Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Między nami, tytanami

rinoasin

Drugi sezon Attack on titan za Nami. Po ochłonięciu zdecydowałam się napisać parę słów na temat minionych dwunastu odcinków. Spoilerów będzie więcej niż trochę, więc jeśli planujecie zapoznać się z tym tytułem, nie czytajcie bo szkoda sobie psuć zabawy z oglądania. Bo ta, pomimo paru wad, była przednia.

ak4

Za oglądanie Attack... wzięłam się głównie dlatego, że zaintrygowały mnie często wrzucane na 9gaga obrazki i memy związane z tym tytułem. Co prawda, swoją fazę anime mam już dawno za sobą, ale jeśli tytuł zapowiada się naprawdę interesująco, jestem gotowa dać mu szansę. Tytani na szczęście nie zawiedli i poza naprawdę obiecującym punktem wyjściowym okazali się mieć także barwnych bohaterów, przemyślany świat przedstawiony oraz masę, ale to masę, emocji. Pierwszy sezon wciągnęłam hurtem a potem rozpoczęłam oczekiwania na drugi. Ten niestety nie nadchodził, więc ukojenie znalazłam w mangach ale to był krótkotrwały efekt. Widzicie, nie przepadam za czytaniem na urządzeniach elektronicznych, jestem w stanie przeczytać książkę na tablecie lub komórce ale zdecydowanie bardziej wolę czuć papier pod palcami. Z komiksami i mangami to skrzywienie się pogłębia, nie wiem dlaczego, ale oglądanie obrazków na ekranie nie daje mi takiej radochy i tyle. Z tego też powodu zamiast znaleźć wersję elektroniczną wszystkich dostępnych tomów Attack… i nadrobić, zaczęłam kupować tomiki od JPFu. Zważywszy jednak na to, jak rzadko te wychodziły, ich kupowanie nie weszło mi w nawyk i w pewnym momencie swoje kolekcjonowanie przerwałam, co śmieszne, zatrzymując się na tym samym etapie historii na którym zakończył się pierwszy sezon. I w taki oto sposób o Tytanach nieco zapomniałam i gdy wreszcie potwierdzono premierę nowej odsłony nie ekscytowałam się specjalnie, było mi to obojętne. Och, w jakim błędzie byłam!

Praktycznie z miejsca przypomniano mi, co tak bardzo urzekło mnie w pierwszej odsłonie historii – tajemnice zaczęły się mnożyć, na horyzoncie pojawił się nowy, zagadkowy przeciwnik, bohaterowie nie zawsze okazywali się tym, za kogo ich braliśmy, a sceny akcji autentycznie elektryzowały. No i oczywiście są tytani, prawdziwe gwiazdy serii. To już drugi sezon i powinnam się do nich przyzwyczaić, tak jak do widoku zombiaków w The Walking Dead, ale nie jestem w stanie. Pewnie dlatego, że w przypadku potencjalnego spotkania z żywym trupem miałabym jakieś tam szanse na przeżycie, natomiast gdyby na mojej drodze stanął tytan z miejsca mogłabym zacząć żegnać się ze światem. To w połączeniu z ich groteskowo – przerażającym fizys daje naprawdę piorunujący efekt, który działał na mnie za każdym razem. Pozostaje się tylko cieszyć, że żaden tytan jeszcze mi się nie przyśnił, to byłby jeden z gorszych koszmarów w moim życiu.

Swoją przygodę z serialami zaczęłam ponad 10 lat temu razem z Prison Break, Gotowymi na wszystko i Zagubionymi. Ten ostatni urzekł mnie wtedy najbardziej. Uwielbiałam ten pełen zagadek świat, który niepokoił i fascynował jednocześnie. Niestety, gdzieś w okolicach trzeciego sezonu okazało się, że twórcy nie kwapią się do udzielenia widzowi odpowiedzi na przynajmniej niektóre z zadanych przez siebie pytań i tylko mnożą kolejne. W ostatecznym rozrachunku widz musiał zdać się na swoją inwencję twórczą i dopowiedzieć sobie to, czego scenarzyści nie zrobili. Dlaczego o tym wspominam? A dlatego, że Attack... też lubi zagadki i niedopowiedzenia co doskonale się sprawdza w trakcie seansu ale jednocześnie wzbudza skojarzenia z Zagubionymi właśnie i wznieca obawę, że i tutaj pod koniec będziemy musieli zgadywać o co tak naprawdę twórcom chodziło. Cóż, może jeszcze za wcześnie na takie wyrokowanie ale odnoszę wrażenie, że w tym przypadku tak nie będzie. Co prawda wciąż przykładowo nie wiemy do jakiej tajemnicy doprowadzi bohaterów klucz zawieszony na szyi Erena, ale znamy już tożsamość tytana kolosalnego oraz uzbrojonego i ta świadomość praktycznie rozsadziła mi mózg. Wiem, że wielu osobom sposób w jaki ta tajemnica została rozwiązana nie przypadł do gustu, ale ja do nich nie należę. Gdy w serialach bądź filmach czas na typowy big reveal to najczęściej widz jest w stanie go przewidzieć i się na niego przygotować. Tutaj tymczasem wzięto Nas z zaskoczenia. Scena gdy Reiner wyjawia Erenowi prawdę na temat siebie i Bertholdta a potem grzecznie prosi by ten poszedł z nimi była tak niespodziewana, iż początkowo sądziłam, że albo w tłumaczeniu był błąd albo przegapiłam jakąś scenę. I koniec końcem cofnęłam się o parę minut pewna, że coś mi umknęło. Okazało się, że to nie było żadne z powyższych, serial w najbardziej pokręcony sposób na świecie zdecydował się wyjawić widzom prawdę. Prawdę, która w sumie powinna być oczywista - w końcu Reiner z wyglądu przypominał tytana uzbrojonego, a podczas scen z walącą się wieża Bertholdt wyraźnie chciał sobie rozgryźć rękę. Tyle, że czasami najciemniej pod latarnia. Annie z pierwszego sezonu powinna mnie bardziej wyczulić na takie zagrywki, ale tak się nie stało. Może dlatego, że dziewczyna od początku budziła moja nieufność i gdy tylko tytan-kobieta pojawił się na horyzoncie, od razu wiedziałam kto nim jest. Tymczasem w przypadku tej dwójki mi to nie grało. Reiner w moim postrzeganiu był osiłkiem o złotym sercu. Tymczasem Bertholdt był redshirtem do ostrzału. Do tego stopnia byłam przekonana o jego rychłym zgodnie, że nawet nie próbowałam zapamiętać jego imienia. A tu proszę - niespodzianka! - ten niepozorny koleś okazał się kolosalnym tytanem. Zawsze sądziłam, że jego tożsamość poznamy gdzieś pod koniec historii i okaże się kimś wysoko postawionym (moim głównym podejrzanym był Pixis), a nie kimś dotychczasowo przemykającym w tle. Nie dziwota więc, że po wielkim odkryciu prawdy zbierałam szczękę z podłogi.

Odkrycie prawdy o Reinerze i Bertholdcie poza elementem szokowania widza pozwoliło także pogłębić te postacie. Ten pierwszy okazał się wypierać z umysłu prawdę o samym sobie, co było dość zaskakującym faktem, zważywszy na to, jak dotychczasowo był przedstawiany w historii. To, że Reiner postrzega siebie zarówno jako wojownika i żołnierza nadaje mu naprawdę tragicznego wymiaru i budzi też pytania, jakich argumentów użyto by zmusić go do podwójnej gry. Można się tylko domyślić, że na grzecznym zapytaniu się nie skończyło. W porównaniu do Reinera Bertholdt wciąż zachował zdrowy rozsądek, co w moim oczach czyni z niego jeszcze ciekawszą postać. Bo nie dość, że ten niepozorny gość zamienia się w kolosalnego tytana, to dodatkowo jest na tyle silny psychicznie, że pomimo życia w strachu zachował przytomność umysłu. Mam nadzieję, że w trzecim sezonie dowiemy się więcej na jego temat, bo ma szansę ewoluować w naprawdę ciekawą postać. A skoro o rozwoju postaci mowa, to daleką drogę przeszła Ymir, która z najbardziej denerwującej mnie bohaterki stała się moja ulubioną. Twarda i zdeterminowana by chronić Christę okazała się mieć drugie, wrażliwe oblicze. Jej backstory nie tylko przemyciło widzom masę ważnych informacji (na czele z tą, że tytanem można zostać po odpowiednim zastrzyku) ale także wyjaśniło jak Ymir stała się taka dziewczyną (hym, skoro 60 lat tułała się pod postacią tytana to czy wciąż mogę ją nazywać dziewczyną?) jaka znamy teraz. Scena, gdy po ponad pół wieku odzyskuje swoje prawdziwe ja była dla mnie wizualnie i emocjonalnie jedna z lepszych, o ile nie najlepszą w tym sezonie. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze relacja z Christą (lub Historią, co kto lubi, ja się jeszcze do nowego imienia nie przyzwyczaiłam), która jest tak samo toksyczna jak i fascynująca. To, że dziewczyny gotowe są iść za sobą w ogień nie zważając po której stronie barykady ten się znajduje jest zarówno piękne jak i przerażające. Ostatecznie pod koniec sezonu ich drogi rozdzieliły się i mam nadzieję, że wkrótce znowu się skrzyżują, bo tej dwójki nigdy za wiele.

Gdy dotychczas poboczne postacie dostały szansę, by i zabłysnąć, Eren i Mikasa praktycznie nie ruszyli się jeśli chodzi o rozwój postaci. Eren to wciąż ten w gorącej wodzie kąpany chłopak, który częściej robi niż myśli. Mikasa tymczasem poza rolą ochroniarza Erena w tym sezonie nie zrobiła nic więcej. I wiem, że z Mikasy wspaniały wojownik i obrońca, ale odnoszę wrażenie, że jej postać zaczyna grać na jednej nucie. Z milczącej acz fascynującej bohaterki zmieniła się w cień Erena łypiący złowrogo na każdego, kto będzie mieć odwagę zbliżyć się do chłopaka. Osobiście uważam, że każdy z Nas potrzebuje w życiu takiej Mikasy, ale to nie zmienia faktu, że tej przydałoby się rozwinięcie charakteru. Szczególnie, gdy porówna się ją do Armina, który z początkowo najbardziej zbędnej postaci stał się jedną z ciekawszych. To, że siłę zastępuje myśleniem i szybkim łączeniem faktów jest genialne w swojej prostocie. Gdy Eren rzuca się bez zastanowienia na wroga, Armin na początku się zastanowi nim uderzy. Najlepszym przykładem niech będzie fakt, z jaką łatwością wyprowadził z równowagi Bertholda korzystając z wiedzy opartej na swojej spostrzegawczości i przypuszczeniach. To sprawia, że Armin jest w moim odczuciu równie niebezpieczny co Mikasa. Ona dosłownie pozbawi wroga głowy, on tymczasem sprawi, że przeciwnik pozbawi się jej sam.

Wróćmy na chwilę do Erena i jego nowo nabytej umiejętności kontrolowania tytanów, która w finałowym odcinku może i uratowała dzień ale mnie nie zachwyciła. Odnoszę wrażenie, że to zdecydowanie za duży krok w przód dla Naszych bohaterów, którzy dotychczasowo mieli pod górkę. Co prawda, tylko jedna osoba jest w stanie rozkazywać morderczym olbrzymom i na tę chwilę nie mamy jeszcze pewności czy będzie w stanie to powtórzyć, ale jakoś mnie to razi. Pewnie dlatego, że Eren rośnie na takiego Gary’ego Stu, który deus ex machina otrzymuje nowe moce bez specjalnego starania się. Gdyby progres byłby dostrzegalny, nie drażniłoby mnie to tak strasznie, ale jak pisałam powyżej, w tym sezonie bohater nie rozwinął się w ogóle, przez co jego nowa moc zdecydowanie powinna trafić do kogoś innego. Oczywiście, to są moje spostrzeżenia na tę chwilę i mogą ulec zmianie. Doskonale pamiętam, jak nie podobało mi się, że Eren może zamieniać się w tytana i dopiero z czasem przekonałam się do tego pomysłu. Może w tym przypadku będzie podobnie, zobaczymy.

Bardzo bym chciała napisać, że ten sezon był idealny, ale nie jestem w stanie. Choć całość miała zaledwie dwanaście odcinków po dwadzieścia minut każdy, to i tak zdarzały się dłużyzny (retrospekcje ukazujące dzieciństwo Erena, Mikasy i Armina) i zapychacze (odcinek z Sashą!). Ta seria miała też mniejszy budżet niż pierwszy i niestety widać to było gołym okiem – komputerowe wstawki raziły po oczach, a statyczne plansze często używane w trakcie walk niezamierzenie śmieszyły. Jeśli chodzi o samą animację, to wciąż była na poziomie (wielkie brawa dla rysowników, którzy nadali średnim projektom postaci z mangi tyle charakteru), ale czasami bywała niechlujna, szczególnie gdy postać znajdowała się gdzieś w tle, jej twarz najczęściej przypominała jasną plamę z czarnymi kropkami w postaci oczu. Takie zagranie mogę znieść tylko w Adventure Time, tutaj raziło straszliwie, tym bardziej, że anime w moim odczuciu powinno dostać nagrodę za oczy swoich bohaterów, bo te są autentycznie przepiękne. Te wpadki jednak ginęły w lawinie emocji, jaka towarzyszyła mi w trakcie oglądania. Serio, nie przesadzam – gdyby ktoś nagrał moje reakcje podczas oglądania tej serii, zawierałyby one opady szczęki, gadanie do siebie i zakrywanie oczu. Filmy i seriale oglądam najczęściej statycznie, tutaj tymczasem moje ekspresje współgrały z tym co się działo na ekranie. A gdy Erwin stracił rękę krzyknęłam, to chyba pierwszy raz gdy wydałam z siebie głośniejszy dźwięk w trakcie oglądania czegokolwiek. To anime przeprało mi mózg i wcale mnie to nie złości.

Pozostaje zapytać – co dalej? Na trzecią odsłonę będziemy czekać krócej, bo do 2018 roku. Jak się dalej potoczy historia? Czytałam opinie, że będzie tylko lepiej… albo gorzej, zależy od gustu. Kusi mnie, żeby to sprawdzić i zapoznać się z mangami. Tyle, że wtedy nie będę w stanie emocjonować się w trakcie oglądania jak to dotychczas robiłam. Czy warto to utracić? Na szczęście, na znalezienie odpowiedzi na to pytanie mam rok.

Marvel LARPuje >

< My Funko POP! vol. 24

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci