Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Groociątko i spółka

rinoasin

Jak ktoś myślał, że nie omówię kolejnego trasera Strażników Galaktyki to… cóż, był w błędzie. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście najnowszej zapowiedzi, możecie to naprawić klikając TUTAJ.

1111

- no dobra, nie bawmy się w długaśne wstępy: Groot skradł ten zwiastun. Jest przesłodki i już współczuję osobom, które będą za parę miesięcy siedzieć obok mnie w kinie bo pewnie przez pół seansu będę piszczeć z zachwytu na widok malucha. Swoją drogą, to już oczyma wyobraźni widzę te wszystkie maskotki, figurki i POPy bazujące na tym bohaterze. Tańczący Groot zostanie zdetronizowany przez samego siebie, ale z sobą przegrać to jak wygrać;).

- ciekawie zapowiada się relacja Rocketa z Groociątkiem. Wygląda na to, że szop stanie się dla malucha kimś w rodzaju tatuśka i to ma olbrzymi potencjał na masę zabawnych żartów. Takich jak scenka z bombą zaprezentowana w zwiastunie. No i uroczo wygląda odwrócenie ról i tym razem to Groot będzie siedzieć na ramieniu Rocketa w czasie strzelaniny. Nic, tylko się zachwycać.

- autentycznie zazdroszczę Vinowi Dieselowi roboty – powtarza w kółko to samo zdanie, nie musi uczyć się scenariusza, nie musi się bawić w przebieranki czy też charakteryzacje i jeszcze mu za to płacą. Bo grunt to dobrze się w życiu ustawić.

- wstyd się przyznać, ale parę lat temu kręciłam nosem na wieść o zaangażowaniu Dave’a Bautisty do pierwszej części Strażników Galaktyki. Oczekiwałam drewna, a dostałam naprawdę przyzwoity i sympatyczny występ. Wszystko wskazuje na to, że w sequelu będzie równie dobrze, gość wyraźnie wydaje się dobrze bawić i to udziela się widzowi.

- i proszę państwa, mamy Mantis. Mantis jest śliczna i liczę na to, że okaże się ciekawą postacią, która nie będzie bazować tylko na żartach związanych z jej niezwykłą mocą. Dodatkowo jej brak świadomości co można, a czego raczej nie powinno się mówić trochę przypomina mi Draxa i mam nadzieję, że w filmie różnice pomiędzy nimi zostaną pogłębione, bo nikt nie lubi takich powtórek.

- a w tle przygrywa Fox on the run grupy Sweet, której The Ballroom Blitz mogliśmy usłyszeć parę miesięcy temu w zapowiedzi Suicide Squad. To jakiś nowy trend? Ja jestem na tak!

I tyle moich luźnych spostrzeżeń, teaser nie podrzuca widzowi za dużo nowego materiału do omówienia. To może rozczarowywać, ale pamiętajmy, że to właśnie teaser a nie pełnoprawny trailer. Ja tam nawet wolę takie materiały promocyjne niż te, które streszczają caluchny film. No i każda okazja do oglądania grupki odmieńców jest zdecydowanie na plus i w tym przypadku jest podobnie. Hym, gra Telltales, nowy film, wygląda na to, że 2017 będzie rokiem Strażników Galaktyki. Zapowiada się cudownie!

Three Gems and a Baby

rinoasin

Zacznę od narzekań – dlaczego Gem Harvest dostało 20 minut czasu ekranowego, skoro historia była wyraźnie rozciągana na siłę? Wolałabym by przedłużono Three Gems and a Baby bo poruszało temat, który można by rozwinąć. Choć nawet bez dodatkowych minut całość została przedstawiona znakomicie.

stevenuniversethreegemsandababy

Bezsprzecznie największą zaletą odcinka jest ukazanie fanom tego, na co czekali od dawna – próbie dostosowana się opiekunów Stevena do nowej sytuacji i życia bez Rose. Z oczywistych powodów główny bohater został tutaj sprowadzony do roli MacGuffina a pierwsze skrzypce gał Greg na przemian z gemami (żeby jednak nie było Nam za dużym Stevenem tęskno, zobaczyliśmy go w kilku krótkich scenkach dziejących się w teraźniejszości). I tutaj historia rozbijała się na dwa odmienne wątki, bo wojowniczki zupełnie odbierały malca niż jego ojciec. Dla Grega Three Gems and a Baby to opowieść o akceptacji nowego życia jako samotny ojciec. Choć w odcinku ani razu nie mówił tego na głos, gołym okiem widać, jak bardzo tęsknił za utraconą ukochaną, szczególnie wymowna była tutaj scena oglądania zdjęcia Vidalii. Dla niego malec nie był wcieleniem żony tylko synkiem i najbliższą osobą na świecie. Choć nie miał wprawy w opiece nad smykiem, to robił wszystko by uszczęśliwić Stevena i zapewnić mu bezpieczeństwo. To niezwykle wzruszający obraz, który sprawił, że Greg stał się w moich oczach jeszcze lepszym ojcem. Owszem, nie jest idealny (akcja ze „złamaną” nogą), ale jak na dłoni widać jak mocno kocha potomka i chce dla niego jak najlepiej. Aż się ciepło na sercu robi gdy się to ogląda!

Gdy pan Universe wprawiał się w tacierzyństwie, gemy musiały zmierzyć się z faktem, że Rose odeszła i już nie wróci. Początkowo cała trójka wydawała się świadoma tego faktu, ale jeden błysk kamienia na brzuchu malca pobudził ich nadzieje na powrót przywódczyni. Desperackie próby nawiązania kontaktu i odmienienia Rose były zabawne, wzruszające i jednocześnie nieco straszne bo wiązały się z porwaniem kilkumiesięcznego szkraba. Oczywiście, Steven wrócił cały i zdrowy do Grega, a gemy pojęły, że muszą zaakceptować nowy stan rzeczy i zacząć postrzegać Stevena jako Stevena. Zamknęły za sobą jeden rozdział w życiu i rozpoczęły nowy, już ze Stevenem na pokładzie. A reszta to już historia, którą w większości znamy, ale mam nadzieję, że poznamy lepiej. Dorastanie bohatera ma olbrzymi potencjał na kolejne retrospekcje – chciałabym zobaczyć jego przeprowadzkę do gemów i pierwsze kroki w szkoleniu się na wojownika. Miejmy nadzieję, że twórcy faktycznie kiedyś to pokażą. Ja osobiście wolę taki pomysł na odcinek niż oglądanie Oniona i jego paczki dziwacznych przyjaciół, ugh.

Zaczęłam od czepiania, więc na czepianiu także zakończę. Strasznie szkoda, że całość nie zakończyła się wspólną piosenką gemów i Grega, to spinałoby całość ładną, muzyczną klamrą. No i osobiście uważam, że im więcej piosenek w Stevenie Universe tym lepiej i jeden króciutki utwór to stanowczo za mało! Drugą rzeczą, która niesamowicie mnie raziła w trakcie oglądania to fakt, że maleńki Steven wciąż był dubbingowany przez Zacha Callisona. Uwielbiam głos tego młodego aktora, ale w tym przypadku wypadało to dziwnie i nawet trochę niepokojąco. A przecież mogło być uroczo, wystarczyło wykorzystać odgłosy prawdziwego niemowlaka i od razu byłoby lepiej.

I w sumie tyle czepiania, reszta zdecydowanie na plus. Three Gems and a Baby to taki słodko-gorzki odcinek, który w 11 minut potrafił lepiej przedstawić zwartą historię niż Gem Harvest w ciągu 20. Ode mnie 9-ka. To prawdopodobnie ostatnie spotkanie ze Stevenem w tym roku, dobrze więc, że było takie udane.

D jak Disney. Moana

rinoasin

Trudno nazwać 2016 udanym rokiem. Gdy już się człowiekowi wydaje, że nic gorszego już się nie zdarzy, kolejne nieszczęście wyskakuje jak z kapelusza. Do grona pokrzywdzony trudno jednak zaliczyć Disneya, dla którego 2016 jest najbardziej dochodowym rokiem od lat. Co lepsze, doskonałe wyniki finansowe idą w parze z wysokimi poziomami filmów. I wszystko wskazuje na to, że z Moaną (pozwólcie, że zostanę przy oryginalnym tytule filmu) będzie tak samo – film jest tak rześki i bezpretensjonalny, że chce się go obejrzeć ponownie tuż po wyjściu z kina.

flex_moana_waterspouts_tablet_a4e40756

(Są spoilery)

Muszę przyznać, że trochę się tego seansu bałam. Niby wiedziałam, że ostatnimi czasy animacje Disneya są naprawdę na wysokim poziomie i przewyższają dotychczasowo przodującego w tej dziedzinie Pixara, ale gdzieś podświadomie kryła się obawa. Obawa, że film będzie średni. Bo w przeciągu pięciu lat wytwórnia tak wysoko podniosła poprzeczkę, że nawet drobne obniżenie poziomu będzie dla widza mocno odczuwalne. Na szczęście tak się nie stało, Moana łączy w sobie świeżość najnowszych filmów wytwórni z magią przygody starszych dzieł. To w zestawieniu z nieopatrzonym miejscem akcji i ciekawymi pomysłami dało wyborną całość, która z łatwością podbije serca starszych i młodszych widzów. I tak wiem, to tekst powtarzany w recenzji każdej bajki, ale na moim seansie NIE BYŁO żadnego dziecka a sami dorośli (ciekawa sprawa, bo film był o 16:30 a nie w środku nocy) i wszyscy rżeli jak radosne źrebaki, a pod koniec seansu nikt nie wyglądał na znudzonego czy rozczarowanego filmem. Ot, magia Disneya.

O ile fabuła filmu początkowo mnie nieco niepokoiła, to byłam spokojna o stronę wizualną. I nie zawiodłam się, bo Moana zachwyca od pierwszych sekund filmu do samego końca. W trakcie seansu widz nigdy nie odczuje znudzenia czy spowszednienia, wszystko jest w Moanie za piękne i dopracowane by się człowiekowi opatrzyć. Tym razem pierwsze skrzypce w filmie grał ocean i niech mnie, jakiż to piękny ocean! Kolorystyka i konsystencja wody została uchwycona z fotorealistyczną precyzją. To tyczy się nie tylko oceanu, ale wszystkich plenerów, które wyglądały jednocześnie realnie i magicznie. Doskonałe były także projekty postaci. To wciąż styl, z którym kojarzymy Disneya, ale jednocześnie patrząc na głównych bohaterów nie uświadczymy uczucia deja vu (w przeciwieństwie do Elsy i Anny, które wyglądały jak siostry Roszpunki). Moana jest prześliczna i podoba mi się, że jej ciało ma realne kształty – bohaterka nie posiada talii osy, jej ręce nie przypominają patyków a nogi nie sięgają do nieba. Dzięki czemu wyglądała naturalnie i uroczo, szczególnie w połączeniu z burzą loków na głowie. Jeszcze lepiej jednak prezentował się Maui. Serio, nie przypominam sobie postaci z kanonu Disneya, która wizualnie choć odrobinę była do niego podobna. W sumie jego wygląd jest jeszcze odważniejszy od Moany, bo potężny chłop raczej średnio się sprawdzi w roli zabawki. Na szczęście nie zamieniono go na przystojnego młodzieńca. I dzięki boru, lalusiów w światku Disneya jest pełno, a Maui tylko jeden.

No właśnie, przejdźmy do bohaterów opowieści. Bardzo byłam ciekawa, jak Moana zostanie przedstawiona. Główne bohaterki zawsze mnie cieszą, ale jednocześnie przed seansem mam obawy czy zostaną dobrze przedstawione i nie zamienione przypadkiem w egoistyczne Mary Sue. Na szczęście, Moana taka nie jest. Co prawda, jak większość poprzedniczek i ona marzy o czymś innym i wyśpiewuje swoje tęsknoty w specjalnie stworzonej do tego piosence, ale właśnie w trakcie tej piosenki zaczynają się mile widziane zmiany dla rozwoju bohaterki. Bowiem Moana uświadamia sobie, że nie może całe życie marzyć i zamiast tego zaczyna przygotowywać się do przejęcia roli wodza. I co najlepsze, doskonale się w tej roli odnajduje i nie sprawia jej to przykrości. Twórcy wyraźnie przekazują młodszym widzom, że nie można całe życie żyć mrzonkami, w pewnym momencie należy dorosnąć. Oczywiście, Moana koniec końcem wyrusza w wymarzoną podróż, ale ostatecznie powraca na swoją rodzinną wyspę i łączy powinności przywódcy z tym, co najbardziej kocha. Brawa! Dodatkowo dziewczyna nie jest chodzącą perfekcją. Może została wybrana przez ocean do wykonania misji, ale gdy wyrusza w podróż napotyka na swojej drodze masę problemów, które musi przezwyciężyć oraz lekcji, które musi pojąć. Dzięki temu dziewczyna rozwija się przez całą opowieść i ogląda się to z prawdziwą przyjemnością. Równie udanie udało się przedstawić Mauiego w pierwszych minutach filmu zarysowanego jako postać egoistyczną i nawet negatywną. Dopiero z czasem okazuje się, że to tylko fasada, a wszystkie dotychczasowe i nie zawsze chlubne działania bohatera były motywowane chęcią zdobycia uznania i miłości. Backstory Mauiego zostało przedstawione bardzo oszczędnie, ale w moim odczuciu tyle wystarczało, bo całość nie traciła na sile. Ogólnie to postać tragiczno-komiczna, którą oglądało się cudownie, szczególnie w połączeniu z Moaną gdyż dynamika pomiędzy nimi została zaprezentowana znakomicie oscylując pomiędzy przyjaźnią a relacją mentor-uczennica. Cieszy, że Disney zaczyna odchodzić od schematu obdarowującego główną postać drugą połówką, bo często wychodziło to sztucznie i wręcz niezręcznie, tym bardziej, że uczucie najczęściej powstawało w przeciągu paru dni. Ekspresowa przyjaźń oparta na wspólnych przeżyciach wypada w moim odczuciu zdecydowanie bardziej wiarygodnie.

Nie chcę za dużo rozpisywać się na temat fabuły filmu, żeby nie psuć wszystkich niespodzianek dotyczących Moany, więc napiszę tylko, że scenariusz bardzo mi się spodobał. Co prawda nie jest to opowieść z komentarzem współczesnego świata jak to było w przypadku Zootopii, ale nie traktuję tego jako wadę. Film nadrabia duchem przygody wypełniającym każdą scenę, a to znowu doskonale wpływa na widza, napawając go czystym optymizmem. A skoro o optymizmie mowa, to bajka ma bardzo sympatyczny humor, który nie jest specjalnie nachalny lub nieznośnie dziecinny. Nie jestem wielką fanką disnejowskich sidekicków, ale głupawy kogut towarzyszący bohaterce autentycznie podbił moje serce, a jego reakcja na otaczający go ocean doprowadziła mnie do płaczu ze śmiechu, cudeńko! Jeśli jednak miałabym się czegoś doczepić w fabule, to faktu, że opowieść nie ma jasno sprecyzowanego czarnego charakteru, przez co finałowe sceny nie emocjonowały tak jak powinny i dla niektórych mogą nawet być antyklimatyczne.

Na sam koniec zostawiłam sobie kwestię muzyki i piosenek. Uwielbiam disnejowskie pieśni, ale nie ukrywajmy, nie zawsze są one dobrze wpasowane do opowieści i czasem wyraźnie wprowadzone na siłę (no chociażby piosenka trollów z Frozen). Na szczęście, Moana ma przepiękny soundtrack, którego każda piosenka jest na miejscu. How Far I'll Go jest magiczne i z czystym sumieniem mogę go nazwać godnym następcą Let it go, You're Welcome jest cudownie optymistyczne, a Shiny to kolejny świetny utwór przeciwnika głównych bohaterów. Przyznaję się bez bicia: po wyjściu z kina miałam ochotę odsłuchać całej ścieżki dźwiękowej raz jeszcze. Nie tylko nadawała opowieści charakteru, ale dodatkowo nie traci na atrakcyjności bez obrazu, a to tylko świadczy o jej wysokim poziomie.

Podsumowując, Moana to kolejny hit ze stajni Disneya. To pozytywna i mądra opowieść o dwójce barwnych bohaterów ozdobiona zapierającą dech oprawą graficzną oraz wpadającymi w ucho piosenkami. Polecam gorąco, ode mnie mocna 8-ka.

Gem Harvest

rinoasin

Po pierwsze - Steven Universe powrócił! Po drugie - to drugi odcinek w historii serialu trwający 20 minut. Po trzecie - niestety był średni.

GemHarvest_Main

Nie, że całość oglądało się źle, bo nie, do poziomu Drop Dead Dad na szczęście daleko. Ale fabuła była poprowadzona w tak przewidywalny sposób aż ręce opadały. No dobra, pojawienie się krewnego Grega było niespodziewanie ale związana z nim historia niestety biła po oczach ogranymi schematami. Dodatkowo sama postać z każdą kolejną chwilą odrzucała mnie coraz bardziej. Od trumpowskich poglądów zacząwszy na irytującym akcencie skończywszy. Zdaję sobie sprawę, że gość nie miał być sympatyczny, miał być pieniaczem wściekającym się nawet na niebo za to, że jest błękitne i to byłabym w stanie wybaczyć gdyby był w stanie nadrobić za to czymś innym. Niestety, nie miał czym. I z tego powodu trudno było mi kibicować Stevenowi w jego próbach przekonania wuja do gemów. I wiem, że chłopiec ma serce na dłoni i to było oczywiste, że będzie próbował zjednać sobie nowo przybyłego krewnego, ale na bora, po kiego komu wuj choleryk gdy ma przy sobie piątkę wspaniałych gemów? Ja bym machnęła na Andy’ego ręką. Ale w sumie ja to ja, a Steven to Steven i być może widział w wuju ludzką odskocznię od gemowych cyrków. Co nie zmienia jednak faktu, że pan DeMayo to buc.

Na szczęście, poza wujaszkiem w odcinku była też paczka wspaniałych gemów, które kradły każdą sekundę ekranową i boleję nad tym, że dostały ich więcej. Czy nie lepiej byłoby oglądać bohaterki jednoczące siły by stworzyć dziękczynną kolację dla Stevena i Grega nie rozumiejąc w pełni ludzkich obyczajów i tradycji? To byłby prawdziwy samograj, który z pewnością angażowałby o wiele bardziej niż ugłaskanie niesympatycznego gościa. Tym bardziej, że serial wręcz potrzebuje ukazania relacji Lapis z pozostałymi bohaterkami (za wyjątkiem Peri, oczywiście). Bo gdy Peridot dostała cały story arc poświęcony klimatyzacji na Ziemi i stopniowym nawiązaniu przyjaźni z trzema gemami, błękitka szukała dla siebie domu, a potem wybrała się na wycieczkę statkiem. I to wszystko ze Stevenem. I to może brzmieć dziwnie, że domagam się zwiększenia roli Lapis Lazuli w fabule bo dotychczasowo za nią nie przepadałam, ale sądzę, że ma ona olbrzymi potencjał, który niestety jest popisowo marnowany. Przykładowo w tym odcinku nie miała problemu z siedzeniem przy stole z innymi gemami i w sumie zachowywała się tak, jakby była z nimi zaprzyjaźniona. Tylko kiedy to się stało? Czy mi coś umknęło? Bo czuję się tak jakbym przespała kilka odcinków. I bardzo mi się to uczucie nie podoba.

Pomimo narzekań nie uważam tego odcinka za kompletną stratę czasu. Tak jak napisałam powyżej, gemy kradły epizod swoim zaangażowaniem połączonym z niedopasowaniem w świecie. Ich przekomarzania przy stole były cudowne i jak dla mnie cała odsłona mogłaby się opierać na ich rozmowach. Podejrzewam, że nikt by się nie nudził. Niestety, twórcy woleli się skupić na Andym, przez co interesujący pomysł skręcił w stronę ogranych motywów i przewidywalnych zagrań. Ode mnie 6-ka. Bywało lepiej, niestety.

Hermiona i Bestia

rinoasin

Nie mam ostatnio siły, ochoty i weny by pisać dłuższe notki, kolejna recenzja z cyklu Dona Blutha tworzy się bardzo powoli i obecnie nie mam pojęcia kiedy pojawi się na blogu. Żeby jednak za pusto nie było, będą moje trailerowe wrażenia, akurat zadebiutował pierwszy pełny zwiastun Pięknej i Bestii i aż się prosi o skomentowanie. Tradycyjnie, zwiastun tutaj, poniżej moje spostrzeżenia.

Clipboard0113

- po cichu liczyłam, że po tym zwiastunie zmienię zdanie co do Emmy Watson w roli Belli i niestety z przykrością muszę stwierdzić, że tak się nie stało. To ładna dziewczyna o współczesnej urodzie i do całości pasuje jak pięść do nosa. Dodatkowo, słaba z niej aktorka, z tria Potterowskiego wypada najgorzej i o ile nie stanie się cud, to raczej zdania w tej kwestii nie zmienię. I zanim ktoś wyskoczy z tekstem w stylu: „Skoro jesteś taka mądra to kogo byś obsadziła w roli Belli?” już odpowiadam: Olivię Cooke. Dziewczyna jest zdolna, śliczna i wygląda jak ożywiona Bella. Ech, pomarzyć można.

- na szczęście cała reszta ekipy bardzo mi pasuje i tylko szkoda, że w większości przypadków aktorskie twarze zobaczymy dopiero pod koniec filmu i być może w trakcie jakiejś retrospekcji. Na szczęście, Luke’a Evansa będziemy mogli oglądać w pełnej krasie jako Gastona i kurcze, to może być kreacja, która skradnie film. Go, Luke!

- przejdźmy do Bestii. Po pierwsze – Dan Stevens to idealny wybór do tej roli. Po drugie – mam nadzieję, że pomiędzy nim a Watson będzie dobra chemia, bo na tę chwilę w zwiastunie jej nie widać. Po trzecie – niespecjalnie straszna ta bestia. Wiem, że to film przeznaczony także dla młodszej widowni, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że desing bohatera z klasycznej animacji był lepszy. Tutaj wygląda tak jakby twórcy wręcz bali się stworzyć coś nowego i wyszedł im taki nudny, niepotworny potworek. Meh. 

- do premiery jeszcze trochę czasu i mam nadzieję, że CGI zostanie podrasowane, bo na tę chwilę razi sztucznością i kiczem. Zważywszy jednak na to, jak imponująco wyglądały efekty specjalne w Księgi Dżungli o ten aspekt jestem spokojna.

- może to zasługa montażu zwiastuna ale na tę chwilę wygląda to tak, że Bestia zaatakuje ojca Belli za zerwanie róży, która nie jest TĄ różą. Rany, po co poprawiać coś co jest dobre? Siłą klasycznej animacji było to, że była bardzo przemyślana i Bestia miał powód by się wściec, gdy ktoś kręcił się przy kwiecie związanym bezpośrednio z jego życiem. Jeśli będzie się irytować z powodu zwyczajnego kwiatka stanie się zwyczajnym furiatem.

I cóż, jak widać z powyższych komentarzy, nie jestem w pełni zachwycona. I owszem, wcześniejsze filmowe wersje klasyków bardzo mi się podobały, ale głównie dlatego, że poprawiały elementy, które kulały w oryginałach. Tymczasem wersja z 1991 roku jest idealna i w moim odczuciu nie potrzebuje retellingu. I z tego powodu naprawdę ciężko ekscytować mi się tym filmem. Niemniej, z pewnością go obejrzę i na łamach bloga zrecenzuję. I kto wie, być może się zachwycę? To byłoby naprawdę przyjemną niespodzianką!

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci