Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Onion Gang

rinoasin

Ten odcinek był tak nijaki, że aż nie chciało mi się pisać jego recenzji. Bo niespecjalnie jest o czym.

9603

Czy znaleźliście się może kiedyś w sytuacji gdy trafiliście na przyjęcie organizowane przez znaną Wam osobę i poza nią nie znaliście nikogo innego? I choć z całej siły próbowaliście się wpasować, to wciąż czuliście się wyobcowani, bo ludzie dookoła się doskonale znali, mieli wspólne przeżycia a Wy byliście dla nich tylko przelotną znajomością? To paskudne uczucie towarzyszyło mi przez cały seans Onion Gang, gdzie paczka dzieciaków może i doskonale się bawiła, ale ja nie potrafiłam się w tę zabawę wciągnąć. Minuty dłużyły mi się niesamowicie, z tęsknotą wyczekiwałam jakiegoś interesującego twistu ale taki nie nastąpił. Historia była płaska jak kartka papieru od początku do końca.

Na plus zdecydowanie mogę zaliczyć próbę poruszenia wyobcowania Stevena. Bądź co bądź wciąż jest dzieciakiem, który od małego przyuczany jest do walki z potworami, nie chodzi do szkoły, obraca się w towarzystwie o wiele starszych od siebie osób i w sumie traci dzieciństwo. Pomimo odmiennych okoliczności można go porównać do dziecięcych celebrytów, którzy zamiast szaleć z rówieśnikami pozują fotografom na czerwonych dywanach (tak na marginesie – oby to nie zaszkodziło dziecięcej obsadzie Stranger Things, to takie utalentowane i cudowne dzieciaki!). To miało więc potencjał nie tylko na rozwinięcie świata przedstawionego ale także na ciekawy komentarz społeczny. Niestety, nie zostało to wykorzystane - fabuła odcinka została poprowadzona leniwie, a jej lwią część zajęły nic nie wnoszące zabawy Stevena z paczką Oniona. I to by mi nawet nie przeszkadzało, gdyby podczas tych zabaw dzieciaki ze sobą rozmawiały i zaciskały więzi. Ale z paczki odzywał się tylko Garbanzo, który niczym pokemon powtarzał tylko swoje imię. To chyba w sumie miał być żart, ale zamiast śmieszyć, irytował niesamowicie.

Do gustu przypadł mi natomiast Soup, bo tak jak reszcie świata również i mi przypominał Friska z Undertale. W sumie historia miała jeszcze dwa inne nawiązania do tej cudownej gry – wyścigi robaków oraz wybór Stevena by nie zabijać zwycięskiego żuka (w grze gracz decyduje czy oszczędzi czy też zabije potwory, z którymi walczy a jego poczynania zadecydują o zakończeniu historii). Zważywszy na to, że Onion Gang został wyświetlony rok po premierze gry można to chyba uznać za hołd dla dzieła Toby’ego Foxa. Szkoda tylko, że hołd był taki suchy! Undertale to niesamowicie barwna opowieść i z pewnością można by puścić oczko do jej graczy w bardziej innowacyjny sposób.

Podsumowując, to był bardzo męczący odcinek. Wyraźnie widać było, że twórcy chcieli poruszyć ważny temat, ale niespecjalnie wiedzieli w jaki sposób to zrobić i wyszło im takie coś, co niby o czymś tam opowiada ale tak naprawdę to nie za bardzo. Ode mnie 4-ka. Szkoda, że ostatni epizod Stevena przed przerwą był tak nijaki!

PS. Ogląda ktoś może Star vs. the Forces of Evil? Warto rzucić okiem?

PS2. Nie będzie Stevena ale będzie Regular Show czyli też dobrze. Szczególnie po takim zakończeniu poprzedniego sezonu!

My Funko POP! vol.15

rinoasin

Po mocnym rozczarowaniu związanym z omawianym ostatnio Lokim, na kolejne POPy wyczekiwałam z obawą, że wpadka z farbą się powtórzy. Im bardziej szczegółowa figurka, tym bardziej się denerwuję oczekując na paczkę. Dzisiejszy POP martwił mnie więc bardzo i gdy w końcu do mnie dotarł, otwierając pakunek trzymałam mentalne kciuki by wszystko było w przypadku. I było. I to jak! Moi drodzy, poznajcie Harley Quinn.

10a

Postać pomocnicy Jokera doskonale pamiętam z klasycznej serii animowanej z lat 90-tych, na której się wychowałam i zawsze po cichu marzyłam, że znajdzie się dla niej miejsce w jednym z filmów o Batmanie. Niestety, do trylogii Nolana jej nie włączono i wydawać by się mogło, że szybko Gotham w kinie ponownie nie zobaczymy. Na szczęście, powstało DCEU i choć nie może się pochwalić filmami na poziomie, to wciąż ma olbrzymiego asa w rękawie pod postacią doskonale dobranych aktorów (no dobra, jest też kilka wpadek, ale plusy i tak przeważają nad minusami). Wśród nich jest oczywiście Margot Robbie. Początkowo nie byłam w pełni przekonana co do niej w tej roli, ale w okolicach drugiego zwiastuna zmieniłam zdanie i z całej siły trzymałam kciuki by było dobrze. I było. Harley była taka jaka powinna być – szalona, zabawna i irytująca. To ona na spółkę z Deadshotem ratowała Suicide Squad przed totalną porażką i teraz z niecierpliwością czekam na powrót tej dwójki w oby lepszym sequelu.

Filmowa Harley doczekała się aż czterech POPów – klasycznego z kijem baseballowym, w kostiumie więziennym, sukience oraz w lekarskim wcieleniu, jeszcze przed przekabaceniem na stronę zła. Ta ostatnia wersja nie przypadła mi do gustu, bo gdybym nie wiedziała kogo ten POP reprezentuje, nigdy bym nie zgadła. Ot, elegancka pani w okularach. Może to Felicity z Arrow, kto wie? Nie spodobała mi się także figurka w sukience gdyż ma nieodpowiednia fryzurę – w filmie Harley miała wtedy rozpuszczone włosy, tymczasem tutaj dalej ma kucyki. Jestem zaskoczona, że Funko pozwoliło sobie na taką wpadkę. Choć może to nie wpadka a lenistwo? No ale jeśli to lenistwo i twórcom naprawdę nie chciało się rzeźbić głowy to czemu wyrzeźbili sukienkę? Ciężko powiedzieć. Tym bardziej, że więzienna Harley ma już inną fryzurę i wygląda przecudnie. Do tego stopnia, że miałam prawdziwy dylemat czy wybrać ją czy też tę najklasyczniejszą wersję. Po dłuższym przemyśleniu zdecydowałam się na drugą opcję i nie żałuję, bo wygląda wspaniale!

Zacznijmy od głowy bo jest cudowna. Fryzura Harley nie jest specjalnie wyszukana i nie jest w stanie zachwycić zróżnicowanymi rzeźbieniami, ale i tutaj jest parę uroczych drobiazgów takich jak włosy naciągnięte od gumek oraz postrzępione końcówki kucyków. Małe rzeczy a cieszą. Całość nadrabia kolorami, które bardzo ładnie przechodzą z blondu w błękit / czerwień. Swoją drogą, w trakcie oglądania filmu wciąż się zastanawiałam jakim cudem Harley odświeżyła kolor swoich włosów, skoro po opuszczeniu więzienia miała tylko czas na przebranie się i wskoczyła z resztą ekipy do helikoptera. Może sceny usunięte rozwiążą tę jakże frapującą tajemnicę? Oby!

416318

Tak jak pisałam ostatnio – o uroku POPów w dużej mierze decydują oczy i przypadku Harley oczęta są przepiękne! Farba została nałożona celująco, nie ma żadnych rozmyć, jest czysto i przejrzyście. To samo się tyczy cieni – są one symetryczne i nie wybiegają za bardzo do góry, poza brew. Głowę dodatkowo zdobią dwa tatuaże – serduszko pod okiem i napis „ROTTEN” na lewej stronie twarzy. O ile pierwszą ozdoba faktycznie była widoczna przez cały film, to z obecności napisu nie zdawałam sobie specjalnie sprawy i w sumie Funko mogłoby z tego skorzystać i sobie darować. Nie zrobili tego jednak i w sumie dobrze, to bardzo sympatyczny szczegół.

5126772

Przejdźmy do ciała. Filmowy kostium Harley może i jest skąpy ale jednocześnie ma pełno detali i Funko większość z nich bardzo ładnie odwzorowało i zanim przejdziemy do czepiania się, skupmy się na tym co dobre. Na pierwszym miejscu – napisy! Strasznie się martwiłam o wszystkie nadruki na figurce, bo zamazane mogłoby odebrać wiele uroku z całości. Na szczęście tak się nie stało i wszystko można bez problemu odczytać, zacząwszy od kija baseballowego na tatuażach na nogach Harley skończywszy.

81109

Bardzo ładnie wypadają też drobiazgi takie jak ćwiekowany pasek, dziury na koszulce, bransolety i sznurowane buty. Wszystkie zostały dopieszczone w pełni i szkoda więc, że przy takiej dbałości o szczegóły twórcy całkowicie pominęli obrożę, którą Harley w filmie nosiła. Wiem, że trudno byłoby ją wyrzeźbić, ale z drugiej strony skoro POP Elizabeth mógł mieć aksamitkę to dlaczego tutaj nagle zaistniał problem? Inną rzeczą, która rzuciła mi się w oczy to brak kabaretek na nogach. Ich kolor jest co prawda odmienny od reszty ciała, więc można uznać, że Harley ma rajstopy, ale w żaden sposób nie jestem w stanie ich nazwać kabaretkami. Szkoda też, że w przypadku szortów nie użyto farb o metalicznym odcieniu, dzięki czemu bardziej przypominałyby materiał obszyty cekinami. I tak, owszem, czepiam się, to wszystko na siłę wyszukane głupoty. Głupotą natomiast nie jest krytykowanie przymocowania nóg do reszty ciała, bo te lekko odstają w lewą stronę. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale gdy człowiek już to zauważy, nie jest w stanie odzauważyć. Niestety.

11a

Na szczęście, nieco krzywe nogi to chyba jedyny większy mankament jaki u Harley zauważyłam. Drobiazgowość i rzeźbienia naprawdę imponują, farba została nałożona praktycznie idealnie, a jeśli są jakieś wpadki to tak małe, że nie warto o nich wspominać. Całościowo to doskonały POP, który powinien zachwycić zarówno fanów filmowej Harley jak i jej przeciwników. Bo serio, kto z Nas nie chciałby takiej pięknej awanturnicy w swojej kolekcji?

American Document Story

rinoasin

Co prawda recenzowanie seriali na Neonie darowałam sobie już jakiś czas temu, ale postanowiłam zrobić wyjątek dla premiery szóstego już sezonu American Horror Story, który parę dni temu zadebiutował na stacji FX. Z miejsca ostrzegam – będą spoilery.

AmericanHorrorStorySeason6Teasers2

Antologia AHS stworzona przez Ryana Murphy’ego i Brada Falchuka już w pierwszym sezonie była powiewem świeżości w serialowym światku – bezkompromisowe strasznie oparte było na utartych schematach, w które tchnięto nowe życie. Dodatkowo twórcy podjęli słuszną decyzję by poświęcić każdą serię osobnej historii dzięki czemu widz co roku miał dostawać coś nowego i strasznego. Tak miało być w teorii, praktyka okazała się nieco inna. O ile dwa pierwsze sezony, zatytułowane Murder House oraz Asylum trzymały naprawdę wysoki poziom, to Coven i Freak Show częściej nudziły zamiast straszyć. Debiutujący po nich Hotel był zdecydowanie lepszy, ale mimo to wydawać by się mogło, że AHS powiedziało widzowi już wszystko, co powiedzieć miało i początkowa świeżość wywietrzała całkowicie. Zamiast załamywać z tego powodu ręce twórcy postawili na sprytny patent, który miał ponownie wzbudzić zainteresowanie widzów. Patent tak prosty, aż w swej prostocie genialny – tajemnicę.

O ile wcześniejsze sezony promowały zdjęcia nowych bohaterów oraz ich szczegółowe opisy, tym razem fani dostawali tylko charakterystyczne dla AHS filmy promocyjne oraz zagadkowe plakaty. Nie znaliśmy motywu przewodniego, obsada nie była w pełni potwierdzona, a Murphy i Falchuk drażnili się z resztą świata jawnie przyznając, że materiały promocyjne niekoniecznie muszą być związane z tym, co w serialu zobaczymy. Bo faktycznie, to był miszmasz – potwory, kosmici, robaki, dziecięce kołyski i prerie pośrodku niczego, ciężko było znaleźć spoiwo łączące te wszystkie elementy. Kampania promocyjna sprawdziła się w 100% i nawet osoby, które wcześniej darowały sobie serial, teraz ponownie wyczekiwały na niego z niecierpliwością. Ja też do nich należałam i gdy wreszcie szósty sezon zadebiutował, od razu wzięłam się za oglądanie. Po seansie zostałam z mieszanymi uczuciami i gorzkim stwierdzeniem, że po raz kolejny kampania promocyjna okazała się lepsza od pełnego tworu.

Już sama stylizacja na dokument mnie odrzuciła. To śmieszne, bo horrory found footage to moje wielkie guilty pleasure, więc i tu powinnam dać się złapać, ale nie wyszło. Formuła odcinka była żywcem wyrwana z Paranormal Witness i pewnie multum innych tego typu programów – gadające głowy opowiadały kamerze o tym co się wydarzyło, a całość uzupełniona była o fabularne zapiski ich opowieści odgrywane przez innych aktorów. Niby ciekawe, ale męczące po niecałych pięciu minutach. Nie do końca rozumiem dlaczego twórcy zdecydowali się właśnie na taki sposób opowiadania historii. Nie dość, że upraszczają sobie sposób narracji (głowy opisują widzowi wszystko co czuły i co zrobiły, nie ma miejsca na własną interpretację czy niedopowiedzenia) to dodatkowo ograniczają budowanie suspensu, bo skoro głowy gadają, to znaczy, że koszmar przeżyły. A skoro przeżyły, to widz może machnąć ręką na te wszystkie horrory, bo wiadomo, że pod koniec wszystko będzie dobrze. Po dłuższym namyśle znalazłam też plus rozwiązania „na dokument” – dzięki trójce narratorów historia będzie płynniejsza i nie będzie się rozmywać na poboczne i nudniejsze wątki, jak to było chociażby w Coven. Zastanawia mnie też, czy cały sezon zostanie poświęcony historii Matta i Shelby, czy też dostaniemy parę króciutkich historii, po dwa odcinki każda, coś w stylu horrorowej wersji Black Mirror (które w sumie straszniejszej wersji nie potrzebuje). Tego dowiemy się w przeciągu najbliższych tygodni.

Sama historia przypomina nieco tą z Murder House – rodzina po przejściach wprowadza się do nowego domu i ich szczęśliwe życie stopniowo zamienia się w piekło. Jednak ta seria góruje nad swoim poprzednikiem mocnym zakorzenieniem w historii czyli zagadką zaginionej kolonii Roanoke. To fascynujący temat, który ma potencjał na zamienienie go w naprawdę straszną opowieść. Co prawda, w pierwszym epizodzie zamiast straszenia z prawdziwego zdarzenia dostaliśmy masę jumpscares, ale zdarzyło się też parę niepokojących zagrań takich jak deszcz zębów, tajemnicze nagranie video i oddychający las. Oby kolejne odcinki poszły w stronę subtelniejszego straszenia, które pobudza wyobraźnię, bo to zawsze będzie się lepiej sprawdzać od głośnego ŁUBUDUBU w twarz. Warto też dodać, że poza klimatem nawiązującym do Murder House, mamy też dwa odwołania fabularne. Pierwsze to oczywiście kolonia Roanoke, o której Violet dowiedziała się od Billie Dean, drugie to Piggy Man, który wspominany był w epizodzie Piggy Piggy przez pacjenta Bena. Takie smaczki nie wpływają może na historię, ale mimo to są zawsze miło widziane.

Od strony aktorskiej jest jak zawsze wspaniale. Ze starej obsady powracają Sarah Paulson, Lily Rabe, Angela Bassett, Kathy Bates, Wes Bentley oraz Denis O’Hare. Większość z nich w pierwszym odcinku zaledwie mignęła (musiałam wytężyć wzrok, by uświadomić sobie, że potrącona przez Shelby kobieta to Kathy Bates), ale pewnie w nadchodzących odsłonach dostanie więcej szans na rozwiniecie skrzydeł. Szkoda mi natomiast Lily Rabe, bo to niesamowita aktorka, której rola została ograniczona do opowiadania widzowi co się jej wydarzyło i szans do wykazania się jest naprawdę mało. W tym roku do starych wyjadaczy dołączyli Andre Holland oraz Cuba Gooding Jr. wcielający się rolę Matta Millera. O ile z Hollandem jest dokładanie taka sama sprawa jak z Rabe, to Gooding Jr. oglądało mi się bardzo dobrze i niesamowicie się cieszę, że po rewelacyjnym występie w American Crime Story jego dobra passa trwa. Oby trwała jak najdłużej i przerwała oscarową klątwę.

American Horror Story: Roanoke ma parę rażących błędów, ale jednocześnie olbrzymi potencjał na coś nowego i strasznego.Trzymam kciuki za to, by w kolejnych odcinkach twórcy mniej czasu poświęcili gadającym głowom i mocniej skupili się na fabularnych zapiskach zdarzeń. Na tę chwilę wstrzymuję się z oceną, poczekam do końca sezonu i postaram się podzielić z Wami moją opinią, oby w pełni pozytywną.

Last One Out of Beach City

rinoasin

Wydawać by się mogło, że z taki tytułem odcinek będzie obfitować w przełomowe i dramatyczne wydarzenia. Tymczasem epizod okazał się bardzo przyziemną historią, którą bez dwóch zdań oglądało się z olbrzymią przyjemnością.

9602

Po tym odcinku jestem już w pełni przekonana, że Pearl jest moim ulubiony gemem. Dotychczasowo wahałam się pomiędzy nią a Peridot, ale o ile Peri służy twórcom głównie jako element komiczny i często również ekspozycyjny, to Perła wciąż się rozwija i nawet w czwartym sezonie potrafi czymś zaskoczyć widza. Tym razem postanowiła pokazać Stevenowi i Amethyst swoją wyluzowaną stronę i to była prawdziwa uczta dla oczu. Oczywiście, pomysł bohaterki nie wziął się znikąd i był kontynuacją wątku zapoczątkowanego w Mr. Greg. Tam Pearl pogodziła się z Gregiem co było jednoznaczne z zaakceptowaniem utraty Rose. Last One Out of Beach City uświadomiło mi, że Perła obwiniała za śmierć ukochanej nie tylko ojca głównego bohatera ale także cały świat. Po wyzbyciu się żalu przeżyła katharsis, lecz niestety z katharsis jest tak, że po początkowej euforii często następuje zagubienie, gdyż dotychczasowe życie uległo niespodziewanemu przemeblowaniu. Perła musiała się więc zmierzyć z pytaniem: co dalej? i postanowiła ostatecznie zrobić to, na co nigdy wcześniej się nie zdecydowała czyli wtopić się w ludzki tłum.

A potem to czysta zabawa, bo oglądanie Pearl próbującej być kimś innym było przezabawne. Szczególnie w połączeniu z podpuszczającą ją Amethyst i odrobinę przerażonym tym wszystkim Stevenem. Cieszy mnie fakt, że twórcy zdecydowali się nieco wyciszyć tą pierwszą i nie była taka rozwrzeszczana jak zwykle, to pozwoliło Perle zabłyszczeć w pełni. I błyszczała jak mało kto! Pościg samochodowy, próba picia soku, buntownicze postawienie kołnierza do góry – trudno było się nie uśmiechać oglądając jej usilne próby bycia kimś innym. Oczywiście, pod koniec bohaterka uświadomiła sobie, że jeśli chce się zasymilować, musi być sobą i wtedy faktycznie odnosi sukces. Bo nawet jeśli była rozkosznie niezdarna w buntowniczym wydaniu, to jednak dumna z bycia gemem Perła jest o wiele ciekawszą postacią, którą autentycznie uwielbiam.

Muszę jednak przyznać, że nie wszystko mi w tym odcinku pasowało. Przede wszystkim zirytowało mnie, że Tajemnicza Nieznajoma musiała tak mocno przypominać Rose. Wiem, że Pearl może mieć typ, który jej się podoba, ale tutaj odebrałam to trochę jako stwierdzenie twórców, że skoro Perła nie może być z Rose, to na pocieszenie dostanie kogoś bardzo do niej podobnego. Coś podobnego zrobiono ostatnio w Sherlocku i równie mocno mnie to zirytowało. Bo jeśli postać decyduje się związać z osobą przypominającą jej inną osobę, to znaczy, że wcale nie pogodziła z utratą tej pierwszej. Przynajmniej w moim odczuciu. Dodatkowo chyba po raz pierwszy w historii Stevena Universe nie spodobała mi się muzyka w odcinku. Podejrzewam, że twórcy chcieli rockiem podkreślić buntowniczy ton odcinka, ale czy nie dało się tego zrobić lepszą piosenką? Serio, utwór przypominał mi piosenki, które lecą w trakcie montaży w głupich filmach dla nastolatków i do Stevena pasował jak pięść do nosa.

Podsumowując, to był naprawdę dobry odcinek. Miał kilka zgrzytów, ale cudowny występ Pearl całkowicie mi je przysłonił i całość oglądało się z przyjemnością. Mocna 9-ka. Apeluję o więcej epizodów o gemach integrujących się z ludźmi, ogląda się je z prawdziwą przyjemnością.

My Funko POP! vol.14

rinoasin

Moja przygoda z POPami zaczęła się niespodziewanie, od kaprysu. Umowa o pracę została mi przedłużona i uznałam, że warto się z tego powodu rozpieścić. Pierwszą figurkę zakupiłam na Amazonie i z miejsca straciłam dla niej głowę. Było więc tylko kwestią czasu nim pokusę się o kolejnego POPa. I pokusiłam się, a potem srogo rozczarowałam. Moi drodzy czytelnicy, poznajcie Lokiego.

09a

O MCU można napisać wiele dobrego, ale chyba nawet największy fan nie będzie w stanie z pełnym przekonaniem stwierdzić, że Uniwersum może się pochwalić ciekawymi czarnymi charakterami. Przeciwnicy Naszych herosów są najczęściej nudni i schematyczni, uciekają widzom z głowy nim film się w pełni zakończy. Z tej nudnej kompanii zawsze wybijał się Loki. Wiele fanów polubiło go za występ w Avengersach, ale mnie zachwycił już w Thorze, gdzie był postacią ciekawszą od głównego bohatera, a prawda o jego pochodzeniu zdecydowanie bardziej emocjonowała niż pokuta Thora. Reakcja Lokiego na prawdę o sobie była, jest i będzie jedną z moich ulubionych scen w historii MCU, Tom Hiddleston odegrał ja perfekcyjnie i nadał swojemu bohaterowi głębi. Bo w moim odczuciu to właśnie w dużej mierze zadecydowało o sukcesie tego villaina - owszem, jest zły ale jednocześnie ma w sobie resztki normalnych uczuć, przez co widz jest w stanie się z nim identyfikować. I dzięki temu Loki jest nie tylko najlepszym przeciwnikiem w historii MCU, ale także jedną z moich ulubionych postaci ever. Musiałam więc mieć go w swojej kolekcji i gdy tylko nadarzyła się okazja, zakupiłam figurkę na Amazonie. Czekałam długo i z wytęsknieniem, a gdy wreszcie paczka została mi dostarczona, przeżyłam nie lada szok i początkowo sądziłam, że w moje ręce trafiła najprawdziwsza podróbka. Ale nie, to była oryginalna figurka od Funko, która boleśnie uświadomiła mi jaka zmorą potrafi być niechlujne nałożenie farby.

131223

O uroku POPów w dużej mierze decydują ich oczęta. Niestety, ten charakterystyczny aspekt został w przypadku mojej figurki całkowicie skopany, Loki wygląda tak jakby ktoś podbił mu oko (Thor?:)). Mogę znieść brzydko wymalowane ubranie lub włosy, ale oczy rażą mnie niesamowicie. Dodatkowo głowa Lokiego została wyrzeźbiona w materiale w różowym kolorze przez co wygląda tak jakby właśnie przechodził różyczkę. Nie mam pojęcia dlaczego twórcy uznali, że taki kolor będzie odpowiedni - Loki zawsze był blady, czasami nawet niebieski, ale nigdy różowy. W sumie to jedyny Pop w mojej kolekcji o tak niekorzystnym kolorze skóry. Żeby było ciekawiej, szyja i ręce POPa już różowe nie są i mają normalny, ciałowy kolor, bo nie ma jak konsekwencja!

316

Nie za dobrze prezentuje się także nałożenie farby na fryzurę. Linia jest nierówna i niepewna, zarówno na czole jak i z tyłu głowy, gdzie różowy kolor skóry wkroczył na teren włosów. Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale gdy człowiek w końcu to zobaczy, nie będzie w stanie odzobaczyć, niestety. A skoro przy głowie jesteśmy, to jak w przypadku wszystkich marvelowskich POPów Loki jest bobbleheadem i jakby było mało dramatu z farbą na figurce to również sprężyna postanowiła dać mi w kość. Była bowiem krzywo umiejscowiona, przez co Loki miał wiecznie spuszczoną głowę i wyglądał tak jakby dopiero co dostał od życia potężnego kopa w cztery litery. Na szczęście, w tym przypadku wystarczyła interwencja Kropelki i POP zaczął dumnie patrzeć przed siebie a nie w podłogę.

415

Ten Loki został stworzony na podstawie wyglądu bohatera w Thor: The Dark World, czyli miał premierę jakieś trzy lata temu. Wtedy POPy nie były aż tak szczegółowe jak teraz, ale mimo to Loki może się pochwalić naprawdę pięknym rzeźbieniem kostiumu. Patrzcie na te wszystkie drobne detale, na te zakładki! No cudo, które po raz kolejny zostało sknocone koszmarnym nałożeniem farby. Szczególnie po oczach biją złote wstawki, które zamiast trzymać się wyznaczonego obszaru, rozmazują się na czarnej powierzchni. Przez co całościowo figurka sprawia wrażenie brudnej i nie imponuje tak jak powinna.

51166
Może trudno w to uwierzyć, ale pomimo krytyki naprawdę lubię Lokiego od Funko. Jego wykonanie co prawda pozostawia wiele do życzenia, ale to druga figurka w mojej kolekcji i pomimo wielu swoich wad potrafiła utrzymać moje zainteresowanie POPami. Poza tym to Loki, a Loki zawsze jest wspaniały, o. Jeśli jednak zastanawiacie się nad kupnem tej figurki, radzę Wam poczekać – jestem więcej niż pewna, że wraz z premierą Thor: Ragnarok pojawią się nowe POPy w tym odświeżony Loki i zważywszy na to, jak wielkie postępy czyni Funko w kwestii swoich figurek, to może być naprawdę udany POP. Za co mocno trzymajmy kciuki.  

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci