Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Your Mother and Mine

rinoasin

Po kolejnej długiej przerwie Steven Universe powrócił z odcinkiem ekspozycyjnym, który rzucił światło na parę spraw jednocześnie stawiając nowe pytania. Choć może to tylko moje nadinterpretacje, kto wie. O co chodzi, wyjaśnię dokładnie poniżej.

tumblr_p60a4t5dQH1vmuj5so1_1280

Zanim przejdziemy do najważniejszej części odcinka czyli opowieści Garnet, skupmy się na off colorsach, które naprawdę mnie rozczuliły swoją reakcją na komplementy nowoprzybyłego gościa. Jako osoba zmagająca się z niską samooceną doskonale rozumiem uczucie zażenowania jakie towarzyszyło gemom po usłyszeniu paru miłych słów. Jeśli ktoś uznał tę scenę za przesadzoną, to zapewniam, że jest jak najbardziej prawdziwa i przykro mi się patrzyło na zagubione gemy. Oczywiście, ten stan rzeczy nie wziął się znikąd, to pokłosie tego, w jaki sposób Homeworld traktuje odmienne jednostki spychając je poza margines i utwierdzając w tym samym w przekonaniu o swojej niedoskonałości. Smutne.

Piętnowanie odmienności to jeden grzech Homeworldu, drugim jest przedstawianie Rose Quartz w negatywnym świetle. To oczywiście ma sens – zmienić przywódczynię rebelii w prawdziwego potwora, tak strasznego, że pewnikiem będącego bajką, bo nie ma szans, by ktoś tak okropny kiedykolwiek istniał. Dzięki temu nikt nigdy nie weźmie matki Stevena jako swój wzór do naśladowania, bo kto chciałby się inspirować taką osobą? To jedna strona medalu, drugą natomiast jest opowieść Garnet. I tutaj może właśnie nadinterpretuję, ale nie jestem w pełni przekonana czy jej historia jest w pełni prawdziwa i czy przypadkiem nie została podkręcona by przekonać off colorsy do walki z Homeworldem. Oczywiście, istnieje też szansa, że opowieść nie była podkoloryzowana, a Garnet przekazała ją w taki sposób, jaki usłyszała ją od samej Rose, a ile ta prawdy jej przekazała, to już inna sprawa. A może oczywiście wyolbrzymiam, kto wie, przez te wszystkie sezony stałam się bardzo podejrzliwa.

A, skoro przy opowieści Garnet jesteśmy, to warto zwrócić uwagę, na dwa fragmenty. Pierwszy – Pearl została opisana jako należąca do nikogo. Wiele osób, w tym ja, obstawiało, że Perła przed rebelią służyła komuś potężnemu, być może nawet Diamentowi. Tymczasem tutaj taki opis… Choć może ten tyczy się jej stanu po przyłączeniu się do walki, kiedy to faktycznie nie miała już pana, była wolna i mogła robić co chce. Ach, jedno zdanie i tyle możliwości do interpretacji! Drugim ważnym fragmentem był atak Diamentów na Ziemię. Wygląda na to, że to właśnie o tym ataku Centipeetle opowiedziała Stevenowi za pomocą rysunków w Monster Reunion. Czyli: to Diamenty odpowiadają za korupcję gemów i były na tyle bezwzględne, że zamieniły w potwory nie tylko armię Rose, ale także swoich własnych wojowników. Zawsze wiedziałam, że ta trójka będzie groźna, ale dopiero ten odcinek uświadomił mi jak bardzo. Strach się bać!

I na sam koniec Lars. Bo wiecie co? Lubię takiego Larsa. Co ciekawe, to wciąż ta sama postać, ale jednocześnie inna. Co o tym zadecydowało? Obstawiam fakt, że Lars nie musi przed nikim udawać kogoś kim nie jest. Nie musi zgrywać lepszego, nie musi imponować fajnym dzieciakom. Teraz przede wszystkim pragnie wrócić do domu w jednym kawałku i żeby tego dokonać musi współpracować z off colorsami, na zgrywanie twardziela nie ma czasu. Dzięki temu Larsa wreszcie ogląda się bez bólu, miejmy nadzieję, że gdy już wróci na Ziemię nie powróci do starych nawyków bo tego bym nie zniosła.

Ten odcinek był bardzo oszczędny fabularnie jednocześnie wnosząc masę ciekawych aspektów do rozpatrzenia. Nie będę ukrywać – uwielbiam takie epizody! Ode mnie 9-ka.

The First Investigation

rinoasin

Gdyby ktoś kiedykolwiek wpadł na genialny pomysł crossovera Adventure Time i Doctora Who to wyszłoby mu coś na modłę tego odcinka. I, nie będę ukrywać, jest to bardzo udane połączenie.

651

Lubię ideę pętli czasowej. Wiem, że z naukowego punktu wiedzenia jest bezsensowna, bo ktoś ją zacząć musi i tak dalej i tak dalej, ale cóż poradzę, że dobrze przedstawiona pętla czasowa może być w cholerę zabawna do oglądania. W The First Investigation nie ma co prawda za dużo czasu na ogrom pomysłowych zawirowań czasowych, ale mimo to widać jak na dłoni radochę z zabawy tym konceptem. A gdy twórcy dobrze się bawią, udziela się to także widzowi, a przynajmniej mi.

Na pierwszy plan fabularnie wysunął się oczywiście element fantastyczno – przygodowy, z tyłu jednak bardzo ładnie został zaprezentowany przyziemniejszy wątek rodzinny. Odwiedzając dom z dziecięcych wspomnień Finn uświadamia sobie, że przybrani rodzice porzucili swoją karierę na rzecz wychowania trójki pociech. I choć nigdy nie uważałam, że Joshua był dobrym tatą, to mimo to jemu i małżonce należy się ukłon pełen szacunku za tak duże poświęcenie. Choć może sam napis stworzony przez Finna wystarczy. U Jake’a wątek rodzinny skupiał się na innych elementach. Początkowo wskazywał na pogłębienie skomplikowanej relacji psa z Kim Kil Whanem (jeśli ojciec mówi do syna „Yes sir, son!” to wiedzcie, że to skomplikowana relacja!), ale historia obrała inny tor, skupiając się na pochodzeniu Jake’a i poznaniu swojego taty (mamy?). Trochę mnie to końcowe zniknięcie bohatera zaniepokoiło (kto normalny udaje się na wycieczkę z dopiero co poznaną dziwnie wyglądającą osobą? No kto?), ale jednocześnie zaintrygowało, bo może doprowadzić do ciekawych rozwiązań fabularnych. Pożyjemy, zobaczymy.

Zawsze miło oglądać Finna i Jake’a w akcji, a gdy odcinek im poświęcony jest naprawdę dobry, to jestem w siódmym niebie. Tak było w przypadku The First Investigation gdzie ciekawa fabuła została połączona z ciekawymi pomysłami i trafnymi przemyśleniami. Ode mnie 9-ka.

Ps. Blogasek dziś obchodzi szóste urodziny. Sto lat mu!

Marcy & Hunson

rinoasin

Po ostatnich rozczarowujących przygodach Tree Trunks nieco się do Adventure Time zraziłam. Na szczęście Marceline i jej ojczulek przypomnieli mi, że ten serial potrafi być wspaniały.

twt4

Wyrodni ojczulkowie to motyw przewodni serialu. Nienajlepsze relacje z tatuśkiem poza śpiewającą wampirzycą mieli Finn, Flame Princess, a poniekąd również i Jake (przynajmniej dla mnie Joshua za dobrym ojczulkiem nie był), który swoje doświadczenia przeniósł na wychowanie swoich pociech i sam stał się typowym rodzicem z doskoku. Temat ten nie należny do najlżejszych, ale Adventure Time za każdym razem potrafi go przedstawić w bardzo przystępny sposób. Hunson to typowy wieczny dzieciak, który niespecjalnie garnie się do ojcostwa i obowiązków, ale jednocześnie w jakiś pokrętny sposób kocha swoją córkę i chcę dla niej jak najlepiej. Do ideału może daleko, ale i tak lepiej niż w przypadku innego Piotrusia Pana serialu czyli Martina – on myśli tylko o sobie a Finn jest dla niego dzieckiem, które kiedyś się po drodze przytrafiło. Tyle na plus. Sama Marceline doskonale sobie zdaje sprawę jaki Hunson jest i choć żywi do niego jakieś cieplejsze uczucia to świadomie trzyma demona na dystans i to zdecydowanie słuszna decyzja.

Choć relacje ojca i córki grają pierwsze skrzypce w odcinku to w tle jest równie ciekawie - Finn dzięki pomocy Peppermint Butlera zdobywa nowy miecz, a wredny kuzyn Chicle próbuje uprzykrzyć życie bohaterom. Pierwszy wątek uświadomił mi, jaką genialną postacią jest lokaj księżniczki Bubblegum i jaka szkoda, że ostatnimi czasy pojawia się w Adventure Time tak wyrywkowo. Serio, wolę odcinek poświęcony jemu niż Tree Trunks. Co więcej, ja chcę cały serial z Peppermint Butlerem o jego burzliwej przeszłości i spokojniejszej teraźniejszości, toć to ma potencjał na hit jak się patrzy! Nieco pobocznym wątkiem był kuzyn Chicle i choć nie zajmował za dużo miejsca w odcinku, był wyborny. Podobało mi się tutaj wszystko, każdy gag związany z tą postacią był doskonały. Troszeczkę szkoda, że kuzyna dubbinguje Tom Kenny czyli Ice King, ale nawet i to jestem w stanie wybaczyć słysząc Chicle’a zapewniającego, że ma fajny śmiech – no świetne!

To był naprawdę udany odcinek. Uwielbiam ten rodzaj błyskotliwego humoru, a gdy połączy się go z ciekawymi relacjami postaci i cudownym głosem Marceline, jestem autentycznie zachwycona. Ode mnie 9-ka.

PS. Przygotowuję się psychicznie do recenzji kolejnego filmu Dona Blutha, to będzie ekstremalna przeprawa więc proszę o trzymanie kciuków.

Co nowego u Avengersów?

rinoasin

Nowy trailer Infinity War zatrząsł większą częścią sieci i fandomu. Czy się temu dziwię? Nie, ja się trzęsę z całą resztą! Od debiutu zwiastuna minęły bodajże trzy dni, a moje emocje wciąż nie opadły, więc nie pozostaje mi nic innego, jak się nimi z Wami podzielić. Zwiastun do obejrzenia tutaj. Gotowi? To lecimy!

Clipboard016

- Zostało potwierdzone, że geneza i motywacje Thanosa zostały zmienione na potrzeby filmu. Nie będzie więc pani Śmierci ani chęci zabicia wszystkiego co się rusza. Słowa Gamory o wybiciu POŁOWY wszechświata tylko to potwierdzają. Dlaczego tylko połowy? Osobiście zamierzam dowiedzieć się tego w kinie, unikam wszelkich spoilerów związanych z Infinity War, nie będę też oglądać spotów i klipów, które przed premierą będą wyskakiwać jak grzyby po deszczu. No bo po co psuć sobie zabawę? Na przybycie Thanosa czekaliśmy dziesięć lat i chcę się tym w pełni rozkoszować w sali kinowej bez niepotrzebnego uczucia deja vu, że gdzieś już to widziałam.

- WAKANDA FOREVER!!!!... Ups, nie ten film! Niemniej, cieszę się strasznie powrót T’challi, Shuri i Okoye (czy Nakia została potwierdzona? Nie widziałam jej w żadnym z materiałów promocyjnych…), niech leją tyłki pomagierom Thanosa, aż miło! Jednocześnie brawa za to, że nie dopasowali całego zwiastuna pod Wakandę, co z pewnością byłoby bardzo kuszące zważywszy na to, jakie triumfy świeci obecnie Czarna Pantera w kinach. No, ale z drugiej strony, poza T’challą w Infinity War jest tyle znanych i lubianych bohaterów, że nie trzeba nim promować całego filmu, to Marvel nie DC :P.

- Strasznie, ale to strasznie się cieszę na powrót Shuri. Dałabym wiele za przynajmniej jedną wspólną scenę jej i Starka, to mogłoby być wyborne! Swoją drogą, w filmie będziemy mieć aż trzech przedstawicieli młodszego pokolenia – Shuri, Petera i Groota. I też chcę wspólną scenę dla tego tria! Nie wiem gdzie, nie wiem jak, ale chcę!

- Gdy gość, który kumpluje się z szopem i gadającym drzewem wygarnia ci, że twój plan jest słaby… Oj, biedne ego Tony’ego! Oglądanie interakcji Strażników z pozostałymi bohaterami już napawa moje fanowskie serduszko szczęściem, to będzie cudne!

- W zwiastunie Thor ma klapkę na oku, jednak zabawki promujące film (chociażby Funko POPy) przedstawiają Boga Piorunów już bez klapki, z obiema patrzałkami. I teraz obstawianie – regeneracja czy też może sztuczne oko? Zważywszy na to, że Thor będzie sparowany z Rocketem, obstawiam to drugie, w końcu szop bardzo lubi podkradać innym sztuczne części ciała, więc może ma gdzieś ukrytą całą kolekcję i łaskawie coś Thorowi pożyczy. Ja tam jednak wolałabym klapkę na oku…

- Scena przygarnięcia Gamory. W innym przypadku napisałabym: awww! Ale mając w pamięci co ona i Nebula mówiły o Thanosie w drugiej części Strażników Galaktyki mogę tylko napisać: UCIEKAJ MAŁA!!!

- Loki otoczony przez dzieci Thanosa. To chyba wyraźnie wskazuje na to, że jednak raczej nie zdradzi Thora. Patrząc na ten obrazek zaczynam się naprawdę obawiać, że to ostatni film Lokiego i obym się myliła, tak pięknie się rozwinął w Ragnaroku ;(

- Typek torturujący Strange’a to chyba Ebony Maw (przynajmniej z ryjka podobny do tej komiksowej postaci) i kurde, jaki on jest creepy! Coś czuję, że po seansie będzie mi się śnić po nocach, brr!

- Scena, gdy Steve powstrzymuje Thanosa jest cudowna. Uwielbiam zaskoczenie rysujące się na twarzy tytana i mam nadzieję, że Kapitan złoi mu tyłek. Innej opcji nie przyjmuję do siebie, nie i koniec!

Oj, jak ja się cieszę, że tak mało Nam zostało czekania na ten film! Oczywiście, mam obawy związane z nadmiarem postaci na ekranie, ale jednocześnie wierzę w talent braci Russo. Po zwiastunie obstawiam, że film będzie podzielony na trzy segmenty – Iron Mana, Thora i Kapitana, którym będą towarzyszyć pozostali bohaterowie. Dzięki temu nie będziemy mieć zbytniego tłoku na ekranie i każdy z herosów będzie mieć szansę na zabłyśnięcie. A skoro o bohaterach mowa, to gdzie u licha są Ant-man, Wasp i Hawkeye? Czyżby ich rola była tak mała, że niewarta zaznaczenia w zwiastunie (a raczej: zwiastunach, bo w pierwszej zapowiedzi też ich nie było)? A może ich obecność jest związana z jakimś dużym spoilerem? Oj ciekawi mnie ta kwestia, ciekawi!

I chyba tyle spostrzeżeń na dziś. Cieszę się niesamowicie, że do premiery Avengersów pozostało tak niewiele. Teraz tylko pozostaje trzymać kciuki za to, by czekanie się opłaciło.

Kończ waść, wstydu oszczędź czyli podsumowanie Oscarów

rinoasin

Nie będę owijać w bawełnę, nie będę się bawić w długie wstępy (wystarczy, że to działo się podczas tegorocznej gali) – Oscary 2018 były tak nudne, bezpłciowe i nawet żenujące, że mogą spokojnie stanąć w szranki o tytuł najgorszego rozdania z galą prowadzoną przez Anne Hathaway i Jamesa Franco. Jimmy Kimmel żartował, że dostał po raz drugi posadę prowadzącego dzięki zeszłorocznej wpadce z pomyłką filmów. Czy tak faktycznie było, nie wiadomo. W moim odczuciu wiadomo natomiast, że Kimmel powtórki wcale nie chciał i prowadził całość na odwal się, zupełnie bez pomysłu. Jedyny żart podczas tych niecałych czterech godzin jaki faktycznie mnie ubawił to obowiązkowe dokuczanie Mattowi Damonowi i to jednocześnie ciężko zaliczyć na plus, bo to taki running gag Kimmela niż żart z prawdziwego zdarzenia. Ech, pozostałe uwagi i spostrzeżenia tradycyjnie wypunktuję:

blog

- Vincent nie dostał statuetki. W sumie to nie jest żadne zaskoczenie, ale mimo to trochę mi z tego powodu smutno.

- Zaskoczyła mnie wygrana piosenki z Coco, która była ładna, ale przy This is me i Mystery of Love wypadała słabo.

- Tamte dni… dostały nagrodę za najlepszy scenariusz adaptowany. YES, YES, YES!!!

-Tymczasem nagroda dla najlepszego scenariusza oryginalnego trafiła do Uciekaj. I z jednej strony mnie ta nagroda cieszy, ale z drugiej strony smutno mi ze względu na wybitne Trzy billboardy. Tutaj naprawdę powinien być remis.

- Wszystkie nagrody dla Blade Runner 2049 cieszą niesamowicie. Smuci natomiast pominięcie Wojny o Planetę Małp oraz Baby Drivera. No ale nie można mieć wszystkiego.

- Zgodnie z moimi oczekiwaniami Allison Janney zdobyła nagrodę dla najlepszej aktorki drugoplanowej. I choć lubię tę aktorkę, to zdecydowanie bardziej cieszyłabym się ze zwycięstwa znakomitej Laurie Metcalf.

- Nagrody dla Frances McDormand i Sama Rockwella – JUPI! I ta ekspresyjna i emocjonalna przemowa McDormand – no miodzio!

- Po raz kolejny aktorstwo odtwórcze zwyciężyło i Oldman wyszedł ze statuetką. Grrr. Pociesza mnie fakt, że Timothée Chalamet to jeszcze młody chłopak, więc może doczeka się Oscara. Trzymam kciuki!

- Gdy odczytano, że Kształt Wody wygrał Oscara dla najlepszego filmy przez parę sekund liczyłam na kolejne pomylenie koperty. Niestety, tak się nie stało. To nie jest zły film, wręcz przeciwnie – to piękna baśń dla dorosłych. Nie przypominam sobie filmu w tym stylu nagordoznego Złotym Golasem i cieszy, że Akademia stawia na świeżość i różnorodność. Szkoda tylko, że z Kształtem… przegrały o wiele lepsze filmy. Ogólnie mam teorię, że w tym roku poziom był tak wysoki, że z braku jednego mocnego faworyta, który zebrałby największą część głósów członków Akademii, te rozłożyły się prawie równomiernie pomiędzy filmami i Kształt Wody wygrał tylko paroma punktami nad Trzema billbordami, Uciekaj czy Tamtymi dniami… A przynajmniej w to chcę wierzyć.

I tyle spostrzeżeń. Jak Jimmiego Kimmela bardzo lubię, to mam nadzieję, że w przyszłym roku zostanie zastąpiony przez kogoś z pomysłem na prowadzenie gali. Bo ile razy można stawiać na gag zestawieniem gwiazd z szarymi ludźmi? Nie sprawdziło się za peirwszym razem, nie sprawdziło się za drugim, nie sprawdzi sę też za trzecim. Choć przyznaję, to dobry moment na szybką wycieczkę do kuchni w celu zrobienia sobie kawy. Jeśli taki był cel tego „skeczu” to brawo, udało się!

I tyle, do zobaczenia za rok, drogie Oscary!

 

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci