Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Piękni i sprawiedliwi

rinoasin

I mamy nowy zwiastun Ligii Sprawiedliwości, o którym początkowo nawet nie zamierzałam pisać, ale po obejrzeniu zmieniłam zdanie, bo trochę spostrzeżeń mam. Tak więc tradycyjnie oglądamy tutaj, a moje komentarze poniżej.

e1P7_IvQGTR66ODwZZhevg_7xm0TH2v2yjqoSrfwks

- po pierwsze i najważniejsze – niech ktoś odetnie Snydera od tego paskudnego szaro-niebieskiego filtra bo znowu więcej niż połowa zajawki została wyprana z kolorów. Myślałby kto, że BvS czegoś gościa nauczyło.

- no dobra, może nauczyło, są jakieś żarty czyli film najprawdopodobniej nie będzie mieć kołka w czterech literach i dobrze, co to za film rozrywkowy który nie dostarcza rozrywki?

- Flash ogląda Ricka i Morty’ego. Lubię Ricka i Morty’ego, lubię Flasha. A tak na serio: o ile nie przesadzą z udziwnianiem Barry’ego to może naprawdę sympatyczna postać z niego wyjść – taki chłopak, który trzyma się z resztą bo to przede wszystkim fajna zabawa. Czyli trochę jak Spider-Man w Civil War.

- czy to naprawdę ostateczny wygląd Cyborga? O ranyyyy, gość wygląda strasznie! Najgorsze jest to, że jego zbroja bez problemu mogłaby zostać stworzona przez kostiumografa i tylko podrasowana CGI. Twórcy tymczasem poszli na łatwiznę i atakują nieszczęsnego widza pikselami po oczach. To boli!

- Jason Momoa gra Aquamana najlepiej jak potrafi… czyli po raz kolejny jest khalem Drogo. I znowu ma piękną khaleesi u boku. Cwaniak wie, jak się w życiu ustawić.

- swego czasu w sieci pojawiły się zdjęcia J.K. Simmonsa, który mocno przypakował do roli komisarza Gordona. To robiło wrażenie ale co z tego, skoro muskuły zostały ukryte pod prochowcem? Nie mniej, Gordon wygląda wspaniale, ale to J.K. Simmons więc to oczywiste, że będzie wyglądać wspaniale.

- jeden krótki fragment z Lois Lane a mnie dopadły złe wspomnienia z BvS, brr. Mam nadzieję, że za dużo niewydarzonej dziennikarki w filmie nie będzie. A jeśli już ma być to niech dostanie wreszcie jakiś charakter i przestanie być męczącą panną w opałach.

- zaraz, to Billy Crudup? (Czas na pytanie do wujka Gugla) O mój globie, to on! Doktor Manhattan będzie tatą Flasha, how cool is that?

- a skoro o Watchmenach mowa, to Batman w goglach wygląda jak Nite Owl II. Choć może to Nocny Puchacz wyglądał jak Batman, jak kto woli.

Jestem ciekawa tego filmu. DCEU zdecydowanie nie ma dobrej passy i o ile na początku to było nawet zabawne, to teraz śmianie się z tych filmów to trochę jak kopanie leżącego. Liga będzie mieć dodatkowo pod górkę zważywszy na fakt, że widz nie poznał wszystkich herosów w ich solowych filmach przez co Flash, Aquaman i Cyborg będą musieli dostać nieco więcej czasu na wprowadzenie do historii co znowu może zaowocować scenariuszowym bałaganem, choć wcale nie musi. Ja w każdym razie trzymam kciuki by film był przynajmniej na przyzwoitym poziomie, bo nie ma nic zabawnego w siedzeniu w kinie na filmie, którego nie da się oglądać.

Pradawny ląd

rinoasin

Także i tę animację oglądałam jako dzieciak i wciąż doskonale pamiętam, jak bardzo mi się podobała. A mimo to z historii w głowie nie pozostała mi nawet jedna scena. Seans po latach nie był więc napiętnowany pozytywnymi lub negatywnymi wspomnieniami (fakt, że tytuł mi się ongiś podobał niespecjalnie wypływał na mój odbiór, bo za smyka podobało mi się wiele głupich tytułów) i musiał wybronić się sam. I, niech mnie, wybronił się, bo to kolejna doskonała animacja od Dona Blutha.

landhed

Oglądając Pradawny ląd zaczęłam dostrzegać schematy, które jego reżyser przemycił do swoich filmów. Przede wszystkim jednostka zmagająca się z czymś większym, niemożliwym do pokonania – pani Brisby nie była w stanie pokonać traktora zmierzającego w stronę jej domu, Fievel razem z rodziną był zmuszony opuścić rodzinny dom w obawie przed kolejnym atakiem kotów, a dinozaury w związku ze zmianami zachodzącymi w ich świecie rozpoczęły poszukiwania nowego, lepszego domu. Drugim, bardzo ważnym elementem łączącym te tytuły to kwestia rodziny. Co prawda, w każdym z trzech filmów rodzina była sportretowana w odmienny sposób, ale więź łącząca dzieci z rodzicami zawsze była wyraźna i namacalna, nawet jeśli zostali oni rozdzieleni tymczasowo lub na zawsze. To niesamowicie angażujące tematy, które potrafią przemówić zarówno do młodszych jak i starszych, a także sprawiają, że filmy nabrały uniwersalnego wymiaru i po latach przemawiają do widza z taką samą siłą ja w dniu premiery.

Tak jak w Amerykańskiej opowieści tak i tutaj głównym bohaterem jest dziecko próbujące odnaleźć swoich najbliższych. O ile jednak Fievel pod koniec swojej wędrówki odzyskał całą swoją rodzinę, to Littlefoot nie miał tyle szczęścia i w trakcie wędrówki do Wielkiej Doliny utracił swoją matkę na zawsze. Śmierci rodzicielki protagonisty jest często wymieniana obok śmierci Mufasy jako jedna z bardziej poruszających scen w historii filmów animowanych, ale jeśli mam być szczera to w moim odczuciu Pradawny ląd bije Króla Lwa na głowę. Bo niby o obu historiach utrata rodzica bolała tak samo, ale w przypadku przygód Simby chwilę po tym wzruszającym momencie pojawili się Timon i Pumbaa i uczucie straty znikało natychmiast. Pradawny ląd tymczasem nie oszczędzał bohatera, który po stracie matki popadł w apatię i przestał jeść. Jakby tego było mało, to scenarzysta zaserwował widzom takie sceny jak mały dinozaur mylący swój cień z utraconą matką lub tulący się do odcisku jej nogi. To autentycznie łamiący serce obraz, który z łatwością wyciskał łzy z oczu.

Choć nie jest to specjalnie trudne zważywszy na bardzo ponury ton filmu. Od pierwszych minut odbiorca czuje, że świat przedstawiony umiera stopniowo i nieubłaganie. Przez to jeszcze mocniej angażuje się w fabułę, z całych sił trzymając kciuki za bohaterów i osiągniecie ich celu podróży. Ale nawet bez mrocznego świata kibicowanie dzieciakom przychodziłoby z łatwością, bo są autentycznie przeurocze i niesamowicie prawdzie. Nie wiem jak to Don Bluht robi, ale to jego trzeci film, w którym dzieci są po prostu dziećmi, z wszystkimi tego wadami i zaletami. Potrafią być urocze, słodkie i niewinne, ale także uparte, złośliwe i bezmyślne. Nie wszystkie dało się lubić równie mocno (Cera irytowała mnie niesamowicie), ale można było odmówić im wiarygodności. Brawa też za perfekcyjnie dobraną ekipę dubbingującą paczkę bohaterów. Głosy nie tylko pasowały do każdej z postaci ale także brzmiały naturalnie, cudownie się tego słuchało.

Od strony technicznej Pradawny Ląd prezentuje się perfekcyjnie. Animacja i projekty postaci wypadły cudownie, podoba mi się, że twórcy znaleźli złoty środek i wiarygodnie odzwierciedlili dinozaury jednocześnie zachowując czar kreski znanej z poprzednich tytułów Dona Blutha. To niby nie powinno być specjalnie trudnym osiągnięciem, ale położyło takiego Dinozaura Disneya, którego projekt postaci może był wiarygodny, ale ich mimika była tak paskudna, że oglądało się to z rosnącym bólem, uhg. Niesamowicie wypadły także tła. Tak jak napisałam wyżej, świat przedstawiony w animacji stopniowo umierał i zostało to idealnie ukazane w za pomocą dokładnych i przepięknych teł. Z oczywistych powodów dominowały w nich ciemne i zimne barwy takie jak fiolety, błękity i odcienie szarości, ale żeby nie było za ciemno, paletę barw wzbogacały od czasu do czasu pomarańcze, żółcie i czerwienie wnoszące do świata przedstawionego ciepło i nadzieję. To razem z przepiękną ścieżką dźwiękową nadawało animacji majestatycznego wyrazu, który jednocześnie nie był patetyczny. Nie jest to łatwe do osiągnięcia, ale tutaj się udało.

Pradawny Ląd to kolejna cudowna animacja Dona Blutha, która zachwyca od względem fabularnym jak i wizualnym. Dzieło podniosło poprzeczkę tak wysoko, że po latach nie tylko Disneyowi nie udało jej się przeskoczyć ale także Pixar nie dał rady ze swoim Dobrym Dinozaurem. I cóż, podejrzewam, że nie szybko pojawi się familijna opowieść o dinozaurach, która da radę stawić czoła temu cudownemu klasykowi. Ode mnie 9-ka.

My Funko POP! vol. 20

rinoasin

Z okazji dwudziestej notki z Funkowego cyklu wybrałam figurkę, którą włączyłam do swojej kolekcji jako jedną z pierwszych… I choć mam do niej olbrzymi sentyment to nie ukrywam – nie jest idealna.

151

Breaking Bad to wielki serial. Nie dość, że z sezonu na sezon robił się coraz lepszy to jeszcze wiedział kiedy ze sceny zejść i zrobił to w glorii chwały. Nie ukrywam, finał złamał mi serce, ale wolę pięć wspaniałych sezonów niż stopniową przemianę tytułu w parodię samego siebie (jak w przypadku Dextera chociażby). Główny bohater serialu czyli Walter White zapisał się już w annałach popkultury i choć nie jest on moją ulubioną postacią ever to jestem to w stanie zrozumieć. Bowiem ewolucja spokojnego nauczyciela chemii w bezwzględnego Heisenberga była wiarygodna i hipnotyzująca. Doskonale wiedzieliśmy, że nie wyniknie z niej nic dobrego, nie byliśmy w stanie odwrócić wzroku. Co więcej – nie chcieliśmy tego robić. Bryan Cranston błyszczał w każdej scenie jaką miał do zagrania i zasłużył na wszystkie nagrody jakie zgarnął za tę rolę. Z tego powodu bardzo chciałam mieć tak ikoniczną postać w swojej raczkującej kolekcji POPów. Był tylko jeden problem… figurki z Breaking Bad jeszcze wtedy nie istniały. Uzbroiłam się więc w cierpliwość i czekałam, bo cóż innego mogłam zrobić? I w końcu nadszedł ten dzień, Funko ogłosiło POPy na podstawie serialu AMC a ja z miejsca wiedziałam, że jeden z nich musi trafić do mojej kolekcji. Walter doczekał się trzech podstawowych wersji POPów – w koszuli i majtkach z pierwszego odcinka serialu, w kombinezonie do pichcenia mety oraz w postaci Heisenberga. W tej kwestii nie zastanawiałam się w ogóle i wybrałam trzeci wariant, bo to był mój wymarzony wygląd figurki. I niby dostałam to co chciałam, a mimo trudno mi włączyć do Waltera do moich ulubionych POPów. W tym przypadku jednak mogę uciec się do taniego frazesu – to nie on, to ja.

137230

Tak jak we wstępie napisałam – figurka była jedną z pierwszych jaką włączyłam do swojej kolekcji. Nie mam głowy do dat ale obstawiam, że to będzie początek 2015 roku czyli dwa lata temu. Tylko dwa lub aż dwa lata temu. W przypadku POPów to ten drugi wariant, bo w ciągu zaledwie dwóch lat ich figurki przeszły niesamowitą ewolucję zarówno pod względem detali, projektu jak i ogólnego rzeźbienia sylwetki. Wczesne figurki były do siebie bardzo podobne – szerokie w korpusie, stojące w rozkroku i wyglądające tak jakby szykowały się do bójki. Miało to niby swój urok, ale jednocześnie szybko nudziło. Walter po części wpisuje się w ten trend, jednocześnie próbując dodać coś od siebie. Widać, że powstawał na etapie, gdy Funko nieśmiało zaczynało eksperymentować ze swoimi dziełami. I tak z jednej strony mamy wspomnianą wyżej kanciastą postawę, a z drugiej trzymane w rękach rzeczy czyli coś czego pierwsze POPy nie miały.

324

I fajnie, że dłonie nie są puste. Szkoda tylko, że rzeczy w nich trzymane zostały wyrzeźbione na odwal się. Pistolet wygląda jak czarna klamka, a metamfetamina... Moja siostra, która doskonale zna Breaking Bad gdy po raz pierwszy zobaczyła mojego Waltera zapytała co on trzyma w ręce. I fakt, woreczek z narkotykiem wygląda cholernie dziwnie. Podejrzewam, że gdyby POP powstał teraz zamiast farby użyto by transparentnego materiału by dokładniej odzwierciedlić wygląd mety. Ogólnie jeśli chodzi o detale to Heisenberg nie ma się specjalnie pochwalić. Wszystko jest na podstawowym poziomie. Niby mamy guziki u koszuli, sprzączkę paska i szwy na butach, ale poza tym na kurtce i spodniach brak jakichkolwiek załamań materiału, są straszliwie gładkie przez co całość wygląda po prostu nudno.

422

Co do głowy, to prezentuje się dobrze. Jeden rzut oka i z miejsca wiadomo, że to Heisenberg. W moim przypadku okulary są nieco nierówne, na szczęście nie bije to aż tak mocno po oczach. Bardziej boli mnie fakt, że zostały one wykonane z tego samego materiału co reszta figurki. O wiele lepiej wyglądałoby gdyby szkła lekko prześwitywały i widać było spod nich oczy POPa, tak jako to zrobiono w przypadku powstałego w tym samym czasie agenta Coulsona.

519

Jeśli chodzi o nałożenie farby to jedyną mocniej rażącą po oczach wpadką była linia farby nachodząca na kurtkę Waltera. Reszta prezentuje się bardzo zacnie, choć nie ukrywajmy – POP nie ma za dużo szczegółów wymagających większej pracy przy malowaniu, więc trudno o jakąś olbrzymią wtopę. Tyle w tym dobrego.

Podsumowując, to dobry POP. Kiedyś może był nawet bardzo dobry, tyle że Funko w ciągu ostatniego roku tak bardzo się rozwinęło, że ich wcześniejsze dzieła zaczęły dla mnie wyglądać o wiele gorzej niż wcześniej. Jeśli nie macie tak wygórowanych wymagań wobec figurek Funko jak ja i kochacie Breaking Bad to POP dla Was. W innym przypadku lepiej wybrać coś innego, bardziej szczegółowego.

The last of us

rinoasin

Zakończyła się pewna era w historii komiksowego kina - Hugh Jackman po 17 latach pożegnał się z rolą Wolverine’a w filmie Logan. Czy było to pożegnanie udane? Czy też może kolejny solowy film Rosomaka dorównywał jakością swoim nieudanym poprzednikom? Rzućmy okiem.

Logan2017Poster

Logan nie miał szczęścia do udanych solowych filmów. Genezę dało się oglądać tylko wtedy, gdy przestało się ją traktować jako film ze świata X-menów i zamiast tego odebrać jako odmóżdżającą rąbankę. Gorzej było z Wolverinem bo ten miał potencjał na coś dobrego i z niego nie skorzystał. I to bolało zdecydowanie bardziej, niż wszystkie głupoty Genezy razem wzięte. Z tego powodu nieco zaniepokoił mnie fakt, że reżyserem ostatniego występu Rosomaka będzie ten sam człowiek, który wysłał go na nieudaną wycieczkę do Japonii. Na szczęście, tym uniknęliśmy rozczarowania bo Logan okazał się nie tylko najlepszym filmem poświęconym Wolverine’owi ale także jednym z lepszych filmów o X-menach.

Zgadywać można co o tym zadecydowało. Może fakt, że zmieniono scenarzystów (z ekipy Wolverine’a tylko Scott Frank powrócił), może Fox machnęło ręką na ten projekt i zamiast wściubiać nosa dało Jamesowi Mangoldowi wolną rękę by robił z filmem co mu się żywnie podoba. Nieważne jednak, co doprowadziło do takiego zakończenia, ważne, że było ono udane. Cieszy mnie niezmiernie fakt, że po dobrym Deadpoolu powstał Logan i oba tytuły odniosły sukces. Od paru lat przeżywamy intensywny zalew komiksowych ekranizacji i choć wcale mi to nie przeszkadza, to jednocześnie budzi obawę, że w końcu tematyka się wypali. Bo w ile jeszcze sposobów można ratować świat? Superbohaterowie są super, ale potrzebują odmienności i mniejszej skali czyli czegoś, czego nie brakowało w wyżej wymienionych przeze mnie filmach. Nie uświadczymy w nich złoli pragnących przejąć władzę nad światem, nie ma kiczowatych promieni wystrzelonych w niebo, nie ma zniszczonych miast. Są natomiast osobiste problemy i porachunki, które sprawiają, że widz mocniej angażuje się w historię opowiadaną na ekranie. Mam nadzieję, że ludzie z MCU oraz DCEU zainspirują się tymi tytułami i zdecydują się stworzyć coś podobnego*.

Sama fabuła Logana do wielkich nie należy, jest wręcz prosta ale w tej prostocie drzemie siła. Całość bowiem garściami czerpała z klasycznych westernów oraz sagi o Mad Maxie czyli filmów, których historie nie należały do specjalnie wyszukanych ale mimo to potrafiły mocno zaangażować widza. Tutaj jest podobnie, Nasz bohater jest po części zmuszony by pomóc małej dziewczynce i stopniowo zaczyna do niej przywiązywać. A to wszystko w świecie, który stoi na skraju – niby wszystko w nim funkcjonuje, ale oglądając go widz podskórnie czuje, że to ostatnie chwile przed burzą, która zniszczy dotychczasowy ład i pozostawi po sobie tylko chaos i zniszczenie. To w połączeniu z triem bohaterów po przejściach sprawia, że ciężko Logana zaliczyć do radosnych filmów rozrywkowych. Film od pierwszej do ostatniej sceny emanuje wyobcowaniem i brakiem nadziei. Jest ciężko ale nie na tyle, by seans był mordęgą. Wręcz przeciwnie – całość bardzo zgrabnie przechodzi od sceny do sceny bez większych trudności. Osobiście wycięłabym kilka fragmentów ze środka filmu bo parę dłużyzn się znalazło, ale na szczęście nie na tyle by popsuć radość z oglądania.

Logan to też kolejny obok Deadpoola film komiksowy, który wszedł do kin z kategorią R i jak nie jestem fanką przemocy w kinie to w tym przypadku takie rozwiązanie bardzo cieszy. Bo choć w filmie bywało brutalnie i to bardzo, to Mangold nigdy nie przeszarżował z krwią, ta lała się gdy lać się musiała, nigdy więcej. Dodatkowo miło było zobaczyć Rosmaka, który nie tylko bez skrępowania macha swoimi szponami na lewo i prawo, ale także przeklnie gdy straci cierpliwość. Tym razem nic go nie hamowało przez co Wolverine wydawał naturalniejszy niż w poprzednich filmach i zdecydowanie łatwiej można było z nim sympatyzować. Hugh Jackman po raz kolejny dał popis swoich aktorskich umiejętności, tworząc mutanta przegranego i zmęczonego życiem, bardziej przypominającego postać Clinta Eastwooda z Bez Przebaczenia niż krewkiego bohatera, którego od lat znamy. Jednocześnie widz nie miał problemu z uwierzeniem, że to dokładnie ten sam Wolverine, który stracił chęć do życia i bez radości ciągnie swój byt. Równie wspaniały był także sir Patrick Stewart, który przekształcił charyzmatycznego Xaviera w postać kruchą i zagubioną. To była bolesna do oglądania transformacja ale jednocześnie idealnie pasowała do przygnębiającego świata przedstawionego. Żeby jednak za ciężko nie było, w fabule było też małe ale jakże intensywne światełko w mroku czyli Laura. Niech mnie, jaka to cudowna postać! Wcielająca się w nią Dafne Keen nie miała łatwego zadania, bo jej bohaterka przez większość filmu nie odzywa się, ale dzięki niesamowitej kreacji aktorskiej widz doskonale wiedział co mała czuła w danej scenie. Co lepsze, Keen nie dała się przyćmić Jackmanowi i Stewartowi. Wręcz przeciwnie – to oni często byli w jej cieniu. Wielkie brawa, mam nadzieję, że kariera młodej aktorki potoczy się sprawie i zobaczymy ją w innych ciekawych rolach bo ma potencjał na bycie wielką.

Czarne charaktery są od paru lat największą bolączką kina superbohaterskiego – najczęściej są słabo zarysowani, o wydumanych motywacjach. Byłam ciekawa jak sobie z tym trudnym tematem poradzi Logan i cóż, mam mieszane odczucia. Na początku filmu bowiem pojawia się Pierce grany przez Boyda Holbrooka i to naprawdę ciekawa postać, która przykuwała uwagę i z łatwością przekonywała widza, że Logan nie będzie mieć z nim łatwej przeprawy. Niestety, zamiast lepiej rozwinąć Pierce’a, scenarzyści wybrali inną drogę i w połowie historii wprowadzili do fabuły innego przeciwnika dla Logana. Nie chcę spoilerować, ale w moim odczuciu było to strasznie ograne rozwiązanie, które co prawda nie popsuło mi całego seansu, ale jednocześnie jest dla mnie największą wadą całego filmu.

Po przeładowanym postaciami i efektami specjalnymi X-Men: Apocalypse, Logan jest oczekiwanym powiewem świeżości w filmowym świecie mutantów a także doskonałym ukoronowaniem ról Hugh Jackmana i Patrick Stewarta. Ode mnie mocna 8-ka. Zabierzcie z sobą chusteczki, mogą się przydać.

*MCU już się nawet udało, w końcu w Civil War nie mamy wielkiej bitwy pod koniec, oby tak dalej!

Room for Ruby

rinoasin

Chciałam Rubiny, dostałam jednego. Eee… może być?

518

Mieliście kiedyś styczność z filmem, książką lub odcinkiem serialu, który przy pierwszej styczności wydawał się świetny, ale z czasem obnażał swoje wady co psuło Wasz odbiór całości? Nie tak dawno miałam tak oglądając finałowy odcinek Sherlocka - początkowo byłam zachwycona, ale podczas napisów końcowych zaczęłam wyłapywać wszystkie dziury logiczne wielkości kraterów i nagle epizod przestał być dla mnie taki fajny jaki był na początku. Nieco podobnie jest z Room for Ruby, ale na szczęście nie aż tak źle.

Zacznijmy od pozytywów. Przede wszystkim Lapis. Dotychczasowo drażniło mnie jak bardzo spychana była przez twórców na bok, brakowało mi odcinków skupiających się na jej próbach przyzwyczajenia się do nowego życia. Błękitka na początku borykała się z problemami a potem już była pogodzona ze swoim losem, nie dostaliśmy niczego pośrodku. Ten odcinek naprawił ten stan rzeczy pokazując, że bohaterka może się przyzwyczaiła do nowego życia, ale nie był to dla niej łatwy proces. Jej rosnąca irytacja podczas wprowadzania Navy do ziemskiego świata była dla mnie w pełni zrozumiała. Chyba każdy z Nas zdenerwowałby się prędzej czy później będąc na jej miejscu.

Przyznam się bez bicia, że dałam się nabrać na słodycz Navy. Możliwość zdrady przebiegła mi przez myśl na początku odcinka, ale znikła tak szybko jak się pojawiła, bo Rubin był tak uroczy i rozkoszny, że nie chciałam przyjąć do wiadomości, że może być zdrajcą. Niestety, był. Gdy tylko na horyzoncie pojawił się statek zaczęłam błagać w myślach by wycieczka nim nie skończyła się tak jak sądziłam, że się skończy. Błagania nic nie dały i urocza Navy okazała się sprytniejsza niż Steven przypuszczał. I kurcze, szkoda. Mały, słodziutki Rubin byłby ciekawym i barwnym dodatkiem do ekipy gemów. A najbardziej boli fakt, że istniała szansa na szczęśliwy finał, na który Garnet przygotowała radosny, czerwony balon. Ten niestety został pod koniec przebity.

Omówiliśmy wszystko co dobre, czas przejść do tego co mnie boli czyli do kwestii Rubinów. Rany, dlaczego bohaterowie o nich zapomnieli? Dlaczego nie zebrali ich w drodze powrotnej z zoo jak początkowo planowali? Gdyby to zrobili, nie doszłoby do kradzieży statku, która może pociągnąć za sobą kolejne nieszczęścia. Bo na tę chwilę nie wiemy co Navy planuje zrobić, czy skieruje się prosto do Homeworldu, czy teź może znajdzie sobie nowe miejsce na świecie. Bardziej skłaniam się ku pierwszej opcji i kłopotom, które wkrótce pojawią się na horyzoncie. I jeśli to był plan scenarzystów na pchnięcie akcji to nie będę ukrywać swojego rozczarowania, bo w tym momencie niby doświadczone gemy wyglądają jak bezmyślne dzieciaki, które nie potrafią myśleć strategicznie i podąć odpowiednich środków zaradczych.

Pomimo niesmaku jaki pozostawił po sobie, Room for Ruby wciąż jest naprawdę udanym odcinkiem – zabawnym i uroczym. Byłby perfekcyjny gdyby twórcy spróbowali wyjaśnić zachowanie gemów. Miejmy nadzieję, że to zostanie naprawione w nadchodzących odsłonach, a tą oceniam na 8-kę.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci