Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Recepta na Oscara

rinoasin

Pod koniec roku zawsze dostajemy wysyp filmów, które aspirują do zdobycia statuetki Oscara dla najlepszego filmu. Nic to nowego, w końcu każdy dobrze wie, że im późniejsza premiera, tym większe szanse na to, że nominacja się napatoczy. Innym ważnym elementem jest temat, na którym będzie opierać się fabuła. Musi być ważny i wzruszający, najlepiej zainspirowany prawdziwymi zdarzeniami. I nie zapominajmy o aktorskiej metamorfozie. Tak, akademicy kochają metamorfozy, te wszystkie szpecenia i zaskakujące przybieranie/zrzucanie wagi. Dlaczego dzisiaj Wam o tym piszę? Dlatego, że podczas seansu „Dallas Buyers Club” wciąż odhaczałam w myślach kolejne podpunkty z oscarowej recepty. I szkoda tylko, że ta zabawa bardziej mnie interesowała niż sam film.

Bo nie ukrywajmy, DBC (pozwólcie, że będę używać tego skrótu) jest filmem średnim, który nie wnosi nic nowego do historii kina. Oto mamy bohatera reprezentującego jednostkę walczącą z tym złym systemem. Choć nasz heros początkowo wydaje się być człowiekiem godnym pogardy z czasem przeżywa metamorfozę swoich poglądów i pod koniec jest pełnowartościowym good guyem, natomiast ci wszyscy źli farmaceuci, lekarze i przedstawiciele prawa (z jednym wyjątkiem, by nie było, że film mało realistyczny) udają miłych, ale tak naprawdę są ŹLI, gdyż śmieją wykonywać swoją pracę i mieć odmienne poglądy. I to wszystko sprawia, że DBC przypomina dojrzalszą bajkę Disneya. I żeby nie było – wielbię Diseya, kocham go z wszystkimi wadami i zaletami, ale gdy poważne kino aspirujące do miana ambitnego kojarzy mi się z księżniczkami i mówiącymi zwierzętami, nie jest dobrze. 

Na szczęście, są czynniki, które bronią filmu – Ron Woodroof, główny bohater filmu, jest postacią ciekawą. To typowy cwaniaczek, który dowiaduje się, że jest zarażony wirusem HIV. Rzecz dzieje się w latach 80-tych poprzedniego wieku, kiedy ta choroba oznaczała wyrok śmierci, a także przypisana była tylko homoseksualistom, więc z dnia na dzień Ron nie tylko dowiaduje się, że umiera, to jeszcze traci wszystkich znajomych, którzy nie chcą zadawać się z gejem (bo skoro koleś ma HIV, musi być gejem, elementarne!). I tak jak każdy normalny człowiek, początkowo się załamuje i traci chęć życia, ale z czasem odzyskuje siłę do walki i zaczyna tworzyć swój biznes. Robi to z pobudek czysto egoistycznych, ale z czasem zaczyna się angażować w to co robi i nie zamierza się poddawać. Ta przemiana ukazywana jest przez cały film, a jej dawki podawane są Nam racjonalnie podczas kolejnych scen. Brawa dla scenarzystów za doskonałe wyważenie ewolucji Rona, bo z łatwością mogli ją ukazać pośpiesznie i nieprzekonująco. 

Mam natomiast i jednocześnie nie mam problemu z Rayon – transseksualistą, który prowadzi interesy z Ronem i z czasem się z nim zaprzyjaźnia. Postać to bardzo dobrze napisana, sympatyczna i jednocześnie smutna (nie tylko ze względu na zrzucenie na margines społeczny i chorobę, ale także na rodzinne problemy), gdy tylko pojawia się na ekranie, z miejsca jest ciekawiej, a gdy dzieli swój czas antenowy z Ronem, jest wręcz wybornie. I wszystko pięknie, ale... ta postać nie miała odbicia w świecie rzeczywistym, została w pełni wymyślona przez scenarzystów (tak samo jak doktor Saks). I tutaj rodzi się pytanie – czy ewolucja głównego bohatera była naprawdę tak trudna do przedstawienia, że twórcy musieli stworzyć mu towarzysza? Nie jest może to tak oburzające jak zmiana płci jednego ze znajomych w biografii Patcha Adamsa, ale mimo wszystko nieco irytuje i wręcz smuci, że zamiast przedstawić fakty, scenarzyści woleli uciec się w fantazję. 

Nie ukrywam, że swoimi ostatnimi rolami Matthew McConaughey kupił mnie całkowicie (a Rustowi z „True Detective” buduję mały ołtarzyk), ale w DBC był tylko dobry. A nawet bardzo dobry, ale odnoszę wrażenie, że wszystkie zachwyty nad jego rolą opierają się właśnie na metamorfozie, która faktycznie robi olbrzymie wrażenie, ale w porównaniu do Chiwetela Ejiofora potrafiącego cały dramat swojej postaci oddać jednym spojrzeniem wypada niezwykle blado. To samo tyczy się Jareda Leto. Cieszę się, że powrócił na ekrany bo wolę go jako aktora niż jako muzyka (nie bić!), tyle że ponownie – jest dobry i rewelacyjnie zmieniony. Podobała mi się chemia pomiędzy nim a McConaugheyem, ale poza tym było bardzo poprawnie – Jared ładnie mówił cienkim głosikiem, równie ładnie miał nałożony makijaż i w sumie tyle. Zdaję sobie sprawę, że obaj panowie obecnie koszą wszystkie nagrody więc i Oscary się przytrafią, ale moim zdaniem nie będą one w pełni zasłużone.

Nie widziałam jeszcze wszystkich filmów nominowanych do Złotego Golasa, ale w tym momencie uważam DBC za najgorszy z wyróżnionych. Nie jest zły, ale też nie jest też bardzo dobry. Ogląda się szybko i miło, ale po zakończonym seansie w głowie widza nie pozostaje żadna scena, a to filmowy grzech śmiertelny. Ode mnie 6-ka. 

Gosiakowa

PS. Pierwszy zwiastun „Penny Dreadful” utwierdził mnie w przekonaniu, że muszę to zobaczyć. Do premiery jeszcze trochę, na szczęście jutro wracają Rust i Martin, więc z pewnością nie będę się nudzić. 

Obywatel Kane i zamek z kart, który runął >

< Szop jak kosmiczne marzenie

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci