Menu

Neon

Popkultura w jasnym świetle

Dziesięć seriali, jedna notka

rinoasin

Postanowiłam, że dzisiejszy zapisek będzie zbiorem mini recenzji świeżo co zakończonych serialowych sezonów. To chyba już jest oczywiste, ale tak na wszelki wypadek zacytuję River Song – „Spoilers, Sweetie!”

Zacznijmy od czwartego sezonu „Mentalisty”. Musze przyznać, że początek trochę mnie zdenerwował. Finał poprzedniej serii był rewelacyjny i naprawdę miałam nadzieję, że wątek Red Johna został zakończony właśnie w taki sposób – szybki i nieprzewidywalny. Ale nie, okazało się, że genialny morderca żyje, a Patrick tylko fuksem uniknął więzienia. Moje zdegustowanie ukoił poziom następnych odcinków, widać że twórcy starali się odejść od typowego schematu śledztwa. Szczególnie „Blinking Red Light” i „The Redshirt” zwróciły moją uwagę. Niestety, po nich przyszła przerwa świąteczna, a po niej wrócił stary, (nie)dobry procedural. Gdyby jeszcze sezon miałby z 13 odcinków lub wątek Red Johna powracał częściej, nie przeszkadzałoby mi to. Ale sezon ma 24 epizody i na ogół 3 z nich dotyczą Czerwonego Jaśka, co osobę zafascynowaną jego postacią doprowadza do szału, bo ile można? Popatrzymy na takiego „Sherlocka” – tam Moriarty pojawił się już w pierwszym sezonie i nikt na tym nie ucierpiał. Czy nie ciekawiej byłoby, gdyby widzowie poznali tożsamość Red Johna i obserwowali jak gra w kotka i myszkę z nieświadomym Patrickiem? Mi osobiście marzy się motyw rodem z „Mrocznego Rycerza” – Red John daje się złapać, ale tylko dlatego, że chce być złapany i to część jego misternego planu, którego mroczne skutki poznamy w szokującym finale… No ale to moje pomysły, tymczasem w ostatnim odcinku dostaliśmy mnóstwo dziur logicznych i kolejną ucieczkę nieobliczalnego mordercy. Co na plus? Jak zawsze cudowny Simon Baker – nie wiem, gdzie on wcześniej się chował, ale cieszę się, że twórcy serialu go odkryli, bo jest rewelacyjny i mogę patrzeć na niego długo i bez znudzenia. Dziękuję panu Bakerowi, a twórców proszę o więcej Red Johna, bo to już zaczyna być męczące. Czwarty sezon Mentalisty oceniam na 5 na 10 możliwych punktów.

„Łapanie Red Johna, łapaniem Red Johna, ale herbata sama się nie wypije!”


Porzućmy mrocznego Red Johna, uroczego Patricka i wiele morderstw i skupmy się na lżejszych tematach. A jak lekko, to zdecydowanie „Glee”. Tylko czy w trzecim sezonie rzeczywiście było tak lekko? Dla mnie różnie z tym było z dwóch powodów – po pierwsze, twórcy często decydowali się rozmawiać o mało radosnych tematach (czyli dobrze), a po drugie poziom niektórych odcinków był tak słaby, że trudno było być rozluźnionym (tu znowu źle). Może zaczniemy od tego co wyszło czyli poważniejszych problemów, mieliśmy tematy samobójstwa z powodu braku akceptacji, porzucenia swych marzeń by zadowolić rodzica czy przemocy w rodzinie. Te wątki choć trochę śmierdziały moralizatorstwem, były dobrze zrobione i mi się podobały. Szkoda tylko, że doskonałe epizody znikały przy tych nijakich (np. „Yes/No”) lub tych koszmarnie złych (straszliwe "Extraordinary Merry Christmas"). Na pocieszenie zawsze zostawały świetne piosenki, ale czasem odnosiłam wrażenie, że to one grają pierwsze skrzypce w serialu a nie bohaterowie. A skoro o bohaterach mowa to też nie obyło się bez irytacji. Przed premierą trzeciego sezonu twórcy zapowiadali, że każda postać dostanie ciekawy wątek. Tymczasem przez praktycznie cały sezon Will robił za tło, to samo z Tiną i Artiem, po co też przywracać Sama, skoro nic sobą nie reprezentuje? To samo z trójką nowych postaci – Rorym, Joem i Sugar, co z tego że mają potencjał, skoro na ogół snują się gdzieś w tle, a czasami nawet nie pojawiają się w odcinku? Wolałabym, dowiedzieć się czegoś więcej o rozpieszczonej panience niż po raz kolejny oglądać dramaty Rachel i Finna. Bardzo przeraża mnie wiec fakt, że w czwartym sezonie bohaterowie, którzy ukończyli szkołę pozostaną w serialu, a do chóru dojdą nowe postacie – boję się, że to się skończy serialowym Armagedonem bez ładu i składu. Tym bardziej, że telewizja Fox zdecydowała się przenieść „Glee” na czwartek, co oznacza walkę o widza z takimi wyjadaczami jak „Mentalista”, „Chirurdzy” czy „Big Bang Theory”. Nie chcę być czarnowidzem, ale czuję porażkę musicalowego dramatu. No chyba że twórcy odświeżą formę i pozbędą się moralizatorstwa i cukierkowatości, bo to zaczyna już powoli razić i to mocno. A trzeci sezon oceniam na 6.


Opuszczamy rozśpiewane McKinley i przenosimy się do szpitala Seattle Grace Mercy West. A tam co? Kolejne dramaty większe i mniejsze. Może nie były pierwszej świeżości, ale nie oglądało się ich z rosnącym rozczarowaniem lub irytacją. Duża zasługa w tym tego, że scenarzyści przestali wreszcie tasować pary tak jakby postacie były bandą napalonych nastolatków. Fajnie było też wreszcie zobaczyć coś nowego, tak jak np. egzaminy naszych bohaterów. Ogólnie sezon zasługiwał na naciąganą 7, ale po finale zaniżam ocenę do 6. I nie, nie jestem jedną z tych fanek, które szlochały przez cały „Flight" i długo po nim. Nie złorzeczę też  Shondzie Rhimes, bo po co? Kobieta od lat stara się, by „Chirurdzy” emocjonowali i przyciągali jak największą liczbę widzów, czyli po prostu robi swoja pracę. Co mi się więc w pilocie nie podobało? Koszmarny brak logiki - awionetka rozwalona na pół lasu, a Meredith i Cristina są prawie nietknięte, równie cudowna jest dłoń Dereka uwieziona w skrzydle samolotu… Superman, to ty? Dodatkowo warstwa dramatyczna odcinka była słaba, śmierć Lexie w ogóle mnie nie poruszyła, a potem napięcie znikło całkowicie, bo od początku zapowiedziane było, że zginie tylko jedna osoba. Ach, gdyby jeszcze uśmiercono Marka i Arizonę, ten tekst może wyglądałby inaczej. Ale ta dwójka jeszcze żyje, co będzie dalej, dowiemy się jesienią. Może Shonda da fanom serialu powód by jeszcze bardziej ją znienawidzili… odważna kobieta.


Powróćmy do muzycznych tematów. Debiutujący w tym roku „Smash” miał byś dojrzalszą wersją „Glee” i może dojrzalszy jest, ale do serialu Ryana Murphy’ego jeszcze mu daleko. Od czego by tu zacząć?... może od początku czyli odcinka pilotażowego. Przyznaję, że sam pomysł, czyli wystawianie sztuki na Broadwayu bardzo mi się spodobał, ale powiedzmy sobie szczerze – dobry pomysł to nie wszystko. I już w pierwszym epizodzie uderza w widza antypatyczność postaci. No serio, takiej zgrai to już dawno nie widziałam. Dopiero przy kolejnych odcinkach niektórych udało mi się polubić (Ivy, Derek, Tom), innych znienawidzić (Karen, Julia) a niektórzy wciąż pozostali dla mnie całkowicie nijacy (Eileen, Ellis). Tak samo było z historią – pokochałam wątki tworzenia musicalu, kompletnie wisiało mi jak Eileen zbiera na niego fundusze, a gdy tylko zaczynały się historie Karen lub Julii miałam ochotę uderzyć siekierą w monitor. „Smash” miał duże szczęście, bo emitowany był zaraz po „The Voice” i zbierał część widowni. Dzięki temu został przedłużony na kolejny sezon. Jestem ciekawa, czy w przyszłym roku widzowie dopiszą czy też nie i Broadway opuści serialowy świat na zawsze. A pierwszy sezon oceniam na 5, powinno być 4, ale każdy wokal Ivy sprawił, że ocena podskoczyła o jeden punkt.


Były już morderstwa, śpiewy i lekarze. Czas na potwory. A jak potwory to tylko bracia Winchester i serial „Supernatural”. Oj, bardzo czekałam na 7 sezon, w końcu 6 seria miała jeden z lepszych cliffhangerów w serialu, a Castiel jako przeciwnik zapowiadał się wybornie. Tymczasem wszelkie me marzenia zostały zniweczone przez lewiatany. Ja naprawdę nie wiem, kto ten wątek wymyślił, ale powinien być za niego wrzucony z pracy. Bo te wielkie potężne potwory okazały się pozbawione charyzmy i częściej żenowały niż straszyły. Nie to co Azazel, który we wcześniejszych sezonach pojawiał się okazyjnie, ale gdy się pojawił to skupiał całą uwagę na sobie. Kolejnym minusem był bardzo dokuczliwy brak Castiela i Crowleya oraz głupie rozwinięcie historii Bobby’ego jako ducha. To był jeden ze słabszych wątków w serialu i zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby pan Singer umarł kiedy powinien umrzeć, czyli z klasą. Ponarzekałam, więc na koniec parę ciepłych słów - podobała mi się ostatnia scena, nieważne że przypominała finał 3 sezonu. Ważne, że twórcy z całych sił starają się przywrócić przygodom braci ich dawną świeżość. Czy się to uda, zobaczymy w 8 sezonie. Ja się w każdym razie już się nie nakręcam i oceniam serię na 5.


Pozostańmy przy niezwykłych tematach. Tym razem jednak nie uświadczymy lewiatanów, wampirów ani innych poczwar, zamiast tego będziemy mieć dwa światy, hybrydy, Obserwatorów i laboratoria. Czyli „Fringe” w każdym calu. Ten serial jest niezwykły z tego względu, że gdy inne tytuły zaczynają powoli tracić swoją świeżość, on ją zyskuje i ciężko się oderwać. Podobało mi się, że wymazanie Petera z linii czasu sprawiło, iż wszystko co dotychczas znaliśmy zmieniło się diametralnie. Dzięki temu znowu mogliśmy oglądać diabolicznego Davida Roberta Jonesa, zobaczyć współpracę pomiędzy oddziałami Fringe i, co najważniejsze, poznaliśmy nową straszliwą przyszłość naszego świata, który zdominowali Obserwatorzy. A w miedzy czasie dostaliśmy dużo świetnych odcinków i równie dużo śmiesznych tekstów Waltera. Jedyny minus jaki mam, to za duża przewidywalność finału, ale z drugiej strony, parę odcinków wcześniej mieliśmy odcinek przenoszący nas w przyszłość, więc zdawaliśmy sobie sprawę, że to nie Jones będzie tym głównym złym. Czwarty sezon przygód agentki Dunham oceniam na 9 i niecierpliwie oczekuję finałowego, 5 sezonu. Szkoda, że będzie się składać tylko z 13 epizodów, ale dobre i to.

 

„Dobrze nas oceniła, nie wymazujemy jej.”


Było mrocznie, niech będzie radośnie. Jednym z serialowych debiutantów, którym się zainteresowałam był sitcom „New Girl”. Historia Jess, która dzieli mieszkanie z trzema facetami ma duży potencjał, ale po 24 odcinkach stwierdzam, że twórcy nie wykorzystali go nawet w połowie. Nie wiem do końca jak to się dzieje, bo postacie to samograje, każda jest charakterystyczna i zabawna i taki też powinien być każdy odcinek. A tymczasem my, widzowie, dostajemy przeplatankę – świetny odcinek, gorszy, dobry odcinek, gorszy, świetny odcinek, znowu gorszy itd., co jest niesłychanie denerwujące. Drażni mnie też pompowanie atmosfery pomiędzy Jess a Nikciem do granic możliwości. To już związki Rachel-Ross czy J.D.-Elliot rozwijały się szybciej. Może w drugim sezonie coś ruszy? Mam nadzieję, bo oglądalność pierwszego nie powala na łopatki i jeśli „New Girl” chce uniknąć kasacji, musi podnieść poziom i wprowadzić więcej wątków, które przyciągną widzów. To moje rady na przyszłość, a na dzień dzisiejszy pierwszy sezon oceniam na 6.


W recenzji „Gotowych na wszystko” pisałam, że nie mogę pojąć kultowości tego serialu. Całkowicie inna sytuacja jest w przypadku zakończonego w tym roku „Doktora Housa”. Serial niby jest wariacją Sherlocka Holmesa, ale jednocześnie potrafi wyrobić własny, niepowtarzalny styl, bez którego nie powstałyby takie tytuły jak „Lie to me”, „Siostra Jackie” czy recenzowany wcześniej „Mentalista”. Pierwsze cztery sezony były rewelacyjne, niestety w piątym zaczęło się coś sypać i poratowany został przez rewelacyjny słodko-gorzki finał. Potem było różnie, raz fajnie, raz gorzej, częściej jednak to drugie. Na szczęście finałowy sezon był dobry, co prawda dwie nowe panie w zespole Housa były nudne i niesympatyczne, ale inne wątki nadrabiały za nie. Szczególnie urzekł mnie nacisk na przyjaźń Wilson-House, sceny miedzy dwoma panami w ostatnich odcinkach naprawdę ściskały za serce. Co do finału, to wiem, że jest tyle samo osób z niego zadowolonych, co i tych niezadowolonych. Prawda jest taka, że ten serial naprawdę ciężko było skończyć satysfakcjonująco i sądzę, że scenarzystom się to udało. Dostaliśmy bardzo ładny ukłon w stronę Sherlocka Holmesa i poruszające ostatnie minuty. Oczywiście, nie był to finał na miarę „Sześciu stóp pod ziemią” ale mimo to pod koniec westchnęłam z nostalgią. Żegnaj doktorku! Za ostatni sezon dostajesz ode mnie 6 z plusem.


Coś się kończy, coś zaczyna, jak to pisał Andrzej Sapkowski. Tak więc w tym roku zakończyły się dwa serialowe wyjadacze i zrobiły miejsca nowym tytułom. Jednym z nich jest „Once upon a time”, który jest jednym z lepszych debiutów w tym roku. Muszę przyznać, że pomysł przeniesienia bajkowych postaci do naszego świata na początku wydawał mi się absurdalny i sądziłam, że nie da się tego rozciągnąć na cały sezon. Tymczasem scenarzystom udało się to z łatwością i, co lepsze, wersje ich bajek najczęściej były rewelacyjne i wręcz nie mogłam się doczekać kolejnego odcinka, by poznać kolejną historię mieszkańca Storybrook. Niestety, o ile świat bajkowy się broni, to z rzeczywistym różnie bywa, czasami miałam ochotę przewinąć i szybko wracać do magicznych klimatów. Dodatkowo główna bohaterka, Emma, jest całkowicie nijaka i niesympatyczna, a odtwarzająca ją Jennifer Morrison jest koszmarnie drewniana. Dużym minusem są też efekty specjalne, bijące po oczach sztucznością, choć pod koniec zaczęły się trochę poprawiać. Mam nadzieję, że w drugim sezonie ABC sypnie trochę pieniążków, żeby widz mógł rozkoszować się w pełni magicznymi historiami bez zażenowania. „Once upon a time” ma minusy, ale jednocześnie ma tyle plusów, że nie potrafię go nie lubić. No i ten lostowy styl i lostowe nawiązania. 7 z plusem za pierwszy sezon, ciekawe, co będzie w drugim.


I na sam koniec rodzinnie czyli „Modern Family”. Po o mocno średnim drugim sezonie trochę bałam się trzeciej odsłony szalonej rodzinki. Na szczęście, poziom wzrósł. Co prawda, wciąż nie jest to pierwsza seria, ale i tak ogląda się lekko i sympatycznie. Oczywiście muszę (jak zwykle) pochwalić Ty Burrella, który jako Phil kradnie każdą scenę w jakiej się pojawił. Tu napiszę to samo co pisałam przy „Mentaliście” – nie wiem gdzie on wcześniej się chował, ale świetnie że jest, bo go mogę oglądać wciąż i wciąż. Oczywiście, reszta obsady dzielnie mu partneruje, w tym sezonie szczególnie podobała mi się Julie Bowen, jej bohaterka w duecie z Philem jest rewelacyjna. Na sam koniec twórcy pozytywnie zaskoczyli mnie cliffhangerem, może nie jakimś wielkim ale zaskakującym i dającym możliwość świetnego rozwinięcia w czwartym sezonie. Czekam niecierpliwie i oceniam trzecią serię na 7.


I oto przyszedł koniec spaceru po 10 serialach, z którymi miałam do czynienia w sezonie 2011/2012. Wszystkie tytuły (no, poza zakończonym „Housem”) pewnie jeszcze powrócą na neonowego bloga i mam nadzieję, że będę mogła im wystawić wysoką ocenę.


Gosiakowa      

© Neon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci