Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Opowieść o 13. poprawce

rinoasin

Fani Stevena Spielberga czekali na film o Abrahamie Lincolnie od lat. Projekt wciąż był przekładany i opóźniany, aż w pewnym momencie uznano, że pewnie już nie powstanie. Reżyser zagrał wszystkim na nosie i w końcu go zrealizował, a widzowie zyskali odpowiedź na to, czy warto było na „Lincolna” czekać.

(Spoilery)

Przy okazji recenzji „Jesteś Bogiem” uznałam film biograficzny za jeden z trudniejszych do stworzenia i dalej tak uważam. Najlepszym wyjściem z sytuacji jest ukazanie najważniejszego odcinka życia bohaterów i na taki krok, na szczęście, zdecydowali się twórcy tegoż tytułu. Nie dostaniemy więc migawek z młodości prezydenta, nie będziemy też obserwować jego dojścia do władzy, historia w pełni skupi się na walce o uchwalenie 13. poprawki. I jest to strzał w dziesiątkę, scenarzysta przedstawia widzom ukształtowanego przez życie Lincolna, a nie niepewnego swych poczynań młokosa. Spielberg przedstawił go jako mistrza manipulacji słowem, snującego wciągające anegdoty by zjednać serca ludzi, ale całkowicie bezradnego gdy dochodzi do kontaktów z synem. Odgrywający go Daniel Day-Lewis staje na wysokości zadania po raz kolejny – on nie gra Lincolna, on nim jest. Zmienia postawę, ton głosu, a nawet sposób chodzenia. Coś czuję, że w tym roku do jego kolekcji nagród dołączy kolejny Oscar. 

 

Najciekawsze jest jednak w tym filmie to, że choć nazywa się „Lincoln” to prezydent wcale nie jest głównym jego bohaterem. Jest nią 13. poprawka. Przez dwie godziny twórcy przybliżają nam jak wyglądały ostatnie tygodnie walki o jej uchwalenie, ale nie bawią się w słodzenie i wygładzanie historii dzięki czemu film nabiera charakteru. Dla mnie strzałem w dziesiątkę był wątek trzech panów zdobywających potrzebne głosy demokratów drogą przekupstwa – bawił, ale też zmuszał do zastanowienia się czy w imię większego dobra można uciec się do mniejszego zła. 

Miło było też zobaczyć wojnę od drugiej strony – sceny z okopów są ograniczone do minimum, zamiast tego oglądamy polityków walczących ze sobą nie za pomocą broni a za pomącą słów. Jednak pomimo pozornego braku walki Spielberg rzuca widzom krótką, ale jakże mocną i sugestywną scenę z odcinanymi kończynami w roli głównej – całe okrucieństwo i bezmyślność wojny zostały ujęte w kilku minutach. Majstersztyk. Z tą sceną związana jest postać Roberta Lincolna, a z nim natomiast wiąże się moje pierwsze rozczarowanie – twórcy zapowiadali, że w filmie zobaczymy skomplikowane relacje pomiędzy Lincolnem seniorem a juniorem, a dostaliśmy uproszczony standard. Pozwólcie, że przedstawię cały wątek za pomocą dialogu…

Lincoln-syn: Tato, chcę iść na wojnę!

Lincoln-ojciec: Nie.

Lincoln-syn: Tato, chcę iść na wojnę!

Lincoln-ojciec: Nie.

Lincoln-syn: Tato, chcę iść na wojnę!!!

Lincoln-ojciec: A idźże!!!

I tak to właśnie wygląda. Bohaterowie ciągle upierają się przy swoim, Robert ostatecznie wygrywa spór i… tyle. Do końca filmu zobaczymy go tylko w jednym urywku. Nie dowiemy się, czy żałował swojej decyzji, czy był wdzięczny ojcu za zmianę zdania, czy cieszył się z uchwalenia 13. poprawki, nie dowiemy się bo… scenarzysta nie miał pomysłu na koniec? Sama nie wiem. 

Seans „Lincolna” dostarczył mi takiej samej rozrywki co niedawno „Atlas chmur” – w obsadzie znalazło się tyle nazwisk, że przez pierwszą godzinę z radością wyłapywałam znajome twarze. A że charakteryzacja zrobiła swoje, frajda była podwójna. Skoro obsadzie mowa - Daniela Day-Lewisa już chwaliłam, trzeba też wspomnieć o innych. W doskonałej formie zaprezentował się Tommy Lee Jones, ale jeszcze lepsza była Sally Field – jej bohaterka była zarówno podporą dla męża, ale gdy zachodziła potrzeba, nie bała się ostro go skrytykować. Aktorka stworzyła rewelacyjny duet z Day-Lewisem, szczególnie podobali mi się w scenach kłótni, wtedy aż iskry leciały. Oczywiście, nie będę sobą, jeśli nie wspomnę o tym, że w filmie wystąpił Lee Pace, który WRESZCIE miał coś do zagrania i nie był na ekranie przez całe 5 minut. Brawo! 

 

„Lincoln” przez dwie godziny był filmem, który oglądało mi się wyśmienicie. Lubię, gdy na ekranie dużo mówią, wolę to od akcji i strzelanin (choć i tym nie pogardzę), a gdy w ciekawy sposób mówi się o polityce, to jestem w siódmym niebie. I byłam, przez dwie godziny. A potem było jeszcze dwadzieścia minut prawdziwej udręki. Cała historia zaczyna tracić skrzydła tuż po uchwaleniu 13. poprawki. Tam historia powinna się skończyć, ale Spielberg po raz kolejny udowadnia, że nie potrafi kończyć swoich filmów. I tak oglądamy kolejne pokraczne i nudne sceny, nic nie wnoszące do fabuły. W finale dostajemy śmierć prezydenta i tu mój kolejny zarzut – po co? Czy nie lepiej byłoby widzowi rozstać się z nim w glorii chwały, szczęśliwego z wygranej? Po co ta śmierć? Przecież każdy wie jak doszło do zamachu na Lincolna i bez problemu mógłby to sobie domyślić. Dodatkowo, tuż przed napisami końcowymi widzowie dostają przemowę bohatera i patos, który dotychczasowo był w filmie znikomy, uderza z podwójną mocą. A mogłoby być tak pięknie! 

„Lincoln” nie jest z pewnością tak dobry, jak można pomyśleć patrząc na te wszystkie nominacje, ale na pewno nie jest filmem złym. Poza kilkoma potknięciami ma sprawienie opowiedzianą historię, rewelacyjne aktorstwo, a także elementy techniczne na najwyższym poziomie. Gdyby wyciąć te ostatnie 20 minut zastanawiałabym się pomiędzy 8 a 9, ale finał był jaki był i film ostatecznie oceniam na 7. Z całą sympatią jaką darzę Spielberga, mam nadzieję, że jego film nie zwycięży w tegorocznych konkurach o Oscary.

Gosiakowa

Hank, Frank i dziewczyny >

< Ostanie śledztwo z wydziałem Fringe

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci