Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Rock-a-Doodle

rinoasin

Byłam gotowa na to, że ten film nie będzie dobry, ale mimo to nie spodziewałam się, iż to będzie aż tak dziwne doświadczenie. Bo serio, przymiotnik „dziwny” najlepiej określa Rock-a-Doodle czyli pierwszy naprawdę nieudany film Dona Blutha.

Clipboard013

Historia zaczyna się na idyllicznej farmie zamieszkałej przez słodkie, antropomorficzne zwierzęta. Jednym z nich jest Chanticleer, kogut pełniący specjalną funkcję – jego pianie przywołuje słońce. Czyli: bez Chanticleera nie byłoby dnia na farmie. Dziwnie? Poczekajcie, to jeszcze nie koniec – pewnej nocy kogut wdał się w bójkę przez co zapomniał zapiać i, ku zaskoczeniu wszystkich, słońce wstało mimo to. Oburzone tym faktem zwierzęta wygnały bohatera, na co tylko czekał Hrabia Sów. Bowiem bez Chanticleera słońce nie wzejdzie, zapanuje wieczna ciemność i sowy będą mogły pożreć wszystkie urocze futrzaki zamieszkujące farmę.

- Ej, a co z tym słońcem co wstało bez pomocy Chanticleera? – zapytacie. Ja też chciałabym to wiedzieć, naprawdę. Niestety, film omija ten temat i pędzi dalej, bo to oczywiście nie koniec historii.

Okazuje się bowiem, że to wszystko było bajką czytaną głównemu bohaterowi, Edmundowi, przez mamę. I tak, protagonistą filmu wcale nie jest Chanticleer, a mały chłopiec. Chłopiec odgrywany przez prawdziwego aktora, dodam jako ciekawostkę. Jeśli jednak liczycie na połączenie filmu aktorskiego z animacją rodem z Kto wrobił Królika Rogera? to muszę Was rozczarować – taki miks pojawia się w Rock-a-Doodle tylko raz i wygląda gorzej niż źle. Ale wracając do fabuły – farma Edwarda jest zagrożona przez sztorm wydający się nie mieć końca. Chłopiec uważa, że dobrym rozwiązaniem na to byłaby pomoc Chanticleera, więc wykrzykuje imię koguta przez okno. Niestety, zamiast niego przybywa Hrabia Sów, który zamienia chłopca w kociątko (na co bohater wykrzykuje dramatyczne wyznanie: „I'm a furry!” – khem, nie jest na to za młody?:), a następnie planuje go zjeść. Na (nie)szczęście do tego nie dochodzi, bo z odsieczą przybywają zwierzęta z farmy Chantileera, które tymczasowo przepędzają Hrabię i przedstawiają chłopcu plan – odnajdą koguta w mieście, przeproszą go i razem z nim wrócą do domu, by swym pianiem wezwał słońce. Nikt nie bierze pod uwagę faktu, że może Chantileer nie będzie chciał wrócić z nimi, ale to taka drobnostka, że nikomu by to nawet przez głowę nie przeszło. Wyruszają więc w podróż, mają po drodze parę irytujących przygód ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze, hurra!...

Właśnie streściłam Wam pierwsze 15 minut Rock-a-Doodle. Jeśli czuliście się dziwnie czytając to, to wyobraźcie sobie jak dziwnie się to ogląda. Jest w tej bajce coś takiego, że podczas oglądania trudno nie zacząć się zastanawiać czy to przypadkiem nie jest żart. Albo lepiej: czy Bluth nie przegrał zakładu, który zmuszał go do stworzenia tej animacji. Bo serio, tutaj nawet przez sekundę nie czuć nawet grama miłości do tego tytułu. Cała historia jest poprowadzona tak pośpiesznie i byle jak, jakby twórcy chcieli mieć już koguta i spółkę z głowy i mogli przejść do ciekawszych projektów. I dlatego też w fabule nic się nie trzyma kupy – poza wspomnianym wyżej słońcem, które raz wschodzi samo a innym razem potrzebuje budzika w postaci Chantileera jest jeszcze masa innych głupot. Przykładowo co ze zwierzętami z farmy starszymi od koguta? Czy one zapomniały, że dawniej dzień się zaczynał bez jego udziału? Czy tak bardzo w ten fakt uwierzyły, że wyparły prawdę z pamięci? I jak dokładnie działa wzrost zwierząt w tym świecie? Dlaczego myszka jest wzrostu myszki, a żaby są tak wielkie, że pełnią rolę ochroniarzy? Najważniejsze jednak pytanie to dlaczego obdarzony magicznym oddechem Hrabia Sów snuje misterny plan zjedzenia zwierzątek z farmy skoro z taką umiejętnością mógłby podbić świat czy coś w tym stylu. Naprawdę, gdyby ktoś zamienił scenariusz tej bajki w autostradę to już w pierwszych dziesięciu minutach użytkowania przez te wszystkie dziury powstałby na niej karambol nie z tej Ziemi.

Niesamowicie irytuje też sposób prowadzenia fabuły i przedstawienie postaci. Bowiem przez całą opowieść widzowi towarzyszy narrator, który tłumaczy WSZYSTKO i w pewnych momentach nawet bezczelnie spoileruje przyszłe wydarzenia. Przez coś takiego nie da się zaangażować w fabułę, nie wspominając o polubieniu postaci. W tym drugim przypadku nie pomaga też fakt, że gdy narrator już się zamyka, to na ekranie dzieje się wszystko poza taką drobnostką jaką jest pogłębienie i przybliżenie bohaterów widzowi. Nigdy nie mamy szansy dowiedzieć się tego, co czują, czego pragną i jakie są ich marzenia. Przez to jakakolwiek identyfikacja z bohaterami jest wręcz niemożliwa. Oni są i tylko to, nic więcej nie jestem w stanie napisać na ich temat.

Jakby ktoś nie zauważył - Chantileer jest stylizowany na Elvisa. Można by pomyśleć, że w związku z tym przynajmniej muzyka będzie na poziomie. Ta może nie jest tak słaba jak reszta filmu, ale daleko jej też do dobrej. Utwory w najgorszym przypadku są mierne a w najlepszym nijakie. Żaden z nich nie zapada w pamięć, co jak na film z aż trzynastoma piosenkami wypada tragicznie. Ogólnie podczas seansu miałam wrażenie, że twórcy uznali iż film animowany musi mieć dużo piosenek bo jest filmem animowanym i wcisnęli ich tyle, ile się dało. A może chcieli po prostu chcieli wydłużyć w ten sposób historię, bo bez nich całość trwałaby góra z pół godziny. A ja zamiast śpiewających żabich ochroniarzy wolałabym dostać jedną dobrze napisaną rozmowę pomiędzy bohaterami. Niestety, jestem tylko widzem, kogo obchodzi czy mnie się podoba czy też nie. Oh, wait.

Podsumowując, Rock-a-Doodle to jeden wielki bałagan. Na pierwszy rzut oka bezsprzecznie śliczny, ale poza uroczą oprawą wizualną film nie jest w stanie zaoferować widzowi niczego w zamian. Historia, bohaterowie, muzyka – to wszystko zawodzi i to mocno. Przednie filmy Blutha oglądało mi się doskonale (lub dobrze w przypadku Wszystkie psy…) i taka wielka obniżka formy aż boli. Ode mnie 3-ka. Mam nadzieję, że kolejna animacja będzie lepsza. Hym, a co właściwie jest kolejną animacją Dona Blutha?...

O kur… czaku.

Bonnibel Bubblegum >

< Dewey wins

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci