Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

My Funko POP! vol.19

rinoasin

Ostatnia odsłona była krótka ponieważ niespecjalnie miałam o czym pisać - POP Flame Princess miał mało ciekawych elementów do omówienia i dodatkowo był wymalowany perfekcyjnie. Chciałabym napisać, że każda analizowana tutaj figurka będzie mogła pochwalić się równie dobrym nałożeniem farby. Chciałabym, ale niestety nie mogę.

19a
Ponoć w początkowy zarysie scenariusza pierwszych przygód Kapitana Ameryki, jego ukochana Peggy Carter miała zostać zamrożona razem z nim i przebudzić się we współczesnym świecie. Dzięki boru zrezygnowano z tego pomysłu. Po pierwsze o ile mogę jeszcze uwierzyć, że hibernacja Steve’a udała się dzięki serum, które zażył, to pomysł by normalny człowiek coś takiego przeżył wydaje mi się absurdalny. Po drugie i ważniejsze – utrata ukochanej, przyjaciół i całej epoki odcisnęła na Kapitanie olbrzymie piętno tworząc z niego postać iście tragiczną. Gdyby Peggy była razem z nim, cały wątek Bucky’ego straciłby na sile, a tak to Steve ratuje nie tylko swojego przyjaciela ale także część siebie, którą utracił budząc się we współczesności. Wracając jednak do Peggy, to jednocześnie trzeba przyznać, że to obok Pepper i Hope zdecydowanie najlepsza towarzyszka bohatera w całym MCU. Miała charakter, nie trzeba było jej ratować, a razem z kapitanem łączyła ich cudowna chemia. Szkoda było pozbyć się takiej postaci i w taki oto sposób Peggy pojawiła się gościnnie w kilku filmach MCU, dostała krótkometrażowy film i ostatecznie serial. I choć ten ostatni do wielkich nie należał to mimo to oglądało się go bez bólu dzięki cudownej Hayley Atwell, od której trudno oderwać wzrok. To właśnie w pilocie Agentki Carter pojawia się charakterystyczny outfit bohaterki składający się z granatowej garsonki oraz czerwonego kapelusza, ładnie podkreślającego jej odmienność w nieprzychylnych dla kobiet czasach. Gdy tylko zobaczyłam Peggy w tym zestawie z miejsca pomyślałam jaki to piękny POP byłby z niej. Nie musiałam długo czekać i Funko spełniło moje marzenie. Niecierpliwie czekałam na premierę figurki i gdy tylko była dostępna, zamówiłam ją z miejsca i ech… rozczarowałam się.

136229

Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być na miejscu, ale im dłużej człowiek na nią patrzy, tym więcej wad widzi. Zacznijmy może od tego, że ciało agentki zostało wyrzeźbione z niebieskiego materiału, na który dopiero później nałożono inne kolory. To normalna praktyka w przypadku POPów i nie byłoby w tym nic dziwnego lub odpychającego gdyby nie fakt, że niebieski prześwituje przez skórę bohaterki, przez co jej dłonie i nogi mają niezdrowy nadgniły zielonkawy kolor. Kolor, który zupełnie różni się od odcienia głowy figurki przez co efekt jest niepokojący i odpychający jednocześnie. A wystarczyłoby nałożyć jeszcze jedną warstwę farby na dłonie i nogi i nie raziłoby tak bardzo.

323

Ogólnie nałożenie farby leży i kwiczy. Na tym etapie wiecie już doskonale jak bardzo zwracam uwagę na to, czy figurka została dokładnie wymalowana czy też nie. To może dla niektórych być śmieszne, ale spróbujcie mnie zrozumieć – wydaję na POPy swoje pieniądze i chcę, by prezentowały się ładnie, a Peggy niestety tak się nie prezentuje. Pamiętam jak po rozpakowaniu paczki wyciągnęłam ją z pudełka i z radością stwierdziłam, że ma ślicznie wymalowane oczy. A sekundę potem dostrzegłam plamę farby na jej policzku. Serio, nie dało się tego zetrzeć? Klient ma sobie sam zdrapać?

421

Niestety, to nie koniec – kołnierzowi koszuli bohaterki najwyraźniej się ulało prosto na szyję. Nieco niżej, na spódnicy mamy ciałową plamę z nóg Peggy. Jeszcze niżej są buty i te zostały wymalowane tak niechlujnie aż oczy bolą od patrzenia na nie. Ja wiem, że to naprawdę maleńkie detale i pewnie nie narzekałabym tak bardzo gdyby nie fakt, że wiele POPów z mojej kolekcji ma równie małe fragmenty wymalowane mistrzowsko. Tutaj tymczasem ktoś dał ciała i tyle.

51761277
Żeby nie było, że tylko jęczę, coś pozytywnego czyli kapelusz i włosy, bo te wyglądają imponująco. Uwielbiam rzeźbienia fryzur od Funko, te kosmyki, te fale – to wszystko robi wrażenie i tym razem jej podobnie. Na włosy Peggy miło się patrzy, szczególnie w zestawieniu z kapeluszem. Poprawnie pomalowany z miejsca wyróżnia POPa na tle innych. Szkoda tylko, że głowa figurki połączona z tym nakryciem głowy jest tak ciężka, że całość nie była w stanie utrzymać się na drobnych nogach. To duże zaskoczenie, bo większość moich POPów stoi bez problemu nawet na najdrobniejszych stópkach. Tutaj jednak był problem, który rozwiązałam przyklejając Peggy do podstawki, bo bez kleju także się wywracała.

9110184
Podejrzewam, że gdyby nie to odpychające nałożenie farby POP agentki Carter byłby jednym z moich ulubionych, bo miał do tego zadatki – śliczne rzeźbienia, podobieństwo do pierwowzoru i zaprezentowanie jej najlepszego outfitu. Jeśli się na nią zdecydujecie, mam nadzieję, że będzie wyglądać lepiej, bo ma potencjał na naprawdę śliczną ozdobę półki.

Storm in the room

rinoasin

Najnowszy odcinek Stevena Universe ma w sobie wiele dobrego ale końcowa konkluzja niestety rozczarowuje.

78441478625081966296

Całość zaczyna się tam, gdzie zakończyliśmy poprzednią odsłonę – Connie skończyła streszczać przyjacielowi co się działo podczas jego nieobecności i szykuje się do powrotu do domu. Jednak jej mamy wciąż nie widać i dziewczyna zaczyna się denerwować. Pani doktor ostatecznie zjawia się jakiś czas później, a Steven obserwuje radosne powitanie matki z córką z boku. Jak na dłoni widać, że ten widok zarówno go zasmuca jak i wzbudza zazdrość. I widz już wie do czego to wszystko zmierza. A raczej: „do kogo” czyli do Rose. Bohater pragnie kontaktu z matką, chce się dowiedzieć, jaka była naprawdę i skonfrontować to z idealnym obrazem z opowiadań ojca i gemów.

I tu z odsieczą przybywa pokój Rose, który pozwala Stevenowi na spotkanie z rodzicielką. I choć początkowo można się ucieszyć z takiego obrotu wydarzeń, widz szybko uświadamia sobie, że to nie jest Rose, tylko jej wizja wykreowana przez umysł chłopca. To, w jaki sposób się wypowiada, te wszystkie natchnione teksty przypominają parodię jej monologu z Lion 3: Straight to Video, co jest zarówno śmieszne jak i niepokojące. Podejrzewam, że sam Steven od początku podświadomie miał świadomość, że to nie jest jego matka i dlatego zamiast wypytywać o Pink Diamond decyduje się spędzić czas z Rose. Sielanka jednak nie trwa długo i próba zrobienia wspólnego zdjęcia ściąga Stevena na ziemię. Scena, gdy zaczyna wyrzucać z siebie wszystkie żale robi wrażenie (Zach Callison błyszczy po raz kolejny), szczególnie zarzut Stevena, że Rose zdecydowała się go urodzić tylko po to by uciec od swoich problemów. To oczywiście nie ma sensu, ale jednocześnie wydaje się logicznym wnioskiem bohatera po zebraniu wszystkich przewinień matki w jednym miejscu. Bardzo lubię takie sceny, bo pokazują, że Steven wciąż jest dzieckiem i nie zawsze myśli poważne, zdarzają mu się chwilę gdy sam nakręca swoje żale i złość. Podejrzewam, że każdemu z Nas zdarzyło się coś podobnego przynajmniej raz w życiu.

Do tego momentu odcinek był dobry, a nawet bardzo. Niestety ostatnie sceny nieco popsuły mi odbiór całości. Storm in the room kończy się bowiem powrotem Grega i gemów do domu oraz wspólnym jedzeniem pizzy, a całość wręcz krzyczy: „JESTEŚMY RODZINĄ!!!”. Tak, jesteście rodziną, wiemy to już od kilku sezonów, to chyba oczywiste. No, może nie dla Stevena, który jest zaskoczony powrotem gemów do własnego domu (szczególnie obecność Pearl go zszokowała – dlaczego?), ale szybko wraca do porządku dziennego i cieszy się posiłkiem. I to straszliwie zgrzyta mi z resztą odcinka. Wolałabym, gdyby całość skończyła się w mniej pozytywny sposób, gdyby Steven poprosił swojego tatę i opiekunki by opowiedzieli mu WSZYSTKO o Rose, żeby nic nie zatajali. By wreszcie mógł mieć w głowie jej prawdziwy obraz a nie jego wyidealizowaną wersję.

Gdyby zdecydowano się na taki finał, w moim odczuciu to byłby jeden z najlepszych odcinków Stevena Universe, a tak niestety po seansie pozostaje pewien niesmak. Na szczęście nie jest on na tyle duży by powtórne oglądanie Storm in the room było nie do zniesienia. Brak wykorzystanej szansy jednak boli. Ode mnie 8-ka.

PS. Rubinów ani widu ani słychu, co mnie niesamowicie irytuje.

High Strangeness + Horse and Ball

rinoasin

Dziś będzie o podwójnym życiu pewnej słoniczki oraz utracie tożsamości pewnego irytującego konia. Zapraszam do lektury!

S8e4_titlecard

Nie przepadam za Tree Trunks ale muszę przyznać, że skupiające się na niej High Strangeness było naprawdę udanym odcinkiem. Straszliwie dziwnym ale udanym z bardzo dobrym komentarzem problemów współczesnego świata. Ale po kolei. Epizod praktycznie zaczyna się od wielkiego WTF?, gdy słoniczkę w nocy odwiedza kosmita i zabiera ją do innego świata, który chyba miał być fajny, ale w moim odczuciu był diablo przerażający. Tree Trunks jednak się podoba i w sumie nie dziwota skoro odwiedza swojego męża i dzieci. I oto kolejny WTF? odcinka – poza panem Świnką bohaterka ma jeszcze jednego męża i jest on kosmitą… Najlepsze w tym wszystkim jest to, że fakt iż Tree Trunks jest bigamistką jest dla mnie normalniejszy niż to, że jej drugim wybrankiem jest istota pozaziemska. I żeby było jeszcze dziwniej, to nie wiedzieć czemu nad małżeńskim łożem słoniczki i pana Świnki wisi obraz podstawiający Finna. Początkowo myślałam, że to może okienko, przez które Nasz heros zaglądał, ale nie, to był obrazek. WTF? po raz trzeci i nie ostatni.

Radosne odwiedziny u drugiej rodziny zostają jednak zakłócone przez pokaz fajerwerków księżniczki Bubblegum. Niby taka niewinna rzecz, a jaka szkodliwa! Bowiem w wystrzelonych rakietach zostały ukryte maleńkie ludziki, które zaczynają przejmować bezpieczny świat rodzinki Tree Trunks, a ta nie zamierza bezczynnie siedzieć i patrzeć na jej cierpienie. I słusznie, każdy na jej miejscu postąpiłby tak samo. Przy okazji oczywiście zaczęły się rodzić pytania co dokładnie knuje Bonnibel – czy chce zniszczyć czyjeś szczęście dla własnej uciechy? Na tym etapie serialu już chyba mało kto w to wierzy, co? A jeśli nawet ktoś wierzył, to się mocno rozczarował, bo księżniczka nie chciała siać zniszczenia, dbała tylko o najbliższych.

Tutaj niespodziewanie dostaliśmy paralelę pomiędzy Tree Trunks a Bonnibel – obie kochają swoje rodziny i chcą dla nich jak najlepiej. Słoniczka pragnie uwolnić kosmitów z macek różowych i słodkich najeźdźców, Bubblegum tymczasem myśli przyszłościowo, bo ma świadomość, że kraina Ooo nie będzie wieczna i pewnego dnia jej poddani będą potrzebowali nowego domu, który ludziki z rakiet mają znaleźć i skolonizować. Dzięki nici porozumienia obie panie zwieszają broń i choć daleko im do przyjaźni, to jednak rozumieją własne poczynania i decyzję, a to już coś. Najsmutniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że przeczucie Bonnibel to nie czarnowidztwo, w końcu w Graybles 1000+ przenieśliśmy się w przyszłość i ta do wesołych nie należała. Kurcze, człowiek chce sobie obejrzeć serial animowany żeby się wyluzować a tutaj takie mroczne tematy, ech…

Na sam koniec pozostawiłam sobie nawiązania do USA, które występują w High Strangeness. Początkowo chciałam się bardziej na nich skupić, ale szybko z tego planu zrezygnowałam. To blog popkulturowy nie polityczny, nie chcę się więc skupiać na tematyce, która wywołuje tak wiele negatywnych emocji. Mam nadzieję, że to zrozumiecie.

High Strangeness to pierwszy od jakichś trzech lat odcinek, za scenariusz którego odpowiadał Pendleton Ward (na spółkę z Samem Aldenem) i to widać. Advenutre Time już dawno nie było tak szalone, zabawne i mądre jednocześnie, ode mnie 10-ka.

S8e5_title_card

Swego czasu na blogu zaprezentowałam moje Top Ten najlepszych odcinków Adventure Time. Później przymierzałam się także do stworzenia listy najgorszych odsłon ale w końcu z niej zrezygnowałam, bo miałam za mało epizodów, które naprawdę mi się nie podobały. Gdyby jednak taka powstała to James Baxter the Horse z pewnością znalazłoby się na jednej z wyższych pozycji. To jeden z tych odcinków, których nie jestem w stanie znieść, a tytułowy koń zamiast mnie śmieszyć tylko irytował. Gdy więc odkryłam, że ta postać powróci w Horse and Ball miałam ochotę darować sobie seans. W końcu jednak zmusiłam się do obejrzenia i tak źle nie było… Co jednak nie oznacza, że mi się podobało.

Bo James Baxter wciąż jest jest niesamowicie odpychający. Nie podoba mi się jego animacja, irytuje mnie jego głos i drażni brak jakiegokolwiek charakteru. Co prawda Horse and Ball próbowało coś zmienić w kwestii trzeciego zarzutu ale nie na tyle, by mnie przekonać. I nie na tyle, bym przejęła się utratą tożsamości bohatera. A jeśli dramat centralnej postaci odcinka nie angażuje, sam odcinek też nie będzie. Co ciekawe, heroina wcześniejszej odsłony czyli Tree Tunks też nie należy do moich ulubienic, ale mimo to potrafiłam zrozumieć jej motywacje w High Strangeness. Tymczasem załamanie Baxtera było tak sztuczne, że miałam ochotę przejąć ciało jednego z bohaterów i poradzić mu, by znalazł sobie problemy z prawdziwego zdarzenia. Dobrze przynajmniej, że jego wątek został przepleciony historią Jake’a i BMO poszukujących nowej piłki na śmietnisku. Ich sceny oglądało mi doskonale i za każdym razem gdy wracaliśmy do domu na drzewie zawodziłam z rozczarowaniem.

Jeśli ktoś lubi Jamesa Baxtera pewnie uzna Horse and Ball za udany epizod. Ja niestety nie przepadam za tym bohaterem i przez to nie byłam w stanie czerpać radości z seansu. Panie Baxter, idź pan i nie wracaj, ładnie proszę. Ode mnie 3-ka.

The New Crystal Gems

rinoasin

Tytuł tego odcinka wzbudził w sieci lawinę spekulacji i teorii. Bo przecież takie miano musi oznaczać coś ważnego, no musi! Hym… tyle, że w historii Stevena Universe było tyle zwodniczych tytułów, że nikt, ale to nikt nie powinien się nakręcać na awans Lapis lub Peridot do grupki Stevena. Takie osoby jednak istnieją i pewnie są odcinkiem zawiedzione. Ja na szczęście nic sobie nie obiecywałam i podczas seansu bawiłam się świetnie.

Beztytuu5

No ale jak można się nie bawić świetnie skoro przez cały odcinek Peri brylowała na ekranie, a towarzyszące Connie i Lapis w niczym jej nie ustępowały. I pal sześć, że głównym przesłaniem odcinka był wytarty slogan „BĄDŹ SOBĄ!” skoro został sprzedany tak dobrze. Poza tym, tutaj zabawa w crystal gemy miała dla mnie sens – Lapis i Peridot dotychczasowo nie uczestniczyły w misji z prawdziwego zdarzenia więc obarczenie ich opieką nad Beach City musiało je nieco przerazić a role playing dodawał im odwagi, która początkowo może i pomogła ale pod koniec doprowadziła do konfliktu.

Connie oczywiście brała już udział w paru pojedynkach i misjach i jest zdecydowanie bardziej doświadczona od tej dwójki ale mimo to dała się wciągnąć w tę grę. Tutaj wyraźnie widać było brak pewności siebie bohaterki, która początkowo wydawała się być pełna rezonu ale jej morale szybko zostało zniszczone przez wątpiącą w jej umiejętności Peri, jasno dającej dziewczynie do zrozumienia, że zawiedzie. Przykro patrzyło się na Connie, która od początku serialu przeszła tak długą drogę od mola książkowego do prawdziwej wojowniczki i zamiast przejąć dowodzenie dała się zmanipulować małej, zielonej pchle. Na szczęście, pod koniec odcinka odzyskała rozsądek i przemówiła do rozumu swoim towarzyszkom mimo woli. Brawo!

The New Crystal Gems pokazało wyraźnie, że przed Peridot i Lapis wciąż daleka droga, muszą zrozumieć masę rzeczy nim zasłużą na własną gwiazdkę na kostiumie. Wiem, że wielu fanów chciałoby by to stało się już i teraz, ale osobiście wolę poczekać i zobaczyć ich dojrzewanie do tej roli. Na tę chwilę obie są zdecydowanie za mało zaangażowane w walkę z Homeworldem by stanąć w jednym szeregu z Garnet, Pearl i Amethyst. Są na stażu i trochę minie nim dostaną oczekiwany przez wszystkich awans. Mam nadzieję, że w nadchodzących odcinkach zobaczymy jak razem z Connie zdobywają doświadczenie na polu walki i zaczynają traktować Ziemię nie jako przymusowy schron a dom z prawdziwego zdarzenia.

Na sam koniec parę luźnych spostrzeżeń. Po pierwsze – gdzie są Rubiny? Steven obiecał je zgarnąć w drodze powrotnej, czemu się tak nie stało? Liczę na sensowne wytłumaczenie, bo pominięcie nie takiego małego szczegółu nie pasuje mi do serialu, który wiele razy udowadniał, że potrafi przemycić w detalach masę ważnych informacji. Nie wspominając o tym, że jeszcze bardziej nie pasuje mi to do Stevena. Pod drugie – bardzo lubię relację Peridot i Lapis Lazuli, które niby się lubią ale wciąż potrafią drzeć koty jak stare dobre małżeństwo, wspaniale się to ogląda. Po trzecie – Peri w okularach przeciwsłonecznych!!! Cudo, cudo, cudo! Po czwarte – kontakt z przymusową współlokatorką ma dobry wypływ na Lapis co wyraźnie widać podczas jej spotkania z Connie. Podczas podobnej konfrontacji z Gregiem błękitka była wyraźnie zmieszana, bo używanie mocy kojarzyło jej się z fuzją z Japser i ich toksyczną relacją. Tymczasem tutaj Lapis wprost przyznaje, że próbowała utopić wielu ludzi. Korzystanie z mocy stało się dla niej ponownie normalne, niezwiązane z żadną traumą. I dobrze, bo gdy Lapi nie użala się nad sobą jest naprawdę sympatyczną postacią, którą zaczynam coraz mocniej lubić.

To był bardzo udany odcinek. Śmieszny, uroczy i skupiający się na postaciach, które powinny pojawiać się w fabule zdecydowanie częściej bo na to zasługują. Ode mnie 8-ka.

Ps. Funko ogłosiło drugą serię POPów ze Stevena Universe. Mój biedny portfel…

Do no harm + Wheels

rinoasin

Dziś odcinkowy dwupak. Bez zbędnego przedłużania – LECIMY!

S8e2_titlecard

Do no harm opowiada dwie równoległe historie – Finna oraz jego trawiastego brata bliźniaka, które łączy temat szukania swojego celu w życiu. W przypadku Finna wątek ten zaczyna się niespodziewanie – w trakcie jego odwiedzin u Susan, Doctor Princess decyduje się wziąć wolne i obarcza chłopaka swoją pracą. Można napisać – jakie to nieodpowiedzialne! Tyle, że księżniczka przyznaje, że lekarzem wcale nie jest, a „Doctor” to tylko jej imię. I skoro medykiem jest tylko z nazwy, to najwyraźniej może czasami rzucić wszystko, nałożyć różowe okulary na nos i najprawdopodobniej wskoczyć do TARDIS. Co się tymczasem stanie z jej pacjentami? Niech się Finn martwi! Niespodziewanie, ku zaskoczeniu bohatera i widzów, szybko odnajduje się w nowej roli. Co więcej, zaczyna mu się to podobać. Czy to w takim razie kres Finna-bohatera a początek Finna-lekarza? Cóż, nie. Okazuje się bowiem, że wszystkie jego diagnozy nie należały do najtrafniejszych i zamiast pomóc, tylko szkodziły pacjentom. Zrezygnowany opuszcza szpital i wraca do swojego normalnego świata oraz ratowania potrzebujących. No właśnie, przecież styl życia Finna zawsze wiązał się z pomocą innym, czemu więc czuł się lepiej robiąc to samo, tyle że w szpitalu? Odpowiedź jest prosta – to poczucie winy związane ze stanem Susan. I choć oczywiste było, że bohater musiał zrobić co zrobił, to wyraźnie widać, że wyrzuty sumienia nie dają mu spokoju. Bo to jest właśnie cały Finn – prosty, pozytywny i praworządny. Takie cechy mogą szybko znudzić widza, ale w jego przypadku jakoś się to udaje i zamiast męczyć, wciąż budzi moją sympatię. I oby tak zostało do końca serialu.

Gdy Finn zastanawiał się czy przypadkiem jego powołaniem nie jest zostanie lekarzem, jego trawiasty odpowiednik szukał swojego miejsca na Ziemi. Umysłowo wciąż czuł się Finnem lecz jednocześnie nie był w stanie wykonywać rzeczy, które normalny Finn był w stanie zrobić. Przez brak układu trawiennego musiał pożegnać się z jedzeniem, brak płuc natomiast nie pozwolił mu na grę na flecie. Na szczęście było coś, co wciąż mógł robić – wyruszyć na przygodę i uprzykrzyć życie złym istotom. I tutaj zrobiło się nieco niepokojąco – trawiasty Finn bowiem nie miał hamulców, które posiada jego odpowiednik z krwi i kości. Nawet najczęściej wyluzowany Jake był wyraźnie zaniepokojony zniszczeniem, które siał jego zielony towarzysz. Ostatecznie trawiastemu udało się opanować (co w sumie jest wyczynem – mało kto byłby w stanie przyhamować słysząc od swojego twórcy, że jest stworzony dla żartu), a razem z opanowaniem przyszła iluminacja – nie jest Finnem i nigdy nie będzie. W ten sposób rodzi się Fern, który zaczyna swoje życie od nowa. I miejmy nadzieję, że znajdzie swoje miejsce w świecie, choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jego wątek może się skończyć źle. Być może właśnie byliśmy świadkami powstania nowego czarnego charakteru w Krainie Ooo. W sumie miałoby to sens, gdyby kolejnym przeciwnikiem Finna byłby w pewnym sensie on sam. To zdecydowanie ma potencjał ale czy tak się stanie, zobaczymy z czasem, bo Fern z pewnością jeszcze powróci, pytanie tylko kiedy.

Do no harm opowiada o wyrzutach sumienia oraz poszukiwaniu swojej tożsamości i pomimo ciężkości tych tematów robi to w sposób zaskakująco lekki i przyjemny. Jest zabawnie a jednocześnie trochę smutno, w moim odczuciu to idealnie połączenie. Mocna 8-ka.

Clipboard0119

Po epizodzie skupiającym się na Finnie czas na poświęcony Jake’owi i jego bolesnym zderzeniu z rzeczywistością. Ale od początku – w trakcie festynu organizowanego przez podwładnych Kim Kil Whana ten prosi Jake’a o pomoc w dogadaniu się ze swoją córką, Bronwyn. I tak, Jake ma wnuczkę, ponoć wiedział, ale jakoś w to nie wierzę. W każdym razie pomysł wydaje się trafiony, w końcu Nasz bohater to wieczny dzieciak więc nie powinien mieć problemu z porozumieniem się z nastolatką. Tu jednak trafiła kosa na kamień, bowiem Jake nie nadaje na tych samych falach co Brownyn i jej znajomi co jest dla niego prawdziwą plamą na honorze. Jak się można domyślić, zrobi wszystko by pokazać młodym, że jest tak samo cool jak oni.

Epizod rozpoczął się od festynowego wyścigu w duetach, który Jake razem z Kim Kil Whanem przegrywają i pies nic sobie z tego nie robi, całość obracając w żart. Jego podejście do zabawny wiąże się z jego relacją z synem. KKW (pozwólcie, że użyję skrótu) jest bowiem poważny i wręcz sztywny, widać po nim, że nie czerpie radości z zabawy. Toteż wypływa na Jake’a, który próbuje dopasować się do syna i nie pozwala sobie na szaleństwa by nie drażnić pociechy swoim zachowaniem. Co więcej, nie musi mu niczego udowadniać, syn akceptuje go takim jakim jest. Gdy jednak wnuczka wyzywa bohatera na deskorolkowy wyścig jego zachowanie jest diametralnie różne – zamiast pozwolić Bronwyn wygrać, Jake robi wszystko by zwyciężyć. By pokazać wnuczce i jej kumplom, że jest taki jak oni. I to jest po części żałosne a po części zabawne. Ostatecznie poza zdobyciem paru guzów, siniaków i zadrapań pies nie uczy się niczego i trochę szkoda, choć jednocześnie rozumiem, że taki był zamiar twórców – niektórzy nie są w stanie dorosnąć i pozostają wiecznymi dziećmi. Inni natomiast uświadamiają sobie, że bycie cool to nie wszystko i do tej kategorii należy Bronwyn, której końcowy dialog z Kim Kil Whanem był bardzo ładną puentą odcinka.

Po przygnębiającym wątku Ferna Wheels wnosi do Adventure Time powiew świeżości. Nie jest to epizod pod żadnym względem przełomowy, ale nie sposób odmówić mu uroku. Ode mnie 7-ka.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci