Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Always BMO Closing

rinoasin

Po wspaniałym Ketchup nie powinno mnie to już dziwić, ale mim to o lekkie zaskoczenie jest. Wygląda bowiem na to, że BMO sprawdza się w duecie z każdym innym bohaterem Adventure Time. W Always… padło na Ice Kinga i jest to naprawdę urocze zestawienie.

Beztytuu8

Uroczy jest także sam pomysł na fabułę – konsola postanowiła zostać akwizytorem i wędrować po Ooo od domu do domu sprzedając różne rzeczy. A raczej „różne śmieci” bo ciężko uznać stare mleczaki Finna lub gałąź za przedmioty pożyteczne. I nie są, ale swoich nabywców mimo to znajdują. Oglądając biznes BMO nie potrafiłam się nie uśmiechać, bo przypomniało mi się jak za dzieciaka z koleżanką chciałyśmy sprzedawać nasze rysunki. O globie, miałyśmy ambicje… no dobra, koniec wspominek, wróćmy do epizodu. Punkt wyjściowy był udany, ale nie miałby takiej siły działania gdyby nie BMO i Ice King, którzy razem byli tak niewinni i pocieszni, aż grzało serce. I tylko szkoda, że nie dołączono do nich NEPTRa, byłby idealnym uzupełnieniem tej historii.

Ta cała słodka opowieść miała jednak swoje drugie, mroczniejsze oblicze. Widzowie już doskonale wiedzą, że tajemniczy wujaszek coś knuje w swojej kryjówce, reszta bohaterów żyje w nieświadomości i nie dostrzega zagrożenia kryjącego się pod nosem. A to wyraźnie rośnie w siłę – najlepszym dowodem na to jest plakat z zaginionym mieszkańcem Cukierkowego Królestwa powieszony na domku Tree Trunks. Ze Stevena Universe wiem, że takie plakaty w tle nic dobrego nie wróżą i w tym przypadku raczej inaczej nie będzie. Tym bardziej, że wujaszek knuje, oj knuje. Scena w jego kryjówce / laboratorium była naprawdę niepokojąca i choć niby wiedziałam, że BMO i Ice Kingowi nic złego się nie stanie, to i tak drżałam się o ich życie. Ale serio, co ten chłop kombinuje?

To nie był odcinek, który zmieni historię Adventure Time. Nie był też tak dobrze napisany jak The Wild Hunt, ale mimo to oglądało mi się go wyśmienicie. To taka mała urocza i nieszkodliwa opowiastka, która sprawdza się doskonale w formie poprawy humoru widza. Mocna 7-ka.

PS. Pomimo całej słodkości odcinka, tytułowa karta jest creepy w cholerę.

The Wild Hunt

rinoasin

Ooo, odcinek poświęcony Wiedźminowi, jak fajnie!... Nie? Oj, trudno, przejdźmy do recenzji.

we

Ostatnim razem widzieliśmy Finna, gdy po pokonaniu Ferna powrócił załamany do domku na drzewie. Ten smutek był oczywisty i uzasadniony, w końcu jego zielona wersja była dla bohatera czymś w rodzaju brata i powiernika. Owszem, chłopak ma w swoim życiu także Jake’a, który także się spełnia na tych polach, tyle że pies nie zawsze był w stanie w pełni zrozumieć Finna, a Fern tymczasem dzielił ze swoim bliźniakiem wspomnienia, przez co ich porozumienie było na zdecydowanie wyższym poziomie. Jednocześnie ten fakt był zapalnikiem zdrady trawiastego bohatera, więc można napisać, że początkowe zalety Ferna z czasem zamieniły się w wady i te doprowadziły go do zguby. Zguba ta nie miała też dobrego wpływu na Finna, który w The Wild Hunt musiał zmierzyć się nie tylko z olbrzymim potworem ale przede wszystkim z własnym sumieniem.

Nie będę dłużej przeciągać i od razu napiszę – strasznie mi się ten odcinek podobał. Niesamowicie lubię, gdy ważne wydarzenia odbijają się na psychice głównych bohaterów. Ba, ja wręcz tego oczekuję od swoich ulubionych tytułów i twórcy Adventure Time po raz kolejny udowodnili, że znajomość psychiki własnych bohaterów nie jest im obca. Tak samo było, gdy Finn zmagał się z depresją po spotkaniu ojca i utracie ręki. Tyle, że wtedy było to strasznie mroczne i przygnębiające. Do tego stopnia, że wielu fanów zaczęło mieć serialu dość (nie ja, ale jestem w stanie takich ludzi zrozumieć). Tym razem na szczęście ten poważny temat został przedstawiony w lżejszy i przystępniejszy sposób nie tracąc jednocześnie swojego impaktu. Do gustu przypadło mi wszystko związane z Grumbo*, potworem atakującym Bananowych Strażników. Twórcy bardzo ładnie lawirowali tutaj pomiędzy elementami niepokojącymi a śmiesznymi, już otwierająca scena z dwoma strażnikami kombinującymi jak się złapać za ręce bardzo ładnie miksowała to razem. Reszta odcinka była równie udana – było śmiesznie (PB wywracająca się na skórce gwardzisty, Finn mówiący falsetem po przypaleniu przyrodzenia) jak i strasznie (kryjówka Grumbo niepokoiła, ale to nic przy finałowej scenie). Jak dla mnie mix idealny.

Jakby wspaniałości było mało, do akcji powróciła Huntress Wizard, którą od czasu Flute Spell widywaliśmy tylko gdzieś w tle. A szkoda, bo to naprawdę wspaniała postać. Jej relacja z Finnem została przedstawiona wyśmienicie, trochę dziwnie pisać to o animowanych postaciach, ale i tak napiszę – ta dwójka ma cudowną chemię i oglądanie ich to prawdziwa przyjemność. Gdy ich wspólne polowanie na potwora zostało spuentowane pocałunkiem, wydałam z siebie głośne: „AWWW!” – a potem zaczęłam się śmiać, gdy biedny Finn zobaczył twarz Ferna zamiast twarzy czarodziejki. To było okrutne ale i szalenie zabawne jednocześnie.

Pod koniec odcinka powrócił też tajemniczy jegomość, którego pierwszy raz zobaczyliśmy w Three Buckets. W poprzedniej recenzji sądziłam, że może być bratem Martina, ale zmieniam zdanie. Gość ma wiedzę i umiejętności dorównujące Bubblegum i jest różowy (nie wiem jakim cudem tego wcześniej nie zauważyłam?), co wyraźnie wskazuje na to, że jeśli ma być czyimś wujkiem, to będzie wujkiem księżniczki. Wujkiem knującym coś bardzo, bardzo złego. Co dokładnie, dowiemy się pewnie wkrótce.

Powtórzę - The Wild Hunt to naprawdę udany odcinek Adventure Time. Wciąga, bawi i trochę niepokoi czyli robi to, co powinna robić każda przygoda ze świata Krainy Ooo. Mocna 9-ka ode mnie.

*za dużo oglądam Ricka i Morty’ego bo jak usłyszałam tę nazwę, to z miejsca pomyślałam o procesie tworzenia plumbusa.

Wszystkie psy idą do nieba

rinoasin

Trzy pierwsze animacje Dona Blutha spotkały się z ciepłym przyjęciem i do dnia dzisiejszego uważane są przez fanów animacji za kultowe. Wszystkie psy idą do nieba nie jest już równie ciepło wspominane. Co więcej, według większości fanów animacji Blutha od tego właśnie tytułu jego twórczość zaczęła się psuć. Co o tym zdecydowało? Sprawdźmy.

alldogs3800

Film jest pierwszym dziełem reżysera, który nie wpisuje się w pełni w tropy, którymi posługiwał się wcześniej. Główny bohater, Charlie, nie jest słodkim dzieciakiem lub sympatyczną wdową, jest egoistycznym krętaczem, któremu widz może i jest w stanie kibicować, ale raczej się z nim tak łatwo nie utożsami w porównaniu z poprzednimi protagonistami. Tak jak we wcześniejszych filmach także i pies zostaje skonfrontowany z czymś, czego nie jest w stanie pokonać (czyli ze śmiercią), ale w tym przypadku to wcześniejsze działania i decyzje sprowadziły na Charliego taki a nie inny los. Gdy więc we wcześniejszych tytułach widz obserwując walkę bohaterów zmagających się z niesprawiedliwym losem z miejsca czuł do nich sympatię, tutaj początkowo może mieć problemy z zaangażowaniem się w historię i, co więcej, polubieniem głównego bohatera.

No ale z drugiej strony, Charlie musiał mieć swoje za uszami. Gdyby od początku był grzecznym i ułożonym psem, cały wątek ucieczki z nieba nie miałby sensu. Po wdowach, zagubionych dzieciach i sierotach, Bluth odważnie postawił więc na antybohatera i… mam mieszane odczucia co do tej decyzji. Na plus oczywiście zaliczam sam fakt uczynienia z protagonisty niezłego gagatka, to naprawdę odświeżające. Niestety, twórcy filmu tak bardzo zatracili się w tym pomyśle, że przez pierwsze pół godziny. jak nie więcej. trudno bohatera polubić. W drugiej połowie filmu to zaczyna się zmieniać dzięki relacji z Anne-Marie, ale jakby sam scenarzysta zorientował się, że z Charliego trochę buc i postanowił to naprawić wprowadzając wątek psiego sierocińca, który pies wspomagał za swojego pierwszego życia. To w sumie było urocze, tyle, że podczas sceny w niebie gdy Whippet przeglądała księgę życia Charliego miała trudność ze znalezieniem dobrych uczynków w jego wykonaniu. Sądzę, że dokarmianie sierot chybaby się jakoś mocniej odznaczyło w tak paskudnym życiorysie, nie sądzicie?

A skoro o Anne-Marie mowa, to zerknijmy na jej niezwykły talent i poczepiajmy się, bo czemu nie. Miniaturowa Śnieżka potrafi komunikować się ze zwierzętami, co zostało wykorzystane zarówno przez Charliego jak i wcześniej przez Carface’a (głównego antagonistę filmu) do wzbogacenia się. Dziewczynka bowiem dzięki swojej niezwykłej umiejętności i wrodzonemu czarowi potrafiła dowiedzieć się od zwierząt wyścigowych, które z nich zwycięży. Początkowo chciałam napisać „najprawdopodobniej zwycięży” ale w filmie Anne-Marie zawsze zdobywała informacje potrzebne do wygranej, co zmusza mnie do zastanowienia się, czy zwierzaki mają jakiś kodeks postępowania, którego przestrzegają. W przypadku wyścigów konnych wygrana jednego z zawodników zostaje wyjaśniona jego urodzinami (w sumie to miło ze strony innych koni!), ale wszystkie inne przypadki zaprezentowane w kolorowym montażu swojego uzasadnienia nie dostały. No ale może zwierzęta wyścigowe po prostu nie lubią się przemęczać i wolą między sobą uzgodnić wcześniejszego zwycięzcę, to nawet ma jakiś sens. Jakiś. Inna sprawa z całym cudownym darem Anne-Marie. Tak jak napisałam wcześniej, dziewczynka potrafi rozmawiać ze zwierzętami tak jak z ludźmi. Tymczasem zwierzęta potrafią się komunikować tylko ze swoim gatunkiem, bo… no, nikt tego nie wyjaśnił. Ogólnie ten aspekt rodzi tyle pytań – w scenie w stajni Itchy (kumpel Charliego, który mógłby zostać wycięty bez większej szkody dla filmu) obraża konie, co oburza stojącą obok niego klacz. Czyli… klacz rozumie, ale nie jest w stanie odpowiedzieć? W drugiej połowie pojawia się aligator (o nim więcej za chwilę), który do rodziny psowatych zdecydowanie nie należy, a mimo to potrafi radośnie śpiewać z Charliem w duecie. Czy w takim razie język mówiony zwierząt jest inny od języka śpiewanego? Rany, chyba za bardzo się na tym skupiam. To może popytam jeszcze o coś innego – dlaczego jedne zwierzęta chodzą ubrane a inne nie? Czy nosząc przyodzienie psy leczą swoje kompleksy związane z byciem psem? Czy… boru, lepiej to zostawmy, bo nigdy nie skończę tej notki. Przejdźmy do nieszczęsnego aligatora.

Bo serio, o co chodzi z tym aligatorem? Ta scena jest tak dziwna, że nawet bez znajomości tropu stworzonego przez Nostalgia Chick byłabym nią autentycznie skonfundowana. Ale może po kolei – pod koniec drugiego aktu Charlie i Anne-Marie wskutek ataku Carface’a wpadają do kanałów, gdzie spotykają szczurzych wyznawców wielkiego aligatora, który chce pożreć głównego bohatera. Przerażony pies w akcie rozpaczy wyje, a jego oprawca zauroczony barwą głosu protagonisty zaczyna… z nim śpiewać. I matko, cóż się wtedy nie dzieje! Piosenka jest dziwna, zbędna, kiczowata i tak strasznie nie na miejscu, że wygląda jakby została wyrwana z innego tytułu i na siłę wklejona tutaj. No, Big-Lipped Alligator Moment w czystej postaci. Końcówka piosenki to jednocześnie rozpoczęcie poważnego wątku choroby Anne-Marie co pasuje do siebie jak pięść do nosa. Serio, nie wiem co tam osoby odpowiadające za historię (było ich dziesięć, serio) brały, ale też chcę. I odnoszę dziwne wrażenie, że Disney zainspirował się tym aligatorem przy tworzeniu Księżniczki i żaby bo te są strasznie podobne do siebie. Niestety, ten drugi nie był nawet w połowie tak nie na miejscu jak jego pierwowzór.

Dużo narzekam, dużo się czepiam i można odnieść wrażenie, że film oglądało mi się źle. Cóż… początkowo faktycznie tak było. Tak jak wspomniałam na początku, Charlie w pierwszym akcie nie jest za sympatycznym bohaterem i to autentycznie utrudniało mi odbiór historii. Na szczęście potem pojawiła się jego relacja z Anne-Marie, która choć kiczowata i przewidywalna, to jednocześnie grzała serce i pchała film do przodu. No i przyznaję się bez bicia – lubię historie o odkupieniu. Dlatego też przeżyję niekonsekwencje w świecie przedstawionym, aligatory pojawiające się znikąd czy też średniej jakości piosenki. To wszystko jest odczuwalne w trakcie oglądania, ale jestem w stanie to znieść, bo Wszystkie psy idą do nieba mają to, czego brakuje niejednej współczesnej animacji – serce. Ode mnie 6-ka.

My Funko POP! vol. 28

rinoasin

Po dwóch notkach nieco eksperymentujących z formą dzisiejsza wraca na stare śmieci jednocześnie wciąż skupiając się na Grze o tron. Tym razem pod lupę trafił Littefinger.

143

Ach, mój ukochany krętacz! Szczególnie w książkach - tam początkowo nie zwracałam na niego specjalnej uwagi do czasu aż Martin zdecydował się na odsłonięcie niektórych kart Littefingera i te, nie będę ukrywać, zrobiły na mnie wrażenie. I choć doskonale zdaje sobie sprawę, że jego gra prędzej czy później doprowadzi go do zguby to nie jestem w stanie mu nie kibicować.
Z serialem jest trochę inaczej, niestety. Wciąż uwielbiam gościa, Aidan Gillen sportretował Petyra doskonale, tyle że jego bohater no... nie był tak sprytny jak ten w książkach. Scenarzyści niby próbowali sprzedać Nam tę sama postać, ale robili to straszliwie nieumiejętnie. Wywiezienie Sansy z stolicy nie zaskakiwało, bo Littefinger zaproponował jej to wcześniej, cała maskarada z farbowaniem włosów dziewczyny mijała się z celem bo Baelish rozpowiadał na lewo i prawo że to Sansa Stark, a końcowa próba skłócenia sióstr była straszliwie bzdurna (jak cały ten wątek). Śmierć Littefingera była dla mnie kwestią czasu, ale i tak boli mnie jak nieumiejętnie została rozegrana i jak bardzo zatracono w niej ducha jednej z moich ulubionych postaci. Bo grając w grę o tron (nie mogłam się oprzeć :)) Petyr musiał być świadomy, że dzień w dzień igra z ogniem i ten go może pewnego dnia pochłonąć. Stąd też ciężko mi uwierzyć, że błagałby o swoje życie szlochając, to pasuje mi do niego jak pięść do nosa. Prędzej uwierzyłabym w jego gratulacje Sansie z wygranej i dobrowolne pozwolenie na zabicie się. No, ale przynajmniej nie zrobiono z Petyra gwałciciela tak jak z innej mojej ulubionej postaci. To zawsze jakiś plus.

11325

Gdy Funko ogłosiło figurkę Littlefingera autentycznie dostałam kręćka na jej punkcie. Musiałam ją mieć do tego stopnia, że nawet napisałam do DystryktuZero z pytaniem czy można liczyć na Petyra w ich sklepie. Ludzie tam pracujący są naprawdę bardzo mili i grzecznie odpisali nawiedzonej fance, że POP się pojawi prędzej czy później i wystarczy poczekać. Czekałam więc i gdy w końcu upragniona figurka pojawiła się w asortymencie, kupiłam ją z miejsca. I choć w międzyczasie trochę się postarzała, to mimo to należy do jednych z moich ulubionych.

33

No dobra Littlefinger, przyznaj się – kto ci brwi ogolił? :D Na poważnie – to jedna z nielicznych figurek, której brak brwi jakoś mnie nie razi. Może to przez grzywkę, a może przez bródkę. No dobra, to na pewno przez bródkę. Człowiek na nią patrzy i z miejsca wie, że to Petyr. Podoba mi się niesamowicie, że górna część brody została wyrzeźbiona, a dolna namalowana. To bardzo ładnie odzwierciedla to, co serialowy Petyr miał na twarzy.

4352

Kolejną rzeczą, która mi się bardzo ale to bardzo podoba to poza w jakiej wyrzeźbiono bohatera. Niby nic wielkiego, ale kurcze, te złożone ręce tak strasznie mi do Littlefingera pasują! Człowiek patrzy na niego i z miejsca wie, że ten coś knuje. Brawo! Samo ubranie też zostało ładnie wyrzeźbione. Baelish nigdy nie nosił się w niezwykle ekstrawagancki sposób, więc twórcy nie mieli za dużego pola do popisu, ale mimo to wykorzystali cały potencjał jaki mieli. Tradycyjnie świetne są szczegóły – broszka pod szyją, sztylet u pasa i sakiewka. Szczególnie ta ostatnia jest cudowna, sama nie wiem dlaczego, ale strasznie mi się podoba.
Co do nałożenia farby to jest ona bardzo dobrze, ale nie idealnie. Na grzywce Littlefingera jest mała, ciemna kreska, która niby nie rzuca się w oczy, ale gdy już ją człowiek zobaczy, to nie jest w stanie jej odwidzieć. Broszka też mogłaby być lepiej wymalowana, bo choć została ładnie wyrzeźbiona to trzeba się lepiej przyjrzeć, by zorientować się, że przedstawia ptaka i nie jest tylko srebrną plamą na jaką wygląda na pierwszy rzut oka. Najbrzydziej wygląda jednak ręka Petyra – pomiędzy nią a rękawem jest szary odstęp, który wygląda wyjątkowo nieładnie i z daleka rzuca się w oczy. A fe!

I cóż mogę więcej napisać – lubię tego POPa. Doskonale uchwyca charakter Littlefingera i choć może nie porywa jeśli chodzi o detale to wciąż ma parę świetnych drobiazgów wartych uwagi. Jeśli jesteście fanami Petyra i uda się Wam znaleźć figurkę w przystępnej cenie (co ponoć jest obecnie nieco trudne), nie wahajcie się, Littlefinger będzie doskonałym dodatkiem do Waszej kolekcji.

PS1. Zrobiłam sobie listę mojej kolekcji na PopPriceGuide, możecie ją zobaczyć tutaj. Jak widać, jest tego trochę i obecnie wybieram figurkę do notki na chybił trafił, jeśli więc chcecie bym zrecenzowała konkretną, piszcie a na 100% wezmę to pod uwagę.

PS2. W przyszłym tygodniu wraca Don Bluth. Zapisuję to tutaj, bo jak nie zapiszę to nie będę mieć motywacji do sklecenia dłuższej notki;).

PS3. OMG, jutro wraca Bojack!

My Funko POP! vol. 27

rinoasin

Dziś będzie o kobiecych POPach. No i o kolejnej figurce z Gry o tron, tak przy okazji.

 181

Obecnie POPy przedstawiające bohaterki są czymś normalnym, to jeszcze parę lat temu bywało z tym... różnie. Funko podchodziło do sprawy w strasznie stereotypowy sposób - z jednej strony powstawały figurki księżniczek Disneya, z drugiej jednak, gdy film bądź serial, który posiadał wśród głównych postaci heroinę ale (zdaniem Funko) był skierowany do męskiej widowni, szansa na zobaczenie jej w postaci POPa spadła do zera. Koronnym przykładem niech będzie seria figurek z Avengers, która składała się z Kapitana Ameryki, Iron Mana, Hulka, Thora i Nicka Fury'ego... Tak, dobrze czytacie, ten ostatni dostał figurkę pomimo krótkiego czasu antenowego, Czarna Wdowa tymczasem została całkowicie pominięta. Trzy lata później sytuacja powtórzyła się przy Czasie Ultrona – swojego POPa dostał Vison, który na ekranie był zaledwie 8 minut, Natasha ponownie została olana. Nie spotkało się to pozytywnym odbiorem ze strony fanów i Wdowa ostatecznie POPa otrzymała. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że figurka robiona była na szybko, by uciszyć zdenerwowanych odbiorców. Czarna Wdowa z tej serii ma bowiem identyczną pozę jak POP Nebuli ze Strażników Galaktyki, ewidentnie użyto tej samej bazy, co jest dla mnie chyba jeszcze gorsze od braku figurki. Na szczęście, powstała jeszcze później Scarlett Witch została wyrzeźbiona starannie i patrząc na nią nie czuję się tak, jakby ktoś robił ją na odwal się.
Myślałby kto, że ta sytuacja czegoś Funko nauczyła, przykładowo linia figurek z Wojny Bohaterów zawierała aż trzy postacie kobiecie – Czarną Wdowę, Scarlett Witch oraz Sharon Carter. Fajnie? Oczywiście, że fajnie. Tylko, że potem była akcja z Preacherem. Dla tych, którzy serialu (bądź komiksu) nie znają krótkie streszczenie fabuły – tytuł opowiada o kaznodziei Jessem Custrze, który razem z byłą dziewczyną Tulip oraz wampirem Cassidym wyrusza na poszukiwanie boga. Akcja skupia się więc na trzech postaciach – dwóch mężczyznach i jednej kobiecie. Co więc zrobiło Funko? Stworzyło figurkę Jessego, Cassidy’ego i… Arseface’a, drugoplanowego chłopaczka posiadającego bardzo charakterystyczną twarz. Co z Tulip? Nie ma! Oburzenie w sieci było duże i Funko ogłosiło, że bohaterka się pojawi w późniejszym terminie. I fakt, pojawiła się. Jako wersja exclusive czyli trzeba było za nią zapłacić więcej niż za męskich bohaterów. Ech… wiecie co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? To miało miejsce zaledwie rok temu. O ile jeszcze akcje z figurką Czarnej Wdowy można nazwać czymś w stylu uczenia się na błędach, to ten przypadek jest paskudny i krzywdzący. Wiem, że to miałka sprawa, ale mimo wszystko jest częścią większej góry lodowej i w związku z tym nie powinna być ignorowana. Osobiście uwielbiam POPy przedstawiające kobiecie bohaterki, gdy zastanawiam się nad kupnem figurki i do wyboru mam postać męską i kobiecą, zawsze wybiorę tą drugą. Przynajmniej w taki sposób jestem w stanie pokazać, co sądzę o tym krzywdzącym podchodzeniu do żeńskich zabawek. Tutaj powinnam też przytoczyć historię Rey z Przebudzenia Mocy, ale chyba już za długo przynudzam, więc przechodzę do gwiazdy dzisiejszej notki czyli Sansy, którą kupiłam w ramach wspierania żeńskich figurek. No i poza tym, nigdy nie miałam nic do postaci, wręcz przeciwnie – od początku wydawała mi się mieć potencjał, ta irytująca otoczka jaką została owleczona nigdy mnie nie zrażała i proszę proszę, w finale siódmego sezonu pokazała pazury. Brawo, Sansa! No dobra, koniec wstępów, przejdźmy do POPa.

11224 

Figurka została wzorowana na scenie przemiany bohaterki, gdy przefarbowała swoje rude włosy i przywdziała sukienkę kosogłosa. Z jednej strony nie dziwię się, że wybrano właśnie ten moment na uwiecznienie go w formie POPa, ale z drugiej strony Sansa zawsze kojarzyć mi się będzie z pięknymi, rudymi włosami. Zmiana ich koloru sprawiła, że patrząc na figurkę trudno z miejsca skojarzyć ją z pierwowzorem. Niestety, to nie wszystkie problemy jakie mam z Sansą.

3242

Bo wybaczyłabym wszystko, gdyby jej włosy zostały ładnie wymalowanie. A jakie są, widać gołym okiem. Linia nad czołem nie dość, że jest poprowadzona za wysoko, to jest nierówna i wygląda tak jakby osoba ją malująca nie potrafiła opanować drżenia rąk i wyszło jak wyszło. Niestety, to nie koniec, bo u dołu twarzy jest jeszcze gorzej, cieliste fragmenty straszliwie rzucają się w oczy i tworzą niechlujną całość, grr.

51

Szkoda też, że nie pobawiono się kolorami przy sukience. Zdaję sobie sprawę, że ta była czarna, ale czerń też ma różne odcienie i te powinny zostać tutaj użyte. W moim odczuciu materiał sukienki powinien być odrobinę jaśniejszy a pióra ciemniejsze, dzięki temu całość wyglądałaby przejrzyściej. Niestety, ciało bohaterki wyrzeźbiono z jednego kawałka czarnego winylu i wszystko – materiał, pióra, wisior na szyi Sansy – zlewa się w jedno. Szkoda.

61

Jak zawsze chwalę rzeźbienia POPów, to tutaj muszę się poczepiać. Ale na początku pochwalę – bardzo podoba mi się poza, w jakiej bohaterka została przedstawiona. Niby nic wielkiego, ale te złożone dłonie wyglądają naprawdę ładnie i bardzo mi do Sansy pasują. Naszyjnik i piórka też prezentują się zacnie gdy się im człowiek dokładnie przyjrzy. Mniej imponująco wyglądają włosy, które bardziej przypominają mi makaron albo robaki niż włosy z prawdziwego zdarzenia. Ludzie z Funko potrafią naprawdę pięknie wyrzeźbić fryzury, które są szczegółowe i wyglądają naturalnie (jak na standardy POPa, oczywiście). Włosy Sansy takie nie są, one wyglądają źle, koniec kropka. Nie rozumiem też za bardzo, o co twórcy chodziło z tymi wzorami na spódnicy. Parę sekund zajęło mi wyguglowanie kiecki w całej okazałości by przekonać się, że żadnych listków (piórek?) na niej nie ma. To wygląda tak, jakby po skończeniu figurki ktoś uznał, że na dole jest za łyso, więc zdecydował się coś dodać i oto efekt końcowy tej wątpliwej kreatywności. A wystarczyłoby zrobić parę fałd na krańcu spódnicy…

Podsumowując, to nie jest najlepszy POP. Najlepsze słowo, które do niego idealnie pasuje to „niedopracowany”. Na szczęście, Gra o tron ma przed sobą jeszcze jeden sezon i miejmy nadzieję, że Funko zdecyduje się na kolejną serię figurek (straciłam rachubę, która to już będzie) i po cichu liczę na nową i lepszą panią Winterfell, koniecznie z pięknymi, rudymi włosami. Pozostaje tylko czekać.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci