Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Ring of Fire

rinoasin

Czas poznać przeszłość Tree Trunks!... Eee, hurra?

Clipboard014

Ten odcinek trwał tyle co zawsze czyli 11 minut. To naprawdę krótko, dlaczego więc tak strasznie mi się ciągnął? Serio, w pewnym momencie aż zerknęłam na pasek przewijania by się upewnić, czy całość trwała przypadkiem pół godziny. O dziwo, nie. Po części zwalam to na Tree Trunks, za którą nie przepadałam nigdy. Ale przecież zdarzało się, że podobały mi się odcinki o nielubianych przeze mnie postaciach. W czym więc tkwi problem Ring of Fire? W powtarzalności.

Sam pomysł na przeplatanie teraźniejszości z retrospekcjami nie był zły, zła była natomiast ich monotematyczność. O tym, że Tree Trunks jest szalona i nieprzewidywalna wiemy od dziesięciu sezonów, po co więc to powtarzać? O ile jeszcze pierwsze wspomnienie z młodzieńczych lat mnie ubawiło, to kolejne już męczyły. Cały odcinek był jak znający tylko jeden żart dzieciak, który go opowiada, opowiada i opowiada. Za pierwszym razem to może bawić, ale potem zaczyna mocno nużyć. Na szczęście, epizod nie doprowadził mnie do irytacji (naturalnego rozwinięcia znużenia) i jak ktoś chce, może to uznać za zaletę. Takie szczęście w nieszczęściu.

Co na plus? Tak jak wspomniałam powyżej – wspomnienia z poszkolnych lat słoniczki. Tutaj grało wszystko – Tree Trunks jako prawdziwa Queen Bee, szybki i nieprzemyślany ślub oraz jeszcze szybszy rozwód (to zerwanie było wręcz epickie!). No miodzio! Ucieszył mnie też krótki, ale jakże uroczy występ Sweet P. Reszta niestety to jedno wielkie „meh”.

To ostatni sezon Adventure Time, wkrótce pożegnamy się z Finnem i Jakem na zawsze i szczerze napisawszy wolałabym spędzić z nimi ten czas niż z Tree Trunks. Gdyby jeszcze Ring of Fire wnosiło coś nowego, nie narzekałabym. Niestety, zamiast świeżości dostaliśmy męczącą powtórkę z rozrywki. Ode mnie 4-ka.

Seventeen

rinoasin

A dziś będzie o tym, że nie ma dobrej imprezy bez rodzinnej dramy.

Seventeen_Title_Card

Finn ma siedemnaście lat. Gdy w serialach aktorskich postacie dorastają zawsze podsumowuję to dramatycznym: „Czuję się staro!” i tutaj pewnie też bym to zrobiła, ale Finn wciąż wygląda tak samo jak w pierwszym odcinku, więc nie mam żadnego przestrzału pomiędzy tym jaki był a jaki jest, ale może nawet lepiej, po co się załamywać swoim wiekiem podczas oglądania Adventure Time?:) Poza tym, pomimo tych siedemnastu lat Finn nadal jest tym samym heroicznym, ale i naiwnym bohaterem, co z jego przekonaniem o dorosłości wypada wręcz uroczo. Aż chciało się go poklepać po głowie i powiedzieć, że pomimo wieku wciąż jest dzieckiem. No, dzieckiem odcinającym głowy nowo poznanym rycerzom, lecz wciąż dzieckiem.

Tożsamość Zielonego Rycerza chyba dla nikogo (poza bohaterami, rzecz jasna) nie była specjalną niespodzianką. Nawet twórcom niespecjalnie chciało się długo bawić w podchody i dość szybko okryli karty. Przy okazji dowiedzieliśmy się w jaki sposób wujek Gumbald, Chicle i Lolly odzyskali swoje ciała i musze przyznać, że rozwiązano to w bardzo prosty, ale jednocześnie logiczny sposób, bez żadnych udziwnień czy wątpliwych zbiegów okoliczności, których się trochę obawiałam. Tak przy okazji – Marceline zasłaniająca Bubblegum to najpiękniejszy widok w Adventure Time od dawna, aww.

Jeśli mam być szczera, to pod względem fabuły ten odcinek był średni i pewnie by mnie znudził, gdyby nie masa świetnych żartów, które z miejsca podniosły poziom. Nie wiem co mi się podobało najbardziej - Huntress Wizard stwierdzająca, że Zielony Rycerz może mieć niewidzialną osłonę, ale nie jest pewna bo jej nie widzi, Starchy niespodziewanie deklarujący swe uczucia Finnowi czy też Ice King niespodziewanie wyskakujący z tortu przebrany za Flame Princess – to wszystko było proste, ale jednocześnie naprawdę zabawne i dodawało całości smaku.

Podsumowując, odcinek był w porządku. Nie był zły, ale podczas jego oglądania towarzyszyło mi uczucie nieustannego deja vu, że gdzieś już to kiedyś widziałam, w innym odcinku Adventure Time. A takie coś nigdy nie jest mile widziane podczas seansu. Na szczęście, żarty ratowały całość. Ode mnie 6-ka.

O Solo słów parę

rinoasin

Długo czekaliśmy i wreszcie się doczekaliśmy. Pierwszy zwiastun przygód Hana Solo wylądował. Nie jest to może film, do którego odliczam dni, ale jednocześnie jestem niesamowicie ciekawa efektu końcowego, więc w kinie z pewnością się stawię. Sam trailer jest na tyle interesujący, że warto poświęcić mu krótką notkę. Trailer tutaj, wrażenia poniżej. Gotowi? To lecimy z prędkością światła, ziuuu!

hansolo

- Woody Harrelson już mentorzył w Igrzyskach Śmierci i oglądało się to bardzo dobrze, tu pewnie będzie tak samo. Poza tym, dobry mentor, zły mentor, nieważne bo to Woody Harrelson, jego zawsze miło się ogląda.

- Donald Glover jako Lando Calrissian. O rany, jaki to jest w punkt casting! Aktor ma czar oraz charyzmę Billy’ego Dee Williamsa i jestem więcej niż pewna, że będzie się go doskonale oglądać. Co więcej, po cichu liczę, że zaprezentuje się na tyle dobrze, że dostanie własny film. Szczerze wolałabym oglądać przygody Lando niż takiego Boby Fetta. Uwaga! To pierwsza, ale nie ostatnia kontrowersyjna opinia w tej notce ;).

- Film się zmienia, Han się zmienia, ale Chewie się nie zmienia. I dobrze. Swoją drogą, jestem ciekawa na jakim etapie będzie znajomość Solo i Chewbakki w tym filmie. Z jednej strony chciałabym zobaczyć początek ich przyjaźni, ale z drugiej strony trochę się obawiam spłycenia tej relacji. No zobaczymy, co tam twórcy wymodzą.

- Najważniejsza scena w całym zwiastunie (przynajmniej dla mnie) – Han sięga po broń. Strzeli pierwszy, no musi;).

- Emilia Clarke… No… wygląda ładnie, nie przeczę. Twórcy też sobie wyraźnie zdają sprawę z jej urody, bo praktycznie w każdej scenie aktorka wygląda inaczej. I w porządku, niech się stroi, niech się przebiera, ale jakiś głos z tyłu głowy mówi mi, że jej bohaterka będzie głównie robić za eye candy filmu niż heroinę z krwi i kości.

- Tutaj warto zastanowić się, czy losy postaci Emilii Clarke czy Woody’ego Harrelsona nie są przesądzone tak jak bohaterów Łotra 1, co wyjaśni ich nieobecność w późniejszych częściach. A może po prostu ich drogi pod koniec filmu się rozejdą i Disney będzie mógł zrobić im solowe filmy, bo czemu nie;).

- Na sam koniec zostawiłam sobie Aldena Ehrenreicha, który powinien już z miejsca dostać jakąś nagrodę za odwagę. Bo trzeba jej dużo, by wcielić się w tak kochaną i kultową postać. I już za to kibicuję mu całym sercem. Jednocześnie przyznaję, że osobiście bardzo aktora lubię, nawet w takiej głupotce jak Piękne Istoty potrafi tchnąć życie w swojego bohatera, za co należą się oklaski. Poza tym, warto spojrzeć na reżyserów u jakich grał – bracia Coen (świetna rola, tak btw), Chan-wook Park, Woody Allen, Warren Beatty czy Francis Ford Coppola. Czy naprawdę tyle osób z tak znacznym artystycznym dorobkiem angażowałby słabego aktora? Coś mi się nie widzi. A że nie jest podobny do Harrisona Forda? Cóż, jak dla mnie nie musi, wystarczy by jego Han był równie charaktery jak ten klasyczny i będzie dobrze.

Czas na kolejną kontrowersyjną opinię – z tria herosów z klasycznej trylogii najmniej lubię Hana. Straszne? Może, ale co ja pocznę, preferuję Luke’a, który pięknie rozwija się na przełomie sagi. Postać Solo niby też ewoluuje, ale w mniej imponujący sposób. Może dlatego Han nie jest dla mnie nietykalną świętością i jestem nawet ciekawa jak film o nim wyjdzie, tym bardziej, że po drodze miał parę utrudnień ze zmianą reżysera na pierwszym miejscu. W związku z tym wielu zwiastuje, że film będzie słabiutki w co ja osobiście nie wierzę. Disney za dobrze zarabia na tej marce, by pozwolić na wypuszczenie paździerza do kin. I niby wiadomo, że Star Wars to taka marka, na którą widzowie zawsze pójdą, ale słaby film potrafi jednak zrazić. Najlepszym przykładem niech będzie uniwersum DC – Liga Sprawiedliwości wydawała się być maszynką o zarabiania pieniędzy z tak popularną grupą herosów w rolach głównych. Tymczasem widzowie odrzuceni poziomem BvS i Suicide Squad darowali sobie seans w kinie i film ledwo co zarobił na siebie. Takiego losu Gwiezdnym Wojnom nie życzę, mam jednak nadzieję, że w przyszłości twórcy będą stawiać odważniejsze kroki w tym uniwersum i zamiast korzystać ze znanych postaci zdecydują się stworzyć coś nowego. Bo to mnie w Solo najbardziej boli – ten film nie musiał powstawać, nikt nigdy nie pytał jak wyglądało życie Hana przez epizodem czwartym. Miejmy nadzieję, że zapowiedziana niedawno trylogia Riana Johnsona odetnie się od wszystkiego co znamy i przedstawi coś zupełnie nowego i świeżego. Han tymczasem będzie doskonałym zajęciem myśli w oczekiwaniu na kolejną starwarsową premierę.

PS. Bodajże wczoraj zadebiutował pierwszy zwiastun Venoma. Niestety, jest tak suchy, że notki nie będzie, bo nie ma o czym pisać poza tym, że Tom Hardy to świetny aktor i może dzięki niemu tak źle nie będzie.

PS2. Jutro na blog wraca Adventure Time.

Człowiek-mrówka i Osa

rinoasin

Styczeń niemalże dobiegł końca, a na blogasku notek jak na lekarstwo. Co o tym zdecydowało? Parę czynników – dużo pracy, choroba i ogólnie średni stan psychiczny. Gdy już miałam wolne autentycznie nie miałam siły na pisanie i dopiero dziś poczułam chęć podzielenia się ze światem swoimi spostrzeżeniami. Mam nadzieję, że ten stan się utrzyma, ale niczego nie obiecuję. I tyle w ramach wstępu, przejdźmy do pierwszego zwiastuna Ant-Man and the Wasp, który zadebiutował wczoraj i totalnie mnie zauroczył. Nie pozostaje mi wiec nic innego, jak wystukać na temat Antka i jego koleżanki parę zdań. W razie czego, zwiastun do nadrobienia tutaj.

firstposterartformarvelsantmanandthewasp

- Muszę przyznać, że nieco obawiałam się, że ten film zbagatelizuje wydarzenia z Wojny Cywilnej, ale na szczęście tak się nie stanie. Scott będzie ponosić konsekwencje za swoją decyzję pomocy Kapitanowi i cóż, różowo nie będzie. Przynajmniej dla niego, ja tam się cieszę, brak negatywnych skutków poczynań Mrówki zirytowałby mnie niesamowicie.

- Doktor Pym za pomocą jednego przycisku zmniejszył cały budynek i zrobił z niego walizkę. To wygląda świetnie, ale rodzi z sobą masę pytań – co z ludźmi w środku (bo nie wierzę, że nikogo tam nie było, takie baje zostawmy DC), jakim cudem wielkie bloczysko miało zamontowane kółka i rączkę do ciągnięcia za sobą, czy po zmniejszeniu okolica nie powinna zostać zalana przez ścieki, które zostały odcięte od budynku i jeszcze parę innych dylematów. Ale wciąż wygląda to cool, nie ukrywam.

- DC słabo sobie radzi ostatnimi czasy i Laurence Fishburne zdecydował się dać drapaka z tonącego statku i pognał do konkurencji. Miejmy nadzieję, że jego bohater będzie ciekawszy od Perry’ego White’a, bo ten z każdą kolejną sceną był coraz bardziej męczący i przykro było patrzeć na to, jak Fishburne się w tej roli męczył.

- Ant-man ma nowego Ant-thony’ego i miejmy nadzieję, że tym razem ich współpraca nie skończy się równie dramatycznie, moje serce nie zniesie drugi raz takiego samego pokładu smutku ;(

- Jest Luis! Bez niego film nie miałby racji bytu!

- Z ulgą stwierdzam, że Internety nie popsuły mi filmu, bo nie widzę penisa na kostiumie Osy, uff. A skoro już przy jej kostiumie jesteśmy, to czemu jest taki szary? O ile w naturze coś się drastycznie nie pozmieniało, osy są żółto-czarne, dlaczego więc w tym wdzianku żółci jak na lekarstwo? Z tą kolorystyką i tymi skrzydełkami Osa raczej powinna się nazywać Ważka.

- Kostium kostiumem, ale musze przyznać, że Wasp w akcji ogląda się wspaniale i już z radością zacieram ręce na myśl o nowej superbohaterce w akcji. To z pewnością osłodzi oczekiwania na wciąż odległą Kapitan Marvel.

- Hello Kitty XD Mam nadzieję, że w filmie będzie dużo takich szalonych zabaw z powiększaniem i zmniejszaniem, bo to w pierwszej części wyszło im świetnie i chcę więcej.

Pamiętam jak mocno obawiałam się pierwszej części przygód Ant-mana. Po całym zamieszaniu ze zmianą reżysera nie miałam najlepszych przeczuć co do tego tytułu i podczas seansu przeżyłam miłe zaskoczenie, a Człowiek-Mrówka stał się jednym z moich ulubionych bohaterów MCU. Teraz nie mam żadnych obaw, jestem pewna, że będzie dobrze, bo innej opcji do siebie nie dopuszczam. Po mocnym i (najprawdopodobniej) mrocznym wydarzeniu jakim będzie Infinity War Antek będzie doskonałym rozluźnieniem. I tylko boli, że premiera w Polsce będzie aż miesiąc później po światowej. Ej, tak się nie robi!:(

Filmowe podsumowanie roku 2017 vol. 3

rinoasin

Nadszedł czas na finałową odsłonę rocznego podsumowania. Skoro mieliśmy już filmy najgorsze i rozczarowania, do omówienia pozostały Nam tylko…

Najlepsze filmy roku 2017

Nie zawsze były idealne, ale miały w sobie to „coś” wybijające je z tłumu innych produkcji.

A Ghost Story

ghoststory_3

Gdybym to ja miała wręczać Oscary, A Ghost Story dostałoby ode mnie ich worek. To niezwykły film, pełen długich, czasem nawet absurdalnie długich ujęć (scena z ciastem!), które jednak nigdy nie były w filmie dla samego bycia. Każdy kadr był tutaj w pełni uzasadniony i służył pogłębieniu historii. Już dawno nie widziałam tak pięknego i poruszającego filmu o życiu, śmierci i przemijaniu. Będę bacznie przyglądać się kolejnym reżyserskim poczynaniom Davida Lowery’ego, bo coś czuję, że ma w zanadrzu jeszcze parę pięknych historii do opowiedzenia.

Autopsja Jane Doe

Film, który po cichu przemknął przez kina i szkoda, bo to jeden z lepszych horrorów ostatnich lat. Szczególnie pierwsza połowa jest mistrzowska – dwaj patolodzy próbują ustalić przyczynę zgonu niezidentyfikowanej kobiety i co rusz napotykają się na niepokojące fakty. Gęsty klimat, dwaj świetnie napisani bohaterowie i stopniowo rosnący niepokój, bo widz podskórnie wie, że piekło dopiero się zacznie. Szkoda więc, że gdy się zaczyna, film traci nieco swój impet, ale wciąż nie spada poniże dobrego, a nawet bardzo dobrego poziomu. Oby jak najwięcej takich filmowych świeżych powiewów w tym roku!

Logan

Nie spodziewałam się, że finał historii Rosomaka poruszy mnie tak bardzo. A jednak. Logan to nie jest typowe kino komiksowe do jakiego przyzwyczailiśmy się na przełomie ostatnich lat. To poruszająca opowieść o samotności, rodzinie i śmierci. Pomimo wielu efektownych scen akcji, to te ciche mocniej zapadają w pamięć widza i pozostają z nim na długo po seansie. W X-menowej historii Hugh Jackman nigdy nie był tak dobry, to samo z Patrickem Stewartem. Prawdziwym objawieniem jest jednak młodziutka Dafne Keen w roli Laury, która pomimo praktycznie niemej roli potrafiła bogatą mimiką wyrazić każde uczucie swojej bohaterki. No cudo, mam nadzieję, że za parę lat zachwyci Nas kolejnymi doskonałymi występami.

Dunkierka

Nie jestem fanką filmów wojennych, ale Dunkierka mnie urzekła. Nolan zabawił się chronologią wydarzeń (choć jak na jego standardy to i tak była zabawa w wersji light) i zamiast stawiać na jednego bohatera, przedstawił widzom historię kilku szarych ludzi. I to angażuje i to jak! Dodajmy do tego imponującą stronę techniczną i otrzymujemy film, od którego trudno oderwać wzrok. Gdybym już się miała do czegoś przyczepić, to do aktorów – Dunkierka byłaby dla mnie jeszcze lepsza, gdyby do obsady wybrano nieopatrzone twarze i nazwiska, przez co obraz byłby jeszcze wiarygodniejszy. Ale to taki mój przytyk, bo trudno mi się doczepić do czegokolwiek innego.

La La Land

Długo się zastanawiałam, czy dołączyć La La Land do zestawienia, bo osobiście mam z nim parę problemów. Ale potem przypominała mi się rewelacyjna rola Emmy Stone, świetne piosenki i kunszt reżyserki Damiena Chazelle’a i stwierdziłam, że grzechem będzie La La Land pominąć. No i poza tym, jak często w kinach goszczą musicale? Każdy trzeba nosić na rękach i tyle!

Strażnicy Galaktyki vol. 2 / Spider-Man: Homecoming / Thor: Ragnarok

thor_ragnarok

Kolejny doskonały rok MCU na ekranach. Co więcej, z każdym kolejnym filmem było coraz lepiej! Wiem, że druga odsłona Strażników Galaktyki wielu rozczarowała, mnie jednak bawiła bardziej niż pierwsza część. Podobało mi się pogłębienie bohaterów (z Yondu i Nebulą na czele) oraz motyw rodziny spinający wszystkie historie w jedną całość. No i czarny charakter był zdecydowanie lepszy od emo-smerfa z poprzedniej części, Kurt Russell szalał aż miło! Choć i tak wypadł blado przy Michaelu Keatonie i jego Sępie. Oby więcej takich niepokojących i niejednoznacznych czarnych charakterów w MCU! A skoro o Spider-Manie mowa, to w moim odczuciu to zdecydowanie najlepszy film o Pajączku od… no, od zawsze. Świeży, zabawny, lekki, prawdziwy zastrzyk energii dla Uniwersum. I gdy już się wydawało, że to będzie najlepszy film MCU tego roku, przyszedł Taika Waititi i pozamiatał wszystko swoim Ragnarokiem. Matuchno, jakiż to był genialny film! Reżyserowi udało się pożenić Thora ze swoim niepowtarzalnym poczuciem humoru oraz szalonymi pomysłami i stworzył mieszankę doskonałą, którą z pewnością obejrzę więcej niż jeden raz. Teraz tylko współczuję nadchodzącej Czarnej Panterze, bo tak wysoko podniesioną poprzeczkę trudno będzie przeskoczyć.

Manchester by the Sea

Jakiż to piękny film! Urzekło mnie, że nie bawi się w półśrodki, nie próbuje słodzić czy iść na łatwiznę. Pokazuje prawdę, czasami wręcz wali nią między oczy. A widz zamiast się złościć, tylko szlocha w zachwycie. To jednak nie udałoby się gdyby nie doskonałe kreacje aktorskie - Casey Affleck daje tutaj (najprawdopodobniej) popis życia, a Michelle Williams i Lucas Hedges dzielnie mu wtórują. Nie jest to może najlżejszy seans, ale zdecydowanie warty poświęcenia mu czasu.

Moonlight

A skoro o trudnych seansach mowa, to grzechem będzie nie wspomnieć o Moonlight. O ile w Manchester... filmie od czasu do czasu da się dostrzec przebłysk nadziei, to tutaj trzeba się mocno wysilić, by to się udało. Film Barry’ego Jenkinsa w przejmujący i do bólu prawdziwy sposób pokazuje jak mocno jesteśmy kształtowani przez innych i ich często okrutne poglądy. Jest tu masę surowego i okrutnego realizmu, który wręcz wyciska łzy z oczu widza. Moje przynajmniej wycisnął i niespecjalnie nie musiał się starać. Zasłużony Oscar.

Baby Driver

Edgar Wright jest mistrzem, koniec kropka. No ale serio, to jak gość operuje kamerą, to jak prowadzi aktorów, sposób w jaki opowiada historie – to wszystko jest mistrzowskie i pozostaje tylko płakać, że tak rzadko kręci filmy. Na szczęście, gdy już nakręci, te są prawdziwą ucztą kinomana i z Baby Driver nie jest inaczej. To czysta, mistrzowsko nakręcona rozrywka najwyższych lotów. Panie Wright, kręć pan szybko coś nowego, bo ja już tęsknię!

Wojna o planetę małp

Po raz kolejny na tym blogu apeluję o Oscara dla Andy’ego Serkisa, bo jest autentycznie wspaniały w każdej roli, nawet jeśli twarz odtwarzanej przez niego postaci zostaje wygenerowana komputerowo. W Wojnie… aktor wyczynia wręcz cuda, portretowany przez niego Cezar czasami nie musi nic mówić, w jego oczach jest wszystko, no wszystko. Jakby tego było mało, sama fabuła filmu jest doskonała. Mroczna, inteligenta i poruszająca, rzadko się spotyka takie blockbustery i za każdy należy się lawina oklasków. Matt Reeves, reżyser oraz współtwórca scenariusza filmu, wkrótce stworzy nowy film o Batmanie dla DC i cóż mogę napisać – czekam z niecierpliwością, bo zapowiada się wybornie!

Wonder woman

A skoro o DC mowa, to proszę państwa, uniwersum WRESZCIE doczekało się dobrego filmu! Nie przyzwoitego, ale naprawdę dobrego filmu! Jakby tego było mało, z superbohaterką w roli głównej. Jednocześnie muszę przyznać, że nie jest od początku do końca idealnie, bo główny przeciwnik i końcowa walka pozostawiają wiele do życzenia, ale nie potrafię się na to złościć gdy pomyślę o szerokim uśmiechu Diany lub o jej majestatycznym przemarszu przez ziemię niczyją to z miejsca wybaczam wszystkie wpadki. Miejmy nadzieję, że nadchodzący powolnym krokiem solowy film o Aquamanie będzie równie udany, DCEU rozpaczliwie potrzebuje mocnego kopa bo w przeciwnym razie zawali się pod własnym ciężarem.

To

tcheoA2nPATCm2vvXw2hVQoaEFD

Jako horror To wypada średnio, ale jako film przygodowy skupiający się na dorastaniu i zmaganiu z własnymi traumami oraz obawami prezentuje się świetnie. Podczas seansu czułam się tak jakbym znowu była małą dziewczynką oglądającą Goonies lub inny film tego typu. Jest więc w To masa przygody, grozy, śmiechu i szalonych pomysłów. Dzieciaki wcielające się w głównych bohaterów są świetne, ale to Bill Skarsgård kradnie dla mnie show, tworząc kreację zupełnie odmienną od tej Tima Curry’ego, która potrafi być zarówno zabawna jak i cholernie przerażająca. Pennywise, wracaj do Nas szybko!

Coco

Rany, jak Pixarowi coś się udaje, to udaje się wręcz perfekcyjnie. Coco to prawdziwa uczta dla oczu połączona z łapiącą za serce historią. Co ciekawe, dużo w fabule schematów znanych z innych opowieści, ale scenarzyści w niepojęty dla mnie sposób dali radę przedstawić je tak, że zamiast irytować, doskonale wpasowały się w całość. Na sam koniec chwila szczerości – cieszy mnie nadchodzący sequel Iniemamocnych, ale szczerze napisawszy wolałabym kolejny świeży projekt Pixara. Mam nadzieję, że na taki nie przyjdzie Nam długo czekać.

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi

Mówcie co chcecie, piszcie co myślicie, ja tam zdania nie zmienię, bawiłam się podczas seansu doskonale. Co więcej, to najlepsze Gwiezdne Wojny od czasu powrotu tego świata po latach przerwy. Owszem, i ja widzę wady, ale jednocześnie gdy Ostatni Jedi jest dobry, to jest tak dobry, że z miejsca zasłania wszystkie swoje wpadki. No i najważniejsze – to powiew świeżości, na jaki czekałam. Jednych może odrzucić, mnie zachwycił i cóż na to poradzę?

Twój Vincent

Nie każdy film można nazwać „dziełem sztuki”, tutaj jednak można to zrobić z czystym sumieniem. Strona wizualna zapiera dech w piersi od pierwszej do ostatniej sekundy filmu a w połączeniu z przejmującą historią wypada wręcz znakomicie. Wiem, że Oscar dla najlepszej animacji w tym roku trafi do Coco, ale cóż począć, moje serce jest z Vincentem i będę za niego ściskać kciuki przez całą galę Oscarów, bo inaczej się nie da.

Uciekaj!

Świetnie napisany, inteligentny i przewrotny horror stworzony przez komika. Zaraz, co? Ano, to. Uciekaj to reżyserki debiut Jordana Peele’a, który odpowiada także za scenariusz. I wow, jakież to dobre dzieło wyszło! Podoba mi się, że film zawiera komentarz społeczny, ale ten nie wysuwa się na pierwsze tło i doskonale zgrywa się z opowiadaną przez Peela historią. Nie jest to łatwe do osiągnięcia, tutaj tymczasem udało się doskonale. I miejmy nadzieję, że to oznaka talentu a nie jednorazowy łut szczęścia, bo takich filmów jak Uciekaj! nam potrzeba. A przynajmniej, mi ich potrzeba.

Blade Runner 2049

BladeRunner20491

Szczerze napisawszy nie spodziewałam się, że po najnowszym Mad Maxie komukolwiek uda się trudna sztuka stworzenia sequela do kultowego filmu sprzed lat. Denis Villeneuve podjął się tego karkołomnego zadania i stworzył film, który jest tak samo dobry, jak jego poprzednik. 2049 garściami czerpie z klasyka Scotta i jednocześnie wprowadza swoje pomysły, które doskonale dopasowują się do dobrze znanemu wszystkim świata przedstawionego. Do tego te niesamowite zdjęcia i doskonała obsada (jaki Ryan Gosling jest cudowny w tym filmie!)! Film trwa niecałe trzy godziny, ale nie dłuży się nawet przez sekundę. Zdecydowanie, do wielorazowego seansu.

I na tym kończę ostatnią odsłonę rocznego podsumowania. Szczerze napisawszy nie spodziewałam się, że będzie tak obszerna. Miejmy na dzieję, że nadchodzące dwanaście miesięcy dostarczy Nam równie dużo tytułów. Sezon oscarowy właśnie się zaczął i już mam dwa filmy, które z pewnością dołączę do przyszłorocznej listy. Ale ciii, nie spoilerujemy :).

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci