Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Filmowe podsumowanie roku 2017 vol. 3

rinoasin

Nadszedł czas na finałową odsłonę rocznego podsumowania. Skoro mieliśmy już filmy najgorsze i rozczarowania, do omówienia pozostały Nam tylko…

Najlepsze filmy roku 2017

Nie zawsze były idealne, ale miały w sobie to „coś” wybijające je z tłumu innych produkcji.

A Ghost Story

ghoststory_3

Gdybym to ja miała wręczać Oscary, A Ghost Story dostałoby ode mnie ich worek. To niezwykły film, pełen długich, czasem nawet absurdalnie długich ujęć (scena z ciastem!), które jednak nigdy nie były w filmie dla samego bycia. Każdy kadr był tutaj w pełni uzasadniony i służył pogłębieniu historii. Już dawno nie widziałam tak pięknego i poruszającego filmu o życiu, śmierci i przemijaniu. Będę bacznie przyglądać się kolejnym reżyserskim poczynaniom Davida Lowery’ego, bo coś czuję, że ma w zanadrzu jeszcze parę pięknych historii do opowiedzenia.

Autopsja Jane Doe

Film, który po cichu przemknął przez kina i szkoda, bo to jeden z lepszych horrorów ostatnich lat. Szczególnie pierwsza połowa jest mistrzowska – dwaj patolodzy próbują ustalić przyczynę zgonu niezidentyfikowanej kobiety i co rusz napotykają się na niepokojące fakty. Gęsty klimat, dwaj świetnie napisani bohaterowie i stopniowo rosnący niepokój, bo widz podskórnie wie, że piekło dopiero się zacznie. Szkoda więc, że gdy się zaczyna, film traci nieco swój impet, ale wciąż nie spada poniże dobrego, a nawet bardzo dobrego poziomu. Oby jak najwięcej takich filmowych świeżych powiewów w tym roku!

Logan

Nie spodziewałam się, że finał historii Rosomaka poruszy mnie tak bardzo. A jednak. Logan to nie jest typowe kino komiksowe do jakiego przyzwyczailiśmy się na przełomie ostatnich lat. To poruszająca opowieść o samotności, rodzinie i śmierci. Pomimo wielu efektownych scen akcji, to te ciche mocniej zapadają w pamięć widza i pozostają z nim na długo po seansie. W X-menowej historii Hugh Jackman nigdy nie był tak dobry, to samo z Patrickem Stewartem. Prawdziwym objawieniem jest jednak młodziutka Dafne Keen w roli Laury, która pomimo praktycznie niemej roli potrafiła bogatą mimiką wyrazić każde uczucie swojej bohaterki. No cudo, mam nadzieję, że za parę lat zachwyci Nas kolejnymi doskonałymi występami.

Dunkierka

Nie jestem fanką filmów wojennych, ale Dunkierka mnie urzekła. Nolan zabawił się chronologią wydarzeń (choć jak na jego standardy to i tak była zabawa w wersji light) i zamiast stawiać na jednego bohatera, przedstawił widzom historię kilku szarych ludzi. I to angażuje i to jak! Dodajmy do tego imponującą stronę techniczną i otrzymujemy film, od którego trudno oderwać wzrok. Gdybym już się miała do czegoś przyczepić, to do aktorów – Dunkierka byłaby dla mnie jeszcze lepsza, gdyby do obsady wybrano nieopatrzone twarze i nazwiska, przez co obraz byłby jeszcze wiarygodniejszy. Ale to taki mój przytyk, bo trudno mi się doczepić do czegokolwiek innego.

La La Land

Długo się zastanawiałam, czy dołączyć La La Land do zestawienia, bo osobiście mam z nim parę problemów. Ale potem przypominała mi się rewelacyjna rola Emmy Stone, świetne piosenki i kunszt reżyserki Damiena Chazelle’a i stwierdziłam, że grzechem będzie La La Land pominąć. No i poza tym, jak często w kinach goszczą musicale? Każdy trzeba nosić na rękach i tyle!

Strażnicy Galaktyki vol. 2 / Spider-Man: Homecoming / Thor: Ragnarok

thor_ragnarok

Kolejny doskonały rok MCU na ekranach. Co więcej, z każdym kolejnym filmem było coraz lepiej! Wiem, że druga odsłona Strażników Galaktyki wielu rozczarowała, mnie jednak bawiła bardziej niż pierwsza część. Podobało mi się pogłębienie bohaterów (z Yondu i Nebulą na czele) oraz motyw rodziny spinający wszystkie historie w jedną całość. No i czarny charakter był zdecydowanie lepszy od emo-smerfa z poprzedniej części, Kurt Russell szalał aż miło! Choć i tak wypadł blado przy Michaelu Keatonie i jego Sępie. Oby więcej takich niepokojących i niejednoznacznych czarnych charakterów w MCU! A skoro o Spider-Manie mowa, to w moim odczuciu to zdecydowanie najlepszy film o Pajączku od… no, od zawsze. Świeży, zabawny, lekki, prawdziwy zastrzyk energii dla Uniwersum. I gdy już się wydawało, że to będzie najlepszy film MCU tego roku, przyszedł Taika Waititi i pozamiatał wszystko swoim Ragnarokiem. Matuchno, jakiż to był genialny film! Reżyserowi udało się pożenić Thora ze swoim niepowtarzalnym poczuciem humoru oraz szalonymi pomysłami i stworzył mieszankę doskonałą, którą z pewnością obejrzę więcej niż jeden raz. Teraz tylko współczuję nadchodzącej Czarnej Panterze, bo tak wysoko podniesioną poprzeczkę trudno będzie przeskoczyć.

Manchester by the Sea

Jakiż to piękny film! Urzekło mnie, że nie bawi się w półśrodki, nie próbuje słodzić czy iść na łatwiznę. Pokazuje prawdę, czasami wręcz wali nią między oczy. A widz zamiast się złościć, tylko szlocha w zachwycie. To jednak nie udałoby się gdyby nie doskonałe kreacje aktorskie - Casey Affleck daje tutaj (najprawdopodobniej) popis życia, a Michelle Williams i Lucas Hedges dzielnie mu wtórują. Nie jest to może najlżejszy seans, ale zdecydowanie warty poświęcenia mu czasu.

Moonlight

A skoro o trudnych seansach mowa, to grzechem będzie nie wspomnieć o Moonlight. O ile w Manchester... filmie od czasu do czasu da się dostrzec przebłysk nadziei, to tutaj trzeba się mocno wysilić, by to się udało. Film Barry’ego Jenkinsa w przejmujący i do bólu prawdziwy sposób pokazuje jak mocno jesteśmy kształtowani przez innych i ich często okrutne poglądy. Jest tu masę surowego i okrutnego realizmu, który wręcz wyciska łzy z oczu widza. Moje przynajmniej wycisnął i niespecjalnie nie musiał się starać. Zasłużony Oscar.

Baby Driver

Edgar Wright jest mistrzem, koniec kropka. No ale serio, to jak gość operuje kamerą, to jak prowadzi aktorów, sposób w jaki opowiada historie – to wszystko jest mistrzowskie i pozostaje tylko płakać, że tak rzadko kręci filmy. Na szczęście, gdy już nakręci, te są prawdziwą ucztą kinomana i z Baby Driver nie jest inaczej. To czysta, mistrzowsko nakręcona rozrywka najwyższych lotów. Panie Wright, kręć pan szybko coś nowego, bo ja już tęsknię!

Wojna o planetę małp

Po raz kolejny na tym blogu apeluję o Oscara dla Andy’ego Serkisa, bo jest autentycznie wspaniały w każdej roli, nawet jeśli twarz odtwarzanej przez niego postaci zostaje wygenerowana komputerowo. W Wojnie… aktor wyczynia wręcz cuda, portretowany przez niego Cezar czasami nie musi nic mówić, w jego oczach jest wszystko, no wszystko. Jakby tego było mało, sama fabuła filmu jest doskonała. Mroczna, inteligenta i poruszająca, rzadko się spotyka takie blockbustery i za każdy należy się lawina oklasków. Matt Reeves, reżyser oraz współtwórca scenariusza filmu, wkrótce stworzy nowy film o Batmanie dla DC i cóż mogę napisać – czekam z niecierpliwością, bo zapowiada się wybornie!

Wonder woman

A skoro o DC mowa, to proszę państwa, uniwersum WRESZCIE doczekało się dobrego filmu! Nie przyzwoitego, ale naprawdę dobrego filmu! Jakby tego było mało, z superbohaterką w roli głównej. Jednocześnie muszę przyznać, że nie jest od początku do końca idealnie, bo główny przeciwnik i końcowa walka pozostawiają wiele do życzenia, ale nie potrafię się na to złościć gdy pomyślę o szerokim uśmiechu Diany lub o jej majestatycznym przemarszu przez ziemię niczyją to z miejsca wybaczam wszystkie wpadki. Miejmy nadzieję, że nadchodzący powolnym krokiem solowy film o Aquamanie będzie równie udany, DCEU rozpaczliwie potrzebuje mocnego kopa bo w przeciwnym razie zawali się pod własnym ciężarem.

To

tcheoA2nPATCm2vvXw2hVQoaEFD

Jako horror To wypada średnio, ale jako film przygodowy skupiający się na dorastaniu i zmaganiu z własnymi traumami oraz obawami prezentuje się świetnie. Podczas seansu czułam się tak jakbym znowu była małą dziewczynką oglądającą Goonies lub inny film tego typu. Jest więc w To masa przygody, grozy, śmiechu i szalonych pomysłów. Dzieciaki wcielające się w głównych bohaterów są świetne, ale to Bill Skarsgård kradnie dla mnie show, tworząc kreację zupełnie odmienną od tej Tima Curry’ego, która potrafi być zarówno zabawna jak i cholernie przerażająca. Pennywise, wracaj do Nas szybko!

Coco

Rany, jak Pixarowi coś się udaje, to udaje się wręcz perfekcyjnie. Coco to prawdziwa uczta dla oczu połączona z łapiącą za serce historią. Co ciekawe, dużo w fabule schematów znanych z innych opowieści, ale scenarzyści w niepojęty dla mnie sposób dali radę przedstawić je tak, że zamiast irytować, doskonale wpasowały się w całość. Na sam koniec chwila szczerości – cieszy mnie nadchodzący sequel Iniemamocnych, ale szczerze napisawszy wolałabym kolejny świeży projekt Pixara. Mam nadzieję, że na taki nie przyjdzie Nam długo czekać.

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi

Mówcie co chcecie, piszcie co myślicie, ja tam zdania nie zmienię, bawiłam się podczas seansu doskonale. Co więcej, to najlepsze Gwiezdne Wojny od czasu powrotu tego świata po latach przerwy. Owszem, i ja widzę wady, ale jednocześnie gdy Ostatni Jedi jest dobry, to jest tak dobry, że z miejsca zasłania wszystkie swoje wpadki. No i najważniejsze – to powiew świeżości, na jaki czekałam. Jednych może odrzucić, mnie zachwycił i cóż na to poradzę?

Twój Vincent

Nie każdy film można nazwać „dziełem sztuki”, tutaj jednak można to zrobić z czystym sumieniem. Strona wizualna zapiera dech w piersi od pierwszej do ostatniej sekundy filmu a w połączeniu z przejmującą historią wypada wręcz znakomicie. Wiem, że Oscar dla najlepszej animacji w tym roku trafi do Coco, ale cóż począć, moje serce jest z Vincentem i będę za niego ściskać kciuki przez całą galę Oscarów, bo inaczej się nie da.

Uciekaj!

Świetnie napisany, inteligentny i przewrotny horror stworzony przez komika. Zaraz, co? Ano, to. Uciekaj to reżyserki debiut Jordana Peele’a, który odpowiada także za scenariusz. I wow, jakież to dobre dzieło wyszło! Podoba mi się, że film zawiera komentarz społeczny, ale ten nie wysuwa się na pierwsze tło i doskonale zgrywa się z opowiadaną przez Peela historią. Nie jest to łatwe do osiągnięcia, tutaj tymczasem udało się doskonale. I miejmy nadzieję, że to oznaka talentu a nie jednorazowy łut szczęścia, bo takich filmów jak Uciekaj! nam potrzeba. A przynajmniej, mi ich potrzeba.

Blade Runner 2049

BladeRunner20491

Szczerze napisawszy nie spodziewałam się, że po najnowszym Mad Maxie komukolwiek uda się trudna sztuka stworzenia sequela do kultowego filmu sprzed lat. Denis Villeneuve podjął się tego karkołomnego zadania i stworzył film, który jest tak samo dobry, jak jego poprzednik. 2049 garściami czerpie z klasyka Scotta i jednocześnie wprowadza swoje pomysły, które doskonale dopasowują się do dobrze znanemu wszystkim świata przedstawionego. Do tego te niesamowite zdjęcia i doskonała obsada (jaki Ryan Gosling jest cudowny w tym filmie!)! Film trwa niecałe trzy godziny, ale nie dłuży się nawet przez sekundę. Zdecydowanie, do wielorazowego seansu.

I na tym kończę ostatnią odsłonę rocznego podsumowania. Szczerze napisawszy nie spodziewałam się, że będzie tak obszerna. Miejmy na dzieję, że nadchodzące dwanaście miesięcy dostarczy Nam równie dużo tytułów. Sezon oscarowy właśnie się zaczął i już mam dwa filmy, które z pewnością dołączę do przyszłorocznej listy. Ale ciii, nie spoilerujemy :).

Lars of the Stars + Jungle Moon

rinoasin

Ostatnie podsumowanie filmowe będzie jutro, bo dwa najnowsze odcinki Stevena Universe były tak dobre, że grzechem byłoby zwlekanie z ich zrecenzowaniem. Bo jak startować w nowym roku z świeżymi epizodami, to tylko w taki sposób!

hqdefault1

Zacznijmy od Larsa, który zmienił stylówę na kapitana Harlocka i radzi sobie o wiele lepiej, niż ktokolwiek by sądził. Tzn. wiedziałam, że chłopak poradzi sobie razem z off-colorsami, ale nie spodziewałam się, że będzie to robić z takim… no, splendorem. Muszę przyznać, że początkowo byłam trochę zbita z tropu nowym Larsem, był za poważny, za bardzo opanowany, to nie był Lars jakiego znamy. I powinnam się z tego cieszyć, bo na tym etapie każdy dobrze wie, że nie przepadam specjalnie za chłopakiem. I w sumie cieszy, tyle, że jeśli taka zmiana przebiega poza ekranem i widz musi sobie ją dopowiadać, nie wypada to w moim odczuciu za dobrze. Na szczęście, okazało się, że pod płaszczykiem kosmicznego pirata wciąż kryje się ten egoistyczny i meczący Lars jakiego dobrze znamy. I to mnie autentycznie cieszy. Lars, zmieniaj się, ale powoli.

Connie tymczasem wreszcie dostała swoją kosmiczną przygodę, a moje rodzicielskie zapędy kwiliły na widok jej i Stevena próbujących przeżyć na obcej planecie. No dobra, przesadzam pisząc, że Stevonnie próbowała przeżyć, bo radziła sobie bardzo dobrze, wręcz znakomicie. Tylko nie było podkreślone, ile ta przygoda trwała, na pewno więcej niż jeden dzień. I na myśl o tym autentycznie martwiłam się o rodziców Connie martwiących się o córkę. Serio, na wstępie Lars of the Stars wystarczyłoby napomknąć o tym, że dziewczyna przekazała mamie bądź tacie, że będzie trenować u Stevena parę dni, to już by wyszło lepiej. Rodzice może zostaliby okłamani, ale przynajmniej nie zamartwialiby się o córkę… Bo zamartwiają się o nią, prawda?

Bla bla bla, dosyć przeciągania, przejdźmy do gwoździa programu czyli snu Stevonnie i bomby jaką zrzucił na widzów. W przeciągu trwania serialu Steven miał już parę ważnych dla fabuły snów, które były raczej przejrzyste i mało zagmatwane. Tymczasem ta senna mara wyglądała nieco inaczej i obstawiam, że działo się to ze względu na Connie, której podświadomość wymieszała się ze wspomnieniami Różowego Diamentu. To prosty a jednocześnie efektywny pomysł, szczególnie pod samo koniec, gdy po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć prawdziwe oblicze Pink Diamond. I muszę przyznać, że po początkowym szoku nadszedł czas na realizację pewnych rzeczy i wooow. Zawsze wydawało mi się, że Różowa była dobra… no, może nie dobra, ale bardziej empatyczna od pozostałych Diamentów. A tymczasem ona okazała się małym, rozkapryszonym bachorem. „Małym” może nawet dosłownie, bo we śnie jest maleńka przy Żółtym Diamencie, ale być może to też kwestia poczucia niższości i niedocenienia sprawiła, że percepcja jest postaci wyglądała tak, a nie inaczej. A może była mniejsza, bo była młodsza? Tutaj możemy spekulować, skupmy się więc na tym, co jest pewne – charakterku Różowej. Wygląda na to, że Pink żyła w cieniu pozostałych Diamentów i to musiało ją mocno irytować. Gdy w końcu dostała swoją pierwszą kolonię, zaczęła nią rządzić żelazną ręką by pokazać wszystkim, że należy jej się szacunek godny Diamentu. Takie coś nie mogło się skończyć dobrze i nie dziwota, że zakończyło się rebelią Rose. To świetne posunięcie scenariuszowe i mam nadzieję, że jego rozwinięcie będzie równie satysfakcjonujące.

Ten dyptyk podobał mi się o wiele bardziej niż cała bomba kończąca poprzedni rok. Były emocje, rozwój postaci, humor (Padparadscha jako najsłodszy Internet Explorer na świecie, selfie Perły z Yellow Diamond) i odkrywanie dotychczasowo zakrytych kart historii rebelii Rose Quartz czyli wszystko, co powinien mieć dobry odcinek Stevena Universe. Ode mnie zasłużona 9-ka.

Filmowe podsumowanie roku 2017 vol. 2

rinoasin

Czas, na drugą odsłonę mojego rocznego podsumowania. Tym razem przyszedł czas na filmowe rozczarowania. Nie przedłużając, lecimy!

Rozczarowania filmowe 2017

Tytuły tutaj przedstawione miały zadatki na bardzo dobre filmy, ale coś poszło nie tak i skończyło się na wielkim rozczarowaniu.

Personal Shopper

03personalshopper.w710.h473

Poprzedni film duetu Assayas - Stewart czyli Sils Maria podobał mi się niesamowicie, dlatego byłam ciekawa, co tym razem zaprezentują. I niestety, już tak dobrze nie było. Największym problemem Personal Shopper jest to, że sam nie wie, czym chce być – ani to horror, ani to dramat, ani obyczaj, ani thriller. Mieszanki gatunkowe potrafią być naprawdę udane, ale tutaj wyszła taka mdła i nieangażująca historia, że trudno było dotrwać do końca pomimo kolejnej dobrej roli Kristen Stewart. Może następnym razem będzie lepiej.

John Wick 2

Pierwsza część może nie odkrywała Ameryki, ale miała emocjonalny trzon, który angażował widza w trakcie seansu i dodatkowo doskonale łączył się z efektownymi scenami akcji. Niestety, część druga pomimo wciąż doskonałej choreografii scen walk nie wzbudziła we mnie już takich emocji. Co gorsza – nie wzbudziła żadnych emocji. Nie potrafiłam się przejmować dolami i niedolami Johna, choć bardzo chciałam. Dodatkowo końcówka wyraźnie tworząca podwaliny pod część trzecią była dla mnie idiotyczna i ostudziła moje zainteresowanie zwieńczeniem trylogii. A mogło być tak pięknie.

Lekarstwo na życie

Bezsprzecznie, film od strony wizualnej wygląda znakomicie. Przepiękne zdjęcia, dopieszczone ujęcia kamery, nic tylko siedzieć i się zachwycać. Niestety, fabuła nie współgra z resztą i o ile początkowo ciekawi, to z każdą kolejną sceną zaczyna tracić impet, by pod koniec wykoleić się na torach absurdu. Szkoda mi Dane’a DeHaana, bo to naprawdę dobry aktor, ale jakoś nie potrafi wybierać dobrych filmów dla siebie.

Piękna i Bestia

Nie mam nic do filmowych wersji klasyków Disneya, mam natomiast dużo do opowiadania ich na nowo praktycznie scena po scenie. Taka właśnie niestety jest Piękna i Bestia, w której jedyną oznaką oryginalności jest zmiana orientacji jednej z drugoplanowych postaci i dodanie nieciekawych wspomnień głównym bohaterom. Najgorsze jest jednak to, że film się sprzedał, co dla Disneya będzie znakiem, że takie kopiuj-wklej się podoba i będzie kosić mamonę na kolejnych tytułach, z Królem Lwem na czele. Już się boję.

Ghost in the Shell

ghost2017kuze

Podoba mi się, że reżyser odtworzył masę scen znanych z oryginału jednocześnie opowiadał osobną historię. Spodobał mi się dobór aktorów (nawet kontrowersyjna decyzja o obsadzeniu Scarlett Johansson w roli tytułowej), spodobał mi się świat przedstawiony, spodobał mi się Kuze (kurcze, jak ja tęsknie za Jimmym i Zakazanym Imperium!), podobał mi się basset i w sumie dużo mi się w trakcie seansu podobało. Niestety, film ma jedną, olbrzymią wadę – brak jakichkolwiek emocji. Pierwowzór ostatni raz widziałam z 15 lat temu, a mimo to wciąż doskonale pamiętam poszczególne sceny i wrażenie jakie na mnie wywarły. Tymczasem seans nowego Ducha płynie może i bezboleśnie ale jednocześnie bez jakichkolwiek wrażeń. I to akurat boli.

Na pokuszenie

Lubię takie filmy – ciężkość historii rozłożona na małą ilość postaci, powoli rosnące napięcie, które eskaluje pod koniec doprowadzając do tragedii. W 2016 roku tacy byli Nienasyceni, w 2017 roku liczyłam na Na pokuszenie i się przeliczyłam. Całość była straszliwie niemrawa i przewidywalna. Nie byłam w stanie polubić nawet jednej postaci w związku z czym moje zaangażowanie całością było niestety znikome. Plus? Aktorzy naprawdę dawali z siebie wszystko i tylko dzięki nim seans filmu upłynął mi bezboleśnie.

To przychodzi po zmroku

Dużo żółci wylało się na ten film w związku z mylną kampanią reklamową sugerującą horror, którym To przychodzi… ciężko nazwać. Mnie akurat to nie przeszkadzało, już dawno temu nauczyłam się nie wierzyć zwiastunom i ogólnie staram się ich oglądać jak najmniej, bo te często pokazują za dużo. Z tym filmem mam inny problem – on nie pokazuje nic nowego. Wszystkie decyzje bohaterów są z miejsca do przewidzenia, przez co trudno o ekscytację podczas oglądania. Poza tym, mam już autentycznie dosyć opowieści jak to po wielkim kataklizmie człowiek człowiekowi staje się wilkiem. Oddam nerkę za film, w którym po apokalipsie ludzie zaczną ze sobą współpracować. I rozmawiać na spokojnie, bo w tych wszystkich czarnych scenariuszach nigdy tego nie robią tylko krzyczą na siebie i z tego nigdy nic dobrego niestety nie wynika.

Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Śliczny film. I tyle. Całość jest strasznie dziecinna, bohaterowie są nudni, chemii pomiędzy nimi jak na lekarstwo, a najciekawiej z całego aktorskiego towarzystwa wypada… Rihanna. I kurcze, powinnam ten film za to nienawidzić, ale tak miło mi się go oglądało, te wszystkie stworki i kolorki, ten niekontrolowany kicz… no nie potrafię się na Valeriana długo złościć, nieważne jak bardzo bym chciała. I dlatego trafia do Rozczarowań a nie Najgorszych Filmów. Swoją drogą jestem ciekawa, czy za parę lat awansuje do rangi kultowego jak niegdyś Piąty Element. Predyspozycje są, ale czy to wystarczy – pożyjemy, zobaczymy.

Atomic Blonde

atomicblonde5120x2880charlizetheronhd5k20177167

John Wick 2 w wersji damskiej – dużo fajnych scen walki, emocji zero. Charlize Theron w głównej roli błyszczy w każdej sekundzie i autentycznie trudno oderwać od niej wzrok. Niestety, cała reszta już tak bardzo nie hipnotyzuje, a wręcz przeciwnie – męczy. Film ciągnął mi się straszliwie i gdy już wreszcie dobiegł z końca, czułam się tak jakby trwał dwa razy dłużej. A coś takiego w moim odczuciu za dobrze o Atomic Blonde nie świadczy. David Leitch, reżyser filmu właśnie pracuje nad sequelem Deadpoola i miejmy nadzieję, że poza efektownymi scenami akcji będzie w stanie wprowadzić do filmu nieco emocji, bo bez nich ani rusz.

Annabelle: Narodziny zła

Do połowy naprawdę udany i angażujący horror. Gdzieś w trakcie niestety traci rozpęd i zamiast straszyć, męczy i irytuje. Szkoda, w 2016 roku sequel Ouija udowodnił, że po słabym pierwowzorze można jednak stworzyć udany ciąg dalszy i liczyłam, że z Annabelle będzie podobnie. Niestety, rozczarowałam się srogo. Może trzecia część (o ile powstanie) wreszcie będzie udanym filmem?

Obcy: Przymierze

O masakra. Prometeusz nie jest dobrym filmem, ale przynajmniej miał na siebie pomysł, próbował być czymś nowym, nie tylko kalką Obcego. Tymczasem Przymierze próbuje połączyć Prometeusza z Obcym i wyszło takie wuj wie co, pełne bzdurnych scen i nieciekawych bohaterów. I tylko Michaela Fassbendera żal, bo to doskonały aktor, który marnuje się w takich paździerzach. Niech zmienia agenta i to szybko, bo przykro patrzeć jak sabotuje własną karierę. Michael, zbieraj Oscary, a nie Maliny!

I tyle moich rozczarowań, w niedzielę zbiór Najlepszych Filmów, a następnie – Steven Universe. Zapraszam!

Filmowe podsumowanie roku 2017 vol. 1

rinoasin

Notki na blogu nie pojawiają się ostatnimi czasy tak często jak się pojawiały i niestety raczej się nic w tej kwestii nie zmieni – praca razem z sytuacją rodzinną dają mi czasami tak mocno w kość, że gdy już mam chwilę wolnego czasu nie zawsze mam siłę na pisanie dłuższych notek. Stąd też na Neonie mniej recenzji, jeśli bardzo interesuje Was jak oceniłam dany film i czy go w ogóle obejrzałam, zawsze możecie zajrzeć na mój profil na FilmWebie, który w miarę regularnie wzbogaca się w nowe oceny. Jednak pomimo braku recenzji nie jestem w stanie sobie darować podsumowania roku, bo to moja świecka tradycja, która dostarcza mi dużo funu podczas tworzenia. Muszę przyznać, że po raz pierwszy podczas tworzenia zestawienia mocno zastanawiałam się, czy nie dodać czwartej kategorii – „Kategorii Filmów Takich Se”, do których mogłabym zaliczyć chociażby Ligę Sprawiedliwości czyli tytuł miły podczas oglądania, ale wciąż pełen wad. Ostatecznie darowałam sobie, ale może za dwanaście miesięcy zmienię zdanie, kto wie?
I tyle w ramach wstępu, tradycyjnie zaczynamy od najgorszych w moim odczuciu filmów zeszłego roku. Przypominam, że jeśli dany tytuł nie został poniżej wyróżniony, to albo go nie widziałam, albo uznałam, że nie był aż tak zły by zostać wymieniony. I przypominam - jeśli film NIE miał premiery w Polsce w ciągu zeszłego roku, nie będzie brany pod uwagę w zestawieniu. Gotowi? Zaczynamy!

Najgorsze filmy roku 2017
Tej kategorii chyba nie trzeba długo tłumaczyć – te filmy były złe i tyle.

Mumia

854037

Matuchno, to nie była żadna Mumia, to była Wielka Nieskończona Ekspozycja! Ten film nie ma fabuły, ten film nie ma przeciwnika, ten film nie ma bohaterów, tutaj wszystko służy budowie podwalin pod kolejne filmy z Mrocznego Uniwersum. To takie BvS tyle, że gorsze, bo BvS czasami było niezamierzenie śmieszne, a tutaj jest tylko żałośnie. Na szczęście, widzowie nie dali się nabrać i film okazał się olbrzymią porażką w Box Office. Miejmy nadzieję, że to nauczy filmowców, że filmowych uniwersów nie buduje się w jednym filmie bo te zamiast piąć się w górę zawalą się pod własnym ciężarem.

Ciemniejsza strona Greya

Miałam dzień wolny i nie wiedzieć czemu naszła mnie chęć obejrzenia tego filmu. Jakieś pięć minut później zaczęłam się zastanawiać dlaczego sobie to robię i co ze mną jest nie tak, że oglądam coś takiego. Sequel Greya powtarza wszystkie błędy pierwszej – scenariusz woła o pomstę do nieba, bohaterowie to papierowe kartki a emocji w tym zero. Na szczęście już za chwilę na zawsze pożegnamy się z Aną i Christianem, uff!

Mroczna Wieża

Bardzo lubię sagę Kinga i wciąż mnie boli na myśl o tym, co filmowcy z nią zrobili. I pal sześć, że nie była wierna książkom, to trudny do przeniesienia na ekran materiał, jak dla mnie to było zdecydowanie najlepsze rozwiązanie, tym bardziej, że zakończenie siódmego tomu dawało taką możliwość. Niestety, zamiast dostać duchowego następcę, dostaliśmy… sama nie wiem co. Gdyby nie to, że w filmie ciągle mówili o Mrocznej Wieży, nigdy nie skojarzyłabym tej historii z książkowym pierwowzorem. Zabrakło klimatu i ciekawych postaci, a desperackie wciskanie easter eggów z innych filmów na postawie prozy Kinga wcale nie pomogło. I tylko Idrisa Elby i Matthew McConaugheya szkoda!

Tulipanowa Gorączka

Jakie to było głupie! Serio, ten film trafił tutaj ze względu na zestaw scenariuszowych bzdur jakie zaserwował widzom w ciągu niecałych dwóch godzin. Najlepsze (najgorsze?) w tym wszystkim jest to, że całość zaprezentowana została z taką powagą, że podczas seansu trudno nie wybuchnąć śmiechem przynajmniej raz. I gdyby to był teatr telewizji, jeszcze można by przymknąć na to oko, ale to film z doskonałą aktorską obsadą, która nieświadomie wystawiła siebie na pośmiewisko. Aż przykro na to patrzeć.

Life

To chyba miał być Obcy na miarę Naszych czasów, ale zamiast tego wyszła wielka pomyłka. Główni bohaterowie zachowywali się przez lwią część seansu jak idioci, a ich przeciwnik zamiast strachu budził raczej uśmiech pełen politowania. Sam koniec był dla mnie obrazą dla inteligencji widza, paskudnym policzkiem w twarz wymierzonym tuż przed końcem tej męczarni. Szkoda tylko świetnej obsady, szczególnie Rebekki Ferguson, która pomimo talentu ciągle trafia na słabe filmy. A skoro o tych mowa…

Pierwszy Śnieg

snowman2

Boziuniu, jakie to było złe! Jak to się nie kleiło! Dawno już nie widziałam tak miernie zmontowanego filmu. Ponoć jakieś 20% scenariusza nie zostało nakręcone z pwodu braku czasu i to autentycznie widać. Niektóre sceny nic do fabuły nie wnoszą, rozwój postaci jest autentycznie zerowy a klimat, który powinien być gęsty i przytłaczający, tutaj nie istnieje. Miałam na to iść do kina ale ostatecznie wybrałam innym film i dzięki boru, bo za straconymi pieniędzmi płakałabym do dzisiaj.

Kingsman: Złoty krąg

Pierwsza część mi się nie podobała, druga też mi nie przypadła do gustu. O ile jednak w pierwowzorze widać było świeże pomysły, to tutaj mamy odgrzewanego, niestrawnego kotleta. Ani to śmieszne, ani odkrywcze. Wynudziłam się podczas oglądania strasznie i mam nadzieję, że trzecia część nie powstanie, bo ile można maglować wciąż to samo?

I tyle słabizn na dzisiaj. Następne w kolejce czekają rozczarowania, które pojawią się na blogu jeszcze w tym tygodniu. A raczej – zrobię wszystko, by się na nim pojawiły. Amen.

Kevin Party

rinoasin

Wątek obrażonej Connie wreszcie dobiegł końca, uff!

kevinparty1

Opowiem Wam historię. Był raz sobie chłopak z super włosami. Był popularny i cool (przynajmniej w swoim mniemaniu). Los sprawił, że na jego życiowej drodze stanął nieporadny dzieciak z burzą loków na głowie. Chłopak wziął go pod swoje skrzydła, dał masę życiowych rad i dzięki temu, nieświadomie, stał się lepszym człowiekiem… To było bardzo zdawkowe streszczenie Stranger Things, a co myśleliście? :D Trudno mi było jednak nie pomyśleć o wątku Steve’a i Dustina oglądając Kevina i Stevena. Jest jednak duża różnica - Steve z trochę bucowatego nastolatka przeistoczył się w jedną z najlepszych postaci w serialu (i mamę :D), głownie dlatego, że pomagał dzieciakom bezinteresownie. Tymczasem pomoc Kevina wynikała z chęci zysku. Po cichu liczyłam, że w trakcie instruowania Stevena coś w chłopaku się zmieni, że pod koniec będzie chciał pogodzić Stevena z Connie bo tak trzeba a nie po to, by ubarwić imprezę. Niestety, rozczarowałam się. Po cichu trzymam jednak kciuki za Kevina, może jeszcze zmądrzeje, kto tam wie? Warto jednak odnotować, że chyba pierwszy raz chłopak nie irytował mnie tak, jak w swoich poprzednich występach. Ronaldo może więc odetchnąć spokojnie, jego pozycja najgorszego mieszkańca Beach City jest niezagrożona.

Kevin Party było finałem wątku obrażonej Connie i dzięki boru, bo był przeraźliwie niestrawny i do tego wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Kocham Stevena Universe i zawsze staram się wybronić każdą decyzję twórców (choć najczęściej tego na szczęście nie trzeba robić), to tutaj nie zamierzam tego robić, bo każda chwila poświęcona skłóconemu duetowi ciągnęła mi się w nieskończoność. Tym bardziej, że jak to wspomniałam parę recenzji temu, Connie nie miała prawda się obrażać do tego stopnia, decyzja Stevena była jedną rozsądną jaką mógł podjąć w takiej sytuacji. Gdyby chociaż ten foch trwał jeden odcinek, byłby to do zniesienia. Tymczasem został on rozbity na całą bombę i zostawił po sobie okropny niesmak. Oby to był ostatni raz.

Pomimo powyższych narzekań odcinek oglądało mi się bardzo dobrze. Był taki… sympatyczny. Po raz pierwszy obecność Kevina mnie nie drażniła, do tego Steven wreszcie pogodził się z Connie (zapomniałabym wspomnieć o jej nowej fryzurce! Jest śliczna!), podobała mi się także nietypowa muzyka użyta w tym epizodzie. Całość oceniam na 7-kę, zobaczymy co Steven Universe zaprezentuje Nam w nowym roku, oby same udane opowieści.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci