Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Serialowe podsumowanie roku 2013

rinoasin

W 2012 moje podsumowanie seriali wyglądało nieco inaczej, bardziej rozlegle. Szczerze napisawszy, nie mam ochoty rozdrabniać się nad każdym serialem, tym bardziej, że albo już to zrobiłam, albo to zrobię, gdy sezon dobiegnie końca. Zamiast tego będzie ciąg myśli nieskoordynowanych. Trochę pospoileruję, więc uwaga!

W tym roku pożegnaliśmy klika tytułów i często były to bardzo bolesne rozstania. Dla mnie zakończyła się pewna era wraz z finałowymi odsłonami „Skinsów”, „Misfits” oraz „Being Human”. Te trzy tytuły zaczęłam oglądać w tym samym czasie i to one pokazały mi jakie cudowne są brytyjskie seriale. Niestety, nie każdy odszedł w glorii chwały – siódmy sezon „Skinsów” był koszmarny. Czy to w ogóle był sezon? Mieliśmy trzy filmy podzielone na dwa epizody by nabić kasy na widzach i przy okazji wykończyć ich miernością prezentowanych fabuł. Naprawdę, to było złe, jeśli jeszcze nie widzieliście, nie oglądajcie, nigdy, przenigdy! O wiele lepiej było z „Misfits” i „Being Human”. Co śmieszne, oba tytuły w trakcie sezonów zmieniły całą obsadę, a mimo to dalej oglądało się je wybornie. Przygoda trójki niezwykłych przyjaciół został zwieńczona pozornym happy endem, który wcale nim nie był. Przyznaję, że początkowo niesamowicie rozwścieczyło mnie takie zagranie, ale z patrząc na to z drugiej strony – pokonanie diabła? Nie, dobrze, że wybrano inną drogę, choć po cichu wciąż płaczę za moimi ulubieńcami uwięzionymi w świecie złudzeń. Tymczasem superbohaterowie w pomarańczowych kubrakach zakończyli swe przygody w pozytywnym świetle, choć jednocześnie można się zapytać, czy na pewno takim pozytywnym – w końcu Rudy Dwa także stworzył grupkę herosów, którzy przemienili się w psychopatów. Czy taki los może spotkać paczkę Rudy’ego Jeden? Jest taka możliwość, choć zważywszy na to, że wiedzą o niedokonanej przyszłości dzięki Jess może będą się pilnować. Ale tego niestety nigdy się nie dowiemy. 

W tym roku pożegnałam także po raz drugi „The Killing”. Śmieszna sprawa, bo jeśli za pierwszym razem uważałam, że to dobre rozwiązanie, bo w końcu sprawa Rosie Larsen dobiegła końca, to po trzecim, wybornym, sezonie chciałam więcej i więcej. I wtedy Netflix zrobił mi i pozostałym fanom olbrzymi prezent i wskrzesił tytuł na ostatnie sześć odcinków. Dobre i to, dziękuję! 

Zakończył się także i „Dexter” i... OMG, co to było??? Gdybym miała wybrać najbardziej żenujące zakończenie serialowe, bez zastanowienia padłoby na seryjnego mordercę zamieniającego się w drwala. Gdyby jeszcze finałowa odsłona była ok., mogłabym przymknąć oko, machnąć ręką. Ale nie, te dwanaście odcinków to była czysta parodia, z tygodnia na tydzień czekałam tylko, aż nagle okaże się, że Dexio wciągnął coś mocniejszego i całość była jego chorym snem. Ale nie, to wszystko było realne i opowiedziane z czystą powagą, przez co poziom żałosności dotarł do odległej galaktyki. Gratulacje, Showtime! Swoją drogą, ta stacja nie potrafi powiedzieć: „dość”. Tutaj seriale są anulowane gdy widownia spada, a nie dlatego, że tak trzeba (no dobrze, chyba „Tudorów” zakończyli dlatego, że materiał zaczął im się kończyć). I tak mieliśmy koszmarnego „Dextera”, męczącą „Trawkę” i obrzydliwe „Californication”, które (na szczęście) swój żywot zakończy w 2014. Zaczynam się bać o „Shameless” i „Masters of sex” bo obecnie bardzo lubię oba tytuły i nie chciałabym kiedyś o nich napisać, że nie jestem w stanie ich oglądać. 

Wróćmy na chwilę do magicznego Netflixa – ta platforma nie dość, że przywróciła „The Killing”, to jeszcze zaproponowała widzom wyborny pomysł prezentacji seriali czyli premierę całego sezonu w jeden dzień. I super, bo Netflix w tym roku wypuścił niemalże doskonały „House of cards” (muszę się zebrać i stworzyć reckę przed premierą drugiego sezonu!), wciągający „Hemlock Grove” i ponoć świetne „Orange Is the New Black” (obejrzę, to się wypowiem), które to można wciągnąć w jeden dzień i wrócić do szarej rzeczywistości. Mam tylko nadzieję, że platforma nie będzie brać przykładu z pazernego Showtime i jednak zdecyduje się zakończyć „House of cards” na drugim sezonie, tak jak początkowo planowano. 

Przejdźmy do debiutantów. W tym roku wiele osób wiązało wielkie nadzieje z „Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D.” będące serialowym wkładem w Marvelowskie Uniwersum. Jak powszechnie wiadomo, wielkie nadzieje najczęściej równają się wielkim rozczarowaniom i teraz pół sieci, jak nie więcej, psioczy na tytuł. Ja nie. Owszem, to nie jest wybitny serial, w sumie bardziej serialik, ale doskonale sprawdza się jako odmóżdżacz. Gdybym miała oglądać kilka epizodów po kolei pewnie bym wysiadła, raz na tydzień, może być. Dodatkowo serial zakończył się w tym roku obiecującym cliffhangerem i jeśli scenarzyści w końcu zdecydują się na jakiś sensowny wątek główny, będzie ciekawiej. Oczywiście, o ile Agnetów nie anulują. Anulacja z pewnością dosięgnie „Draculę” oraz „Once Upon a time In Wonderland”. Będę płakać? Nie. Oba tytuły nie mają oczekiwanego ode mnie magnetyzmu, nie widzę w nich potencjału na więcej niż jeden sezon i na tym powinno się zakończyć.      

W tym roku postawiono na serialowe odświeżenie filmowych klasyków czyli „Hannibala” i „Bates Motel”. Bardzo długo się zastanawiałam czy zacząć przygodę z panem kanibalem, ale w końcu postanowiłam dać mu szansę i... szału nie ma. Im więcej czasu mija od zakończenia pierwszego sezonu, tym bardziej mam ochotę całość skomentować wzruszeniem ramion. W porządku, całość jest śliczna i ładnie zagrana, ale kompletnie pozbawiona emocji. A nie, są emocje – złość, że nikt Willa nie chce przytulić. Wolę „Bates Motel” i toksyczną relację matka-syn. Przyznaję, że do tego serialu podchodziłam bez większych oczekiwań i zostałam pozytywnie zaskoczona intensywnym klimatem i zjawiskową Verą Farmigą. Aż mnie skręca co będzie dalej!

Gdybym miała wybrać nowe tytuły, które w tym roku spodobały mi się najbardziej, to wybrałabym „Masters of sex”, „Bates Motel”, „Hemlock Grove”, „Broadchurch”, „Utopię”, „The Fall” i „House of cards”. Jestem w trakcie nadrabiania „Orphan Black” i wszystko wskazuje na to, że bez problemu mogłabym ją dopisać do tej listy. 

A rozczarowania? I takie się zdarzyły, przoduje koszmarne „White Quenn”, na które straciłam dziesięć godzin życia. Oj, ja biedna! Nieporozumieniem był także wspomniany „Dexter”, tożsamość Czerwonego Jaśka z „Mentalisty” (już nigdy nie będę go nazywać Red Johnem, to za fajna ksywa dla takiego niewydarzonego dziada) oraz słabszy sezon „Community” po odejściu Dana Harmona. Na szczęście ten pan wraca, więc oczekuję powrotu do wysokiego poziomu. Nie do końca jestem zachwycona najnowszą odsłoną AHS. Ten serial zawsze był bałaganem wątków, ale to właśnie było jego zaletą, bo były one prezentowane w doskonały sposób. A teraz? Kyle’a właściwie mogłoby w „Coven” nie być i nikt by nie zapłakał. To samo z Madame LaLaurie. Może w 2014 zmienię zdanie, oby.

Pisząc o serialach grzechem będzie nie wspomnieć o 50-tych urodzinach Doktora. W końcu ile oglądanych przez Nas seriali może się poszczycić takim numerkiem na grzbiecie i wciąż być na antenie?* „The Day of the Doctor” podzielił fanów na całym świecie, jedni byli zachwyceni, inni rozczarowani. Mi tam się podobało. Można by trochę przyśpieszyć tempo na początku, ale poza tym nie doszukałam się większych wad, bo są, ale ja nie chcę ich widzieć i tyle. Sto lat i sto regeneracji, Doktorze!

Teraz może będzie nieco mrocznie. Czas przejść do serialowych ciosów w głowę. Z pewnością wieloma widzami wstrząsnęły Krwawe Gody z „Gry o tron”. Ja czytałam książkę, więc tak mocno nie przeżywałam, choć jednocześnie byłam bardzo ciekawa jak masakra zostanie przedstawiona na ekranie. I wyszło dobrze, choć za mało makabrycznie, pewnie zdecydowano się zaoszczędzić na charakteryzacji i nie pozwolono Cat rozdrapać sobie twarzy. W porządku, to przeżyję, szkoda jednak, że nie pozwolono jej powiedzieć zdania jakie rzekła w książce, bo ono wycisnęło mi łzy podczas czytania (a czytałam tę scenę w pociągu, na komórce. Gość naprzeciw dziwnie na mnie patrzył.). Tymczasem w zimowym finale „The Walking Dead” zdecydowano się wreszcie na trzymanie się komiksowego odpowiednika, ale nie do końca. I sumie nawet dobrze, bo dzięki temu miałam klika miłych zaskoczeń i mogłam się emocjonować końcową rozwałką. 

Lecimy dalej, czyli do zgonów miażdżących psychikę widza – mną mocno wstrząsnęło to, co spotkało biednego Petera Russo w „House of Cards”, powieszenie Raya Sewarda w „The Killing” oraz samotna śmierć Richarda z „Zakazanego imperium”. Ale to wszystko nic przy emocjach jakie towarzyszyły mi podczas wszystkich zgonów w finałowych epizodach „Breaking Bad”. No właśnie...

Gdybym miała wybrać serial roku, bez zastanowienia wybrałabym właśnie ostateczne zamkniecie historii Walera White’a. Nawet się nie spodziewałam, że ten serial tak mocno zawładnie moim życiem. Bo rzadko się zdarza, bym miała ochotę co tydzień tworzyć recenzję obejrzanego epizodu, a tutaj nie musiałam się specjalnie wysilać, tekst praktycznie pisał się sam. Jeśli jeszcze nie widzieliście tego arcydzieła, koniecznie nadróbcie, bo jest co.

I tyle podsumowań na dziś. Wyszło więcej tekstu niż początkowo zakładałam, może pokuszę się na część drugą, jak znajdę czas, choć pasuje po drodze sklecić jeszcze podsumowanie filmowe. Dużo pisania, mniej chęci, świąteczne lenistwo mnie dopada. Co z tym zrobić? Najlepiej obejrzeć kolejny epizod „Orphan Black”!  

Gosiakowa 

*soap oper nie liczę.  

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci