Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Pool Hopping

rinoasin

Wiem, że najnowszy dyptyk zrzucił na Nas prawdziwą bombę, ale zważywszy na to, że jestem w tyle, dziś będzie o Pool Hopping, co w moim odczuciu będzie nawet lepsze, gdyż pozwoli mi wkrótce spojrzeć na najnowsze odcinki z większym dystansem i ocenić je w bardziej rzetelny sposób. Ale koniec o tym co będzie, skupmy się na tym, co jest teraz. Hym, adekwatne z treścią tego epizodu!

MV5BODZmYzc5N2ItMWRiNS00MGViLTljNzMtMzE1ODg4NjJkNzdjXkEyXkFqcGdeQXVyNTIyNTk4MTU._V1_SX1777_CR001777999_AL_

Uwielbiam relację Garnet i Stevena. W moim odczuciu z wszystkich gemów to właśnie fuzji najbliżej jest do matki dla chłopca. Jest opiekuńcza, ale nie nadopiekuńcza jak Perla, potrafi wyruszyć z nim w szaloną podróż jak Amethyst, ale wie kiedy się zatrzymać i zaczerpnąć oddechu. Dodatkowo Garnet najlepiej z całego tria zdaje sobie sprawę, że Steven nie jest już dzieckiem, które należy trzymać pod kloszem przed wszelkimi tajemnicami świata i wyraźnie woli grać z nim w otwarte karty.

Brzmi to poważnie, lecz sam odcinek wpada w poważne tony dopiero pod koniec, a nim to nastąpi jest niesłychanie sympatyczny i zabawny. Interakcje gemów z mieszkańcami Beach City są zawsze na wagę złota i Pool Hopping jest tego kolejnym dowodem, dostarczając widzowi masę sympatycznych scen, podczas których trudno się nie uśmiechnąć. Mnie szczególnie ubawiło „Paint me like one of your Amethysts” – proste, a jakie urocze! Dzięki lekkiemu tonowi poważniejsza końcówka wypada jeszcze lepiej i naprawdę trudno nie współczuć zagubionej Garnet. Tym bardziej, że chyba każdy z Nas przynajmniej raz w swoim życiu poczuł się tak jak ona i obawiał się tego, co go spotka w przyszłości, tej wielkiej niewiadomej. Poza sympatyzowaniem z Garnet nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że wątek został przez twórców specjalnie wprowadzony, by wyjaśnić widzom dlaczego tak często bohaterka nie była w stanie przewidzieć niebezpieczeństw czyhających na Stevena i mieszkańców Beach City. Jak dla mnie, udało się to im bardzo dobrze.

Pool Hopping to niezwykle ciepły i przystępny sposób opowiada o strachu przed dniem jutrzejszym. Nie jest to w żaden sposób odcinek przełomowy, ale nie wszystkie takie muszą być i jako mały-wielki epizod sprawdza się doskonale. Ode mnie 8-ka.

The Big Show

rinoasin

Dłuższą chwilę mnie nie było. Na nieobecność nałożyło się parę czynników – problemy rodzinne, dużo pracy i majówkowy wyjazd. Powracam jednak z recenzjami odcinków Stevena Universe i w ramach nadrobienia dziś omówimy The Big Show.

StevenUniverseTheBigShow640x450

Muszę przyznać, że po zakończeniu poprzedniej odsłony byłam więcej niż pewna, że The Big Show będzie jego bezpośrednią kontynuacją. Tymczasem dostaliśmy historię skupiającą się na Sadie i jej grupie. I choć nie zabolało mnie to jakoś straszliwie (w końcu to nie przygody Ronaldo :)), to początkowo byłam straszliwie zbita z tropu. Nie mam nic przeciw epizodom skupiającym się na mieszkańcach Beach City, ale gdy dostajemy je zamiast istotniejszych wątków, nieco mnie drażnią. I tak było właśnie z tym odcinkiem – nie był zły, ale fakt, że został zaprezentowany w takim a nie innym czasie odrobinę mnie rozzłościł. Aż ciśnie się na usta – to nie odcinek, to ja.

Tym bardziej, że jeśli nie będziemy patrzeć na The Big Show przez pryzmat kolejności wyświetlania odcinków to okaże się, że to bardzo przyjemna opowieść. Do rewelacji może daleko, ale całość oglądało się bezboleśnie. Choć początkowo miałam pewne obawy – gdy Greg został menagerem dzieciaków zaczęłam mieć złe przeczucia w jaką stronę pójdzie całość. Przewidywałam, że Universe senior tak bardzo zatraci się w swojej posadzie, że zacznie przedobrzać i dzieciaki stracą całą radochę z gry w zespole. Tak się nie stało i dzięki boru, bo takiej kliszy bym nie zniosła. Zamiast tego fabuła skupiła się na relacji Sadie z mamą i choć mogła być strasznie moralizatorska, scenarzystom udało się tego uniknąć i dzięki boru, bo mam uczulenie na morały w animacjach. Nie mam nic przeciw sprytnie przemyconemu przesłaniu, ale jeśli historia zaczyna głosić kazania, to z miejsca jest u mnie na przegranej pozycji. To chyba przez oglądanie za dzieciaka bajek takich jak Leśna Rodzina. Boru, nawet jako smyk nienawidziłam moralizatorstwa tej serii, a fuj! A, zaraz, ja tu przecież o Stevenie piszę!:)

The Big Show pozbawione było wielkich fajerwerków, przełomowych odkryć lub satysfakcjonujących ewolucji bohaterów. To odcinek należący do tych mniejszych, ale nie pozbawionych serca. Oglądało się go miło i bezboleśnie. Ode mnie 7-ka. Trzymam kciuki za obecność gemów w następnym odcinku, tęsknię straszliwie!

Your Mother and Mine

rinoasin

Po kolejnej długiej przerwie Steven Universe powrócił z odcinkiem ekspozycyjnym, który rzucił światło na parę spraw jednocześnie stawiając nowe pytania. Choć może to tylko moje nadinterpretacje, kto wie. O co chodzi, wyjaśnię dokładnie poniżej.

tumblr_p60a4t5dQH1vmuj5so1_1280

Zanim przejdziemy do najważniejszej części odcinka czyli opowieści Garnet, skupmy się na off colorsach, które naprawdę mnie rozczuliły swoją reakcją na komplementy nowoprzybyłego gościa. Jako osoba zmagająca się z niską samooceną doskonale rozumiem uczucie zażenowania jakie towarzyszyło gemom po usłyszeniu paru miłych słów. Jeśli ktoś uznał tę scenę za przesadzoną, to zapewniam, że jest jak najbardziej prawdziwa i przykro mi się patrzyło na zagubione gemy. Oczywiście, ten stan rzeczy nie wziął się znikąd, to pokłosie tego, w jaki sposób Homeworld traktuje odmienne jednostki spychając je poza margines i utwierdzając w tym samym w przekonaniu o swojej niedoskonałości. Smutne.

Piętnowanie odmienności to jeden grzech Homeworldu, drugim jest przedstawianie Rose Quartz w negatywnym świetle. To oczywiście ma sens – zmienić przywódczynię rebelii w prawdziwego potwora, tak strasznego, że pewnikiem będącego bajką, bo nie ma szans, by ktoś tak okropny kiedykolwiek istniał. Dzięki temu nikt nigdy nie weźmie matki Stevena jako swój wzór do naśladowania, bo kto chciałby się inspirować taką osobą? To jedna strona medalu, drugą natomiast jest opowieść Garnet. I tutaj może właśnie nadinterpretuję, ale nie jestem w pełni przekonana czy jej historia jest w pełni prawdziwa i czy przypadkiem nie została podkręcona by przekonać off colorsy do walki z Homeworldem. Oczywiście, istnieje też szansa, że opowieść nie była podkoloryzowana, a Garnet przekazała ją w taki sposób, jaki usłyszała ją od samej Rose, a ile ta prawdy jej przekazała, to już inna sprawa. A może oczywiście wyolbrzymiam, kto wie, przez te wszystkie sezony stałam się bardzo podejrzliwa.

A, skoro przy opowieści Garnet jesteśmy, to warto zwrócić uwagę, na dwa fragmenty. Pierwszy – Pearl została opisana jako należąca do nikogo. Wiele osób, w tym ja, obstawiało, że Perła przed rebelią służyła komuś potężnemu, być może nawet Diamentowi. Tymczasem tutaj taki opis… Choć może ten tyczy się jej stanu po przyłączeniu się do walki, kiedy to faktycznie nie miała już pana, była wolna i mogła robić co chce. Ach, jedno zdanie i tyle możliwości do interpretacji! Drugim ważnym fragmentem był atak Diamentów na Ziemię. Wygląda na to, że to właśnie o tym ataku Centipeetle opowiedziała Stevenowi za pomocą rysunków w Monster Reunion. Czyli: to Diamenty odpowiadają za korupcję gemów i były na tyle bezwzględne, że zamieniły w potwory nie tylko armię Rose, ale także swoich własnych wojowników. Zawsze wiedziałam, że ta trójka będzie groźna, ale dopiero ten odcinek uświadomił mi jak bardzo. Strach się bać!

I na sam koniec Lars. Bo wiecie co? Lubię takiego Larsa. Co ciekawe, to wciąż ta sama postać, ale jednocześnie inna. Co o tym zadecydowało? Obstawiam fakt, że Lars nie musi przed nikim udawać kogoś kim nie jest. Nie musi zgrywać lepszego, nie musi imponować fajnym dzieciakom. Teraz przede wszystkim pragnie wrócić do domu w jednym kawałku i żeby tego dokonać musi współpracować z off colorsami, na zgrywanie twardziela nie ma czasu. Dzięki temu Larsa wreszcie ogląda się bez bólu, miejmy nadzieję, że gdy już wróci na Ziemię nie powróci do starych nawyków bo tego bym nie zniosła.

Ten odcinek był bardzo oszczędny fabularnie jednocześnie wnosząc masę ciekawych aspektów do rozpatrzenia. Nie będę ukrywać – uwielbiam takie epizody! Ode mnie 9-ka.

The First Investigation

rinoasin

Gdyby ktoś kiedykolwiek wpadł na genialny pomysł crossovera Adventure Time i Doctora Who to wyszłoby mu coś na modłę tego odcinka. I, nie będę ukrywać, jest to bardzo udane połączenie.

651

Lubię ideę pętli czasowej. Wiem, że z naukowego punktu wiedzenia jest bezsensowna, bo ktoś ją zacząć musi i tak dalej i tak dalej, ale cóż poradzę, że dobrze przedstawiona pętla czasowa może być w cholerę zabawna do oglądania. W The First Investigation nie ma co prawda za dużo czasu na ogrom pomysłowych zawirowań czasowych, ale mimo to widać jak na dłoni radochę z zabawy tym konceptem. A gdy twórcy dobrze się bawią, udziela się to także widzowi, a przynajmniej mi.

Na pierwszy plan fabularnie wysunął się oczywiście element fantastyczno – przygodowy, z tyłu jednak bardzo ładnie został zaprezentowany przyziemniejszy wątek rodzinny. Odwiedzając dom z dziecięcych wspomnień Finn uświadamia sobie, że przybrani rodzice porzucili swoją karierę na rzecz wychowania trójki pociech. I choć nigdy nie uważałam, że Joshua był dobrym tatą, to mimo to jemu i małżonce należy się ukłon pełen szacunku za tak duże poświęcenie. Choć może sam napis stworzony przez Finna wystarczy. U Jake’a wątek rodzinny skupiał się na innych elementach. Początkowo wskazywał na pogłębienie skomplikowanej relacji psa z Kim Kil Whanem (jeśli ojciec mówi do syna „Yes sir, son!” to wiedzcie, że to skomplikowana relacja!), ale historia obrała inny tor, skupiając się na pochodzeniu Jake’a i poznaniu swojego taty (mamy?). Trochę mnie to końcowe zniknięcie bohatera zaniepokoiło (kto normalny udaje się na wycieczkę z dopiero co poznaną dziwnie wyglądającą osobą? No kto?), ale jednocześnie zaintrygowało, bo może doprowadzić do ciekawych rozwiązań fabularnych. Pożyjemy, zobaczymy.

Zawsze miło oglądać Finna i Jake’a w akcji, a gdy odcinek im poświęcony jest naprawdę dobry, to jestem w siódmym niebie. Tak było w przypadku The First Investigation gdzie ciekawa fabuła została połączona z ciekawymi pomysłami i trafnymi przemyśleniami. Ode mnie 9-ka.

Ps. Blogasek dziś obchodzi szóste urodziny. Sto lat mu!

Marcy & Hunson

rinoasin

Po ostatnich rozczarowujących przygodach Tree Trunks nieco się do Adventure Time zraziłam. Na szczęście Marceline i jej ojczulek przypomnieli mi, że ten serial potrafi być wspaniały.

twt4

Wyrodni ojczulkowie to motyw przewodni serialu. Nienajlepsze relacje z tatuśkiem poza śpiewającą wampirzycą mieli Finn, Flame Princess, a poniekąd również i Jake (przynajmniej dla mnie Joshua za dobrym ojczulkiem nie był), który swoje doświadczenia przeniósł na wychowanie swoich pociech i sam stał się typowym rodzicem z doskoku. Temat ten nie należny do najlżejszych, ale Adventure Time za każdym razem potrafi go przedstawić w bardzo przystępny sposób. Hunson to typowy wieczny dzieciak, który niespecjalnie garnie się do ojcostwa i obowiązków, ale jednocześnie w jakiś pokrętny sposób kocha swoją córkę i chcę dla niej jak najlepiej. Do ideału może daleko, ale i tak lepiej niż w przypadku innego Piotrusia Pana serialu czyli Martina – on myśli tylko o sobie a Finn jest dla niego dzieckiem, które kiedyś się po drodze przytrafiło. Tyle na plus. Sama Marceline doskonale sobie zdaje sprawę jaki Hunson jest i choć żywi do niego jakieś cieplejsze uczucia to świadomie trzyma demona na dystans i to zdecydowanie słuszna decyzja.

Choć relacje ojca i córki grają pierwsze skrzypce w odcinku to w tle jest równie ciekawie - Finn dzięki pomocy Peppermint Butlera zdobywa nowy miecz, a wredny kuzyn Chicle próbuje uprzykrzyć życie bohaterom. Pierwszy wątek uświadomił mi, jaką genialną postacią jest lokaj księżniczki Bubblegum i jaka szkoda, że ostatnimi czasy pojawia się w Adventure Time tak wyrywkowo. Serio, wolę odcinek poświęcony jemu niż Tree Trunks. Co więcej, ja chcę cały serial z Peppermint Butlerem o jego burzliwej przeszłości i spokojniejszej teraźniejszości, toć to ma potencjał na hit jak się patrzy! Nieco pobocznym wątkiem był kuzyn Chicle i choć nie zajmował za dużo miejsca w odcinku, był wyborny. Podobało mi się tutaj wszystko, każdy gag związany z tą postacią był doskonały. Troszeczkę szkoda, że kuzyna dubbinguje Tom Kenny czyli Ice King, ale nawet i to jestem w stanie wybaczyć słysząc Chicle’a zapewniającego, że ma fajny śmiech – no świetne!

To był naprawdę udany odcinek. Uwielbiam ten rodzaj błyskotliwego humoru, a gdy połączy się go z ciekawymi relacjami postaci i cudownym głosem Marceline, jestem autentycznie zachwycona. Ode mnie 9-ka.

PS. Przygotowuję się psychicznie do recenzji kolejnego filmu Dona Blutha, to będzie ekstremalna przeprawa więc proszę o trzymanie kciuków.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci