Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Wiedźmy, zombiaki, anioły i Kraina Czarów

rinoasin

Zgodnie z obietnicą, serialowy czteropak. Zapraszam!

(Spoilery) 

Po wakacyjnej przerwie z 9 już odsłoną powrócił „Supernatural” oraz klasyczne już dla tego serialu ukrócanie wszelkiego potencjału drzemiącego w finale poprzedniej serii. Tak więc anioły spadły na Ziemię, ludzie (oczywiście) niczego nie zauważyli, życia Cassa domagali się jego skrzydlaci bracia, ale jakoś tego specjalnie nie widać, a Sammy umierał po raz kolejny i po raz kolejny nie do końca mu to wychodziło. Chciałabym, by w ruchu to lepiej wyglądało, lecz niestety historia przedstawiona w „I Think I'm Gonna Like It Here” była przeraźliwie nudna i okropnie przewidywalna, czyli scenarzyści popełnili za jednym zamachem dwa telewizyjne grzechy ciężkie. Fabuła podzielona była na trzy wątki – Castiela próbującego znaleźć się w nowej rzeczywistości, Deana drżącego o życie brata oraz Sama przebywającego gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Nikogo chyba nie zdziwię, gdy napiszę, że losy Cassa najbardziej mnie interesowały, co? Choć i w tym przypadku nie obeszło się bez nerwowego zgrzytania zębami, bo po wykopaniu z Niebios niektóre anioły utraciły swe moce całkowicie, inne tylko częściowo. Może ktoś mi wytłumaczyć dlaczego jedni skrzydlaci są bardziej poszkodowani a inni mniej? Domyślam się, że dzięki temu anioły będą groźniejsze i potężniejsze, ale ten brak zdecydowania scenarzystów jest nie tylko okropnie drażniący, ale także razi pójściem na łatwiznę. 

U Deana trochę gorzej, bo przez cały odcinek kombinował jak pomóc braciszkowi, a jego desperacja była widzowi dobrze znajoma, bo ileż to już razy widzieliśmy starszego Winchestera troszczącego się o młodszego? Wplątanie do ich wątku anioła to ciekawe posunięcie i może zostać dobrze rozwinięte, gorzej, że ja doskonale wiem jaka będzie reakcja Sama na wieść o decyzji Deana. I już ziewam na myśl o całym zestawie fochów jakimi będziemy uraczeni. Ale nie skupiajmy się na tym co będzie, a na tym co było, bo do omówienia został mi jeszcze wątek w zaświatach i aż zgrzytam zębami jak o nim myślę, bo dawno nie widziałam takiej sztampy. Obejrzałam w swoim życiu dużo seriali i filmów i mam dość bohaterów kręcących się po czyśćcu i głowiących się czy warto żyć czy też nie. Sam w końcu podejmuje decyzję, ale zajmuje mu to dużo długich i okropnie nudnych scen (poza występem Śmierci, on zawsze jest wspaniały!). Nie obraziłabym się gdyby Bobby’ego zastąpić Crowleyem, który cały epizod przeleżał w bagażniku i nawet nie zdążył się zaprezentować swoim fanom, jak tak można? 

„Supernatural” to jeden z tych seriali, które powinny się już dawno skończyć, ale mimo to wciąż trwają i zaliczają coraz gorsze wpadki scenariuszowe. No dobrze, nie jest to jeszcze dramatyczny poziom dna jaki w tym roku zaprezentował Nam „Dexter”, ale dobrze też nie jest. Szkoda, że The CW decyduje się na zakończenie serialu w chwili potężnego spadku oglądalności i nie umie zejść ze sceny niepokonanym. A AMC w tym roku swoim „Breaking Bad” pokazało, że to da się zrobić i jednocześnie zapisać się w historii telewizji*. Niestety, bracia Wu wciąż dobrze sobie radzą pomimo 9 lat na karku, przez co będziemy się z nimi męczyć przynajmniej jeszcze jeden sezon. Niespecjalnie mnie to cieszy, ale jeśli scenarzyści niespodziewanie doznają oświecenia i stworzą przekonywującą historię, będę w stanie obejrzeć 15 nowych sezonów „Supernaturala”. Niestety, na chwilę obecną nic na to nie wskazuje, pierwszy odcinek po wakacyjnej przerwie dostaje ode mnie 3 punkty na 10 możliwych.  

Gdy ABC ogłosiło, że planuje spin-off „Once Upon A Time” zatytułowany „Once Upon A Time In Wonderland” sama nie wiedziałam co o tym pomyśle sądzić. Serial o bajkowych mieszkańcach Storybrooke w pierwszym sezonie zaskakiwał świeżością, która niesamowicie szybko wywietrzała w drugiej odsłonie i obawiałam się, że przygody Alicji będą równie wadliwe. I cóż, po seansie „Down the Rabbit Hole” dużo moich obaw się potwierdziło. Choć początek należy zaliczyć do udanych – oto mała Alicja powraca z Krainy Czarów do swojego świata i ku swojemu zaskoczeniu odkrywa, że została wzięta za zmarłą. Co gorsza, nikt nie wierzy w jej historie o uśmiechniętym kocie, białym króliku i morderczej królowej. Zdesperowana, decyduje się na ponowną podróż do kolorowej krainy by udowodnić światu, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. A potem… a potem lądujemy w szpitalu psychiatrycznym i choć tych scen jest mało, to są naprawdę wyborne. Jako wielka fanka „American McGee's Alice” byłam wręcz zachwycona, bo połączenie Alicji z zakładem dla obłąkanych jest dla mnie strzałem w dziesiątkę. Niestety, szybko zostałam ściągnięta na Ziemię, bo oto w serialu zaczęła się historia właściwa – otóż Alicja nie dość, że dorosła, to jeszcze podczas ponownej podróży do Krainy Czarów zakochała się w dżinie Cyrusie…

„Że co?” – zapytała widownia, a ja razem z nią. Bo wybaczcie, ale ten wątek został poprowadzony okropnie niedbale. Zaczynamy od dziewczynki, potem niespodziewanie dostajemy młodą kobietę i masę pytań. Z retrospekcji wynika, że Alicja po latach powróciła do Krainy Czarów. Nie do końca wiadomo jak, pewnie zostanie to wyjaśnione w kolejnych epizodach, ale już mnie niesamowicie drażni, bo wątpię by mała dziewczynka przez całe życie trwała w przekonaniu, że magiczny świat, który odwiedziła nie był przypadkiem wymyślony, skoro wszyscy dookoła tak sądzą. Nawet u Tima Burtona tak było i to miało sens! Ale tutaj bohaterka twardo trwa przy swoim, przenosi się do Krainy Czarów i tam spotyka Cyrusa, a scenarzyści raczą widzów miłością w trybie instant. O ile w „Once Upon a Time” uwierzyłam w uczucie łączące Śnieżkę i Księcia dzięki chemii pomiędzy aktorami, to tutaj wzruszyłam tylko ramionami ze znudzeniem, bo gdyby nie słowa bohaterki o uczuciu, nigdy nie zorientowałabym się, że coś czuje do dżina. Jakby tego było mało, scenarzyści zdecydowali się całą fabułę oprzeć na uczuciu tej dwójki i jest to najgorsza posunięcie jakie można było podjąć. Co prawda, czarne charaktery coś tam na boku knują, ale czy wyniknie z tego coś sensowniejszego, zobaczymy w ciągu najbliższych tygodni.

A skoro jesteśmy przy złych, to zostańmy przy nich dłużej. Wzorem serialu-matki, tutaj też mamy panią i pana złego w osobach Czerwonej Królowej i Jafara (niespodzianka!). I cóż… Reginą i Rumplem to oni nie są. Emma Rigby przez cały odcinek raczy widzów miną znudzonej lalki z porcelany, natomiast Naveen Andrews to wciąż Sayid z „Lostów” wystrojony w dziwaczne ciuchy. Niespodziewanie po stronie zła stanął Kot z Cheshire i to, szczerze pisząc, straszliwie mnie zirytowało, bo Kota zawsze odbierałam jako postać pozytywną, był dla mnie najbardziej szalonym i jednocześnie najbardziej normalnym mieszkańcem Krainy Czarów. A tu tymczasem jest tylko głodnym kocurem, którego zachowanie przywodzi na myśl hieny z „Króla lwa”. Dodatkowo głos Keitha Davida w ogóle mi nie spasował, ale to pewnie dlatego, że Roger L. Jackson rozkochał mnie swoją interpretacją uśmiechniętego kota i od tego czasu nawet Stephen Fry wypadł przy nim blado. 

Nie zachwycają także efekty techniczne. Efekty specjalne biją po oczach swoją sztucznością, a choreografia walk zamiast emocjonować budzi tylko uśmiech politowania… Ale mimo tych wszystkich wad nie zamierzam skreślać serialu, bo wciąż dostrzegam w nim olbrzymi potencjał, a sam epizod oglądało mi się niesamowicie szybko. Muszę pochwalić Michaela Sochę, który jako Will skradł moje serce (oj, jak lubię zbuntowanych młodzieńców o złotym sercu!), a Biały Królik choć za piękny nie był, bronił się głosem Johna Lithgowa. I dla tej dwójki jestem gotowa przekonać się co będzie dalej, może scenarzyści mnie zaskoczą, kto wie? Pierwszy odcinek oceniam na 5 punktów. 

Czas oczekiwania dobiegł końca i oto wreszcie dane było nam zobaczyć pierwszy epizod „American Horror Story: Coven”. Wszystko zaczęło się od rewelacyjnej retrospekcji, klimatycznej i okropnie niepokojącej. Kathy Bates przypominała mi jak bardzo potrafi być przerażająca, a Ryan Murphy udowodnił, że potrafi wymyślać naprawdę niepokojące sceny. Niestety, chwilę później przenieśliśmy się w czasy współczesne, a fabuła pędziła z taką szybkością, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem scenarzystom nie popsuły się hamulce. Tak więc w ekspresowym tempie przez ekran przewijały się wszystkie ważniejsze postacie - młoda Zoe, która trafia do szkoły dla czarownic, jej szkolne koleżanki, uprzejma nauczycielka, mniej uprzejma nauczycielka i niemy kamerdyner. Na szczęście w tym momencie fabuła wreszcie się zatrzymała, głównie dlatego, że na scenę ze splendorem wkroczyła Jessica Lange i grzechem byłoby nie poświęcić jej dłuższej sceny, by widz mógł się zachwycać jej kunsztem aktorskim. Aktorka po raz kolejny gra twardą kobietę, ale tym razem siła jest przykrywką pod którą Fiona skrywa swój strach przed starością i desperację by odzyskać młodość. I chociaż Lange brzydoty zarzucić nie można, to doskonale potrafi ukazać problemy swojej bohaterki i po raz kolejny zrzuca pozostałych bohaterów na dalszy plan.

No właśnie, tutaj mam pewien problem, bo poza wątkiem Fiony ciężko mi powiedzieć jak potoczą się historie pozostałych postaci. Oczywiście, to może brane za plus jeżeli zaufamy scenarzystom, że wiedzą co robią. Jednocześnie może to być oznaka braku pomysłów i rzucania bohaterami na lewo i prawo. I chociaż po bardzo dobrym „Murder House” i rewelacyjnym „Asylum” nie powinnam mieć takich obaw, to czasami wolę się pomartwić na zapas by następnie odetchnąć z ulgą, niż nakręcać się i potem mocno się rozczarować. Innym problemem jest to, że serial jest taki… glamour. Twórcy już dawno zapowiadali, że trzeci sezon ukaże piękne oblicze zła, ale na dzień dzisiejszy niespecjalnie do mnie to trafia, bardziej podobał mi się schizofreniczny klimat zakładu Briarcliff, choć z kolejnym odcinkami może zmienię zdanie. 

Reszta już na plus – starzy aktorzy doskonale wpasowują się w nowe role, świeżaki bez problemu odnajdują się w pokręconym świecie AHS. Zdjęcia i kadrowanie są niesamowicie klimatyczne, a ścieżka dźwiękowa to prawdziwa perła. Pozostaje mi więc nic innego jak trzymać kciuki, by fabuła rozwinęła skrzydła i zaczęła mocno, ale to mocno niepokoić widza. Ode mnie 7-ka. 

Rick Grimes, człowiek czynu:)

I na sam koniec zostawiłam sobie „The Walking Dead”. Po bardzo dobrym trzecim sezonie można się zastanawiać, czy twórcy będą w stanie utrzymać poziom i wszystko wskazuje na to, że sobie doskonale poradzą. Przez cały epizod napięcie było tak wielkie, że aż przytłaczające i czasami miałam ochotę włączyć pauzę, by dać chwilę odpocząć swojej psychice. Ale nie, bohaterowie nie mają odpoczynku od żywych trupów, ja nie mogę mieć odpoczynku od nich. W „30 Days Without an Accident” widzimy nowe życie w więzieniu, gdzie nasza grupka żyje w zgodzie z uchodźcami z Woodbury, a nawet lepiej – jest przez nich traktowana jak prawdziwi superbohaterowie. Jednak ta idylla nie może trwać wiecznie, bo nie dość, że żywe trupy są na wyciągnięcie ręki, to na więzienie wciąż pada złowrogi cień Gubernatora, który choć nieobecny na ekranie wciąż obecny jest w myślach naszych bohaterów. Szczególnie Michonne nie zamierza zapomnieć o mężczyźnie i nie zaprzestaje jego poszukiwań. Ale to nie koniec, bo scenarzyści wciąż mają masę pomysłów jak utrudnić życie naszym ulubieńców i sama nie wiem, czy powinnam ich za to kochać czy też nienawidzić. 

Duże wrażenie w tym epizodzie zrobił na mnie wątek kobiety, na którą natknął się Rick. Historia była nieco przewidywalna, ale jednocześnie nosiła ze sobą olbrzymi ładunek emocjonalny. Dramatyczna opowieść ocalonej i jej desperacja łamały serce i choć nie była zakażona, to niewiele różniła się od prawdziwych żywych trupów. Ciekawa był też reakcja Ricka, który zdecydował się jej pomóc, choć jeszcze niedawno bez zastanowienia minął samochodem samotnego wędrowca tym samym skazując do na pewną śmierć. Wygląda na to, że bohater stanął na nogi i jednocześnie znalazł złoty środek na życie w tym koszmarnym świecie, który pozwoli mu przeżyć bez przemiany w potwora. Czy jednak rzeczywiście mu się to uda, dowiemy się w kolejnych odcinkach, bo ostatnie minuty tegoż odcinka zapowiadają kolejny dramat w więzieniu. 

Po powrocie „The Walking Dead” utrzymuje poziom – jest napięcie, jest akcja, są emocje. Całość oglądało się jak ciszę przed burzą, teraz pozostaje Nam czekać, aż zaczną spadać pioruny. Ode mnie 8-ka. 

I na dziś tyle serialowych wypocin. Kolejna notka będzie o pewnym końcu świata, bo końców świata nigdy za wiele!

Gosiakowa    

*notka bez wspomnienia o „Breaking Bad” notką straconą:)

Komentarze (1)

  • misiael1

    Warto odnotować premierę The Wolf Among Us, które wygląda obłędnie, fabułę ma obłędną i nie dość, że jest serialem, to jest jeszcze... czymś więcej ;)

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci