Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Bondowska sinusoida

rinoasin

Ciekawa sprawa z tym Bondami nowego stulecia. Casino Royale był rewelacyjne, Quantum of Solace zdecydowanie słabsze, Skyfall powracało do wysokiej formy, a Spectre… a Spectre niestety ponownie zaniża poziom. I robi to w sposób najgorszy z możliwych.

s

(Spoilery)

Nigdy nie byłam wielką fanka agenta 007 i pewnie dlatego pozbycie wszystkich znanych fanom klisz w Casino Royale przyjęłam bez żadnych większych emocji, a nawet z zadowoleniem, bo niektóre z nich przyprawiały mnie o białą gorączkę. Niestety, Quantum… i Skyfall zaczęły nieśmiało przywracać bondowskie schematy próbując je jednocześnie zmodernizować. I fajnie, to mogłam znieść, przymknąć oko. Niestety, w Spectre zapomniano o tym, że starocie nie zawsze dobrze prezentują się na ekranie i wskrzeszono wszystko, czego w klasycznych przygodach agenta 007 nienawidziłam. Ugh. Pewnie ktoś uzna, że jestem szalona za czepiania się Bonda za to, że jest Bondem, ale na bora, po co było to całe odświeżanie cyklu i odcinanie się od poprzednich części tylko po to, by znowu do nich wrócić w sposób tak toporny, aż oczy bolą? A najgorsze jest jednak to, że mogłabym to przeżyć, gdyby chociaż historia była na poziomie. Ale nie była.

Bowiem głównym motorem napędowym czarnego charakteru filmu jest daddy issues tak bardzo intensywne, że będąc młodym szczypiorem potrafił przewidzieć, że kiedyś Bond zostanie szpiegiem Jej Królewskiej Mości i założył złą organizację, by uprzykrzać życie agentowi 007. Może byłabym w stanie to łyknąć, gdyby Blofeld / Oberhauser został zaprezentowany jako socjopatyczny geniusz, mistrz w rozgryzaniu ludzkiej natury. Lecz nie, Blofeld może i wielkim szefem Spectre był ale jednocześnie trudno mi napisać, że posiadał wysoki iloraz inteligencji, bo kto normalny zamiast wiać gdy potrzeba czeka trzy cenne minuty by popatrzeć jak budynek z Bondem w środku wybuchnie? Nie pomógł też Christoph Waltz, który nie dodał do swojej postaci nic od siebie tym samym potwierdzając teorię, że tylko u Tarantino potrafi rozwinąć skrzydła. Z tych złych mieliśmy jeszcze C, który wniósł do filmu wątek inwigilacji wszystkich i wszystkiego, a ja z trudem powstrzymałam się przed przewróceniem oczyma z niesmakiem. Rozumiem, że we współczesnych czasach jest to temat na czasie, ale czy musi być wałkowany w co drugim filmie akcji? A jeśli już musi, to niech twórcy zrobią to z rozmysłem, w Zimowym Żołnierzu to się udało, tutaj nie. Bo choć w filmie M kilka razy powtórzył jaka to inwigilacja jest zła, to widz nigdy tego nie odczuł, przez co cały wątek był autentycznie zbędny. A, za każdym razem gdy Andrew Scott pojawiał się na ekranie z wytęsknieniem oczekiwałam na cameo Sherlocka, to z pewnością rozruszałoby Spectre.

Nowy Bond to oczywiście nowa dziewczyna i tym razem została nią Léa Seydoux (króciutki występ Bellucci łaskawie przemilczę, można by ją wyciąć z filmu, a historia nic by na tym nie straciła), która sprawiła, że jeszcze mocniej za tęskniłam za Evą Green. Ba, nawet Olga Kurylenko była lepsza, bo miała z Craigiem więcej chemii niż nieszczęsna Madeleine Swann! Wszystkie sceny bohaterki z Bondem wypadały tak drętwo i nienaturalnie, że gdy w jednej z końcowych akcji ta wyznała mu swoje uczucia prawie parsknęłam śmiechem (funny fact – dokładnie to samo miałam podczas oglądania Pięknej i Bestii też z Seydoux w roli głównej). Dodatkowo sama postać jako postać a nie kochanica Bonda też nie miała za wiele do zaoferowania. Twórcy wyraźnie chcieli by była interesująca i fascynująca, ale w moim odczuciu była tylko mdła i nudna. Co ciekawe, Madeleine i Vesper poza byciem dziewczyną Bonda połączyła też bardzo podobna scena – gdy pomagały 007 zabić napastnika. Różnica jest jednak taka, że Vesper po fakcie była tym zdarzeniem przerażona, jak każdy normalny człowiek. Madeleine tymczasem z miejsca skoczyła do łóżka z Bondem, bo tak robi każda normalna dziewczyna Bonda. Ręce opadają. 

Każdy Bond to także nowe intro i piosenka. Po znakomitym Skyfall Adele dostaliśmy Writing's On The Wall Sama Smitha. Jestem chyba jedyną osobą na planecie, która ten utwór lubi, jest klimatyczny i emocjonalny, nie jest typowym bonzowskim szlagierem ale i to rozpatruję na plus. Na minus niestety będzie czołówka do Spectre, bo takiego bałaganu już dawno nie widziałam. Bo czego tutaj nie było! Obowiązkowe baby (nienawidzę tych bab, w Casino Royale ich nie było i świat się nie załamał, kiedy dostaniemy powtórkę?), macki, masa macek (a ja zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie trafiłam na japoński hentai) i, uwaga, postacie z poprzednich części (czekałam aż głos z ekranu przemówi: „Previously on Bond!”). To wszystko nie miało ładu i składu, nie przechodziło zgrabnie do jednej sekwencji do drugiej, czysty bałagan nieprzyjemny dla oczu.

No dobrze, przejdźmy do plusów, bo wbrew wszystkiemu jakieś są. Przede wszystkim Daniel Craig wciąż doskonale radzi sobie jako Bond i dodatkowo wspiera go naprawdę udana ekipa. Ralph Fiennes, Ben Whishaw, Naomie Harris i Rory Kinnear dawali z siebie wszystko i oglądanie ich było prawdziwą przyjemnością. Swoją drogą to spin-off o M i jego ekipie byłby w moim odczuciu zdecydowanie ciekawszym filmem niż Spectre. Nie potrafię przemilczeć też zdjęć, które może nie były tak wysmakowane jak w Skyfall, ale wciąż prezentowały się bardzo ładnie. A, podobały mi się też nawiązania do poprzednich części filmu, bo choć były mocno naciągane, to sprawiały, że zamiast skupiać się na Spectre wspominałam jego bardziej udane poprzedniczki.

Spectre jest w moim odczuciu najgorszą odsłoną Bonda z Danielem Craigiem w roli tytułowej. Podejrzewam, że fani klasycznych przygód agenta 007 będą zachwyceni, więc jeśli lubicie bondowskie schematy, film może się Wam spodobać. W innym przypadku darujcie sobie seans. Ode mnie 5-ka.

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci