Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

D jak Disney. Księga Dżungli (2016)

rinoasin

Do najnowszej filmowej wersji Księgi Dżungli pochodziłam bez większych emocji. Animowana wersja z 1967 roku niespecjalnie mnie zachwyciła, dlaczego w takim razie miałoby się to udać jej remake'owi? Tymczasem okazało się, że da się odświeżyć wielokrotnie opowiadają historię na tyle, by widz nie odczuwał natrętnego deja vu i dodatkowo dobrze się bawił w trakcie seansu.

JungleBookStill2
W sumie, gdy po seansie dłużej zastanowiłam się nad odświeżoną wersją, uznałam, że była potrzebna i to bardzo. O ile do nadchodzącej nowej odsłony Pięknej i Bestii podchodzę sceptycznie gdyż animacja z 1991 jest dla mnie czystą perfekcją nie potrzebującą retellingu u to starsza Księga Dżungli miała wiele wad, które film naprawił. Historia została rozbudowana a postacie pogłębione. Z ciekawości rzuciłam okiem na moją recenzję wcześniejszych przygód Mowgliego i wszystkie wypatrzone przeze mnie wady wobec historii zostały tutaj naprawione. Przede wszystkim główny bohater zyskał charakter. Nie był może niezwykle skomplikowaną postacią, ale jednocześnie nie był tak wyprany z emocji jak jego poprzednik, po którym niespecjalnie widać było jakikolwiek związek z przysposobioną rodziną. Tutaj Mowgli kocha i jest kochany, decyduje się na opuszczenie wilczej rodziny w trosce o jej dobro i to autentycznie grzało serce. Spodobało mi się także, że mały był sprytny i gdy napotykał na swojej drodze przeszkodę, kombinował jak ją ominąć. To dawało dzieciom wspaniały przekaz, że spryt może być potężniejszy od siły, a takie przesłanie w filmie familijnym zawsze jest na wagę złota.

Poza Mowglim wymiar zyskały także pozostałe postacie. Przede wszystkim wilki - w starej wersji pełniły wręcz rolę statystów, tutaj były dla głównego bohatera rodziną. Ojciec był surowy acz troskliwy, matka natomiast wyrozumiała i wspierająca. Czuć było w ich relacjach miłość i przywiązanie, którego w oryginale próżno szukać. To samo się tyczy Bagheery, który stał się dla Mowgliego mentorem i drugim ojcem, chcącym dla chłopca jak najlepiej nawet jeśli to miałoby oznaczać dla nich wieczną rozłąkę. Przeciwwagą dla pantery był oczywiście Baloo, który jako jeden z nielicznych nie potrzebował poprawki charakteru, a jego storyarc pozostało dokładnie takie same – uczył się brać odpowiedzialność za innych. Przypadło mi do gustu, że początkowo niedźwiedź wykorzystywał chłopca z czysto egoistycznych pobudek i dopiero z czasem zrozumiał, że zależy mu na dziecku i musiał dla jego dobra dorosnąć.

Porozmawiajmy teraz o czarnych charakterach. Głównym antagonistą oczywiście nadal pozostał Shere Khan, którego byłam niesamowicie ciekawa gdyż jego wersja z 1967 była jedną z większych zalet tego filmu, choć jednocześnie daleko jej było do ideału. Nowy Shere Khan bije swojego przeciwnika na głowę. Przede wszystkim twórcy zdecydowali się wyjaśnić jego nienawiść względem ludzi i choć nie był to wielce skomplikowany motyw, to przynajmniej był, w klasycznej animacji byliśmy skazani na własne domysły. Ale backstory to jedno, czyny w trakcie fabuły to drugie i mogę napisać jedno - nowy Shere Khan to napędzany nienawiścią sukinsyn. Okrutny, sprytny i w jakiś dziwny sposób majestatyczny, jak dla mnie był przeciwnikiem idealnym, bo zagrożenie jakie stwarzał, zwiększało się z sceny na scenę, a to zawsze u czarnych charakterów liczę za plus. Kaa podobnie jak w oryginale za dużo do roboty w filmie nie miała, ale jednocześnie jej rola została zwiększona do wyjaśnienia Mowgliemu jego pochodzenia. Co prawda można się zapytać skąd Kaa o tym wszystkim wiedziała, ale przynajmniej wnosiła swoją obecnością coś więcej do filmu, czego nie jestem w stanie napisać o małpim królu Luim. Tak jak w klasycznej wersji tak i tutaj wątek małp był irytujący i w sumie zbędny. Niespecjalnie wpływał na fabułę i w moim odczuciu został wprowadzony do filmu w obawie przed rozgniewaniem fanów oryginalnej wersji. Dodatkowo śpiewający Christopher Walken to zaiste dziwne zjawisko, a śpiewająca małpa o jego twarzy jest jeszcze dziwniejsza. I to nie jest ten rodzaj dziwności, który mogę zaliczyć na plus.

Ale jeśli już Walken nie śpiewa, to słucha się go bardzo dobrze, tak jak resztę obsady. No ale co się dziwić, obsada Księgi Dżungli jest znakomita i nieco szkoda, że nie jesteśmy w stanie ich zobaczyć (ach, Idris Elba!), ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma, a w tym przypadku jest co lubić. Wspomniany wyżej Elba nadał Shere Khanowi siły i szaleństwa, Bagheera przemawiający głosem Bena Kingsleya był pełen mądrości, Lupita Nyong'o sprawiła że w każdym słowie wilczycy Rakshy brzmiała miłość, Bill Murray to wręcz urodzony Baloo, a Scarlett Johansson jako Kaa robiła to, co potrafi najlepiej - hipnotyzowała głosem. Wcielający się w Mowgliego Neel Sethi był w porządku. Nie był to występ tak naturalny i zapadający w pamięć jak chociażby debiut Quvenzhané Wallis w Bestiach z południowych krain, ale jednocześnie nie raził strasznie sztucznością. Po prostu czasem w trakcie seansu odnosiłam wrażenie, że mały starał się za bardzo i wtedy właśnie wypadał nieco przerysowanie. Na szczęście nie zdarzało się to w filmie za często. Jak na debiut w tak młodym wieku i tak było bardzo dobrze.

Jestem olbrzymią fanka praktycznych efektów specjalnych i najczęściej na CGI kręcę nosem. Zdarza się jednak, że gdy widzę jakie czary potrafi stworzyć komputer, zapominam o swoich uprzedzeniach i tylko się zachwycam. Tak dokładnie było w trakcie oglądania Księgi Dżungli. O ile animowane zwierzęta były dla mnie oczywistą oczywistością, to nie spodziewałam się, że cała reszta świata też została wykreowana w komputerze. I niech mnie, jakiż to zjawiskowy świat twórcom wyszedł! Autentycznie nie byłam w stanie oderwać od niektórych plenerów oczu, takie śliczne były! Jedyny tyci zarzut jaki mam względem efektów specjalnych to rzadkie przypadki, w których Mowgli wyglądał na wyraźnie wklejonego w tło. Scen takich nie było za dużo, ale gdy już się pojawiały, z miejsca raził oczy. Cała reszta to prawdziwa perełka i coś czuję nominację do Oscara dla najlepszych efektów specjalnych. A może nawet statuetkę, kto wie?

Nie jestem wielką fanka kolejnych filmowych przeróbek filmowych i animowanych klasyków, ale jeśli mają być one takie jak Księga Dżungli to jestem jak najbardziej na tak. Film ma fabułę z prawdziwego zdarzenia, ciekawych bohaterów i lepiej rozwinięty świat przedstawiony. Ode mnie 8-ka, polecam!

Ps. Kurcze, skoro ten film wyszedł tak dobrze, to może nowa Mała Syrenka sprawi, że polubię Arielkę?

My Funko POP! vol.13

rinoasin

W poprzednim odcinku cyklu przy opisie Katniss uznałam, że potrzeba więcej takich bohaterek w popkulturze. Na szczęście nowa trylogia Gwiezdnych Wojen przedstawiła światu Rey i świat stał się piękniejszy.

09

Wiem, że wiele osób nie przepada za tą postacią zarzucając jej marysuizm. I faktycznie, bohaterka wydaje się idealna, ale jednocześnie wiele jej zalet nie wzięło się z powietrza - od małego musiała radzić sobie sama na nieprzystępnej planecie i nie dziw, że po latach potrafi walczyć, majsterkować czy też latać statkiem. A to, że tak szybko opanowała posługiwanie się Mocą? Wielu umyka fakt, że bohaterka używała jej przestraszona lub zła. A jak wszyscy dobrze wiemy, to nic dobrego nie oznacza. Tak więc Rey nie jest chodzącym ideałem. Jest natomiast przesympatyczną bohaterką, która nie czeka na ratunek a bierze sprawy w swoje ręce. I za to ją uwielbiam.

129222

Chwalę i chwalę, a prawda jest taka, że POPa Rey kupiłam z jakieś trzy miesiące przed premierą filmu. Nie miałam pojęcia czy Przebudzenie Mocy mi się spodoba, nie byłam pewna czy główna bohaterka nie okaże się przypadkiem drugim Jar Jarem. Nie wiedziałam, ale zaryzykowałam, bo POP był przepiękny. Wtedy były dostępne dwie wersje - z kijem lub z goglami (w międzyczasie pojawiła się też Rey w hełmie, z mieczem świetlnym Luke’a oraz w bojowej pozycji) i bez wahania wybrałam ten drugi wariant. Dlaczego? - zapytacie. Odpowiedź będzie prosta - GOGLE!

31565510414

I możecie się śmiać ale popatrzcie na jej głowę. Jest absolutnie cudowna! Mam kota na punkcie detali i figurka w pełni zaspokoiła moje wymagania - szwy dookoła szkieł są niby zbędną ale cudowną drobnostka, latarka przyczepiona po lewej stronie też ma parę imponujących detali z pewnością trudnych do wyrzeźbienia a całość wieńczą pasy materiału splecione z tyłu głowy. Podoba mi się także kolor turbanu (dobra, to nie turban, używam skrótu myślowego), który łączy z sobą dwa odcienie, które bardzo zgrabnie przechodzą jeden do drugiego. Całość jest niemalże perfekcyjna, jedyny zarzut mam do brwi Rey, która są za wcześnie przerwane i kończą się jeszcze przed turbanem zamiast się z nim łączyć. Niby drobnostka ale mnie razi.

718

Ubranie bohaterki jest niby proste ale jednocześnie posiada tyle detali, że z pewnością nie było łatwe do wyrzeźbienia (szczególnie te wszystkie szarfy oplatające jej ciało), ale Funko tradycyjnie wywiązało się z zadania perfekcyjnie. Załamania materiału wyglądają naturalnie, podoba mi się tradycyjna dbałość o zachowanie niby zbędnych detali – pasków, materiału ochronnego na rękach czy też saszetki z tyłu. Jedyne, czego mogę się doczepić to uzbrojenie Rey w blaster a nie w kij. Gdy w filmie Rey wystąpiła się w goglach nie potrafiła jeszcze używać blasteru, tego nauczył ją Han Solo nieco później, gdy nie potrzebowała już sprzętu do poszukiwań złomu. To niby głupota ale trochę mnie irytuje.

Podsumowując, to jeden z moich ulubionych POPów. Jest ładnie wymalowany (poza nieszczęsnymi brwiami, które i tak niespecjalnie rzucają się w oczy), jak zwykle imponuje detalami i doskonale odzwierciedla ogólny urok Rey. Polecam serdecznie! A w przyszłym odcinku cyklu dla odmiany będzie mniej chwalenia, a więcej czepiania się. Jeśli jesteście ciekawi, czyj POP tak bardzo mi podpadł, zapraszam ponownie!

My Funko POP! vol.12

rinoasin

Po dłuższej przerwie POPy powracają na bloga! Dzisiejszą gwiazdą będzie piękna i wojownicza Katniss Everdeen. Nie przedłużając dłużej, zaczynamy.

Clipboard0110

Śmieszna sprawa z tą Katniss - nie przepadam za jej książkowym wcieleniem, filmową wersję natomiast lubię. Zastanawiałam się kiedyś co o tym zadecydowało i uznałam, że to kwestia narracji. W książce bowiem obserwujemy świat z perspektywy dziewczyny, która dzieli się z czytelnikiem wszystkimi swoimi przemyśleniami. Nie byłoby to może takie złe gdyby Konta zaliczała się sympatycznych osób, ale jest raczej irytująca i w trakcie lektury zdarzały się chwilę gdy autentycznie chciałam ją zdzielić po głowie. W filmie mamy niby tą samą postać, ale zyskującą wymiar dzięki występowi Jennifer Lawrence. Aktorka nadała swojej bohaterce głębi i choć w trakcie seansu nie zawsze popierałam decyzje Katniss, nigdy nie byłam w stanie długo się nią gniewać i po paru chwilach ponownie emocjonowałam się jej poczynaniami (chciałam napisać "przygodami" ale w przypadku Igrzysk Śmierci to słowo wydało mi się wyjątkowo niefortunne). Poza tym, w dzisiejszych czasach bezwolnych i bezbarwnych bohaterek takich jak Bella Swan, Ana Steele czy Jupiter Jones silna i niezależna Katniss jest naprawdę potrzebna, by młode dziewczyny mogły brać z niej wzór. Oby jak najwięcej takich postaci w popkulturze.

128221
Funko wypuściło na rynek kilka POPów Katniss: w stroju z jej pierwszych igrzysk z łukiem w ręce, w sukni ślubnej, w kiecce kosogłosa oraz ognistej sukience. O ile ostatni wariant w ogóle mi nie spasował, to miałam duży dylemat, którą wersję z trzech pozostałych wybrać. W końcu zadałam sobie pytanie z czym mi się kojarzy Katniss na pierwszym miejscu. Odpowiedź była prosta - z łukiem i warkoczem, nie z sukniami czy skrzydłami. Konta to w końcu wojowniczka a nie dama w opałach, spodnie na tyłku i wspominane wcześnie atrybuty musiały więc być. Z perspektywy czasu uznaję, że to bardzo dobry wybór.

314 

Autentycznie kocham Funko za to co robi z włosami POPów bo te praktycznie zawsze mnie zachwycają. No i dodatkowo w dużym stopniu decydują o tym, czy figurka będzie podobna do swojego pierwowzoru czy też nie. Tutaj udało się to w 100%. Warkocz widzieliśmy też u Elsy, ale tam w połączeniu z postrzępioną grzywką był bardziej dziki i nieokiełznany. Włosy Katniss są surowiej ułożone, ale to w sumie zrozumiałe – na polu walki nawet kosmyk opadający na twarz może zdecydować o czyimś być albo nie być. Osoby odpowiadające za wyrzeźbienie fryzury spisały się doskonale – warkocz wydaje się mocno związany a splot przebiegający przez skos głowy wygląda imponująco.

59413

Reszta ciała w niczym nie odstępuje głowie. Ubranie zostało wiernie odwzorowane, a nawet bardzo wiernie – twórcy nie tylko zachowali przypinkę kosogłosa, ale nawet takie niby zbędne drobiazgi jak kolorowe lampasy materiału przyszyte do kurtki czy też czarno-pomarańczowy plecak. Na osobną pochwałę zasługuje broń – łuk wspaniale prezentuje się w rękach bohaterki, a kołczan pełen strzał jest wykonany z taką dbałością o szczegóły, aż trudno się nie zachwycić.

Na pierwszy rzut oka POP Katniss wydaje się prosty i nawet nijaki, ale przy dokładniejszym przyjrzeniu się trudno nie docenić ilości szczegółów w nim zawartych. Dodatkowo ogromny plus za brak jakichkolwiek farbowych wpadek, jak dobrze wiecie, jestem wyczulona na takie rzeczy i nie wypatrzyłam nic znaczącego, brawa! Jeśli tak jak ja lubicie Katniss to figurka zdecydowanie dla Was. Jeśli jednak zdecydujecie się na inny wariant, koniecznie podeślijcie zdjęcie, chętnie zobaczę jej inne POPowe wcielenie.

Klauny, czarownice i wielkie rozczarowanie

rinoasin

Wciąż doskonale pamiętam jak przy okazji analizy trailera Suicide Squad uznałam, że to właśnie będzie film, którym DC utrze nosa Marvelowi. Bo choć z dwójki gigantów kibicuję MCU, to nie mam nic przeciwko wyrównanej walce, na takiej rywalizacji widz tylko korzysta. Niestety, na tę chwilę Marvel wciąż jest górą, a DCEU zalicza wpadkę za wpadką i z Suicide Squad niestety nie jest inaczej.

ssda0003_f43f41adaa

(Spoilery)

Aż chce się zaśpiewać: „A miało być tak pięknie!”. No bo miało być – grupka uroczych zakapiorów miała ruszyć do walki o świat, w tle powinno im przygrywać Ballroom Blitz a całość zachwycałaby swoją bezkompromisowością i świeżością. Taka była teoria, praktyka tymczasem okazała się brutalna i w okrutny sposób zniszczyła oczekiwania fana. DC bowiem po chłodnym odbiorze BvS postanowiło się dostosować do oczekiwań widzów i dać im to, czego oczekują – żartów! Bo przecież każdy kinomaniak przychodzi do kina tylko po to żeby się pośmiać, prawda? Tytuł został więc przemontowany przez ekipę odpowiadającą za doskonały zwiastun filmu, w pośpiechu dokręcono parę scen wciśniętych na siłę do fabuły kosztem tych, które być może lepiej rozwinęłyby bohaterów i ich motywacje. I tak powstał straszliwy bałagan, zszyty z fragmentów, które najczęściej do siebie w ogóle nie pasowały i bolały jeszcze mocniej, gdy widz skupiał się na nielogicznościach fabularnych, a tych film ma w nadmiarze. Ugh.

Strasznie ciężko krytykuje się tytuł, który miał potencjał na bycie czymś nowym lub przynajmniej ciekawym. O ile po BvS jeździłam bez większego żalu, to w przypadku Suicide Squad aż mi się serce kraje. Pomysł był cudowny, postacie interesujące, a aktorzy dobrze dobrani. Tyle dobrego! Niestety, ostatecznie te wszystkie zalety zostały przysłonięte przez kiepski scenariusz i realizację, ale zanim zacznę falę krytyki, skupię się na tym co udane. Bo gdy ten film trafia, to trafia niczym Deadshot w sam cel. No właśnie, skoro już o nim mówimy, to zgodnie z moim oczekiwaniami Will Smith grał Willa Smitha i… w ogóle mi to nie przeszkadzało. Aktor ma w sobie tyle charyzmy i uroku osobistego, że z palcem w nosie wybijał się z tłumu bohaterów. Początkowo zastanawiałam się, czy Smith odnajdzie się w roli płatnego zabójcy i czy jego rola nie będzie trącić fałszem. Jak się okazało, jego Deadshot to facet z zasadami, zabójczy ale jednocześnie z sercem, z grupki samobójców to on właśnie pełni rolę sumienia ekipy i w tej roli Smith sprawdza się doskonale. Bardzo dobrze wypadła także Viola Davis jako Amanda Waller – była odpowiednio zimna i bezwzględna i choć czasami ocierała się o kicz, wciąż oglądało się ją wspaniale. Zgodnie z moim oczekiwaniami Margot Robbie satysfakcjonująco poradziła sobie z rolą Harley Quinn – była słodka, pokręcona i irytująca, ale bez przesady. Chętnie zobaczę ją ponownie w kolejnym filmie ze stajni DCEU, bo z pewnością ma jeszcze wiele do zaoferowania widzom.

Niestety, pozostali aktorzy, nieważne jak utalentowani, nie mieli specjalnie jak się w filmie wykazać. Albo dostawali za mało czasu ekranowego (Joker, Killer Croc, Katana, El Diablo), ich postacie były za słabo zarysowane by pokazać coś więcej (Rick Flag) lub scenariusz wręcz działał na ich niekorzyść (Enchantress, Slipknot). Niestety, ale moje obawy co do za dużej ilości bohaterów na ekranie sprawdziły się. Mamy imponującą ekipę, z której połowa pionków z filmu mogłaby być wyrzucona i nikt nie odczułby różnicy. Co więcej, nawet sami twórcy niespecjalnie przykładali się, by widz poczuł jakąkolwiek więź z protagonistami – na samym początku filmu dostajemy kolorowe i chaotyczne przedstawienie poszczególnych herosów, które musi widzom wystarczyć do końca filmu, bo rozwinięcia i pogłębienia postaci tutaj nie uświadczymy. Co śmieszne, w tych scenach całkowicie pominięto introdukcję Slipknota bo po co komu sceny z kimś kto chwilę później leci do odstrzału? Serio, nie żartuję, scenarzyści uznali, że szkoda na jego wstęp czasu. To po kiego grzyba w ogóle wprowadzali go do filmu?

Nieodpowiednie wykorzystanie postaci to jedno, masakryczny przeciwnik to drugie. A raczej: przeciwnicy, bo jest ich dwójka – Enchantress oraz jej brat, Incubus. Ich celem było… w sumie sama nie wiem jakie motywacje nimi kierowały. Ona chyba chciała by cały świat razem z nią odtańczył taniec brzucha, a on był zły, bo tak. I w sumie tyle. Duet otworzył dziurę w niebie bo tego jeszcze w filmie komiksowym nie widzieliśmy i grzecznie czekał na przybycie swoich przeciwników, uzbrojonych w pistolety, kije baseballowe, katany i bumerangi… No właśnie, skoro przy tym jesteśmy, to czy ktoś może mi wyjaśnić, dlaczego scenarzyści uznali, że grupka zabójców będzie w stanie stawić czoła dwóm magicznym istotom? Tym bardziej, że na początku filmu było powiedziane, że Waller ma kontakt z Batmanem? No nie wiem jak Wy, ale ja w tym przypadku wolałabym się zwrócić do Nietoperza. Albo chociażby do Flasha, którego akta Amanda miała. Film o wiele lepiej by wypadł, gdyby squad musiał stawić czoła zagrożeniu bardziej przyziemnemu – jakiemuś gangsterowi czy nawet samemu Jokerowi. Wtedy pojedynek byłby bardziej wyrównany, a widz nie zastanawiałby się gdzie jest Wonder Woman kiedy jej potrzeba.

Kolejną rażąco bijącą po oczach wadą jest ton filmu, który zmienia się ze sceny na scenę, jak w kalejdoskopie. Zaczynamy od acid tripu w stylu Guya Ritchiego, potem szaleństwo i kolorki znikają, a całość mota się pomiędzy na siłę wciśniętymi żartami (pamiętacie skecz z torebką zaprezentowany w zwiastunie? W oryginalne był tak żałośnie zaprezentowany, aż przestał być śmieszny.) a poważnymi kwestiami, by pod koniec przeistoczyć się w mokry sen Zacka Snydera – ociekającą mrokiem patetyczną rozwałkę. Gdyby jeszcze jedna część filmu logicznie przechodziła do drugiej, mogłabym przymknąć oko, ale tak nie jest. Tutaj widać jak na dłoni, że reżyser chciał swoje, a producent swoje. I niestety na tym konflikcie ucierpiał sam widz. Ała!

I takie jest właśnie Suicide Squad, które pomimo świetnej obsady i paru ciekawych bohaterów traci przez scenariusz i bałaganiarski całościowy ton. Mocno trzymałam za ten film kciuki, miał być takim czarnym koniem komiksowych filmów w 2016, ale wygląda, że ten tytuł przypadnie jednak Deadpoolowi. Wielkie rozczarowanie, niestety. Ode mnie 5-ka. Drogie DCEU, za rok masz kolejną szansę na odbicie się od dna swoją Wonder Woman. Nie zawiedź mnie!

…Zawiedziesz, prawda?

Buddys Book

rinoasin

Yyym… eee… no, jest nowy odcinek.

9601

Czasami są epizody, o których aż chce się pisać. Omawiać poszczególne sceny, analizować zachowanie bohaterów czy też wysuwać nowe teorie związane ze światem Stevena Universe. Niestety, Buddy's Book nie jest jedynym z tych odcinków. W ogólnym rozrachunku nie jest jakoś straszliwie zły, wtóry czy też rozczarowujący. Jest całkowicie nijaki i choć występują w nim gemy z strojach z minionej epoki a także Rose otoczona stadkiem lwów, całość można podsumować jednym: meh. Na potrzeby notek zawsze oglądam recenzowane odcinki z dwa razy, czasem nawet więcej. Tutaj wystarczył mi jeden seans, wiedziałam po nim wszystko co wiedzieć powinnam.

W sumie szkoda, że gemy zostały w historii postaciami drugoplanowymi i całość skupiła się na Buddym, którego ciężko mi uznać za ciekawą postać. Innym zmarnowanym potencjałem jest pominięcie narodzin Amethyst. Zważywszy na to, jak bohaterka jest mocno związana z tym miejscem i jednocześnie wyraźnie nim zniesmaczona całość mogłaby być czymś naprawdę poruszającym i głęboko zapadającym w pamięć, ale na tą opowieść będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, niestety. Kolejnym niewykorzystanym wątkiem były same zapiski Buddy’ego i odwiedzanie praktycznie samych znanych Nam miejsc. Szkoda, że poza palankinem Błękitnego Diamentu nie przedstawiono nowych, nieodkrytych jeszcze lokacji, które pobudziłyby wyobraźnię widza i zachęciłyby do dyskusji. A, w zapiskach Buddy’ego mogliśmy zobaczyć szkic muralu ukazującego walkę Rose i Różowego Diamentu. Wdzieliśmy go już kiedyś w tle, ale wtedy nie zdawaliśmy sobie z jakim ważnym wydarzeniem się wiąże. Swoją drogą, ciekawe ile jeszcze wskazówek serial podrzucił nam mimochodem i nawet nie zdaliśmy sobie z tego sprawy?

Podsumowując, Buddy's Book to odcinek do jednorazowego obejrzenia. Nie męczy ale jednocześnie nie zachwyca. Już raczej do niego nie wrócę. Ode mnie 6-ka.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci