocznej opowieści zrobił efektowną bajeczkę. Oglądając trailery czwartej części cyklu sądziłam, że dostanę powrót do pesymistycznej i posępnej historii. Tymczasem dostałam typową nawalankę, całościowo sympatyczną, ale nie wtedy gdy płaci się za nią 18 złotych!

Wyniszczona Ziemia jest miła dla oka, wyniszczona legenda Terminatora już nie.

 

Jestem legendą

Za każdy razem, gdy widzę lub słyszę tytuł tego filmu, mam ochotę powiedzieć: „Nie, nie jesteś, ty oszuście!” – bo znowu zamiast dostać dobry film dostałam pozbawioną thrillu opowiastkę, jak to pan niby boi się pikselowatych wampierzy, ale jakoś tego strasznie nie pokazuje po sobie. I do tego śmierć psa – nienawidzę, gdy twórcy idą po najmniejszej linii oporu by wzruszyć widza. No i jeszcze finał – każdy, kto widział alternatywne zakończenie wie, że było lepsze. Lepiej zostać przy old schoolowej „Nocy żywych trupów”.

Ciągłe strasznie przestało wywierać na głównym bohaterze oczekiwany efekt.

 

Ratatuj

Animacja jest prześliczna, ale historia sztampowa aż do bólu. Na seansie wynudziłam się niemiłosiernie i tak się zraziłam do Pixara, że nie poszłam do kina na „WALL•E” bojąc się bolesnej powtórki. Historia zakochanego robota okazała się przepiękna, przez co mam jeszcze większy żal do „Ratatuja” i w ramach strajku już go raczej nie obejrzę.

Chętnie zjadłabym kolację ze szczurkiem Remym, ale za wspólny seans podziękuję.

 

Zmierzch / Saga "Zmierzch": Przed świtem. Część 1 

Mam uzasadniać czy same tytuły wystarczą? :) W kinie byłam na dwóch częściach sagi – na pierwszej z ciekawości, na czwartej z braku laku, bo nic innego w kinie nie było, na szczęście przed seansem prowizorycznie znieczuliłam się piwem i dobrze zrobiłam. Naprawdę, cieszę się, że w tym roku przygody Edka i Belli się kończą… choć chyba niepotrzebnie, bo ekranizacja „Fifty Shades of Grey” czai się już za rogiem.

Na zdjęciu: Christian i Ana… to znaczy Edward i Bella… e tam, pomiędzy nimi nie ma żadnej różnicy.

 

Dom latających sztyletów

Bardzo lubię „Przyczajonego tygrysa…”, „Hero” uwielbiam. Gdy więc w kinach pojawił się „Dom latających sztyletów” postanowiłam nie czekać i wybrać się na seans. Niestety, okazało się, że twórcy zapomnieli o takiej drobnostce jaką jest historia i wypełnili film pojedynkami. Nie mam nic przeciwko długim scenom walki (jatkę w Domu niebieskich liści z „Kill Billa” mogłabym oglądać wciąż i wciąż), ale jeśli nie są dobrze zaprezentowane, można umrzeć z nudów. Tak niestety było w tym przypadku - bohaterowie walczą, zmienia się sceneria, walka wciąż trwa, a ja czekam aż coś naprawdę się zacznie dziać.

Las, zamieć, łąka, każde miejsce dobre do pojedynku!

 

Hancock

Film powinien się nazywać: „Hancock czyli jak zmienić ciekawy pomysł w ckliwą szmirę”. Początek był dobry, niestety poziom z czasem zaczął się obniżać a humor zaginął w akcji. Takim superbohaterom jak Hancock mówię stanowcze i zdecydowane: NIE!

Spity superbohater jest fajny, heroiczny – już mniej.

 

Królewna Śnieżka i Łowca

Film nie był zły, ale to największy zawód filmowy jaki miałam w 2012 roku i za karę trafia na listę. Moja recenzja tutaj.

Przynajmniej oko nacieszyłam.

 

Matrix Reaktywacja / Matrix Rewolucje

Mam olbrzymi sentyment do „Matixa”, dawno temu byłam wręcz fanatyczką tego tytułu. Dlatego też niecierpliwie czekałam na ciąg dalszy. W końcu dostałam to co chciałam i zawiodłam się na „Reaktywacji” tak srogo, że nawet nie ekscytowała mnie wizja „Rewolucji”. W końcu do kina poszłam i jedyne co mi zostało w głowie po wyjściu z kina to trailer „Powrotu Króla”. Bo zaprawdę powiadam wam, tak złego ciągu dalszego dawno nie widziałam!

Neo powinien zrobić przysługę fanom i w takiej pozycji stać przed wejściem do każdego kina wyświetlającego ciąg dalszy „Martixa”.

 

Rybki z ferajny

Dobra bajka powinna być kolorowa, zabawna i przystępna zarówno dla młodszych jak i starszych widzów. Tymczasem „Rybki z ferajny” są tylko kolorowe. Humoru jest tu jak na lekarstwo, dzieci nie wyłapią wszystkich popkulturowych nawiązań, a dorośli będą znudzeni tą przewidywalną historią. Wcale się nie dziwię, że obecnie o „Rybkach” nikt nie pamięta. Jak na dno oceanu, to tylko z Nemo.

Największy plus „Rybek” to to, że po seansie przestałam ślepo chodzić do kina na każdą nową animację.

 

To tyle. Gdybym pogrzebała w zakamarkach pamięci, z pewnością znalazłabym jeszcze jakieś tytuły. Ale czasem lepiej nie pamiętać. Za przeczytanie dziękuje życząca Wam tylko dobrych seansów 

Gosiakowa

Dziennik kobiety pracującej czyli seks w mniejszym mieście

rinoasin

Poznajcie Hannah. Hannah to ładna, sympatyczna i inteligentna dziewczyna. Ma jednak pewien sekret, który skrzętnie ukrywa. Na szczęście, nie będziemy skazani na domysły i już w pierwszej scenie sama bohaterka wyznaje nam swoją tajemnicę – jest prostytutką i nie widzi w tym niczego złego.

(Spoilery wielkie jak London Eye)

To niekonwencjonalne podejście do tematu w dużej mierze decyduje o sile brytyjskiego serialu „Sekretny dziennik call girl” – Hannah (w pracy – Belle) nie jest uzależniona, nie ma dziecka na wychowaniu, nie tonie też w długach. Ona lubi pieniądze, seks i tę nutkę niepewności przed spotkaniem z klientem, bo nigdy nie wie, z kim została umówiona przez swoją przełożoną. Pierwszy sezon serialu pozwala widzom dokładniej poznać świat naszej bohaterki, jej pracę i jej przyjaźń z byłym chłopakiem, Benem. Choć seria ma tylko 8 epizodów, po 22 minuty każdy, wszystko jest doskonale wyważone. Jest zabawnie, inteligentnie i pieprznie. Niestety w kolejnym sezonie twórcy postanowili wprowadzić kolejne wątki – nową call girl, Bambi, oraz Alexa – obiekt uczuć naszej bohaterki. To, plus znane już nam wątki, sprawiło, że serial zaczął tracić swoją lekkość i równowagę, zniknął też ten niewymuszony humor. Trzeci sezon wprowadza do akcji siostrę Hannah, pisanie kolejnej książki przez naszą bohaterkę i kolejne przygody miłosne – Bambi i Byrona oraz naszej bohaterki i Duncana. Po tej serii myślałam, że nie może być gorzej, ale po obejrzeniu czwartej odsłony zmieniłam zdanie, całkowicie straciła urok serialu, stała się mroczna i męcząca, dodatkowo charaktery dwójki najważniejszych postaci czyli Hannah i Bena nie wiedzieć czemu zmieniają się o 180 stopni. Gdyby pomiędzy 3 a 4 serią była duża różnica czasowa, to nie raziłoby tak w oczy, ale takowej nie ma, przez to wygląda to okropnie nienaturalnie, a zmiana jest wyjątkowo niekorzystna – Hannah stała się zimna i niesympatyczna, a Ben stracił całą wyrozumiałość do niej, choć przez 3 wcześniejsze sezony był gotowy zrobić dla niej wszystko. Drażniące są też nowe postacie - Poppy, która wnosi do „Dziennika” wątki rodem z telenoweli oraz Harry, niesympatyczny nowy adorator naszej bohaterki. W obsadzie odczuwa się brak Bambi – rozumiem, że twórcy uznali jej wątek za zakończony, ale że nie byli nawet w stanie słowem o niej wspomnieć? Bambi wydawała mi się dobrą kandydatką do zostania najlepszą przyjaciółką Hannah, taką żeńską wersją Bena, a tymczasem ich kontakty zostały zerwane. Dodatkowo finał był przesadnie melodramatyczny. Twórcy wyraźnie chcieli, by było gorzko – praca, jaką wybrała Belle nie pozwalała jej wieść normalnego życia i dziewczyna w końcu musiała wybrać pomiędzy prostytucją a miłością, ale odrzucenie Bena? Osoby, która wiedziała o nocnym życiu Hannah i nie mającej nic przeciw temu? Osoby zawsze ją wpierającej i nigdy nie oceniającej? Bez niego dziewczyna została sama, a jej życie, choć pełne seksu i pieniędzy będzie puste i nieszczęśliwe. Żaden widz nie marzył o takiej przyszłości dla bohaterki*.

Dużo narzekań, niemniej serial warty jest uwagi. Nawet najsłabsze odcinki bronią się scenami z Belle i jej klientami. Trochę szkoda, że twórcy nie ograniczyli się tylko do nich. Nie chcę tutaj brzmieć jak niewyżyta erotomanka, ale udzieliła mi się ciekawość bohaterki i zawsze niecierpliwe chciałam poznać „klienta tygodnia” i dowiedzieć się do jakich seksualnych wybryków ma pociąg. A wierzcie mi – scenarzyści mają ciekawe pomysły, rodem z „Seksu w wielkim mieście”. A skoro napomknęłam o kultowej serii HBO, wstydem będzie nie wspomnieć o podobieństwach łączących oba tytuły. Oczywiście, poza seksem, mamy wyzwoloną bohaterkę, komentującą swoje przygody z offu, a czasem zwracająca się do widzów bezpośrednio, jest nawet wątek napisania książki w oparciu o swoje doświadczenia. W okolicach czwartego sezonu podobieństwa zaczęły się zwiększać, wręcz ocierać się o plagiat – chodzi mi głównie o zmianę stylu Hannah, która coraz bardziej swymi zmyślnymi ubraniami przypominała Carrie Bradshaw, a coraz mniej siebie z wcześniejszych odsłon. Nawet udaje jej się odwiedzić Manhattan, aż zaczęłam trzymać kciuki za spotkanie obu pań i wymianę erotycznych doświadczeń.
Poza „Seksem w wielkim mieście” można mieć też skojarzenia z „Trawką” – obie bohaterki parają się nielegalną pracą, którą skrywają przed swoimi najbliższymi. O ile jednak w przypadku Nancy Botwin prawda w końcu wychodzi na jaw, to o pracy Hannah dowiaduje się tylko Ben. Trochę szkoda, że w trzecim sezonie gdy Jackie, starsza siostra głównej bohaterki, się do niej wprowadza, twórcy nawet nie próbują wprowadzać tego wątku. Zdecydowanie, niewykorzystany potencjał.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to obsada „Sekretnego dziennika call girl” prezentuje się dobrze. Wyjątkiem jest Billie Piper czyli odtwórczyni głównej roli, która błyszczy. W „Doktorze Who” była uroczą, niepozorną dziewczyną, nie sądziłam, że może mieć w sobie tyle seksapilu. A jednak. Jako Belle jest uwodzicielska i seksowna, jako Hannah - sympatyczna i bezpretensjonalna. Dobrze poradzili sobie też Iddo Goldberg jako Ben i prześliczna Ashley Madekwe jako Bambi. Dodatkowo w każdym odcinku mamy nowych klientów, w gronie których można było dostrzec parę znajomych twarzy. Mnie osobiście najbardziej ucieszyły sceny z Mattem Smithem, ale wiecie, to mój taki doktorowy odchył. Ponoć David Tennant miał zagrać jednego z klientów Belle, ale zobowiązania na innych planach mu na to nie pozwoliły. A szkoda, byłabym w siódmym niebie, nawet gdyby miał jedną, króciutką scenę.

Serial może pochwalić się świetnymi zdjęciami i sprawnym montażem. Londyn jest przepięknie przedstawiony i jako metropolia niewiele ustępuje Manhattanowi. Bardzo dobry był też dobór piosenek, zawsze idealnie dopasowanych do fabuły. Już akustyczna wersja „You Know I'm No Good” z intra to strzał w dziesiątkę. Utwór do końca życia będzie mi się kojarzyć z Hannah/Belle.

Podsumowując, „Sekretny dziennik Call Girl” to sympatyczny serial, który pomimo wad ogląda się dobrze i szybko. Oceniam na 6 punktów i liczę na szybki powrót Billie Piper na ekrany.

Gosiakowa

PS. Skoro o seksie mowa, to w związku z dużym szumem związanym z książką „Fifty Shades of Grey” wzięłam się za lekturę tego (ponoć) kontrowersyjnego tytułu. Po przeczytaniu, na blogu z pewnością pojawi się recenzja, żeby nie było, że tylko filmy i seriale mi w głowie :). 

*z ciekawości przejrzałam fora internetowe co o finale sądzą fani i wszyscy byli bardzo rozczarowani.

Mistrzyni muzycznego viralu czyli iamamiwhoami

rinoasin

Zgodnie z zapowiedzą, czas na muzyczną notkę. Artystka, którą pragnę wam przedstawić, jest artystką niezwykłą, choć mało znaną. Wypromowała się niezwykłymi filmikami i równie niezwykłym głosem za pośrednictwem portalu YouTube. Obecnie jej imię i nazwisko są znane, ale gdy zaczynałam przygodę z jej muzyką, wszyscy posługiwali się jej pseudonimem – iamamiwhoami.

A wszystko zaczęło się od minutowego filmiku, który pojawił się na stronie YouTube 31 stycznia 2010 roku. Video nosiło enigmatyczną nazwę „Prelude 699130082.451322-5.4.21.3.1.20.9.15.14.1.12” i prezentowało widzom las… a dokładniej, to bardzo niezwykły las, gdzie drzewa mają nogi i ręce, a całość wyglądała jak żywcem wyrwana z sennych marzeń dendrofila. Widzowie serwisu zaczęli się zastanawiać, co ten niezwykły filmik reprezentuje – jest zapowiedzą filmu? Klipem muzycznym? A może reklamą? Kolejne filmiki przez miesiąc wzbudzały coraz większe zainteresowanie. Zaczęto obstawiać, kim jest złotowłosa kobieta o skórze pokrytej błotem, która pojawia się w każdej kolejnej odsłonie. Wśród kandydatek najczęściej wymieniano: Lady Gagę, Alison Goldfrapp, Christinę Aguilerę, Lykke Li, Little Boots, Karin Dreijer Andersson oraz Björk. Równie duże dysputy wzbudzały obrazki zwierząt pojawiające się w filmikach – kolejno: koza, sowa, wieloryb, pszczoła, lama i małpa. Rozwiązano natomiast tajemnicę dziwnych tytułów – każdy numer odpowiadał literze w alfabecie, dzięki czemu można było ułożyć słowo bądź słowa.

14 marca 2010 roku pojawił się pierwszy teledysk iamamiwhoami zatytułowany „b”. Senna, marzycielska piosenka pokazywała nam nowe oblicze tajemniczej kobiety z wcześniejszych filmików – wciąż złotowłosa, lecz błoto znikło, a zastąpiła je przeźroczysta folia. Częściowo widoczna twarz dała internautom nowy trop – piosenkarkę Jonnę Lee. Równie często wymieniano Christinę Aguilerę, która ponoć zapowiadała zmianę swojego stylu muzycznego. Dodatkowo nowy krążek piosenkarki miał się nazywać „Bionic” – zdaniem internautów tytuły kolejnych teledysków miały się ułożyć w to słowo, czego potwierdzeniem miał być kolejny utwór, zatytułowany „o”. Dzień później premierę miał pierwszy singiel Aguilery z nowej płyty – „Not Myself Tonight", który z miejsca skreśli ją z listy kandydatek. Mnie do dziś dziwi fakt, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że Aguilera ma całkowicie inny ton głosu od iamamiwhoami…

Wracając do utworów iam, to „o” był bardziej dynamiczny od pierwszego kawałka, a do tego brzmiący znajomo… a to dlatego, że jego fragment mogliśmy usłyszeć we wcześniejszym video – „23.5.12.3.15.13.5-8.15.13.5.3383”. Miesiąc później pojawiły się aż dwa teledyski – „u-1” i „u-2”. Bez dwóch zdań, to najbardziej niepokojące filmy stworzone przez artystkę, co ciekawe – muzycznie całkowicie odmienne, a jednocześnie tworzące idealną całość. W kolejnym filmiku zatytułowanym „n” powróciła znajoma, ubłocona nimfa z wczesnych faz projektu. Sama piosenka jest niezwykle magiczna i można jej słuchać wciąż i wciąż. W tym samym miesiącu pojawił się kolejny singiel „t”, który poza kolejnym świetnym utworem, pokazał prawdziwą twarz naszej nimfy i już nikt nie miał wątpliwości – to Jonna Lee, szwedzka piosenkarka, dotychczasowo mało znana szerszej publiczności. Ponad miesiąc później pojawił się kolejny teledysk – „y”, który czasowo był najdłuższy z wszystkich. Teledysk zaczynał się od milczącego intra, także w trakcie piosenki mieliśmy chwilę przerwy. Video zdecydowanie świetne, aż się prosi o analizę dyskursu medialnego (o to proszą się wszystkie filmiki do utworów iamamiwhoami), ale gdy ta wersja była jedyną dostępną w sieci, przez te przerwy ciężko było zachwycać się samą piosenką. 

Tytuły dotychczasowych teledysków ułożyły się w słowo „bounty” i cały projekt na chwilę ucichł. Fani zaczęli zadawać kolejne pytania – czy to już koniec? Czy Jonna Lee powiedziała to, co chciała powiedzieć i znika na zawsze? A może doczekamy się płyty? W końcu „bounty” (czyli: „hojność”) musi coś znaczyć! I faktycznie znaczyło – na stronie pojawił się filmik-ogłoszenie, który informował o zbliżającym się koncercie iamamiwhoami i poszukiwaniu kandydata do wzięcia w nim udziału. Brzmiało to dość dziwnie – tylko jedna osoba? Zaciekawieni internauci czekali na rozwój wydarzeń i wysyłali zgłoszenia na tajemnicze wydarzenie. W końcu szczęśliwiec został wybrany – został nim użytkownik ShootUpTheStation, a na YouTubie zaczęły pojawiać się filmiki z jego przygotowań do koncertu (po wydarzeniu zniknęły z kanału). Przyszedł w końcu czas na z dawna wyczekiwany koncert… choć słowo „koncert” nie do końca pasuje do tego, co iam pokazała fanom (całość można było obejrzeć na stronie internetowej), ja wolę określenie „muzyczny spacer”. Wszystko zaczyna się w hotelu, z którego samochodem przenosimy się do lasu, a tam rozpoczyna się magia – wizualna i muzyczna. Nowe aranżacje piosenek są niezwykle udane, a las przepełniony jest elementami znanymi z wcześniejszych teledysków. Całość wieńczy nowa piosenka zatytułowana „.”, a także odpowiedź na to, co w sześciu wstępnych filmikach oznaczały zdjęcia zwierząt.

Po magicznym wydarzeniu powróciły pytania – co dalej? Będzie płyta? A może to już rzeczywiście koniec? Jonna długo kazała czekać na jakąkolwiek oznakę życia, ale w końcu na panelu pojawił się kolejny teledysk zatytułowany: „; john”. Piosenka różniła się od piosenek z ery „bounty” żywiołowością, a także stylistyką – już w pierwszej scenie opuściliśmy las i przenieśliśmy się do dość dziwnego… przybytku rozkoszy. Ten motyw kontynuowany jest w „clump”, który wyszedł dwa miesiące później. O ile „u-1” i „u-2” były najbardziej niepokojącymi filmikami iam, to „clump” jest zdecydowanie najbardziej erotycznym. Co śmieszne, nie mamy tutaj żadnych śmiałych scen, praktycznie przez cały czas kamera jest skupiona na twarzy Jonny, ale ruchy jakie wykonuje piosenkarka kojarzą się jednoznacznie. Te dwie piosenki są takim przecinkiem oddzielającym „bounty” a „kin”, stylistycznie nie pasują ani do pierwszego, ani do drugiego projektu. Jednak zdaniem iamamiwhoami należą do początkowej ery, bo włączyła je do playlisty zatytułowanej „bounty”.

 

Pół roku po debiucie „clump” rozpoczął się kolejny projekt artystki. Zaczął go króciutki filmiki zatytułowany „kin 20120611” przedstawiający pustą kartkę powieszoną w gablocie. Tylko tyle, ale widzom wystarczyło do snucia kolejnych interpretacji. Mnie samą najbardziej interesował numer w tytule, wskazujący na to, że 11 czerwca 2012 roku coś się stanie. Ale co? Kolejny koncert? A może wreszcie płyta? Bardzo, ale to bardzo liczyłam na to drugie. Ale do czerwca jeszcze trochę, trzeba było czekać. Żeby nudno nie było, regularnie pojawiały się nowe teledyski, tematycznie oscylujące pomiędzy blokowiskami, lasami, pustyniami, a także wnętrzem pewnego pudełka. Kolejność pojawiania się nowych piosenek to – „sever", „drops", „good worker", „play", „in due order", „idle talk" , „rascal", „kill" i „goods". Muzycznie, to kolejne perły, natomiast historie w teledyskach rozczarowują, niby na każdy jest jakiś pomysł, ale nigdy nie jest on w pełni wykorzystany. Tak jakby cała inwencja i pomysłowość została wyczerpana przy „bounty”. Szkoda.

11 czerwca miała premierę pierwsza płyta artystki, co było dla mnie kolejnym rozczarowaniem, bo znalazło się na niej tylko 9 piosenek z ery „kin”. Niestety, na dzień dzisiejszy krążek nie jest dostępny w Polsce, ale liczę na to, że pewnego dnia będę mogła go postawić na półce z płytami moich ulubionych artystów.

A co dalej z iamamiwhoami? Po raz kolejny – nie wiadomo. Fanom pozostaje regularnie zaglądać na jej YouTubowy kanał i czekać, bo to z pewnością nie jest koniec tej niezwykłej, muzycznej historii.

Gosiakowa 

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci